Anka cz. 2

Ankę zobaczyłem w tramwaju. Pierwsza popołudniowa, ludzka fala zalała tramwaje. To dziwne, ale wśród dziesiątek twarzy rozpoznałem ją. Nigdy nie nosiła ekstrawaganckich ciuchów, nigdy nie była tą wyróżniającą się z tłumu. Jedynie jej fryzura, niby zwyczajna, a jednak nie. Podszedłem, uśmiechnąłem się, i oboje wysiedliśmy jako nowi znajomi. To zabawne, jak wielu facetów widzi problem z podejściem do dziewczyny, jakby to była jakaś wojna, a przecież ostatecznie wszyscy gramy do tej samej bramki.

 Tydzień później zaprosiłem ją na pierwszą randkę. Były kwiaty, był buziak na „dzień dobry” i  „do widzenia”.  Odblokowała we mnie pewien obszar, obszar, który ostatnie lata, z całym swoim kolorytem doznań przykryły i nie dopuściły na światło dzienne. Była podręcznikowym przykładem dziewczyny. Kiedy przy wieczornym piwku relacjonowałem wszystko Miszy, tylko kiwał głową.

– I tak to powinno wyglądać. I to jest kurwa piękne. – Podsumował.

 – Wiem, kurwa, wiem. – Stuknięcie butelkami przypieczętowało naszą zgodność poglądów. Misza od ponad roku był z Justyną, był szczęśliwy. Zawsze mi kibicował, ale czasem w jego głosie pobrzmiewała nuta troski.

– Kiedy ty kurwa znajdziesz sobie dupę, tak na dłużej. Wsadzasz tu i tam, no ale ile można? Wiem, że masz instynkt łowcy, też go mam, ale jestem szczęśliwy z Justyną, też jak sobie znajdziesz dupę, zobaczysz, że to inna bajka. Będziesz szczęśliwy.

– Ja jestem szczęśliwy- zawsze odpowiadałem, i byłem. Zdarzały się chwile, kiedy odczuwałem niezidentyfikowany brak, ale byłem szczęśliwy, tak mi się przynajmniej wydawało. Nadszedł szalony czas – juwenalia, to na nich Anka oficjalnie pojawiła się jako dziewczyna z którą się spotykam. Tak byłem wtedy szczęśliwy. Cała moja ekipa przyjęła ją ciepło. Dziewczyny na znak solidarności porwały ją na chwilę. Do tej pory nie wiem, co jej powiedziały. Moje ananasy z uśmiechem na mnie patrzyły. Prym wiódł Misza z Kamilem. Doleciały do mnie też kąśliwe uwagi. Byli życzliwi, którzy w zawoalowany sposób Dalimi do zrozumienia, że po mnie, spodziewali się więcej, a nie przeciętnej dziewczyny. Miałem to w dupie. Ona miała być ze mną nie z nimi. Kiedy w nocy, po koncercie szliśmy, trzymając się za ręce, zerknąłem na Anię. Tak, to był ten czas, dobry wybór.

 Nie było to uczucie takie samo, jak w przypadku D. którą postrzegałem w ramach wielkiego romantycznego uniesienia, które przerodziło się niemal w obsesję. Tu było inaczej. Po prostu, spotkałem dziewczynę. Tylko dziewczynę i aż dziewczynę.  Przez ostatnie lata, kraina doznań seksualnych, nie miała przede mną tajemnic. Dymałem młode, stare, grube, chude, ładne, brzydkie. Rżnąłem w mieszkaniu, w kiblu w pubie, w zagajniku na nowo budowanym osiedlu, w samochodzie, na klatce schodowej, w windzie. Do kolekcji brakowało mi pociągu.  Przesadą byłby napisać, że zrobiłem wszystko, co możliwe na tej płaszczyźnie, ale z pewnością robiłem dużo. Z Anką, było inaczej. Kiedy byłem przy niej, z nią, nie miałem żadnych pokręconych scenariuszy w głowie. Nie chciałem próbować żadnych nowinek. Z nią mogło być normalnie, klasycznie. Tak po prostu. Wprost niewyobrażalną frajdą było dla mnie chodzenie na randki, wizyty z winem. Po prostu spotykaliśmy się ze sobą. Było dobrze. Tak bardzo zapętliłem się w ostatnich latach,  że zapomniałem, jak wiele radości może przynieść normalne życie.

Szkoda tylko, że zapomniałem o pewnej istotnej regule. Podstawowe prawo burdelowa, związków i całego wszechświata relacji brzmi: prędzej czy później żądza zawsze zwycięży.

Byliśmy umówieni na siedemnastą u niej. Kolacja ze znajomymi. Butelka wina na szafce czekała aby trafić do mojej torby. Kończyłem prasować koszulę. Jeszcze prysznic i gotowy. Sam nie wiem kiedy, ale gdy resztki szamponu spływały wraz letnią wodą niemal hipnotyczny głos mówił: „poddaj się, poddaj się, jak długo możesz oszukiwać sam siebie” Nie trwało to dłużej niż sekundę, ale byo tak realne, że momentalnie zakręciłem prysznic i rozejrzałem się wokół. W jakiś przedziwny sposób, ktoś lub coś mówiło mi, że to nie ma szans. Żebym przestał się okłamywać, że dawno temu wybrałem drogę i jeśli zechcę z niej kiedyś zejść, to sama się o mnie upomni. To prawda. Myślałem o tym wcześniej, czy los nie kpi ze mnie, przecież, to nie moja bajka. To prawda, mimo, że się spotykaliśmy, choć przestałem posuwać na boku, to nie przestałem flirtować. Nie przestałem, bo nie padły żadne wiążące deklaracje. Mocne postanowienie poprawy, a co za tym idzie poprawa, miały dopiero nastąpić. Balsam po goleniu, wyprasowana koszula, i gotowy do drogi. W myślach wykrzyczałem (chyba do losu) „i co?! Idę na randkę, nie spieprzę tego i nie poddam się !”.

Po kilku tygodniach, odczułem marazm i pustkę. Zacząłem dawać temu wyraz. W końcu dostałem od niej krótkiego SMSa” nie chcę się już spotykać  – ok, pa – moja odpowiedź była krótka.   Przestaliśmy się widywać. Ne była to moja wina, po prostu nie wyszło.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Minął prawie rok. Anka gdzieś rozpłynęła się w otaczającej rzeczywistości. Straciłem ją z oczu. Wszystko toczyło się dalej. Miesiące mijały nieubłaganie. Dotarło do mnie, że jednak świetlana kariera brokera, zniknęła z horyzontu, umknęła. Przygniotło mnie nic nie robienie. I już tego nie potrafiłem unieść. Moje marzenia, zamieniłem tylko na plany, plany ukończenia studiów. Nic więcej. Moje założenia nie wychodziły poza najbliższe tygodnie. Ostatnie seminaria, ćwiczenia i laborki na wydziale. W pierwszym dniu po Świętach Wielkanocnych, na wydziale, trwając w mocnym postanowieniu poprawy czekałem na pierwsze zajęcia. Przez chwilę zerknąłem na krótkowłosą blondynę,  popatrzyłem na nią. Tak, jednak to ona. Anka! Co robi na wydziale? Czyli się nie obroniła w terminie – pomyślałem. I w dziwny sposób, myśl ta sprawiła mi przyjemność. Dobrze jej tak. Mimo, że nasza znajomość zakończyła się neutralnie, to z przyczyn niewiadomych, udawaliśmy, że się nie znamy. Dumnym krokiem przemierzyła korytarz i podeszła do portierni. Nie wiedziałem, co się dzieje. Po niecałej minucie odeszła, w ręku trzymała klucz. To było poza scenariuszem, jaki kreśliłem. Doktorantka. Nigdy nie byłem zawistnikiem. Nie zazdrościłem i nie złorzeczyłem gdy byłem świadkiem czyjegoś sukcesu. Nie wiem co mnie opętało. Poczułem złość na wydział, na Ankę, na wszystkich, tylko nie na siebie. Byłem zły, że się jej udało że, prawdopodobnie jest szczęśliwa. Musiałem się przewietrzyć. Wyszedłem przed wydział i zapaliłem papierosa. Spokojnie paląc papierosa starałem się koić nerwy. Mózg sam zaczął pracować na innych obrotach. To realne doświadczenie, empirycznie doświadczyłem, jak umysł wypracował strategie radzenia sobie ze stresem. Po chwili już jestem w zupełnie innym świecie.  Myślę o Stronie, to myślenie całkowicie mnie pochłania. Anka zeszła na dalszy plan, albo w ogóle zeszła ze sceny.

Dzień się nie skończył, a już byłem na mieszkaniówce. Ciche mieszkanko w bloku typu bliźniak. Drzwi otwarła kobieta, brunetka. Mogła mieć trzydzieści kilka lat. Szczupła, ubrana w getry i cienką bluzeczkę. Chwila rozmowy, co i za ile. Wcześniej ustaliłem tylko adres. Powiedziała mi, że jeśli dołożę to może dołączyć koleżanka. Z drugiego pokoju wyszła druga kobieta. Kasztanowe włosy i spojrzenie zdradzające ironiczne i raczej pogodne podejście do życia. Miała na sobie czarną sukienkę, która wydawała się nieco za ciasna, a może taka miała być. Duże piersi niemal z niej wyskakiwały. Basia i Aneta. Pojawił się problem, bo akurat nie miałem tyle pieniędzy. Wyskoczyłem ze wszystkiego, co miałem w portfelu. Finalnie usłyszałem, że za taką kwotę Aneta może asystować. Cokolwiek to znaczy. Poszedłem wziąć prysznic. Kiedy wróciłem owinięty ręcznikiem, Aneta poszła do łazienki, ja zostałem z Basią. Krótka rozmowa o świątecznych potrawach i nadchodzących, letnich miesiącach, kiedy wróciła Aneta odświeżyć poszła się Basia.

– Połóż się, wymasuję cię. – Aneta, jak większość kobiet o szerokich biodrach była pogodna. Położyłem się posłusznie na brzuchu. Zaczęła przyjemnie gładzić mnie po plecach, od czasu do czasu ugniatając obręcz barkową. Nie nazwałbym tego masażem, ale było przyjemnie. Po kilku minutach przyjemnego niby masażątka usiadła na mnie i zaczęła ugniatać kark. Wróciła Basia.

– No, odwróć się, zaczynamy działać.

 Uśmiechnąłem się z głupkowatym „ok” na ustach.

Leżałem na plecach. Większa z div masowała mi tors, szczuplejsza, zaczęła od masaż ud i robiła go naprawdę umiejętnie. Kiedy przeszła w okolice krocza, błogie uczucie zaczęło mnie owijać, niczym magiczny szal. Chuj z Anką, chuj z tym wszystkim. Liczą się tylko doznania. Resztki logicznych myśli ulatywały. Kasztanowe włosy Anety przyjemnie drażniły moje ciało, jej język zakreślał ósemki wokół moich sutków. Kolejna para rąk bardzo wprawnie zajmowała się fiutem i jajami. Błogość i przyjemnie rozleniwienie, zdawały się opanować cały pokój. Mógłbym tak przeleżeć dziesięć lat. Przyjemność ustała. Aneta, odeszła ode mnie i wyszła z pokoju. Popatrzyłem zdziwiony, mojemu zdziwieniu odpowiedziała Baśka: – Aneta tylko asystowała, to było w kwocie.  – Nic nie odpowiedziałem, znałem zasady. I w kwestii pieniędzy, nie było odstępstw.

– No, jesteś gotowy. Zakładamy i jazda! –  Niczym za sprawą magicznej sztuczki, w ręku mojej rozmówczyni pojawił się condom w opakowaniu, które bardzo wprawnie zdjęła. Rozwinęła kalosza, na moim wyprężonym wyżle i dosiadła mnie niczym mityczna amazonka. Zaczęła mnie ujeżdżać. Mocno, sprężyście. Minęło kilka minut. Uniosłem się na łokciach, bo chciałem zasugerować zmianę pozycji. Położyła lewą rękę na mnie i przytrzymała. Przesunęła ręką po mojej klatce i złapała mnie za sutek. Mocno ścisnęła i przekręciła. Ssss – syknąłem z bólu.

– No, co? – Spojrzała na mnie z zadziornym uśmiechem i kpiącym spojrzeniem. – Ja lubię sado-maso. Druga ręka powędrowała do moich jaj. Uścisk był bolesny, o dziwo pobudzający. Kiedy jeszcze minimalnie zwiększyła uścisk, nie wytrzymałem.

– Aaaał. – Ta krótka fraza miała jej uzmysłowić, że tyle wystarczy. Uścisk powoli zelżał, a diva zaczęła na mnie jeszcze bardziej skakać. Ujeżdżała mnie i ujeżdżała, co jakiś czas serwując dawkę niespodziewanego bólu. Jaja, sutki, tors, włosy. Nie wiedziałem, kiedy poczuję jej ostre paluszki. Kiedy się spuściłem, oboje uśmiechnęliśmy się do siebie. Nasze spojrzenia mówiły: „kawał dobrej roboty”.

Ubrałem się i wyszedłem na przedpokój. Stała tam Aneta.

– Już, po wszystkim? – Zapytała z uśmiechem.

– Taak. – Odpowiedziałem zmęczonym głosem. Zachichotała.

Dołączyła do nas Baśka. Po obfitym spuszczeniu, odezwała się we mnie łajza. Streściłem im historię nieszczęsnego relacji z Anką. Dziwne, że nie dostrzegłem wtedy, jaki jestem żałosny. Na pożegnanie usłyszałem:

– Jesteś fajny facet, na pewno sobie kogoś znajdziesz. – Słyszałem to wielokrotnie, mimo wszystko czułem się wybrakowany.

Anka cz. I

Niebo w kolorze stali zdawało się osądzać. Ja też osądzałem – siebie. Obok autoosądu nurtowało mnie pytanie: jak to się stało? Złamałem dane sobie słowo.

Miesiąc wcześniej

Uważam za bardzo przydatne dwa okresy w roku. Czas przed jednymi i drugimi świętami. Już chyba zapomniano, ale nasza cywilizacja – łacińska, daje nam dwa razy do roku możliwość naprawy, swoistego resetu. Mało kto dziś o tym wie, ale te dwa okresy trwające coś około miesiąca mają takie właśnie zadanie. Na chwilę nas zatrzymać, skłonić do refleksji, może skłonić do naprawienia czegoś, albo do rezygnacji.

Jechałem na wielkanocne Święta do domu z mocnym postanowieniem: koniec! Koniec z moją przygodą. Koniec z pogonią za doznaniami, koniec z pewną drogą. Przez ostatnie tygodnie dużo myślałem. Wspominałem jak to się zaczęło, w którą stronę poszedłem. Dlaczego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Przez ostatnie kilka lat moje życie wypełnione było doznaniami. Wszelkimi. Uznałem, że na chwilę obecną wystarczy. Zaczynało do mnie docierać, że trzy czwarte studiów za mną, a ja w ogóle nie ruszyłem do przodu. Co się stało? Kiedy ten czas minął. Chcę się zmienić. Muszę się zmienić. Trzeba uporządkować pewne sprawy. Wrócić do systematycznej nauki. Śledzić wytyczne KNF. Kto wie, może kariera w dużych, brokerskich firmach jeszcze nie przepadła. Kto wie?

Rok wcześniej

Wszystko zaczęło się od Ani. Ankę widywałem na uczelni od pierwszego roku. Podobno faceci, a z pewnością znaczna ich część, cierpią na syndrom matki i dziwki. Pewne kobiety kwalifikują jako potencjalne matki i żony, inne z kolei mają, powiedzmy, wymiar bardziej przedmiotowy. Zawsze starałem się unikać tego schematu. Uważałem to za krzywdzące i nie w porządku. Wyjątek stanowiła Anka.  Emanował czymś takim, że nie potrafiłem na nią patrzeć w sposób inny niż „potencjalna dziewczyna – żona”. Blondynka o obfitym biuście, w porównaniu z którymi jej tyłek wydawał się nieco mały. Figura, jakby troszkę zwalista. Pod jej okularami, kryły się niebieskie oczy, intrygująca, sympatyczna twarz. Zawsze mnie intrygowała. Zawsze. A poznałem ją dopiero na czwartym roku.

Wiosna. początek sezonu randkowego. Ta wiosna miała być inna, miała dać początek czemuś innemu, lepszemu. Coraz bardziej zaczynałem mieć tego wszystkiego dosyć. Coraz częściej patrzyłem wstecz i w głowie miałem mętlik. Nie chciałem zawracać ze szlaku na którym byłem. Jeśli o to chodzi, byłem przekonany, że droga, którą dawno temu wybrałem, jest drogą dla mnie i co do tego nie było wątpliwości. Jednak nie mogłem nie zauważyć tego, że nie jestem szczęśliwy. I to nie dawało mi spokoju. Skoro szedłem szlakiem, który sam sobie wytyczyłem, to dlaczego niemal fizycznie odczuwałem pewien brak. Odpowiedź znalazłem w rozmowie z Luizką.

– Jesteś dziwkarzem, ale myślę, że będziesz dobrym mężem. – Tu Luizka obdarzyła mnie uśmiechem lisicy. –  Wiesz, ty masz opinię dziwkarza, Misza każdego leje i się go boją, a jak się was pozna, to jest zupełnie co innego. Obaj macie w sobie taki gen pantoflarza, takiego męża „ciepłe kluchy”.

Myślałem nad tym długo. Rzeczywiście, związek z kimś wydawał się nową i zarazem fascynującą przygodą. Raczej nie bywałem w takich relacjach. Nie miałem dziewczyny (jednej, swojej), ja miewałem dziewczyny.  Nie zdecydowałem się na żaden związek, bo chciałem być fair. Fair wobec drugiej osoby i fair wobec siebie. Zbyt wiele razy słyszałem od partnerek moich kolegów coś w stylu: jestem z nim, ale sama nie wiem, czy to jest to. Zawsze wtedy czułem zakłopotanie, bo w tym momencie głosicielka powyższego stwierdzenia wpatrywała się w moje oczy z pewnym oczekiwaniem.

Powoli zaczynało do mnie docierać, że chyba odczuwam głód emocjonalnej relacji. Relacji z randkami, kwiatami, buziaczkami na przywitanie i pożegnanie. Postanowiłem, że to ta wiosna, ten czas. 

Od rana wszystko mówiło, że to będzie dobry dzień, dzień pełen pozytywnej energii. Wiosenne słońce obiecywało to wszystko, co starałem się zatrzeć w sobie przez ostatnie lata. Zieleń na osiedlu, niebieskie niebo i budynki skąpane w wiośnie dawały nadzieję. Po porannej toalecie i lekkim śniadaniu spojrzałem w lustro i przejechałem dłonią po swojej białej koszuli. Spojrzałem w lustro.

– Dziś załatwiam wszystkie rodzinne sprawy – nie wiem skąd do głowy wleciała mi kwestia z „Ojca Chrzestnego”, ale wypowiedziałem ją przed lustrem zupełnie serio. Skropiłem się nowymi perfumami i wyszedłem. Kilka spraw natury administracyjnej , odwiedzenie akademików i powrót. Plan dnia był prosty.

Idąc chodnikiem, czułem na skórze wiosenny wiatr. Tak, ta wiosna przyniosła nadzieję. Ze zdziwieniem odkryłem, że towarzyszy mi pewna determinacja. Jakieś dziwne napięcie. Zacząłem analizować. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dotarło do mnie, że od kliku dniu moje myśli krążą wokół Anki. Nie tylko Anka była tu problemem. Ja zafiksowałem się na punkcie związku, relacji długoterminowej, jakkolwiek zwał. Co było powodem? Coraz więcej par wokół? Pesel, który nieubłaganie, niczym okręt, przybijał do trzydziestki? Rozmowa z Luizką? Nie potrafiłem sobie na to pytanie odpowiedzieć. Jakaś część mnie starała się przedrzeć przez warstwy pustki, które tak pieczołowicie wyhodowałem w sobie. Powoli docierało do mnie, że ostatnie lata były niczym szczególnym. Nie to żebym żałował, bo nie żałowałem, ale jakoś spełnienia też nie czułem. Czy ostatnie lata uczyniły mnie lepszym? – Zastanawiałem się. Na pewno mnie zmieniły. Ponad wszelką wątpliwość, bogactwo doznań które posiadłem zostawiło we mnie ślad. A może bliznę? Podobno są blizny, które uszlachetniają, ale czy wszystkie?

Dotarłem do miasteczka akademickiego. Kiedy wchodziłem po wiecznie niedomytych schodach, minęły mnie dwie roześmiane dziewczyny. Szybkie ukradkowe spojrzenia, coś szepnęły, zachichotały i minęliśmy się.

– Ładnie pachniesz chłopcze, wiesz? – dobiegł mnie dźwięczny głos jednej z nich.

– Wiem. – Odpowiedziałem z uśmiechem.

– Przystojny jesteś? To też wiesz? – znowu chichot

– Mama mi to powtarza. – Grymas uśmiechu, niczym slalomista przemknął po mojej twarzy.

– Okłamuje cię – i znowu chichot.

Odwracam się, patrzmy na siebie. Puszczam oko, i znowu chichot. Odwracam się i idę do znajomych. Po godzinie wychodzę z akademika. Słońce  staje się popołudniową, gigantyczną tarczą na niebie. Coś w środku nie daje mi spokoju, coś pcha mnie przed siebie. Śmieszne i dziwne zarazem. Zanim Ronda Byrne napisała „Sekret”, ja już go doświadczyłem. Los sprzyja gotowości umysłu.

Seksualny padlinożerca cz. 2

Na drugim piętrze otworzyła drzwi obite jakąś sklejką. Po minucie w środku zorientowałem się, że jestem w mieszkaniu typowych dorobkiewiczów. Trzy pokoje, przedpokój z upchanymi na wieszaku kurtkami i bluzami. Na podłodze kilka par butów tworzy abstrakyjną mozaikę. Wchodzimy do największego pokoju. Rozścielone łóżko, porozrzucane ubrania, deska do prasowania, kilka opakowań DVD z babskimi serialami. Książki: horrory i tak zwane współczesne erotyki.  Jakie to przewidywalne. Całujemy się, nie namiętnie, nie zachłannie, ale całkowicie bez jakichkolwiek emocji. Całujemy się, bo tak robią w książkach, które czyta, bo to z pewnością widziała w serialach, które kupuje całymi seriami. Rozbieramy się. Ma przeciętną bieliznę, pasującą do niej. Kiedy patrzę na nią nagą, widzę obraz typowej polskiej kobiety. Zawalista figura, lekko odstający brzuch, spore uda, dorodne cycki z brodawkami pasującymi do tego typu urody. Dzieło zwieńcza jej łono po nieumiejętnie wykonanym zabiegu golenia okolic intymnych, zapewne tanią maszynką kupioną w dyskoncie albo żółtą, męską jednorazówką. Kładziemy się na łóżku, nasze ręce błądzą po ciałach. Alkohol, nagie kobiece ciało, wystarczają, żebym był gotowy do startu. To dobrze, bo ze zgrozą zauważam, że nie jestem już twardy jak skała zawsze i wszędzie. Patrzę na jej najintymniejsze okolice, Ogarnia mnie pusty wewnętrzny śmiech. Jej cipka jest typowa dla tego typu urody. Czyżbym naprawdę widział już wszystko? Na kilka godzin, cofnąłem się w czasie. Znów byłem herosem, znów żyłem seksem. Bzyknęliśmy się kilka razy, dopóki się nie skończyły gumki, mnie i jej. Ciekawostką było to, że po początkowej odmowie dała się namówić na niekonwencjonalny seks, za lubrykat posłużył nam olej spożywczy, a raczej jego resztka,  która stała w kuchni. Kiedy skosztowała tej zabawy nie chciała nic więcej. Kiedy skończyły się gumki zapadliśmy w półsen. Zawsze tak mam, na cudzej mecie, zwłaszcza przy takich przygodach nie zasypiam twardym snem, po prostu nie mogę. Kiedy słońce zaczęło z coraz większą natarczywością zaglądać przez szpary utworzone przez rolety w oknach, otworzyłem oczy, spojrzałem obok siebie i na pokój, w którym spędziłem ostatnie kilka godzin. Poza niesmakiem w związku z bałaganem na który patrzyłem, nie czułem nic. Nie znałem kobiety obok mnie, nie chciałem znać.

Pierwsze zdanie, jakie Bóg wypowiedział do człowieka brzmiało: bądźcie płodni i rozmnażajcie się. Są dwie szkoły katolickie, ta skostniała, najprawdopodobniej wywodząca się z ciemnych zakamarków dewocji wymachuje tym zdaniem, jako dowodem, na to, że „toto w toto” tylko w celu produkcyjnym inaczej nie wolno. Druga szkoła, nieco bardziej liberalna, nazwę ich za Tuwimem neokatolikami, pierwsze zdanie Boga tłumaczy sobie: idziecie uprawiać seks. Ale nie jest to przyzwolenie na wsadzanie gdzie popadnie i komu popadnie. Są pewne warunki, ogółem można je nazwać miłością. To drastyczne uproszczenie. W skrócie chodzi o to, że największą radość z seksu mamy wtedy, kiedy uprawiamy go z osobą, która fizycznie działa pobudzająco,a intelektualnie i osobowościowo jest magnesem. Kiedy mamy te składowe i seks jest kolejnym etapem, to taka relacja staje się czymś wręcz świętym. Są jeszcze inne teorie, wiele teorii. O tym kiedy indziej. W każdym razie leżąc w obcym łóżku zastanawiałem się, czy aby w dobrym kierunku zmierzam. Kolejną myślą było: czy mogę już sobie pójść.

Obce ciało obok mnie przebudziło się, spojrzało na mnie.

– Czemu jeszcze nie idziesz do domu? – Ufff – no szacuneczek za to pytanie.

– Już idę. – Ubrałem się i wyszedłem.

Kiedy obszedłem blok dookoła, wyszedłem na chodnik. Słońce było już całkiem wysoko. Lekko zmrużyłem oczy i ruszyłem przed siebie. Na chodniku mijałem ludzi, rodziny z dziećmi w drodze do kościoła albo na niedzielny rosołek do teściów.

Cofnąłem się w czasie, zawsze po takich jednorazówkach szedłem rano w dobrym humorze, z poczuciem, że oto ja – GRACZ – rozegrałem po mistrzowsku kolejną partię. Kiedyś przy piwie rozmawialiśmy z Miszą jaki moment napawa nas najmilszym uczuciem wprzygodnch kontaktach z kobietami. Obaj mieliśmy podobne spostrzeżenia. Największe wytchnienie ogarniało nas wtedy, gdy wracaliśmy po udanym podboju albo gdy ktoś opuszczał nasze łóżko i mogliśmy z poczuciem wygranej rozkoszować się całą przestrzenią w pościeli.

 Od dawna to uczucie gdzieś zniknęło, coś jakby się skończyło, zniknęło, wyparowało. Z każdym krokiem dopadało mnie uczucie przygnębienia. Przez chwilę pomyślałem o Małym Szczebiocie. Coś sobie wymarzyłem, czegoś chciałem, ale wydawało się to tak odległe, że nie śmiałem nawet tego nazwać. Chyba poczułem coś na kształt tęsknoty. Przecież wiesz, że nic z tego nie będzie –głos, znajomy głos z tyłu głowy przywołał mnie do porządku.  Niepokojące uczucie.

Znam swój organizm, znam siebie.  Znam ten schemat. Dziwne, fast sex, fast food, śmieciowy seks, śmieciowe jedzenie. Jakież to proste. Wszedłem do najbliższego centrum handlowego (o dzięki ci losie, że jestem w mieście, gdzie takich sanktuariów konsumpcji jest wiele). Strefa food zapraszała neonami. Zamówiłem porcję śmieciowego, choć teoretycznie zdrowego jedzenia. Przy pierwszym kęsie spotkało mnie zdumienie. Jedzenie rośnie mi w ustach, nie mogę przełknąć. Przeżuwam każdy kęs. Mozolnie, z wysiłkiem, jedzenie ma zapach i kolor, wygląda niemal tak wspaniale jak na świecących neonach. Jednak nie czuję smaku. Doznaję czegoś dziwnie znajomego – im bardziej zapycham żołądek, tym bardziej jestem pusty. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Rozglądam się wokół , dostrzegając tylko poste ludzkie skorupy. Międlenie w ustach i przełykanie zamówionego jedzenie zajmuje mi czas dwa razy dłuższy niż normalnie. Kończę, pustka, która mnie ogarnęła powiększyła się. Dziwne, jakby pustka mogła się powiększać. A jednak. Odchodzę od stolika, czuję niepokój i pustkę. Czuję się źle. Z nadzieją patrzę na kinową salę. Nie mija pięć minut, a już jestem w kasie i kupuję bilet. Z odcieniem leciutkiej zazdrości patrzę na ludzi kupujących dwa bilety. Czyżbym coś przegapił w życiu? Film, choć zapowiadana nowość mija szybko. Przez dwie godziny i dwadzieścia minut jestem widzem. Kiedy mrok kinowej Sali zamieniam na popołudniowe słońce w wielkim mieście znowu ogarnia mnie pustka, która wywołuje niepokój. Chciałem ten film obejrzeć z Małym Szczebiotem. Chciałem. Wracam do mieszkania. Jestem w próżni.

Wieczór, dzień dobiegł końca. Nareszcie. Stoję nad umywalką. Woda nabrana w dłonie ochlapuje twarz. Patrzę w lustro. Wpatruję się intensywnie. Bardzo chciałbym zobaczyć twarz dwudziestoletniego chłopaka. Chciałbym zobaczyć jego spojrzenie przepełnione ciekawością, pełne nadziei, uporu i niezachwianej wiary, że jego droga będzie drogą na szczyt.  Tak bardzo chciałbym zobaczyć na jego twarzy ten niegasnący głód. Głód poznania nowego, nowych doznań, głód dojścia odrobinę dalej niż wszyscy inni. Chciałbym mu powiedzieć co i jak. Podpowiedzieć, jak się sprawy mają. Ale nie, nie ma go tam. Zamiast tego, patrzę na trzydziestoparolatka o spojrzeniu przepełnionym pustką, która wzbudza trwogę.

Zrozumiałem jak, wciąż nie pojmuję dlaczego.

Seksualny padlinożerca cz. I

Sobotni wieczór. Wszechogarniające zimno wygania z ulic.

Underground, ciężkie brzmienie wybrzmiewa z głośników. Znowu jestem w klubie, którego nawet nie lubię, ale zawsze tu ląduję. To kolejny przejaw marazmu, który nie tylko mnie otacza, ale wręcz wdarł się we mnie.  Delikatnie stłumiony wypitym alkoholem rozglądam się wokół. Trudno określić średnią wieku, ludzie na parkiecie wykonują ruchy, które z pewnością nie są tańcem, jest czymś pośrednim między mozolnym  parciem do przodu, na przykład w kolejce do szatni, a czymś przypominającym prastare rytuały. Patrzę w stronę DJ. Dwudziestokilkuletni chłopak jest niczym kapłan nowej religii.

Podchodzę do baru. Dziwne, ale nie ma aż tak wielu ludzi. Barman odwrócony rozmawia z jakąś kobietą. Na krótką chwilę oczy kobiety wpatrują się w moje piekące do dymu źrenice. Uśmiecha się, oddaję jej uśmiech. Barman w tym czasie sporządza drinka. Kobieta nachyla się nad barem i coś mówi. Barman bierze z suszarki pusty kieliszek. Podaje mi Jaggemeistera wskazując na kobietę, która patrzy na mnie i się uśmiecha. Unoszę kieliszek, oboje wypijamy. Przeciskam się do niej. Krótka chwila na malutki rekonesans. Wiek coś pod trzydziestkę, włosy brązowe, nieco za ucho, ubrana w beżowy płaszcz. Nasze usta wykonują ruchy, z boku przypomina to rozmowę, ale łupanka z głośników uniemożliwia jakąkolwiek rozmowę. 

Patrzę na jej oczy i uśmiech. Unoszę dłoń, dając znać barmanowi. Ta kolejka jest na mój koszt. Jestem konserwatywnym libertynem. W kwestii finansowej, konserwatyzm bierze górę. Różnej maści samozwańczy trenerzy podrywania uważają to za przejaw słabości, coś, co dyskwalifikuje w oczach kobiet. Śmieszne i głupie.

Przypatrujemy się sobie. Wypijamy kolejkę, później następną. Nasze ręce dotykają się po to żeby za chwilę się połączyć. Mówimy coś do siebie, ale sami nie wiemy co, prowadzimy niby-rozmowę. Przechodzę do palarni, unoszę dwa palce do ust, żeby zasygnalizować mojej nowej znajomej, gdzie idę. Wydyma usta jej twarz przybiera ignorujący wyraz, jej spojrzenie płynnie z uśmiechu przechodzi w obojętność. Wzrusza ramionami i odwraca się do baru. Uśmiecham się i odchodzę. W palarni odpalam Marlboro light i zaciągam się. Ogarniając wszystko i wszystkich leniwym spojrzeniem. Patrzę na festiwal ucieczki, inaczej nie potrafię tego nazwać. W potężnym słoju wypełnionym elektronicznym brzemieniem i mefedronem banda dzieciaków ucieka. Ucieka przed światem, ucieka przed życiem, może nawet przed sobą. Śmieszne, jestem jednym z nich, moja przewaga polega na tym, że ja o tym wiem.

Nieznajoma w beżowym płaszczyku odnajduje mnie. Patrzymy na siebie, a raczej to ona na mnie patrzy wzrokiem, który stracił nieco na ostrości w skutek spożytego alkoholu. Ja, intensywnie patrzę w jej oczy, ale ta intensywność ma inne, osobne źródło. Szukam odpowiedzi, na pytanie, którego nie potrafię sformułować. Obejmujemy się, przez chwilę bujamy się, niby do ballady romantycznej. To nieco groteskowe, bo łupanka z głośników powoduje, że ludzie wokół skaczą niczym atrakcja w menażerii. Na raz nieznajoma odkleja się ode mnie jej spojrzenie pada na szczupłego chłopaka o ciemnej karnacji i szerokim uśmiechu. Nie reaguje na to. Wyciągam kolejnego papierosa. Staram się, z wydobywającego się z moich ust dymu, utworzyć coś na kształt koła. Systematyczne ruchy żuchwą przynoszą rezultat w postaci wyraźnych , grubych kół z dymu. Dopalam i kieruję się w stronę wyjścia. Już prawie dotarłem do drzwi, gdy ktoś ciągnie mnie za rękę – znowu ona.

– Wychodzisz ze mną. – Łapie mnie za rękę i wychodzimy.

Na zewnątrz świta. Wczesno-poranny chłód  działa jak nawilżana chusteczka do higieny intymnej – daje iluzje odświeżenia.

– Gdzie nas dalej noc zaprowadzi? – Pytam patrząc na moją towarzyszkę. Staram się ocenić ją teraz, poza klubowym zgiełkiem. Ciekawe, nic ponad to, co zauważyłem w klubie w niej nie ma. Ma przeciętną twarz, lekko zwalistą figurę lekko kręcone włosy w nieokreślonym kasztanowo-brązowym kolorze. Kierujemy się do postoju taksówek. Wsiadamy i bezimienna podaje adres. Zaczynam rozumieć dlaczego do tej pory niewiele mówiła. Niemiłosiernie sepleni. Jedziemy pod wskazany adres. Boję się kłopotliwego milczenia, dlatego prawię jakiś oklepany komplement, całujemy się. Po kolejnych dwóch pocałunkach i coraz bardziej banalnych i wulgarnych komplementach, dojeżdżamy na miejsce. Taksówkarz podaje kwotę, regulujemy rachunek i wychodzimy.

Gdy zostajemy sami na chodniku pada pytanie, które nieco mnie otrzeźwia: – po co ze mną przyjechałeś? – Nic nie odpowiedziałem. Lepiej milczeć. Milczeć i stać w miejscu. Bezimienna podchodzi do bramki-furtki. Blok ma specyficzną architekturę. Od ulicy trzeba wejść po schodach i skręcić w lewo, dopiero docieramy do klatek. Bezimienna weszła za bramkę i powolnym krokiem zmierzyła się ze schodami. Gdy była na szczycie, odwróciła się spojrzała na mnie zniecierpliwiona, mlasnęła i wykonała zapraszający, wręcz teatralny  ruch ręką. Uff, czyli jednak zwycięstwo. Lekkim, na ile pozwolił alkohol, krokiem ruszyłem przed siebie.

CDN

W labiryncie Burdelowa 3.2

Miała szramę po cesarce, była miłą trzydziestoparoletnią kobietą. Po seksie nawet zamieniliśmy kilka zdań. Twierdziła, że jest absolwentką resocjalizacji, opowiadała o praktykach w więzieniu. Twierdziła, że miała kontakt z prawdziwym kanibalem, ciekawe. Nie ona pierwsza, i nie ostatnia. Jakoś dziwnie, znaczny odsetek dziewczyn za pieniądze zajmował się resocjalizacją. Okazało się, że nie było to wcale dalekie od prawdy. Po prostu wiele z nich zaliczyło odsiadkę krótszą lub dłuższą. Stąd znajomość resocjalizacji i więziennych praktyk. Rudowłosa szczupła, była receptą na piątkowy marazm. Pamiętam tylko trochę sztucznego postękiwania. Blondyna z seksownymi biodrami była ukojeniem w mroźny poranek. Nie mogłem się rozgrzać, dlatego zacząłem pocierać fiutem o jej uda. Sama zaproponowała, że jeśli mnie to rozluźni, to mogę pocierać o jej cipkę. Miękkość i ciepło postawiły mój korzeń w całej okazałości. Na chwilę popadłem w trans i  powolutku zacząłem zbliżać usta do jej piersi, które były całkiem okazałe. Wsparty na ramionach, zacząłem poruszać biodrami. Mój penis znalazł się niebezpiecznie wejścia do jej cipki. Na chwilę zapomniałem o całym świecie. Poczułem ogarniające ciepło na kutasie. O mały włos złamałbym podstawowe przykazanie burdelowa, uprawiałbym seks bez zabezpieczenia. Na szczęście poprzestałem na „koniuszku”. Ostatecznie wybrałem „drugą dziurkę”, w gumie. Róża, dwudziestoparolatka o przeciętnej urodzie twierdziła, że pracuje przy rozkładaniu towarów w Tesco. Ciałem dorabia, bo mało płacą. Rozpadające, skrzypiące łóżko miało swój klimat, kiedy ją rypałem. Czasem zastanawiałem się, czy kiedyś się rozpadnie. Lubiłem posuwać ją mocno i szybko. Wtedy wydawała charakterystyczne „oohouh, oouhh”. Mirela była szczupłą szatynką, otwartą na każdą propozycję, wszystko podsumowywała jednym zdaniem: „skoro tak lubisz”. Magda była biuściastą, postawną brunetą. Otwarta i rozmowna. To ona powiedziała mi, że znaczny odsetek div ma za sobą epizod w ZK. Sama miała za sobą cztery miesiące do rozprawy i wyrok w zawieszeniu za pobicie. Jak sama mówi, nie przeszkadza jej to. Kręcą ją kolesie w dziarach i co najmniej „pietnastakiem” na koncie. Skorzystałem z każdej dziurki a wszystko dzięki szkoleniu w innym mieście. Alutka, niemiłosiernie szczupła, niezbyt miła. Jej cycki wydawały się być mikroskopijne, jak żelki Harribo Lubiłem ją posuwać z „nogami na pagonach”, fajnie pracowała biodrami. Mimo tak szczupłej budowy, była niesamowicie pojemna. Tęgawa Iza była przyjacielsko nastawiona, ale na anatomii znała się umiarkowanie. Punkt G umiejscowiła co najmniej nie tam gdzie trzeba. Zakończyliśmy ciekawym akcentem. Jej dwa palce ubrane w condom, odrobina lubrykatu i penetracja mojej dupy. Jednocześnie sam się brandzlowałem. Trysnąłem na jej cyce. Po wszystkim zapaliliśmy, zjedliśmy kilka herbatników i wypiliśmy herbatę owocową. Drogę powrotną do mieszkania zapamiętałem przez dziwne uczucie w odbycie. Elżbieta była brunetką, która miała warkoczyki jak siostry Williams. Było coś niecodziennego w seksie z nią. Pewien rodzaj „czegoś więcej”.  Nie dało się nie wyczuć penisem szyjki jej macicy. Było to tak namacalne, że musiało przykuwać uwagę. Jak później powiedziała zostało jej tak po porodzie. Jak sama powiedziała, wie, że to działa na facetów. Po wszystkim kawa i miłe pogaduchy, to ona zdradziła mi dużo z zakresu swoich doświadczeń zawodowych. Zapamiętałem, że kupiła już mieszkanie w Poznaniu i teraz zbiera na czarne BMW. Zdradziła mi, że woli małe miasta, gdzie często nie ma w ogóle konkurencji. Mini wykład ekonomiczny zapadł mi w pamięci.

O porażce

Wstałem po trzynastej, w głowie odczuwam lekki szmer, pamiątka po wczorajszym piwie. Wszystko zaczęło się od jednego piwa, zawsze tak się zaczyna.

Poszedłem  do knajpki. Zwykła przeciętne knajpka, większość klientów to dwudziestoparolatkowie, tania wódka i piwo przyciąga niczym lep. Przez trzy pilznery obserwuję ludzi. Grupki znajomych żywiołowo dyskutujących o palących problemach, gdzieniegdzie pary: chłopiec – dziewczyna, jak na dłoni widać napiętą atmosferę pierwszego, wspólnego piwa. Czym się objawia? Nawzajem pochłaniają się wzrokiem i każdemu albo prawie słowu towarzyszy nerwowy uśmiech. Och, to urocze zdenerwowanie, świadczy o czystości intencji, a może nawet o pewnej niewinności. Jednopłciowe pary, też delektują się niezbyt drogimi trunkami. Babskie i męskie wieczory.

Po trzecim pilznerze przenoszę się do klubu nieopodal. Nie jest to żaden topowy klub, bliżej mu do tancbudy, ale jest klimatyczny, to z pewnością. Biorę whiskey, to mnie wyróżnia z tłumu, który bierze piwo lub najtańszy drink. Siadam na wysokim stołku pod ścianą. Mam ochotę obserwować, czy coś się zmieniło w dynamice takich miejsc, odkąd tam bywałem? Nic się nie zmieniło, grupki facetów, grupki dziewczyn o odwieczna gra w podchody. Nie staram się nawiązać z nikim kontaktu wzrokowego, właściwie, nie mam planów, co do pobytu tutaj. Po skończonym drinku, biorę jeszcze piwo, już zupełnie wtopiłem się w tłum. Wychodzę na papierosa. Obok mnie pali para, kobieta, brunetka, z urody podobna dziewczyny z teledysku Martyniuka, troszkę bardziej świecąca, ale wciąż podobna, na faceta nie zwracam uwagi. Brunetka podchodzi z pytaniem o ogień, podaje jej zapalniczkę. Kilka minut później znów pyta o zapalniczkę, w jej oczach widzę oczekiwanie. Może jestem zbyt pewny siebie, ale dostrzegam wyczekiwanie na ruch z mojej strony. Nie robię nic, ogarnia mnie bierność.

Po kolejnej wódce z energetykiem znowu palę. Tym razem uśmiecha się do mnie dziewczyna o urodzie chłopca. Oddaję uśmiech. Rozmawiamy. Jej wywód na temat tego, jak to w takich miejscach faceci szukają łatwych wsadów nudzi mnie – ja to znam. Nie daję tego po sobie poznać, idę to toalety. Kiedy rozmawiamy po raz kolejny, za jakiś czas w klubie, pada pytanie, czy wierzę w możliwość odnalezienia miłości w klubie. Aha, czyli muszę zadeklarować uczucie i mam szanse na obciąganko. Mówię, że nie, i żegnam się. Czas spadać. Na pożegnanie słyszę, że chętnie przyjmie zaproszenie na kawę. Nie odpowiadam. Wychodzę.

Zamiast iść spać, poszedłem do mrocznego klimatycznego klubu, dla prawdziwych zombie. Przez moment, po przekroczeniu progu czuję się nieswojo, w czymś takim jeszcze nie byłem. Zaczynam się zastanawiać, czy obciąganko nie poprawiłoby mi nastroju i nie wyrwało z marazmu. Szukam, w takim miejscu nie powinno być problemu ze znalezieniem odpowiednich ust. Robię rundę po tym mrocznym miejscu. Jednak, znalezienie druciary, może być problemem. Czuję na sobie czyjś wzrok, odwracam się, łysy spaślak, o głowę wyższy ode mnie. Może ochrona – myślę. Liczę się z tym, że mogą mnie wypierzyć stąd, bo faktycznie, trochę inny klimat i mogę nie być tu mile widziany. Zmieniam lokalizację, za chwilę pojawia się grubas. Mówi coś do mnie o piwie. Nosz kurwa, to są Himalaje ironii losu. Myślę po obciąganiu i zarywa do mnie gej. Nie mam nic przeciwko homo, ale czy ja mu, do chuja wafla, wysłałem jakiś sygnał, że do mnie podbił. Kręcę głową i odchodzę. Nie mija dziesięć minut, znowu grubas, tym razem zaczyna się bujać z nogi na nogę, coś na kształt tańca. Mam dość. Spieprzam stąd. Kiedy opuściłem klub i spojrzałem na zegarek było po ósmej rano. Ludzie od mniej więcej godziny pracują. Dobrze, że mam wolne. Wracam i myślę, o tym wszystkim, jak to się stało, że tyle rzeczy umknęło mi w życiu. Co raz częściej patrzę na swoje życie z perspektywy porażki.

O uczuciach ciąg dalszy

– A może to nie tak. Może źle na to patrzycie. Albo traktujecie kobietę jak szmatę albo pałacie romantyczną miłością. A to nie tak.  – Głos zabrał Adam. – Kto go tu w ogóle zaprosił? – Przemknęło mi przez głowę. Lubiłem Adama. Mimo, że pochodziliśmy z dwóch różnych światów, to szanowałem go za intelekt i twardy charakter. Byłem zdziwiony jego obecnością, bo po prostu nie pasował do tej zgrai i raczej nie bywał na pijackich posiedzeniach, gdzie z oparów piwa i wódki wyłaniał się nasz prymitywizm.

– Miłość, to nie jest magiczne „coś”, to ciężka robota. Nie ma sytuacji, gdzie ktoś jest ci pisany przez los, przeznaczenie, czy cokolwiek innego. – Zaczynał. Odkąd poznałem Adama, zawsze podziwiałem u niego ewangelizacyjny zapał. Kiedy rozpoczynał swoje przemówienia, było w tym coś z dobrego kazania. Nie chodziło o tani chwyt retoryczny. To nie była chęć zabłyśnięcia kąśliwą uwagą, czy błyskotliwym tekstem. To była przemowa, wygłaszana z przekonaniem, z wiarą mówiącego, że oto objawia prawdę. Nie było tu agresji, nutki szaleństwa – był przekaz. Szczery przekaz. Tak. Niewątpliwie Adam nadawał się na kaznodzieję.

– Poznajesz dziewczynę. Poznajecie się nawzajem, spotykacie się, chodzicie ze sobą, znajomość przeradza się w związek. I to wspólne wzloty i upadki umacniają wieź, tworzą miłość. Cementują na dobre i na złe.

– Ale, to takie gadanie, albo się zakochujesz albo nie. – Kapitan Planeta, lubiący lekkie dragi romantyk próbował przeforsować swoją filozofię towarzyską.

– Zakochać możesz się zawsze. – Adam był jednak nieugięty. Zmiażdżył oponenta zanim  tamten zdążył wystawić na retoryczny ring pierwsze argumenty. – To normalne, że ktoś się nam podoba, że kogoś pożądamy, że kogoś lubimy lub wręcz jesteśmy kimś zauroczeni, czy w kimś zakochani. Ale to nie jest miłość. Namiętność odchodzi, ale osoba zostaje. I co wtedy? Rozwód? Rozstanie? Tylko dojrzałe uczucie pozwoli dostrzec w drugiej połowie piękno ponadczasowe.

– A tam, pierdolisz. – To była licha obrona Miszy, przed płomiennym wystąpieniem. Znałem go zbyt długo. Wiedziałem, że taki tekst był oznaką intelektualnej bezradności i chęcią ukrycia tego, że nie ma kontrargumentów.

Wkrótce otwarte zostały kolejne piwa. Niedawna dyskusja został zepchnięta na boczny tor. Pojawiły się nowe tematy. Opary alkoholu zaczęły gęstnieć.

Wielokrotnie wracałem do tej rozmowy. Sam chciałem rozwiązać zagadkę albo raczej sklasyfikować, to, co nazywamy relacjami z kobietami. Co to jest miłość? Co to jest namiętność? Czy niezobowiązujący seks, zawsze niczym nie zobowiązuje?

Pytań było dużo. Rozwiązaniem było doświadczenie i wnioski. Z ochotą oddałem się towarzyskim manewrom, żeby pewnego dnia usiąść z lampką wina i stwierdzić: „Świat uczuć i doznań, nie ma przede mną tajemnic.” Czy to był młodzieńczy idiotyzm, czy stawałem się prorokiem własnej religii?

W przeciwieństwie do moich znajomych, ja miałem, niczym mickiewiczowski mędrzec, swoje szkiełko i oko. Burdelowo było szkiełkiem i okiem. Dzięki temu, że penetrowałem ten świat stałem się chłodniejszy emocjonalnie, to pozwalało mi, niczym naukowcowi w laboratorium, zabrać się do swoich pokręconych badań.

 

Moje plany zakładały eksploracje i celebrację, tego cudownego świata; świata kobiet, emocji i doznań. Miałem też nadzieję przeprowadzić choć jedną deflorację, czego niestety nie dokonałem…

 

Porozmawiajmy o atrakcyjności

Mój kolega, Przemek, to podwójny rozwodnik. Dwa małżeństwa, dwoje dzieci. Nieuchronnie zbliża się do czterdziestki, mieszka z rodzicami i zarabia w dorywczej pracy. Życiowy przegrany, można by rzec.

A jednak, z pewnych przyczyn, to gość, któremu nie jeden, zaliczający się do normalnych facetów, może zazdrościć. Przemek, zawsze miał zapał do podrywania kobiet. ZAWSZE. Zawsze był okrągłym chłopcem, którym do najprzystojniejszych nie należał. Teraz, gruby, zarośnięty, śmierdzący potem i widać na nim nadmiar wypitego alkoholu. Ale od początku. Zawsze, kiedy mijaliśmy jakieś dziewczyny, jeszcze w latach wczesnego dzieciństwa. Z ust mojego druha padało coś na kształt: „cipki rude”. Był nieprzejednany. Kiedy nieco podrośliśmy i szliśmy razem w miasto, nie przepuszczał żadnej dziewoi. „Cześć”, „znasz Kaśkę jakąś tam” to tylko jedne z łagodniejszych tekstów. Wtedy jeszcze nie bardzo rozumiałem o co chodzi. Nie znałem magicznego słowa podryw. On znał. Nie wiem, czy to fart, czy statystyka, ale w wieku dziewiętnastu lat został ojcem. Kontakt nam się urwał, kiedy poszedłem na studia. Słyszałem, że życie go przerosło, ale nie uszało mnie to. Czasem, kiedy w wyczynach seksualno-towarzyskich, można powiedzieć ścigałem się sam ze sobą nachodziła mnie myśl, czy już osiągnąłem jego level, czy może jeszcze nie. A może poszedłem dalej? Kiedyś spotkaliśmy się przypadkiem, dowiedziałem się, że jest po raz drugi żonaty.

Zderzyliśmy się ostatnio. Dwa rozwody na koncie. I, co najważniejsze, niekończący się apetyt na nowe dupy. Co prawda, teraz nie interesują go pojedyncze wsady, a raczej, jak to określa związki, ale wciąż ten sam chłopak. Pokazał mi fotki w telefonie dwóch swoich aktualnych wybranek. Trzydzieści dwa i dwadzieścia siedem lat. Nie jakieś kaszaloty, ale całkiem dobre dupy. Jak je wyrwał, nie mam pojęcia. Co ciekawe wie, która z koleżnek się rozwiodła, albo jest sama cały czas. Facet jest po prostu, niczym szalony naukowiec pracujący nad niezrozumiałą formułą. Biorąc pod uwagę, że to purchawa nasączona piwem, nasuwa się pytanie. Jak w świecie zdominowanym przez lifestylowe programy, gdzie na topie są wyepilowani solarmeni, ciągle rucha polska wersja Rona Jeremy`ego.

Ja sądzę, że pod powłoczką medialnego bełkociku o trendach w modzie i kosmetyce, w realnym świecie żyją prawdziwe kobiety które chcą po prostu chłopa. A wszystkie porady i tipy odnośnie sztuczek w alkowie nijak się mają do tradycyjnego, swojskiego, dobrego rypania. Jak u Fredry.

Czy możemy zdobyć czyjeś serce

 

 

Paląc papierosa w całkiem miłej knajpce, patrzyłem na otaczające mnie pary. Pod oknem para w średnim wieku. Farbowana szczupła brunetka, której twarz zdradzała nadmiar wypalonych papierosów i dobrze ubrany facet, pewnie jakiś handlowiec. Obok  kilkoro nastolatków, dziewczyny wdzięczące się do chłopaków w śmiesznych czapeczkach. Nie ma bardziej skomplikowanej gry niż gra towarzyska. Żadna gra nie jest tak ekscytująca, w żadnej innej grze wygrana nie ma tak słodkiego smaku, a porażka nie daje o sobie zapomnieć długo, po samym fakcie zaistnienia. Gdziekolwiek nie spojrzymy roi się ludzi, którzy są z kimś, byli z kimś albo zamierzają być.

Podobno najpopularniejszym podarunkiem walentynkowym są serca, w najróżniejszych postaciach. Łatwo dać komuś pudełko pomadek, ale czy tak łatwo sięgnąć po serce, to w środku?

Zawsze nurtowało mnie jedno zagadnienie. Co jest przejawem większych uczuć: bycie razem przez kilkadziesiąt lat, czy krótki, namiętny i płomienny romans. Obie formy bycia ze sobą mają dobre i złe strony. Obie mają zwolenników. Pytanie, kto ma rację.

Weźmy za przykład małżeństwo. Staż kilkudziesięcioletni. Typowy cebulowy rodak i typowa, cebulowa rodaczka. Mniej więcej dziesięć lat po ślubie seks i zmysłowość, o ile jakąś posiadali odstawili na półkę. Pozostało im wychowanie dwójki dzieci, remonty w mieszkaniu, odkładanie na wakacje nad morzem. Między czasie przeszli takie przygody jak krótkie pobyty w szpitalu, utrata pracy, kłopoty wychowawcze z dziećmi. Jednak cały czas byli razem. Dziś, kiedy kładą się wieczorem spać, jedno chrapie, drugie poprykuje przez sen. Jednak zawsze, w rozmowach określają siebie mianem „mój”, „moja”.

Kolejna para. Młodzi ludzie po dwudziestce. Przyjmijmy wariant studentów, mieszkających w akademiku. Poznają się na imprezie studenckiej. Coś iskrzy. Mija kilka dni, lądują w łóżku. Są mega kompatybilni. Nie wychodzą z łóżka. Ich ciała i zmysły wydają się nadawać na tych samych falach. W przypływie namiętności, przekraczają coraz więcej barier w sferze seksu, ale również w sferze uczuć. Taki stan trwa kilka miesięcy. Odkrywają, że mimo fantastycznego seksu i szczerego oddania, na dłuższą metę, nie potrafią być ze sobą. Kolejne kilka miesięcy i powoli, ich znajomość umiera śmiercią naturalną. Za kilka lat każde z nich wejdzie w poważny związek, jednak zawsze, każde z nich będzie pielęgnować tę cząstkę serca, którą kiedyś zdobyło.

To tylko dwa skrajne przykłady. Pomiędzy nimi jest całą masa innych. Typowe seks-układy, związki z rozsądku, związki-pomyłki, romantyczne relacje, etc etc.

Kiedy następuje moment, zdobycia serca, czyjegoś serca, kiedy nasze serce ktoś zdobywa? Po udanej nocy? Po wspólnym dramacie? Po narodzinach dziecka? A może w ogóle nie można zdobyć serca, bo to najbardziej egoistyczny organ (no, może poza dwoma innymi). A nasze związki, to tylko kwestia przyzwyczajenia i seksu?

Iza zamiast niedzielnego rosołu

W studenckich mieszkaniach, dniem postawionym na głowie jest niedziela. To postawienie polega na tym, że studencka niedziela, przebiega inaczej, niż niedziela w domach powiedzmy zwyczajnych. Najpierw wstają rodzice: poranna toaleta, śniadanko; później wstają dzieci. Jeśli nieco starsze to odsypiają gorączkę sobotniej nocy. Młodsze odpoczywają od szkolnych trudów. W konserwatywnych rodzinach zalicza się niedzielny kościół, i każdy chciwie łapie ostatnie wolne chwile wolnego czasu. Gdzieniegdzie pojawia się niedzielny obiad u dziadków. To  zjawisko nazwałbym polską niedzielą. Inaczej jest w  mieszkaniach studenckich. Największą różnicą jest to, że nikt nie powiedział, że niedziela jest jedynym dniem wolnym. Bo w wielu przypadkach wolne może być jeszcze trzy następne dni. I to powoduje, że nikt nie przestrzega niedzielnego rytuału. Niektórzy chwiejnym krokiem wracają, mijając idące na msze babcie, inni budzą się i właśnie otwierają poranne piwo. Ktoś uśmiechnięty wraca, bo zawarł i skonsumował sobotnią znajomość. Scenariusze są różne.

Ja nie jestem tu wyjątkiem. Też postawiłem na głowie porządek społeczny. Leniwie się przeciągnąłem. Sobotni wieczór przeminął bez uniesień. Kino z Karoliną, później impreza z chłopakami. Kapitan Planeta chciał pokazać się z nową panną. Z Renatą, która była cudownie nieletnia i tym samym pociągająca, przynajmniej dla Kapitana. O dziwo, skończyło się kulturalnie i bez żadnej draki.

Rozglądam się po pokoju i leżę, po prostu leżę. Nie wstydzę przyznać się do tego, że jestem leniem. W ciągu godziny umyłem się i ubrałem. Kilka skibek chleba z szynką i serem wystarczyło na śniadanie. Mijam na przedpokoju Miszę, który wrócił z marketu z porcją rosołową, bukietem warzyw i kilkoma drobiazgami. Chociaż on zachowywał pozory normalności.

– Jesz obiad? – Misza, mimo opinii twardziela i lubiącego burdy zadymiarza, był dobrym człowiekiem i dobrym  kolegą.

– No mogę się załapać.

– To pomagasz mi, nie ma kurwa opierdalania.

– No, ok.

W sumie, nic nie mam do roboty. Siedzimy w kuchni, wszystko przygotowujemy. Rozmawiamy o wszystkim i niczym, Głównie o dziewczynach, seksie i układach towarzyskich. Tak już jest, pewne tematy nie nudzą się nigdy. Po prostu. Zanim się zorientowałem, prawie przygotowaliśmy obiad. Pozostał do zrobienia kurczak. Z tego Misza mnie zwolnił. Zawsze on przygotowywał kurczaka według swojego tajnego przepisu i trzeba przyznać kurczak był świetny. Wiedział o tym i mimo, że zawsze pomstował, że nie będzie karmił darmozjadów, to wszyscy wiedzieliśmy, że lubił robić kurczaka. Lubił też, jak każdy kucharz, widzieć, że smakuje. W miarę jak po mieszkaniu rozchodzi się zapach jedzenia. Zaczyna mnie ssać. Głód, ale nie głód wywołany pustką w żołądku. Głód za czymś niezidentyfikowanym. Ssanie, które tak dobrze znam, a jednocześnie nic o nim nie wiem, w pewnym sensie jestem przed nim bezbronny. Ubieram się.

-A ty gdzie? – Misza z kawałkiem skóry z kurczaka w ręku, wygląda nieco komicznie.

– Skoczę po fajki.

– U mnie leżą, bierz, jak chcesz.

Kręcę głową, na znak, że nie. Nie pyta, on wie, że lubię wychodzić. Niecałą minutę później jestem na klatce schodowej. Zbiegam po schodach. Ciepły miesiąc, ciepły, ale nie gorący. Chodzę po mieście, kupiłem papierosy i tak naprawdę nie wiem co dalej robić. Powinienem wrócić do mieszkania i zjeść obiad, ale nie robię tego. Chcę czegoś. Chyba najprościej byłoby powiedzieć: „baby mi się chce”, ale czy tak jest do końca? Telefon w kieszeni zaczyna przypominać rozżarzony węgiel. Myśli niczym poboczne strumyki, tworzą jeden, główny nurt. Forum, Strona, nowe cipki, cycki, nowe doznania. Iza – młoda gruba dziwka. Czytałem, recenzja Szwagrów krótka: dla amatorów rubensowskich kształtów. To coś nowego. Nigdy nie dymałem naprawdę grubej laski.

To, co się dzieje w następnych minutach, jest poza mną. Krótka rozmowa przez telefon. Adres i cena. Krótko i na temat. Działam na autopilocie, niczym przyciągany magnesem zmierzam w kierunku nowych doznań. Bo nie ma czegoś takiego jak uczucia, są tylko doznania. Jednocześnie, jakaś część, głęboko we mnie mówi mi, że czegoś szukam.

Pukam delikatnie trzy razy. Jedna z zasad w tym świecie głosi, że nie można za głośno wchodzić na mieszkaniówkę, bo nadmiar hałasów może zdenerwować sąsiadów, a tego byśmy nie chcieli. Otwiera mi jakaś postać, w ciemnym przedpokoju. Wchodzę. Już wiedzę, gdzie mam się udać. Pokój, drugi po lewej. Drugie piętro, naliczyłem cztery pokoje. Kolejna masówka. To by tłumaczyło dlaczego otwarte w niedzielę. Nie każda kurewka przyjmuje w niedzielę. Jeśli jakaś diva ma odpowiednią pozycję, czyli pracuje sama na mieszkaniu, to często bywa tak, że wyznacza sobie godziny pracy i na ten przykład weekendy ma wolne. Nie trzeba tu wcale nie wiadomo jakiej pozycji w piramidzie, wystarczy robić swoje. W niedzielę i święta przyjmują dwie kategorie prostytutek. Pierwsza, to stare kurwy, które dosłownie przepierdoliły życie, nie mają rodzin mają tylko świat w którym wszyscy się kręcimy. Kolejna kategoria, to masówki, czyli mieszkania, gdzie przyjmuje kilka dziewczyn. Takie miejsca pracują często niemal dwadzieścia cztery godziny. Zawsze ktoś tam jest. Jak wyznała mi kiedyś pewna diva, rodzinie mówi, że pracuje w kontroli jakości, dlatego czasem chodzi na noce. Cyrk.

Wchodzę do pokoju. Łóżko, jakaś wykładzina na podłodze, stare meble przy ścianie. Standard. Iza jest młodą dziewczyną, na oko dwadzieścia sześć, maks dwadzieścia osiem lat. Jest gruba. Okrągła twarz i zwalista figura, czynią z niej umiarkowany towar, albo deficytowy towar. Chwila rozmowy. Rozmowa nie bardzo nam wychodzi. Powoli się rozbieram. Diva poszła się przygotować. Powraca po kilku minutach, które wystarczyły, żebym stwardniał. Kładziemy się na łóżku. Jej cyce i brzuch rozlewają się. Nie bardzo wiem, co z tym zjawiskiem zrobić, to na razie tylko miętoszę i ugniatam wielkie cyce. Ona leży na plecach, nic nie mówi. Ja macam ją po całym ciele, niczym archeolog, doskonale zachowanego mamuta. Pyta, czy już założyć gumę. Potwierdzam, jednocześnie w głowie rodzi mi się pytanie jak pokonam przeszkodę w postaci jej dużego brzucha. Przypominam sobie powiedzonko: „wejść za trzecią falą”, wszystko wskazuje na to, że ja też będę musiał wejść za trzecią falą. To wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Zauważa to Iza, nasze spojrzenia spotykają się. Nieoczekiwanie na jej twarze również pojawia się uśmiech. Nie jest to uśmiech przesycony rutyną, ani wymuszony. Jest pogodny i miły. Nie wiem, co o tym sądzić. Podobno grube dziewczyny mają bardziej pogodne oblicze od szczupłych koleżanek, ale ja nie do końca się z tym zgodzę. Guma idealnie przylega do mojego przyjaciela. Diva odwraca się tyłem. Wypina monstrualny zad i spiera się na łokciach. Rękami rozchylam tłuste uda. Jej srom jest duży, sprawia wrażenie wielkiej sakwy. Kilka razy pocieram ją palcami. W końcu whodzę. Przyjemne, kojące ciepło. Zaczynam posuwać, równomiernie. Olbrzymie zwały tłuszczu przede mną poddają się rytmicznym pchnięciom. Moje ruchy stopniowo stają się szybsze i bardziej sprężyste. W końcu szybkim zdecydowanym pchnięciem dobijam do końca. Dalsze pchnięcia nieco lżejsze, ale równie szybsze. Zwalniam. Ręce z bioder wędrują na jej plecy i pośladki. Gładzę ją, jednocześnie, powoli penetrując. Po kilku, może kilkunastu minutach czuję, że niebawem trysnę. Łapię za szerokie biodra i dobijam do końca raz, drugi, trzeci, kolejny. Słyszę lekkie sapanie i pojękiwanie. Dochodzę, jeszcze raz dobijam do końca. Kilka słów pożegnania i już mnie nie ma. Kiedy idę wolnym krokiem, dostaję sms: „Nie masz już jedzenia, był Mareczek i Kamil” – Misza. „Ok.” – odpisuję. Wchodzę do najbliższego fastfooda, zamawiam paszę. Jest w tym pewna symbolika. Prawdziwe, domowe jedzenie zamieniłem na śmieciową papkę. Znów odzywa się ssanie. Poszukiwanie czegoś innego  Prawdziwej miłości, innego scenariusza na życie? Wiem, że burdelowo, nie jest odpowiedzią, już nie. Więc co jest?

To pytanie dręczyło mnie długo…..