Muzyka i seks

Muzyka łagodzi obyczaje, tak mówią. Seks też łagodzi obyczaje, dlaczego tego nie połączyć? Wykorzystałem ostatnio moment w poczekalni u dentysty i szybko przejrzałem „babskie pisemko” sprzed kilku miesięcy. O przepraszam, przymiotnik „babskie” mógł sugerować komuś, że to pismo dla bab. A jak wiadomo, baba to ta około pięćdziesiątki z włosami na plecach, niewykształcona, mieszkająca na wschodzie i głosująca na PIS. Nie, ja rzuciłem okiem na pismo dla kobiet, młodych, ładnych, seksownych, wykształconych, z dużych ośrodków miejskich.

Zainteresował mnie artykuł o muzyce w sypialni. Autorka, też wykształcona, wyzwolona i jeszcze do tego mająca możliwość podzielić się swoimi przemyśleniami zaproponowała kilka utworów do sypialni, nie będę się rozpisywał ani polemizował, dla zainteresowanych podaje trzy przykładowe linki poniżej

https://www.youtube.com/watch?v=VMNaO9jcd0Q

https://www.youtube.com/watch?v=JdPV4yO7LKQ

https://www.youtube.com/watch?v=Epgo8ixX6Wo

Czytając porady mądrej pani przypomniałem sobie dwie inne piosenki.

Pokój w akademiku, młody mężczyzna (to ja) i młoda kobieta, (to ona). Po kilku miłych słowach, zalążku flirtu i wspólnej kawie nadeszła pora na prawdziwą randkę. Na trzecią randkę. Według amerykańskiego systemu towarzyskiego to TA randka na której no, hmmm, sami wiecie. Wszystko było zorganizowane w najdrobniejszych szczegółach. Pokój w akademiku tylko dla nas, zmysłowo – romantyczne oświetlenie, którego źródłem była nocna lampka i światło bijące z laptopa, butelka wina i dwie młode osóbki, lekko podenerwowane, bo każde z nich wyczuwało atmosferę nadciągającego seksu.  Były śmieszne opowiastki z dzieciństwa, było zahaczenie o plany na przyszłość, a wszystko to okraszone było intensywnym kontaktem wzrokowym. Nie wiadomo skąd na romantycznej składance, która sączyła się z głośników usłyszałem kawałek Liroya: LINk

Nie tylko ja to usłyszałem, moja towarzyszka również…Kiedy raper (a później polityk) coraz głośniej informował słuchaczy, że „czegoś mu się chce”, taktownie nieco głośniej kończyłem opowieść. E. również nieco głośniej zaczęła się komunikować. Ze wszystkich sił staraliśmy się zignorować dźwięki z głośników. W końcu nie wytrzymaliśmy. Na chwilę oboje zamilkliśmy, po czym wybuchnęliśmy śmiechem.

To nie była „TA” randka, TĄ była następna, ale ta pozostała w moich wspomnieniach.

Nie pamiętam czego było więcej, ludzi przy stole, czy butelek po piwach, które stojąc na każdym możliwym meblu tworzyły niezapomniany cud designu. Mijały godziny, w końcu zostało nas czworo. Ja, Kapitan Planeta, Aleks i Judyta. Piwo otworzyło w  nas nowe horyzonty. Śmiech wymieszany z mądrościami życiowymi, głoszonymi przez pijanych młokosów,  tworzył mieszankę która niemal wprowadzała w trans. Nie było nic poza chwilą obecną, atmosfera, której nie da się zdefiniować, można ją tylko poczuć, a poczuć mogą ją tylko ludzie młodzi. W końcu nadszedł czas koncertu życzeń. Każdy mówił literę z alfabetu, a Kapitan Planeta puszczał utwór o tytule lub wykonawcy, którego nazwa rozpoczynała się od wypowiedzianej litery. Kapitan Planeta, którego wzrok był coraz bardziej mętny puścił kawałek, który już wcześniej przewijał się na baletach. Z głośnika zaczęły wybrzmiewać rytmiczne uderzenia. Kapitan w takt poruszał głową, do ruchów głową doszły niezgrabne ruchy biodrami, wypity alkohol zaczął być widoczny na jego twarzy.

– Dobry bit do ruchania – Kapitan ze skupieniem na twarzy wykonywał osobliwe ruchy na krześle – I teraz ruchasz.

Popatrzyliśmy z Judytą i Aleksem po sobie, późnej na Kapitana. W pokoju rozległ się gromki śmiech.

– Co ty odpierdalasz? – Oczy Judyty łzawiły ze śmiechu.

– I te psychodeliczne cymbałki – Kapitan wciąż był zaaferowany własnym odkryciem.

Dopiliśmy alkohol i poszliśmy spać.

Kilka dni później znowu mała bibka.

– Puść piosenkę do ruchania – Judyta ze śmiechem zwróciła się do Kapitana. W głośnikach znowu rozbrzmiały rytmiczne uderzenia i niemiecko brzmiące frazy. Piosenka weszła w skład repertuaru. Wśród znajomych zyskała miano „piosenki do ruchania”. Z czasem wersje się zmieniały. Jedni twierdzili, że ja bzykam przy tej nucie, inni, że Misza albo Kapitan lubią w tle psychodeliczne cymbałki. Po latach usłyszałem opinię, że każdy z naszej paczki lubił seks przy tej muzyce.

Jak było naprawdę, to pozostało tajemnicą naszej paczki.

Dla ciekawskich

Mały Szczebiot cz. II

Sierpniowe, poranne słońce bez skrępowania zaglądało w okno sypialni. Ja zastanawiałem się co teraz. Zaczęliśmy rozmowę o niczym, stanęło na śniadaniu. Ode mnie nikt nie wychodzi głodny – nie bez dumy odrzekł Mały Szczebiot. Kiedy po porannym prysznicu stanąłem w drzwiach kuchni, zobaczyłem ją. Stała naga przy kuchennym blacie i robiła jajecznicę. Chcę z nią być – ta myśl nadeszła tak nieoczekiwanie, że poczułem jak otwieram usta ze zdziwienia. Wciąż patrzyłem na nią i przetrawiałem zrodzoną przez mój mózg, a jeśli wierząc romantykom – serce myśl. To po prostu się zadziało. Myśl, która nie nadeszła nieśmiało, nie kiełkowała dniami i nocami, po prostu dokonała nalotu we jednej chwili. Myśli to okropne byty.  Patrzyłem na nią i przez krótką chwilę ujrzałem wszystkie odpowiedzi, których szukałem przez ostatnie lata.

– Hmmm? – Mały Szczebiot zauważył, że jest obserwowany. Uśmiechnąłem się i pokręciłem głową, na znak, że o nic mi nie chodzi. Zjedliśmy śniadanie i wyszliśmy do pracy. Kiedy jechaliśmy autobusem ukradkiem na nią spojrzałem. Patrzyła z uśmiechem na dziecko w wózku, które obdarowywało ją radosnym uśmiechem. Ciekawe jakby to było mieć z nią dziecko – kolejna myśl, która zbombardowała mnie znienacka. Kurwa mać! Co się dzieje? – Byłem zdezorientowany. Wyszło na to, że moje myśli wymknęły mi się z pod kontroli. Trajkocząc o wszystkim i niczym dotarliśmy do pracy. Tego dnia nie potrafiłem się skupić. Miałem w głowie mętlik.

W końcu nadszedł czas urlopów, każde z nas pojechało w rodzinne strony. Urlop dał mi możliwość dystansu, czas na przemyślenia. Musiałem wziąć głęboki oddech. Wciąż nurtowała mnie pewna myśl: to tylko jedna noc, nic więcej. Zbyt wiele takich przeżyć doświadczyłem, żeby tworzyć bajkową scenerię na miarę Walta Disneya, ale coś nie dawało mi spokoju. 

Urlop dobiegł końca. Wróciłem do pracy. Uznałem, że najlepiej będzie poczekać na znak od niej. Uznałem, że jeśli zechce to się odezwie. Już pierwszego dnia spotkaliśmy się na korytarzu. Wymiana sympatycznych fraz i każde z nas poszło w swoją stronę. Przelotnie spotkaliśmy się jeszcze kilka razy aż pewnego dnia, po prostu dostała na mnie alergii. Zdawkowe „cześć” i przyspieszała kroku. Dwa razy próbowałem nawiązać rozmowę, jej kwęknięcie od niechcenia było jednoznacznie. Zrozumiałem. Szkoda, naprawdę szkoda – pomyślałem – widocznie ten horoskop był zbyt dobry. Nastąpiło coś, czego nie wziąłem pod uwagę, scenariusz, który przeoczyłem. Nastąpiła martwa relacja opierająca się na przelotnym „hej” ze spojrzeniami utkwionymi w martwą przestrzeń, byle tylko nasze oczy się nie spotkały. Tego nie wziąłem od uwagę. Przeszło mi przez myśl, że Mały Szczebiot może nie zechcieć kontynuować tej znajomości, ale wydawało mi się, że jest na tyle pewną siebie i dorosłą  kobietą, że po prostu zakomunikuje mi to. Z pewną nutką żalu przypomniałem sobie, że w podobny sposób zakończyłem relację z Kasią z III b, ale miałem, oboje mieliśmy wtedy po siedemnaście lat. Dramaturgii całej sytuacji dodawał fakt, że o ile w wakacyjnej odsłonie była atrakcyjna i seksowna, to jesienna aura uczyniła z niej zmysłową postać, pełną czegoś nieokreślonego.  He he, to gra, gra dla bohaterów, takie są zasady – z tą myślą usunąłem jej numer z telefonu. Pewnie wszystko umarłoby śmiercią naturalnie towarzyską, gdyby nie felerne zdarzenie. Odwiedzili mnie koledzy z poprzedniej pracy. Mieli szkolnie. Wszyscy, cała ekipa z mojego byłego już korpo. Musieliśmy się spotkać. Prym wiódł Greg. Jedno piwo, drugie, kolejne i jeszcze następne. Później drinki i wódka. Nie pamiętam, kiedy Greg rzucił pomysł: w hotelu zostały dziewczyny, zadzwoń po nie. Zadzwoń do Marzeny. Ale poczekaj, zmieniłeś numer, one nie mają twojego numeru. Zadzwoń i powiedz, że dzwonisz do burdelu, albo z ogłoszeń towarzyskich, tak dla jaj. Salwa śmiechu pokryła nasze towarzystwo. Greg dyktował numer do Marzeny, w magiczny sposób pojawił się w moim telefonie.

– Halo, cześć dzwonię z ogłoszenia, można cię odwiedzić – nawijałem do słuchawki, a otaczająca mnie brygada kryła usta w rękawach.

– Co? Halo? – Mimo wypitego alkoholu alarmowa lampka zapaliła się w mojej głowie – tan głos nie należał do Marzeny. Rozłączyłem się. Okazało się, że Greg nie przedyktował mi całego numeru, numer, który wyświetliłem pojawił się z podręcznej pamięci mojego telefonu. Przeklęte smartfony. To do kogo ja, kurwa zadzwoniłem?  Zacząłem się gorączkowo zastanawiać. W aplikacji sprawdziłem historię połączeń, z uwagą na ile pozwał mi rausz, analizowałem daty połączeń. No nie, usunięcie Małego Szczebiota z kontaktów nie usunęło numeru z pamięci podręcznej. No ładnie, pomyślałem – teraz czort karty rozdaje. Wziąłem głęboki oddech. Nie było sensu tłumaczyć ludziom z którymi byłem, co zaszło. Salwy śmiechu skutecznie wszystko stłumiły. Piliśmy dalej. Skończyliśmy nad ranem. Nie poszedłem do pracy, to nawet przyjąłem z ulgą. Gdy pojawiłem się w pracy, spodziewałem się dyskretnego opierdolu, albo kategorycznego stwierdzenia, że jestem beznadziejny. Nic takiego nie nastąpiło.

Mijały kolejne tygodnie. Rok dobiegł końca. Wraz z nowym rokiem przestaliśmy się w ogóle zauważać. Tak było chyba lepiej.  

Powoli z słupów znikały plakaty filmów, na które miałem ją zaprosić. Wszystko zaczęło toczyć się swoim rytmem. I pewnie dalej by się potoczyło, gdyby nie jedno zdarzenie. Zawsze jest jakieś jedno zdarzenie. Od czasu do czasu widywałem ją w firmie. Raczej nie wzbudzało to u mnie wielkich emocji, ale nie potrafiłem nie rzucić ukradkowego spojrzenia za nią. I to mnie zgubiło. Nie wiem jaki wyraz miało to spojrzenie, ale nie uszło uwagi osoby trzeciej. I to był błąd. Dałem się przyłapać.

– Nie ty pierwszy, nie ostatni. – Tylko tyle wystarczyło, żebym zaczął analizować całą sytuację. Co ciekawe stwierdzenie to padło z ust osoby, po której nie spodziewałem się takiego komentarza. Zawsze lubiłem towarzyskie łamigłówki i nie chwaląc się, dobry w tym byłem. Teraz, usłyszany komentarz odebrałem jak policzek, ale też jako pojawienie się niewiadomej w równaniu. Z dnia na dzień chęć rozwiązania tej dosyć pasjonującej łamigłówki rozpalała mnie coraz bardziej i bardziej. Wiedziałem, że to nie będzie łatwe. Byłem tu stosunkowo nowy, wszyscy s znali się, mieli za sobą chwile dobre i nieco gorsze, Każdy z każdym miał jakieś sekrety. Zdałem sobie sprawę, że znowu muszę stanąć na towarzyskiej szachownicy i ostrożnie przesuwać się do przodu.

Na rozwiązanie biurowych intryg jest tylko jedna droga, nie ma więcej. Ale ważniejsze od tego co trzeba robić jest to, czego robić nie wolno, pod żadnym pozorem, nie wolno pytać. Nie można zadawać jakichkolwiek pytań.       Trzeba tylko słuchać. Tak też zrobiłem, przez szereg mniej lub bardziej zażyłych relacji nie robiłem nic poza słuchaniem. I tak tydzień po tygodniu, kawałek po kawałku tworzyłem pejzaż rozwiązania. Kiedy wszystkie kawałki zostały dopasowane mozaika, którą zobaczyłem wywołała u mnie pusty śmiech. Śmiech, ale też pewien rodzaj rozgoryczenia. Gdybym spotkał się po prostu z odrzuceniem, pewnie nie byłoby to miłe, ale zrozumiałbym. Z wiekiem, gdy sami musimy odrzucać, potrafimy akceptować to, że sami jesteśmy odrzucani. Ot, prawa rynku. Tu jednak było inaczej. Okazało się, że na towarzyskiej szachownicy byłem po prostu pionem. Od początku przesuwanym. A kiedy stałem się zbędny, jednym pstryknięciem usunęła mnie z szachownicy. Pstryk i już. Poczułem złość, a raczej pogardę skierowaną do siebie. Jakim cudem tak bardzo wyzbyłem się towarzyskiego instynktu? Gdzie się podział ten wybitny towarzyski gracz? Co się stało z moimi towarzyskim szóstym zmysłem? Starzeję się, czego oznaką jest nadmierny sentymentalizm – myślałem z gorzkim uśmiechem.

Aż mnie olśniło. Dotarło do mnie, że ja na jej miejscu zrobiłbym dokładnie to samo. Ba, nawet więcej, spojrzałem kilka lat wstecz i musiałem przyznać, że ja właśnie tak robiłem Wychodziło no to, że spotkałem samego siebie w wersji żeńskiej. Coś nieprawdopodobnego.

Nie czułem do niej nawet odrobiny żalu. Po prostu przez pewien krótki czas byliśmy sobie potrzebni. Poczułem natomiast pogardę do siebie. Teraz, z perspektywy czasu umiałem spojrzeć już na swój chłodny sposób. Epizod w pracy, najbardziej oklepany banał z podręcznika towarzyskich manewrów. No, nie możliwe. Zawsze pogardzałem banałem i dążyłem do relacji i doznań wykraczających poza codzienną szarzyznę. A tu taka historia. Z niedowierzaniem kręciłem głową i pogardzałem sobą.

Co dniej.  Czułem do niej respekt. Duży respekt. Nie jest łatwo sprawić, żebym o kimś dużo myślał. Nie jest. Jeszcze trudniej jest sprawić, żebym był kimś szczerze zauroczony. Jej się to udało, w rekordowo krótkim czasie. Tak było, i nie mogłem temu zaprzeczyć.

Równo rok później, patrząc na ciemno rubinowy kolor wina w kieliszku, uśmiechnąłem się sam do siebie. Każdemu na koniec jego własny dowcip. Rozegrała mnie jak dzieciaka.  

Tego dnia rzuciłem palenie.

Mały Szczebiot

Pory roku mijały niepostrzeżenie. Miesiące, lata. Zmieniłem postrzeganie czasu. Niczym okręt utkwiłem na mieliźnie w postaci  administracyjnego etatu. Stałem się urzędasem. Gdzieś po drodze zostawiłem marzenia, ambicje i plany. Towarzysko też gdzieś utkwiłem, chyba w ślepej uliczce. Kraina b…., kraina, która kiedyś definiowała moje jestestwo teraz przypominała lej po bombie. Pustą dziurę w ziemi, która poza tym, że jest, nie wnosi absolutnie nic. Dzień przemija za dniem, noc za nocą. W prawdzie nie budziłem się sam, ale czegoś w tej układance brakowało. Dzień za dniem, dni płodzą tygodnie, tygodnie zamieniają się w miesiące i tak bez końca.

Dotrwałem do kolejnych wakacyjnego czerwca. Sezon urlopowy, żółto-szary budynek administracji publicznej zaczyna pustoszeć. Coraz mniej ludzi, urlopy. Ja swój zostawiłem na wrzesień i tak nie mam co robić z tym czasem. Komfort ludzi zawieszonych w pustce – nam jest wszystko jedno.

Ten dzień też był zwyczajny, i miał taki pozostać. Fala gorąca zdawała przenikać wszystko. Mury, szyby, otwarte okna. Bezmyślnie stukałem w klawiaturę służbowego laptopa. Lato przestało mnie w jakikolwiek sposób inspirować. Popadłem w letarg. Kiedyś przeczytałem, że w życiu faceta liczą się pewne momenty – granicznie, ten po przekroczeniu dwudziestki, ten po przekroczeniu trzydziestki i kilka następnych. Tego po dwudziestce nie zauważyłem, byłem tak spragniony nowych doznań, że w tym  pędzie umknęło mi, kiedy skończyłem lat dwadzieścia. Trzydziestka minęła pod znakiem uporczywych myśli o przegranej.  Kiedy te myśli przeminęły zobojętniałem, po prostu było mi doskonale wszystko jedno.

   Niestety, wszystkiemu zawiniło jedzenie. Tak to już jest w różnej maści zakładach pracy. Gdzieś jest mały paśnik –  zakątek, gdzie ludzie jedzą. U nas taki zakątek był nieopodal mojego pokoju.

 Siedziałem z pustym wzrokiem utkwionym w komputer, mierząc się ze stertami dokumentów, które choć nikomu nie potrzebne musiały być. Usłyszałem charakterystyczne „klap” –  drzwi na korytarzu. Odgłos kilku kroków na podłogowych płytkach i skrzypnięcie szafki. No tak, kolejna osoba do paśnika – pomyślałem i na chwilę odwróciłem głowę. Nastroszona fryzura i letnia jasna sukienka, która umiejętnie podkreślała kobiecą figurę właścicielki. Schyliła się i włożyła talerz do mikrofali.

– Hmmmm – wyrwało mi niespodziewanie – odpowiedział mi perlisty śmiech.

– Oj dzieciaku, żeby tak zaczepiać starszą panią. – i znów radosny śmiech.

Kilka minut, które cząsteczki wody w jedzeniu potrzebowały do nabrania temperatury minęło na przyjemnym przekomarzaniu. Po chwili żegnał mnie radosny śmiech i wróciłem do swojej stery papierów. Co ciekawe, moje „hmm”, które zostało odebrane jako zaczepka, nie miało takiego podtekstu. Był to raczej sposób wyrażenia aprobaty dla jej gibkości. Większość ludzi, którzy przychodzili do naszego paśnika i to bez względu na wiek czy płeć niezdarnie się pochylało do mikrofali, stękając i sapiąc. Ona zrobiła to inaczej, z gracją godną gimnastyczki. I to właśnie tego dotyczyło moje „hmm”.

 Jeśli chodzi o pracę, miała jedną zaletę, jak każdy państwowy i urzędniczy moloch, gdzie przy odrobinie szczęścia można było pozostać anonimowym. I oto mi chodziło. Nie potrzebowałem i nie zamierzałem z nikim bratać się ponad służbowe potrzeby. Jeśli zaś chodzi o kobiety, to oddzieliłem się  emocjonalnym spiżowym murem. Moja towarzyska obecność w pracy zaczynała się i kończyła na kilku uprzejmościach względem mijanych ludzi. Tyle.

Po kilku dniach znowu spotkaliśmy się przy mikrofali i znowu przyjemna wymiana zdań. Tym razem nieco dłuższa. Nie mogę powiedzieć, ze nie sprawiła mi ta konwersacja przyjemności, było w tym coś sympatycznego. Po naszej drugiej rozmowie dotarło do mnie, że nie wiem jak ma na imię i czym się zajmuje. Przy kolejnej rozmowie zacząłem się jej bacznie przyglądać. My faceci, jeśli chodzi o weryfikację kobiecej  urody jesteśmy nieskomplikowani. Generalnie, niemal na każdej szerokości geograficznej obowiązuje tak zwany rating, skala od 1 do 10. Wiadomo, 6 – 7 to potocznie zwana średnia krajowa; 5 to nieco poniżej, ale jeszcze w polu zainteresowań (do puknięcia, jak mawia klasyk) 8 – 9, to kobiety wyróżniające się urodą, te, za którymi oglądamy się na ulicach. I w końcu 10, perfekcyjne 10 czyli piękności, kobiety poza zasięgiem przeciętnego faceta. Patrząc na nią starałem się ją sklasyfikować. Nie potrafiłem. Problem z nią był taki, że jej nie potrafiłem umieścić w żadnym rankingu. To mnie zaniepokoiło.

W końcu przypadkowo odkryłem, że pracuje piętro niżej, a tabliczka na drzwiach oświeciła mnie jej imieniem. Zupełnie nieoczekiwanie moja praca zaczęła wymagać wizyt na trzecim piętrze. Każda wizyta kończyła się w jej pokoju na miłej rozmowie. Cały czas w głowie miałem mentalny mur, który jasno określał granicę zwaną pracą. Granicę, którą sam sobie wyznaczyłem, granicę, której twardo strzegłem przez ostatnie dwa lata. Relacje w pracy były relacjami służbowymi, nic ponad to. Okłamałbym sam siebie twierdząc, że zachowywałem zimną obojętność i nie miałem żadnych emocji. Nie było tak. Polubiłem część ludzi. Część kobiet w pracy darzyłem szczerą sympatią i lubiłem z nimi rozmawiać, choć były to jedynie służbowe, sympatyczne relacje. W tym przypadku było inaczej. Nie mogłem udawać, że nasza relacja nie jest  flirtem. W pracy, ale flirtem. Cóż a banał –w myślach ganiłem sam siebie. I chociaż staram się e wszystkich sił unikać banału,  musiałem przyznać, że lubię przebywać w jej towarzystwie.  Wywoływała mój szczery śmiech. A to nie jest łatwe. Mam w sobie coś takiego, że zawsze posiadałem swój wewnętrzny świat, pewien filtr, który nader aktywnie działał w sytuacjach towarzyskich. Gdy poznaję kobietę, potrafię aktywnie rozmawiać, potrafię wyrazić zainteresowanie, sprawić by czuła, że jestem z nią. I choć może poczuć ciepło mojej skóry, może nawet odnieść wrażenie, że coś nas łączy, to w mojej głowie trwa nieprzerwana analiza. Ja już ją zakwalifikowałem. Już trafiła do odpowiedniej przegródki. Jeśli celem jest łóżko, to potrafię iluzje bliskości utrzymać wystarczająco długo. Z wiekiem dojrzałem, dotarło do mnie, że łóżko czasami  trzeba okupić ceną zbyt wysoką. Nie warto jej płacić. Wtedy znajomość zaczyna wkraczać na kurs koleżeństwa. Rozmawiając z nią starałem się zmusić do jakiejkolwiek kwalifikacji. Nie potrafiłem. Lubiłem z nią przebywać, sprawiało mi to  przyjemność. Podobała mi się, była zabawna, inteligentna i nieznośna w dokładnie takim stopniu, jakim powinna być.  Dodatkowo lubiła czytać, i nie poprzestała na Grey`u

 Zupełnie jakby pewne rzeczy działy się poza moim analitycznym umysłem.

Nie mogłem temu zaprzeczyć. Nasza relacja wyszło poza ramy flirtu w pracy. Uśmiechy, wpatrywanie się w oczy, przypadkowe odwiedziny na piętrach. Wszystko wskazywało na to, że chyba coś między nami iskrzy. Nie dowierzałem. Wydawało mi się, że świat uczuć i doznań spenetrowałem i wszystko mam pod kontrolą. A jednak, mała istota w okularach, nastroszonej fryzurze i szczebiotliwym głosem, który słychać było na pół piętra skradła mi rzeczywistość.

Kiedy wracałem, nad ranem, po pijaństwie zakończonym seksem w kiblu, z dziewczyną, której imienia nawet nie starałem się zapamiętać pomyślałem o Małym Szczebiocie  i poczułem jakiś niezidentyfikowany wyrzut. W myślach zadrwiłem sam z siebie  Po pierwsze, nie byliśmy w najmniejszym stopniu  w jakiejkolwiek relacji określanej słowem „razem”, po drugie, równie dobrze ona teraz mogła pojękiwać w innym klubie, po trzecie i po czwarte i tak dalej. Mimo to, nie ważne ile racjonalnych argumentów bym wynalazł czułem coś na kształt wyrzutu. Poczułem niemiłe ukłucie z odległej przeszłości. Zacząłem się zastanawiać, jaki scenariusz los przygotował dla mojej znajomości z Małym Szczebiotem. Czy jeśli jutro spotkałbym się z zimnym prysznicem obojętności, to przeszedłbym nad tym do porządku, czy w jakiś sposób poczułbym się źle. Czy jeśli…. Nowe pytania pojawiały się z minuty na minutę. Z głową pełną rozmyślań poszedłem spać. Ostatnią myślą było niedowierzanie jak wiele o niej myślę.

Następne dni niosły ze sobą ciąg dalszy towarzyskich podchodów. Niech się dzieje wola nieba – stwierdziłem za Fredrą. Z dziecinnym zaskoczeniem odkryłem, że mimo wytarzania się w niezliczonych doznaniach, zatopienia w pewnej, niewidocznej dla normalnych ludzi rzeczywistości wciąż jestem podatny na takie proste gesty, jak podłożenie na biurko babeczki, czy przelotny uścisk dłoni na korytarzu. Czyżby mimo wszelkich starań pewna część mojej osobowości nigdy nie obumarła? Dziwne, tak zwany czynnik ludzki zawsze sprawi, że temat relacji między ludźmi będzie się wymykał psychologom, pisarzom, poetom i wszelkiej maści badaczom.

Do mojego urlopu zostało niewiele ponad tydzień. Żeby móc z czystym sumieniem na dwa tygodnie opuścić moje miejsce pracy musiałem zostawać po godzinach. Nie narzekałem, taka jest rzeczywistość administracji publicznej. Mały Szczebiot skończył wcześniej pracę. Pozostał nam kontakt telefoniczny. Wymiana wiadomości tekstowych wypełniała mi godziny pracy. Pojawił się temat ukołysania do snu. Kolejna wiadomość zawierała jej adres. Stało się jasne, że tę noc spędzę u niej. Kiedy po pracy wsiadłem w autobus dotarło do mnie, że się denerwuje. Rozejrzałem się dokoła. Co się ze mną działo?  Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek się denerwował przed spotkaniem z kobietą. To była kolejna rzecz, która mnie zdziwiła w tej relacji. W jakiś przemyślny sposób wszystko było postawione na głowie, a ja nie umiałem nad tym zapanować. Po kilkudziesięciu minutach pukałem do jej drzwi. Otworzyła mi czarnej koszulce na ramiączkach i szortach. Typowy domowy strój nadawał jej nowego odcieniu, znowu nie potrafię jej zdefiniować – pomyślałem. Mimo uroczego podenerwowania czułem przy niej dziwne ukojnie. Kiedy zobaczyłem jej duże łóżko w sypialni przez głowę przemknęła mi myśl – ile przestrzeni potrzebuje ta mała istota… ���+���@

Jak to się wszystko zaczęło cz. IV

Minęły miesiące.

Wakacje spędziłem na ogórkach. Początki wielkiego exodusu naszych. Szlaki jeszcze nie przetarte, robota nie pewna. Przez blisko dwa miesiące dosyć ciężko tyrałem. Każdy ból w stawach, każdy odruch przypominający torsję, kiedy rano opuszczałem swój barak, miał cel – duży kamper. Biały, idealny na podróż po Europie. Podróż miała być za rok. Po maturze. Wiedziałem, że nie dam rady sam sfinansować tej podróży, dlatego zawarłem pakt z rodzicami. Jeśli zdam maturę i dostanę się na studia, dołożą. I dobrze, ale część środków musiałem zebrać sam, stąd wyjazd. Klasyczny schemat: kolega kolegi, który ma brata, któremu załatwił wujek. Ostatecznie znalazłem się w kraju, którego nazwy nie wymienię, wśród hołoty, która bardziej pasowałaby na piracki statek, niż na prace sezonowe. Kiedy wróciłem do domu z ułamkiem kwoty, jaką pierwotnie miałem przywieść, byłem i tak zadowolony. Zakupy, imprezy zaowocowały  zapomnieniem o kamperze.

Kiedy wracałem od znajomego, w głowie pojawiła się myśl. Na skrzyżowaniu, zamiast przejechać prosto skręciłem na pas dla skręcających w lewo. Skręciłem i ruszyłem za miasto. Była pierwsza po południu. Szanse na to, że magiczny domek na przedmieściach będzie otwarty wynosiły naprawdę niewiele. A jednak postanowiłem spróbować. Nie przeszkadzało mi to, że jest dzień i pora taka, że wielu znajomych może przejeżdżać. Sierpniowe słońce dodawało energii i śmiałości. Zaparkowałem za tujami rosnącymi przy ogrodzeniu. Wysiadłem i energicznym krokiem zmierzyłem wprost do drewnianych drzwi. Po raz pierwszy byłem tu za dnia. Dzienne światło obnażało niechlujne wykończenia. Zdrapana farba na framudze dopominała się pędzla. Przycisnąłem nieco poszarzały symbol dzwonka. Raz, policzyłem do pięciu i kolejny raz. Obiecałem sobie, że postoję tylko trzy minuty i odjadę. Nie musiałem czekać trzech minut. Po dwóch drzwi otworzyły się.

– Dzień dobry, zapraszam.

Ta sama kobieta, ten sam uśmiech i ten sam lokal. Ależ on inaczej wyglądał. Nigdy nie byłem w knajpie po zamknięciu. Zasłonięte okna i jedyne światło to otwarte drzwi i szpary w żaluzjach. Całe pomieszczenie z barem i stolikami wyglądało na uśpione. Na schodach zobaczyłem blondynkę, moją debiutantkę. Od razu podszedłem do niej.

– To może pani?

– O, szybki wybór. – Gospodyni, która  otworzyła była wyraźnie rozbawiona moim zdecydowanym podejściem.

Uśmiech blondi nie zmienił się od ostatniego spotkania. Właściwie nic się w niej nie zmieniło. Znałem scenariusz. Prysznic, wejście do pokoju. Byliśmy w pokoju, gdzie obsługiwała mnie szczuła, jasna szatynka. Kiedy oboje położyliśmy na łóżku….Szybki to był zryw. Klasycznie wszedłem w nią. Kilka ruchów, może dwie minuty, a może jedna. Zalała mnie fala rozkoszy. Wyskoczyłem opłukać się tam gdzie trzeba, kiedy usłyszałem z sąsiedniego pokoju, gdzie poszła sprawczyni mojej eksplozji?

-Ty golasie! To już??

Niedowierzanie w głosie, było tak ironiczne i pełne chichotu, że dziś poczułbym się odrobinę zakłopotany. Wróciliśmy do pokoju, chwilowa rozmowa i od nowa. Kolejna runda była już tak jak należy. Kiedy wyszedłem za drzwi magicznego domku, ja nie szedłem, ja unosiłem się pięć centymetrów nad podłożem. Niczym bańka mydlana. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Po drodze pojechałem do szkoły językowej zapytać o kurs. To na tym kursie poznałem moją wielką licealną miłość, tak przynajmniej wtedy to widziałem. Może nawet dziś tak to widzę.

 Tak się zaczął pokrętny piruet –  burdelowo pchało mnie w rozpostarte ramiona romantycznych miłości, każda z tych miłości wygnała mnie z powrotem do krainy zwanej burdelowo. Tak widocznie miało być.

Takie były tego wszystkiego początki. �������(94��P

Jak to się wszystko zaczęło część III

– Życzy pan sobie towarzystwo pani?

Kilka dni później.

 Wieczór, ten sam lokal. Zabawne, zachłyśnięcie nowymi doznaniami wystarczyło mi zaledwie na kilka dni. A może to nie było zachłyśnięcie, a jedynie skosztowanie czegoś nowego. Tak, epizod sprzed kilku dni to było skosztowanie, które zaostrzyło apetyt. Ten wieczór też miał być wieczorem kosztowania. Czasy kompulsywnego obżarstwa miały dopiero nadejść.

Scenariusz był identyczny. Dwie ostatnie godziny lekcyjne spędziłem przed maszyną z wirującymi owocami. I znowu wygrałem. Nieco mniej, ale wciąż sporo na kieszeń licealisty. To było po południu. Wieczorem upajałem się atmosferą nowoodkrytego lokaliku. O towarzystwo pań zapytał ochroniarz. Jego ton głosu był spokojny, niczym kelner pytający o przystawkę. Wysoki blondyn w szarej bluzie i niebieskich jeansach. Krótko ostrzyżony o twarzy bez wyrazu. Zrozumiałem, że to nie ja miałem się go bać. Ja miałem czuć się tu bezpiecznie dzięki niemu. Ja oraz dziewczyny. Bać się mieli ci, którzy chcieliby rozrabiać.

Potwierdziłem i skinąłem nieznacznie w stronę baru. Bramkarz pokiwał głową i podszedł do baru. Szczupła dziewczyna, obejrzała się w moją stronę. Nie mogłem stwierdzić, jakie miała spojrzenie, fioletowe okulary skutecznie to uniemożliwiły. Jednak z jej postawy wywnioskowałem, że jest nieco wyniosła, śmiała. Czyli była moim przeciwieństwem. I znowu jakoś dziwnie, niczym szal owinęło mnie skrępowanie. Podeszła do stolika i usiadła. Zamieniliśmy kilka zdań. Nauczony poprzednią wizytą nie szarżowałem ze swoim szarmanckim podejściem i nie proponowałem nic do picia. Zapytałem o górę (również nieśmiało). Wszystko bez problemu. Cena ta sama. Jedna trzecia dla dziewczyny, dwie trzecie dla lokalu. Znowu znalazłem się na górze. W innym pokoju. Ten cały sprawiał wrażenie przyciemnionego w kolorach niebieskim i fioletowym. Na ścianie, ponad łóżkiem wisiało olbrzymie prostokątne lustro. Stojąc w samych gatkach, czekając na moją divę rozglądałem się po pokoju. Zastanawiało mnie, czy to lustro weneckie, jak na filmach. Dużo było tych niepokojących elementów, ale jakoś pasowało mi to wszystko do tej układanki.

Weszła owinięta w ręcznik. Kiedy go odrzuciła, zobaczyłem smukłe opalone ciało. Szczupłe uda, lekko sterczące niewielkie piersi, płaski brzuch. Tak, była atrakcyjna. Kiedy znaleźliśmy się na łóżku, jej delikatne ręce, umiejętnie pieściły moje ciało. Spokojnie błądziłem po jej ciele. Co ciekawe, nie zdjęła okularów. Zapytałem dlaczego.

– Okulary muszą zostać. – Powiedziała z uśmiechem, ale stanowczo.

Leżała na plecach, rozsunęła nogi. Wszedłem w nią klasycznie. Moje ruchy były chaotyczne. Tak, jakbym chciał tym jednym zbliżeniem osiągnąć i zakosztować wszystkiego. Po kilku, a może kilkunastu minutach szarżowania w szczupłej dziewczynie i jednoczesnym obłapianiu jej ciała. Zatrzymałem się. Co teraz? Musiałem przyznać, że jednostajne ruchy nieco mnie znudziły. I to jest cały ten seks? – Pomyślałem zdezorientowany. Jak większość nastolatków, seks od losu dostawałem sporadycznie i trzeba było każdą okazję skwapliwie wykorzystywać. Dzięki wygranej i dowadze przekroczenia pewnych drzwi, mogłem sięgnąć po delicje nieco częściej. Ale nie przewidziałem, że po kilkunastu minutach mnie znudzi. Klęknąłem obok divy. Zapytałem, czy możemy spróbować od tyłu. Bez oporu się zgodziła. Odwróciła się, i znajdując w pozycji „na pieska” zaprezentowała szczupłą pupę. Umiejscowiłem się za nią, przystępując do szturmu. Jednak nie mogłem wejść. Najzwyczajniej w świecie nie mogłem znaleźć wejścia. Dźgając ją penisem w pośladki i okolice krocza, nieporadnie szukałem drogi do spełnienia. Nie wiedziałem, jak się zachować. Po raz pierwszy w życiu chciałem spróbować tej pozycji i jakoś nie wychodziło. Dziewczyna, która cierpliwie eksponowała dupę, chciała mi pomóc, sięgając ręką po mój organ. Jakoś operując niczym drążkiem  samolocie umiejscowiła mnie w sobie. Niewygodnie i jakoś dziwnie. Z rozczarowaniem uznałem, że pozycja od tyłu jest za trudna. Cały spektakl zakończyliśmy leżąc obok siebie, szczupła prostytutka kończyła swe dzieło dłonią. Zakończyła. Kiedy ubierałem się padło pytanie.

– Dlaczego taki chłopak jak ty przychodzi do agencji? Nie masz dziewczyny? Spokojnie mógłbyś sobie znaleźć.

Nie pamiętam, co odpowiedziałem. Pewnie nic mądrego. Do dziś nie umiałbym dobrać słów, które stworzyłyby sensowną odpowiedź. Nie chodzi o brak seksu, czy towarzystwa kobiet. Nie chodzi o lekarstwo na samotność ani dowartościowanie się.

 Kiedyś rozmawiałem ze znajomym pijakiem, który poprosił mnie o złotówkę. Kiedy dałem mu złotówkę, wyjął plik banknotów. Pożyczenie monety było czymś innym, niż mogło się wydawać. Znajomy tłumacząc mi to, skwitował: „bo to nie o to chodzi”. Za tym wyrażeniem kryło się to wszystko, czego nie umiał wyrazić. Zrozumiałem go.

Miałem podobnie, ale w innej dziedzinie. Pewnie dziś odpowiedziałbym na tak zadane przez nagą, szczupłą divę pytanie odpowiedziałbym: „to nie o to chodzi”. Nie sądzę, aby ktokolwiek mógł zdefiniować o co chodzi, skoro nie o „to”, ale na tym właśnie polega hipnotyczny mrok zakazanych przez społeczeństwo, dobry obyczaj, kościół i wszystkich strażników moralności uciech. Nie tylko, chodzi o mrok w nas samych, o tę część, którą najchętniej schowalibyśmy przed sobą. Nie wielu ma odwagę przyjrzeć się jej, a jeszcze mniej osób odważy się wyciągnąć ją na światło dzienne. Chodzi o coś zupełnie innego. Jakiekolwiek podacie powody, jakichkolwiek będziecie dopatrywać się przyczyn, tego, że ktoś tkwi w niezdefiniowanej rzeczywistości, jakie byście nie zalecali recepty na uleczenie ducha, zawsze padnie jedna odpowiedź. T o   n i e   o    t o   c h o d z i. To prawda, nie o to chodzi. Myślę, że tamta dziewczyna, o ile jeszcze pracuje w tym biznesie, nie zadała by takiego pytania. Ona też z pewnością zrozumiała, że nie o to chodzi. Spokojnie jechałem samochodem, powoli zbliżając się do świateł. Ja sam chyba jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że taki równoległy, choć niewidoczny świat istnieje. Co ciekawe, powiedziałem sobie wtedy za kierownicą, że więcej tam nie pójdę. Zaspokoiłem ciekawość. Wystarczy. Nie poszedłem tam więcej. Za resztę gotówki kupiłem jakieś książki. Przez jeden wieczór byłem jak panisko w pubie, gdzie cała moja brygada piła za moje. Mijały tygodnie i miesiące. Domek ze spadzistym dachem za miastem pozostał w tylko w moich myślach.

Jak to się wszystko zaczęło cz. II

Niczym po nitce przeznaczenia ruszam przed siebie. Tak jakby wszystko było zaplanowane. Tak będzie, bo tak musi być. Pewnie wyjeżdżam na główne skrzyżowanie, później kolejne i kolejne. Wyjeżdżam z miasta. Kilkadziesiąt metrów za miastem, przy drodze stoją domy. To właśnie tu, wśród nich, nad furtką wisi napis: „erotic dance”. Kiedy do zjazdu pozostało kilka metrów zwalniam. Pozwalam aby samochód jadący za mną wyprzedził mnie. Jadący z naprzeciwka również szybko przejechał. Przez chwilę zostaję sam w mroku na drodze. Kierunkowskaz, i już jestem na posesji. Parkuję pod tujami, żeby nikt nie zobaczył samochodu. Nie wiem skąd ta obawa, przecież jest ciemno. W końcu to jesień. Na podwórku stoi taksówka. Spokojnie podchodzę do trzech betonowych stopni. Jestem zaciekawiony i lekko spięty, ale co dziwne – nie zdenerwowany. Jakaś dziwna siła pcha mnie do przodu. Krok za krokiem. Białe drzwi ze szklanym, wąskim prostokątem na środku. Jak w domu na amerykańskim przedmieściu. Przyciskam dzwonek. Słyszę zza drzwi klasyczne „dzyyyyyń”. Drzwi otwierają się, pojawia się w nich kobieta. Ciemnowłosa, wtedy wyglądała na kobietę w okolicy trzydziestki, ale mogłem źle ocenić.

– Dobry wieczór. – Grzecznie wymawiam słowa powitania. Nie jestem onieśmielony, raczej bardzo, ale to bardzo zaciekawiony.

– Dobry wieczór – ładny, wręcz czarujący uśmiech. – Zapraszam.

Wchodzę, przy wejściu mijam faceta, który wychodzi. Pewnie to na niego czeka taksówka. Rzucamy sobie przelotne spojrzenia. Chyba dostrzegam delikatne zdziwienie. Dopiero po wielu latach dotarło do mnie, że miałem osiemnaście lat i z pewnością wyróżniałem się wśród ludzi odwiedzających tego typu lokale. W pomieszczeniu na dole stoją stoliki, jak w knajpce albo kawiarni. Okrągłe, przy każdym po trzy krzesła. Na piętro prowadzą dosyć strome schody. Prostopadle do schodów bar. Za barem półki z napojami. Na ścianach frywolne, śmieszne freski, rodem ze sklepu, ze śmiesznymi rzeczami. Siadam przy stoliku. Przy barze siedzi trzy kobiety. Szczuplutka blond-szatynka, w okularach, których szkła mają leciutko fioletowy odcień. Nie wiem, jak to zauważyłem w dosyć ciemnym pomieszczeniu. Nieco tęższa londynka z pokaźnym biustem. I Ciemno ruda, a może wręcz kasztanowowłosa, najstarsza. Kobieta, która mnie witała, stoi za barem. Wszystkie patrzą na mnie. Z boku, na krześle siedzi łysol, kawał chłopa. Nie za bardzo wiem, co i jak, ale skoro jestem w lokalu, to podchodzę do baru, zamawiam colę. Cena pięciokrotnie większa niż moim ulubionym pubie. Siadam przy stoliku i powoli sączę. Śmieszna sytuacja. Zakładam, że wiem, gdzie jestem i teoretycznie wiem co powinienem zrobić. Jednocześnie wcale nie jestem taki pewien. Kobiety przy barze rozmawiają cicho, czuję, że chyba o mnie. Sporadycznie któraś na mnie zerka. W końcu, najstarsza odchodzi na górę. Szczupła blond zagaduje do łysola na krzesełku. Przy barze została biuściasta blondi. Następuje chwila z gatunku „teraz albo nigdy.” Podchodzę do baru.

– Mogę pani postawić drinka?

– Jasne. – Uśmiecha się. Może nie tak pięknie jak barmanka, ale też ładnie.

Moja rozmówczyni życzy sobie rum z colą. Zamawiam. Cena jest, fiu, fiu, ale dziś nie robi na mnie większego wrażenia. Siadamy przy stoliku. Wszystko jest zwyczajne. Rozmawiamy. Nie pamiętam szczegółów rozmowy. Nikt nigdy nie napisał przewodnika po burdelach, ani tym bardziej poradnika dotyczącego etykiety w takich przybytkach. Rozmawiałem z biuściastą blondi i zastanawiałem się, jak skierować rozmowę na bardziej mnie interesujące tematy. A może to zwykły lokal i ta kobieta jest po prostu gościem, jak ja – przeszło mi przez myśl. Zagrałem w otwarte karty.

– Jestem po raz pierwszy w takim lokalu. – Powiedziałem to bez skrępowania. Po prostu.

– I jak wrażenia. – Uśmiech blondynki z zalotnego zmienia się w zalotno opiekuńczy.

– Sympatycznie. – Nie wiem skąd taki przymiotnik. Po prostu nauczyłem się, że załatwia on wiele spraw.

Rozmowa pewnie trwałaby jeszcze długo i brnęłaby w jakimś niesprecyzowanym kierunku. Dzięki temu, że wyznałem prawdę o mojej pierwszej wizycie, sprawy przybrały nieco szybszy obrót. Profesjonalistka zorientowała się, że rozmawia ze świeżakiem i przeszła do sedna.

– Chcesz może iść na górę?

– A ile to kosztuje?

Padła kwota, spodziewałem się takowej. Szybko moja rozmówczyni wyjaśniła, że dwie trzecie „do baru”, czyli, jak się domyśliłem dla lokalu, a jedna trzecia dla niej.

– Dobrze. – Odpowiedziałem i sięgnąłem ręką do kieszeni.

– To chodź.

Uśmiechnięta blondynka gestem głowy wskazała bar i schody obok. Pieniądze dałem miłej kobiecie za barem. Otaczały mnie same uśmiechnięte twarze. Poszliśmy na górę. Górę stanowił mały korytarzyk i trzy albo cztery pokoje, do tego łazienka. Wszystko przyciemnione, nastrojowe.

– Chcesz skorzystać z łazienki?

Pokręciłem głową. Dziwne, ale jakoś nie miałem zaufania do tego lokalu i wizja siebie pod prysznicem. Nagiego, bezbronnego, napawała mnie pewną obawą. Było to śmieszne, bo przecież szedłem uprawiać seks z kobietą, a to czynność, podczas której byłem o wiele bardziej bezbronny. No, ale wtedy logika jako taka ustąpiła miejsca logice mojej, pokrętnej. Kiedy podeszliśmy na sam koniec korytarza, moja gospodyni otworzyła drzwi i pstryknęła włącznik. Pokój był średniej wielkości, z biurkiem, dwoma półkami i dużym łóżkiem.

-Poczekaj. Odświeżę się i zaraz wracam.

Zostałem sam w pokoju. Nie bardzo wiedziałem, co mam robić. Stałem w rozpiętej kurtce i patrzyłem w małe prostokątne okienko. Po dosyć krótkiej chwili weszła blondynka, owinięta ręcznikiem. Na jej twarzy widać było pozostałości po uśmiechu, ale coś ledwo zauważalnie uległo zmianie. Pojawił się profesjonalizm, rutyna.

– Rozbierz się. – Uśmiech miał mnie ośmielić. Wciąż sympatyczny, jednak mógłbym przysiąc, że „rozbierz się” było niczym „co podać” w dowolnym barze.

Powoli ściągam kurtkę, bluzę i tak dalej. Blondyneczka ściąga koc z łóżka, zostaje tylko fioletowe prześcieradło. Kiedy zostaje w slipach dociera do mnie, że jestem w burdelu. Zaczynam czuć lekkie oszołomienie. W głowie przepływa coraz więcej myśli. Co ciekawe, w natłoku myśli, nie pojawia się myśl: ubieraj się i uciekaj czym prędzej”. Nie, taka myśl nigdy nie przyszła mi do głowy. Ściągnąłem majtki. Blondynka zrzuciła ręcznik. Zacząłem pochłaniać jej ciało wzrokiem. Nieco masywna budowa ciała. Obwite piersi, lekko odstający brzuch, szersze, ale bez przesady, biodra. Uda, masywne, ale jednocześnie smukłe. Stoimy naprzeciw siebie. Zatrzymuję wzrok na jej łonie. Ogolone, ze śladami odrastających włosków. Widok nagiej kobiety nie był mi obcy. Seks, też był czymś czego doświadczyłem. Tego jednak nie doświadczyłem nigdy. To doświadczenie, tak intymne i jednocześnie mroczne, zakazane. Sam nie wiem, co mnie bardziej upoiło. Naga kobieta, fakt, że to prostytutka, a może fakt postępowania niewłaściwego, a może nawet złego. Nie wiem. Ze stuprocentową erekcją podszedłem do łóżka. Oboje, jednocześnie, spokojnie położyliśmy się na filetowym prześcieradle. Jej palce przyjemnie błądziły po moim ciele. Starałem się zrewanżować pieszczotami piersi i brzucha. Pieszczotami łakomymi, subtelnymi, na ile mogą być subtelne macanki napalonego licealisty. Jej ciało zapamiętałem  jako ciepłe, gładkie i dosyć apetyczne. Szybko jej dłoń zaczęła igraszki z moim przyrodzeniem. Ja zamknąłem oczy i położyłem się na wznak. Jestem zwolennikiem teorii, że są takie chwile w życiu, które na zawsze już będą z nami. Co ciekawe, nie chodziło o cielesne doznania, ale o całokształt czasu, miejsca i w ogóle.

Wszedłem do pewnego świata, do pewnej krainy. Posunąłem się dalej, niż wszyscy moi rówieśnicy. Już wtedy, w jakiś dziwny sposób poczułem, że w tym temacie, będę się ścigał sam ze sobą. Po prostu, tak będzie.

Nie zauważyłem kiedy na moim penisie znalazła się prezerwatywa. Blond kurewka dosiadła mnie i zaczęła ujeżdżać. Wolno, bardzo wolno, nieco szybciej, znowu wolno, bardzo sybko. Ciepło jej wnętrza podziałało na mnie jak melisa. Zanurzyłem się w nim, odpłynąłem.

– Przyjemnie ci? – Pytanie dżokejki, przywołało mnie do rzeczywistości. I wtedy, niespiesznie, ale konsekwentnie zaczęło do mnie docierać, że jestem tak oszołomiony sytuacją, że praktycznie z seksu nie odczuwam większej przyjemności. Po prostu pozwalam się ujeżdżać i to wszystko. Domyślam się, że profesjonalistka na moim kiju zauważyła to i stąd takie pytanie.

– Możemy zmienić pozycję? – Nieśmiało zapytałem, choć gdzieś z tyłu głowy słyszałem maksymę: „klient nasz pan”. \

– Jasne. Jak chcesz?

Spróbowaliśmy klasycznie. Jakoś nie podobało mi się. Ogólnie jestem nawet zwolennikiem klasyki, ale wtedy, jakoś nie podeszło mi. Bawiliśmy się sobą nawzajem jeszcze około pół godziny. W końcu, blondyneczka ściągnęła mi gumę i zaczęła brandzlować. Wróciliśmy do początku. Brandzlowanie trwało dobrych kilka minut. Poczułem, że ręka mojej towarzyski zaczyna słabnąć. Wzięła głęboki oddech. Na kilka sekund przestała, poczym jeszcze raz przystąpiła do szturmu na moją oporną pałę.

– No, spuuuszczaj się!! – Wystękała.

Zamknąłem oczy. Zalała mnie fala gorąca. Doszedłem. Wszystko później potoczyło się z automatu. Dostałem chusteczki, wytarłem fiuta, ubrałem się, grzeczne pożegnałem i wyszedłem. Nawet przed wyjściem zamieniłem kilka słów z blondynką. O pogodzie (o ironio), o tym, że było mi dobrze (w co chyba wątpiła) i o lokalu (chyba, a nawet na pewno jedynym w mieście). Na zewnątrz było chłodno i ciemno. Podszedłem do samochodu, wsiadłem, przekręciłem kluczyk i odjechałem. Mijałem pomarańczowe światła lamp miejskich i powoli układałem doświadczenia ostatniej godziny w swojej świadomości. Coś niesamowitego. W domu jestem z lekkim opóźnieniem. Nic w tym dziwnego, zawsze po lekcji angielskiego, zostawałem ze znajomymi chwilę porozmawiać. Nie jem kolacji, wciąż jestem zbyt naładowany przeżytymi doświadczeniami. Poszedłem się wykapać. Już miałem iść spać, ale jeszcze jedno. Wystukuję kontakty w telefonie.

– Siema, byłem w burdelu…

– O…

Jak to się wszystko zaczęło cz. I

Jak to się wszystko zaczęło? Dawno. Mussolini też wcześnie zaczynał. Myślę jednak, że początek był znaczenie wcześniej. Odkąd pamiętam interesowała mnie cielesność. Zawsze pociągało mnie nagie, kobiece ciało. Na długo zanim zacząłem chodzić na randki, obmacywać koleżanki z klasy, czy w końcu sypiać z kobietami, w sposób do tej pory nieznany dla mnie wiedziałem jak należy postąpić z kobiecym ciałem. Wyobraźnia kilkuletniego chłopca podpowiadała to, co wiele lat później praktykował. Tak po prostu było. Zawsze. W tej materii, szedłem dalej, niż moi rówieśnicy. Pamiętam, jak Judyta, koleżanka z klasy przyniosła do szkoły gazetę pornograficzną, którą zwinęła rodzicom. W klasie wywołało to ogromne poruszenie. Każdy chciał obejrzeć „gołe baby”. Po przejrzeniu kilku stron niektórych dosyć szybko to znudziło, inni kwitowali kolorowe fotki śmiechem. Po lekcjach Judyta po prostu dała mi to czasopismo. Nie wiem dlaczego. Być może też była w pewien sposób inna od reszty. Skwapliwie schowałem pisemko do plecaka. Ukryty na drzewie rosnącym przy szkolnym boisku, po zajęciach,  czytałem i kartkowałem strona po stronie. Byłem niemal w transie.  Zawsze chciałem więcej, niż reszta.

**

*

„Erotic Dance” –wszystko zaczęło się od tego napisu. Mijałem go odkąd pamiętam, przy każdej podróży samochodem, czy autobusem. Był w pobliżu mojego rodzinnego miasta. Nikt nie potrafił sprecyzować, co to jest. Jakimś szóstym zmysłem wyczuwałem, że nie należy o to pytać rodziców. A może moi rodzice nie zauważyli czerwonego neonu, nie wiem. Od zawsze, po prostu, od zawsze siła z jaką na mnie oddziaływał ten neon była porażająca. Nie wiedziałem co TAM się znajduje. Intuicyjnie jednak czułem, że to brama do krainy. Kiedy w rozmowie z kolegami poruszyłem temat TEGO miejsca, okazało się, że większość nie zauważyła, niektórzy twierdzili, że to coś dla dorosłych, ale nikt nie umiał sprecyzować. Trudno się spodziewać rozwiązania tej zagadki przez grupkę kilkunastoletnich chłopców. Jeden tylko pochwalił się, jak starszy brat rozmawiał z kolegami o TYM miejscu i podobno „tam się rozbierają”

Mam osiemnaście lat. Za rok zdaję maturę. Nie wyróżniam się niczym spośród rówieśników. Jestem równie nierozgarniętym małolatem na karuzeli napędzanej hormonami, co cała reszta. Szkoła, znajomi, kino, walenie konia do pornosów. Seks raz w roku, przy wielkim szczęściu. Standard. Jak przystało na osiemnastolatka, marzenia targają mną nie gorzej niż hormony. Tysiąc planów na życie, tysiąc scenariuszy. Niektóre wykluczają się nawzajem. Jak przystało na ambitnego młodzieńca, zapisałem się na kurs językowy. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie to, że w wieku osiemnastu lat mało kto dostrzega dobro kursów językowych, czy jakichkolwiek. Podobnie było ze mną. Raz na jakiś czas, zamiast w sali, na kursie lądowałem w pubie z przyjaciółmi.

Podobnie było tego wieczoru. Jesienne niebo szybko zrobiło się ciemne. Zaparkowałem samochód rodziców z tyłu, za szeregiem sklepów. Tak na wszelki wypadek. W końcu to oni płacili za kurs językowy i mogliby być nieco zawiedzeni, że zamiast zgłębiać tajniki języków obcych, ja bimbam sobie w knajpie. Od pół roku mam prawo jazdy. Ostrożnie parkuję. Mija kilka minut i znikam w drzwiach knajpy, naszej knajpy. Jak na złość, nikogo nie ma. Wypijam colę i znikam z baru. Co robić? Jechać na kurs? Nie ma sensu. Zaczyna się za dziesięć minut. Spóźnię się, a dodatkowo nie mam odrobionego zadania. Stoję pod daszkiem, przy wejściu do baru. W portfelu mam nie więcej niż czterdzieści złotych. Co robić z tak rozpoczętym wieczorem? Już wiem ! Ulicę dalej jest salon gier. Coś, co moi koledzy szumnie nazywają „kasynem”. „Kasyno” ma kilka automatów tzw. jednorękich bandytów. To cały asortyment. Podobno kilku kumpli tam było. Nie mam lepszego pomysłu. Zapinam kurtkę przechodzę ulicę dalej. Niewielki budynek. Okna zaklejone tapetą przedstawiającą trzy karty, trzy asy. Łapię za mosiężną klamkę w dużych, drewnianych, pomalowanych na biało drzwiach i popycham. Przede mną stoi otworem nowy świat. Moje wejście nie zrobiło na nikim większego wrażenia. Rozglądam się. Jestem lekko przestraszony. Nie wiem, co mnie tu czeka. Środek pomieszczenia stanowi pusta przestrzeń. Automaty porozstawiane są wzdłuż zewnętrznych ścian. Po stronie wewnętrznej ściany stoi bar. Jakby połączenie baru z kantorem. Kantor przypomina mi szyba umieszczona nad ladą baru. Patrzę na półkę wiszącą na ścianie. Napoje i orzeszki po mocno zawyżonej cenie. Zza lady uśmiecha się kobieta w uniformie. Farbowana blondynka po pięćdziesiątce. Wtedy nie wiedziałem, co o niej sądzić. Dziś pamiętam ją, jako emerytowaną barmankę. Uśmiecha się, opowiada na moje „dzień dobry” i pyta, co podać. Mówię, że chciałbym zagrać. Opowiada mi co i jak. Okazuje się, że w tym przybytku walutą są żetony. Kupujemy je w kasie i nimi gramy. Jeden żeton to pewna kwota. Jeśli uda się wygrać nie wypłacamy. Idziemy do baru i kwotę, jaką wygraliśmy wypłaca nam miła pani zza baru. Wszystko jasne. Domyślam się, że automaty nie plują pieniędzmi, dlatego moje czterdzieści złotych muszę roztropnie wydawać. Biorę żetony za trzydzieści. Dostaję je w kubeczku. Czerwonym, plastykowym kubeczku wielkości szklanki. Prawie każdy automat jest zajęty. Znajduję jeden wolny. Podoba mi się. Obrazki, które wyskakują to owoce. Wiśnie, fioletowe śliwy, pomarańcze, połówki arbuzów, napisy BAR. Klasyczny automat. Zaczynam ostrożnie. Po jednym żetonie. Maszyna połyka je bezlitośnie. Mniej więcej raz na trzy kliknięcia łaskawie wypluwa dwa żetony. Czyli na trzy wrzucone dwa do mnie wracają. W myślach kalkuluję, że na półtoragodzinną lekcję kursu, może nie starczyć. Gram ostrożnie. Mija może pół godziny. W moim kubeczku widać dno. Została resztka żetonów. Nie da się ukryć, że szczęście nie sprzyja. Sporadycznie maszyna wypluwa cztery albo pięć żetonów, raz zdarzyło się nawet dziesięć, ale i tak nie zmienia to sytuacji, że więcej zostało w bezlitosnym pudle. Ostatnie dwa żetony. Przepadły. Patrzę w dno kubka. Nie minęła połowa kursu, a ja już spłukany. Chcę odejść. Dycha w kieszeni wystarczy na sok w pubie.

Kiedy oddaję kubeczek, wyjmuję pieniądze i proszę żetony za dziesięć złotych. Jedna trzecia poprzedniej ilości. Nie wygląda imponująco. Ledwo zakrywa dno. Podchodzę do tego samego automatu. Wrzucam każdy żeton z namysłem. Powoli delektuję się każdą chwilą. Mija kilka minut i prawie połowa żetonów została w maszynie. Dobrze wiem, że nic z tego nie będzie. Chcę tylko spędzić tu czas. Wrzucam żółte kawałki metalu do kolorowej, brzęczącej maszyny. Zostało już tylko kilka. Wrzucam. Wyskakują napisy BAR. Nie pada znany mi stukot wpadającej monety. Zamiast tego, maszyna delikatnie buczy, a elektroniczny licznik mknie do przodu, jak szalony. Stoję oszołomiony. Nie wiem co się dzieje. Podchodzę do barmanki, która wyszła zza baru.

– Chyba wygrałem. – Mówię bardzo niepewnym głosem.

– Wygrał pan. – Uśmiecha się i czeka aż licznik nabiję całą liczbę punktów.

Robi się zamieszanie. Faceci (nie wiedzieć czemu, kobiet tam nie było), przy innych automatach odwracają się w moją stronę. Staram się utkwić wzrok gdzieś w przestrzeni, żeby z nikim nie nawiązać kontaktu. Podchodzę do baru, czy też kasy. Dostaję kilkaset złotych. KILKASET ZŁOTYCH, dla przeciętnego maturzysty, kilkanaście lat temu to kupa szmalu. Nawet, gdyby dali mi połowę tej kwoty, skakałbym radości.

– Jakbyś potroił stawkę, wygrałbyś grubo ponad tysiąc – wąsaty Janusz grający obok mnie dzieli się mądrością życiową. – To byłoby trochę grosza.

Zgarniam kasę, dziękuję barmance i czym prędzej wychodzę. Po otwarciu drzwi uderza mnie zimne powietrze. Mimo to, wciąż jestem rozpalony. Nie wiem co ze sobą zrobić. Oglądam się za siebie. Przecież dużo tam było podejrzanych typków. A jeśli oskubią mnie z kasy? – Gorączkowo myślę. Szybko idę do samochodu. Wsiadam i bacznie się rozglądając, czym prędzej odjeżdżam. Parkuję kilka ulic dalej. Drżącymi rękami wyciągam banknoty z kieszeni. Otwieram usta w niemym krzyku. Patrzę na pieniądze i wciąż niedowierzam. W głowie mam kompletny chaos. Taka forsa. Nieprawdopodobne. Nawet nie wiem co za to kupić. Kiedy pierwsze oszołomienie minęło, w głowie pojawia się lista upragnionych zakupów. Gdzieś, ze środka moje mózgu, a może ze środka duszy wydziera się na powierzchnię napis: „erotic dance”. Nie mam pojęcia skąd, po prostu. Nie było olśnienia, nie pojawiła się żaróweczka, jak u Pomysłowego Dobromira. Wszystko odbyło się naturalnie, tak, jakby ktoś, gdzieś już to zapisał. Przekręcam kluczyk w stacyjce i delikatnie ruszam do przodu. ��� ՟���

W krainie doznań 4.0 c.d.

Z racji tego, że jechałem do tak nieciekawej dzielnicy, nie brałem telefonu. Tylko kasa, ukryta daleko i głęboko. Klnąc na czym świat stoi, poszedłem na przystanek. Przyjechałem z powrotem na mieszkanie. Zadzwoniłem pod numer, gdzie miało być dymarko, z pytaniem o adres.

– Kotek, 23/24, to numer bloku, numer mieszkania, to …

Aha, wszystko stało się jasne. Szkoda, że tak późno. Spojrzałem na zegarek. Nie, nie ma sensu, jest za późno. Posiedziałem chwilę w kuchni. Tak blisko – pomyślałem. Szkoda. Jeszcze raz spojrzałem za okno. Nie, nie ma kroków wstecz.

Od samego początku, jakaś magiczna siła pchała mnie naprzód. Ja po prostu musiałem tam jechać. Chyba już wtedy należałem do tej krainy. Niekiedy wiemy, że coś musi się odbyć, że droga musi zostać przebyta, i najważniejsze – nic nas nie powstrzyma. Tak będzie, bo tak musi być.

Jeszcze raz ta sama droga. Tym razem od razu pod właściwy adres. Otwarła szczupła kobieta pod czterdziestkę. Kurtuazyjnie zaprosiła mnie do środka.

– No, troszkę się najeździłeś. Chodź.

Poszedłem za divą do niewielkiego pokoju. Zostawiłem kurtkę, i skierowałem się w stronę łazienki. Strumienie wody spływały po mnie, a ja przeglądałem się w lustrze. Podobało mi się moje odbicie. Podobałem się sobie będąc w takim miejscu, w takiej sytuacji. Wracając do pokoju, natknąłem się na długowłosą blondynkę, oboje zmierzyliśmy się od stóp do głów i każde z nas poszło przed siebie. Ładna była, nigdy jej nie namierzyłem później, szkoda. W pokoju czekało na mnie rozścielone łóżko. Diva była szczupła, miała krótkie włosy i niewielkie, lekko sterczące cycki. Kiedy zaczęliśmy dotykać swoich ciał, było w tym coś zmysłowego. Była profesjonalistką albo wpadłem jej w oko. Moje dłonie miętosiły jej cycki, jej smukłe palce niemal aksamitnie sunęły po moim ciele. Poczułem odprężenie. Seks był dynamiczny i jednocześnie kojący. Wykonując sprężyste ruchy patrzyłem na jej twarz, nic nie mogłem z niej wyczytać. Założyłem jej nogi na swoje ramiona i rozpocząłem szarże. Niby pojękiwała, ale miało to posmak sztucznego sushi, które podobno importują z Japonii każdego ranka do pobliskiego marketu. Przerobiliśmy kilka pozycji, pomyślałem, że jeszcze nie posmakowałem jej cipki. Rozłożyła nogi, a ja zacząłem spektakl z jej wargami. Po paru minutach wygięła cię w łuk. Zerknąłem na jej twarz, zamknięte oczy i twarz z grymasem, którego doszukiwałem się od pół godziny. Jej oddech początkowo ciężki, miarowy, przeplatany cichym pomrukiwaniem przeszedł w szybki i urywany. Znalazłem szlak do jej rozkoszy, trwało to długie chwile. Usłyszeliśmy pukiedziałem, że oznacza to koniec zabawy.

– W porządku. – Usłyszałem głos mojej towarzyszki, a jej uda rozszerzyły się jeszcze bardziej. Uznałem to za zachętę do kontynuacji. Nie wiem, ile obrabiałem jej pizdę. Końcówka była taka, że stęknęła i jeszcze bardziej wygięła się w łuk. Chwile leżeliśmy. Zdjęła condom, i zaczęła ssać. A ssać potrafiła, jej twarz wyglądała jak w pornolu. Ściągnięte policzki, odznaczające się kości policzkowe i skupienie na twarzy. Pomogła ręką i wyplułem owoc przyjemności na jej sterczące cycuszki. Kiedy wracałem, po raz czwarty trasą, czułem się świetnie i nie był to tylko wynik orgazmu, który był fantastyczny, ale był to wynik czegoś więcej, byłem zadowolony z siebie. Ja to wiedziałem, po prostu wiedziałem. Byłem we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Każda molekuła na tej planecie, każda nawet najbardziej wątła nić energii we wszechświecie dawał mi pewność. To ta droga, to mój szlak, to moje przeznaczenie. Tak będzie zawsze, ja się nigdy nie zmienię.

************************************************

Spotkałem ją kilka tygodni później, po pierwszej i jedynej randce z Sylą. Byłem tak podekscytowany, że musiałem ukoić nerwy. Scenariusz był ten sam, ale nieco inny. Zacząłem od minety, a skończyłem w jej ustach. Rozbawił mnie sposób, w jaki wypluła zawartość w chusteczkę higieniczną.

Letnie popołudnie, blondynka przez chwilę pracowała z cycatką Odwiedziłem je sam nie wiem z jakiego powodu. Po prostu. Nuda, pustka, nigdy się nie dowiedziałem. Zapamiętałem tylko blizny po żyletce, które próbowała ukryć pod poduszką. Gruba Beata po czterdziestce, miała pewien symboliczny wymiar. To był czas ostatnich automatów telefonicznych, tak zwanych budek telefonicznych. Sam nie wiem dlaczego, ale postanowiłem, że do niej będę dzwonił tylko z budek. Wróciłem z majówki. Pierwszy telefon z dworca, drugi z centrum, ostatni z jej osiedla. I pierwsze jej pytanie

– Jak to możliwe, że nie masz komórki i dzwonisz z automatów?

– No tak jakoś wyszło.

– Siadaj, poczekaj. Ja idę umyć Kaśkę i zaraz wracam.

Wychodzi. Znajduję się w pokoju, który jest typowy dla takich miejsc. Przy ścianie meblościanka z barkiem. Na półkach książki. Staram się odczytać tytuły. Dostrzegam „Sztukę kochania” Wisłockiej. Wraca moja gospodyni. Owinięta ręcznikiem. Jej ufarbowane na blond kolor włosy sięgają łopatek, jest postawna, ma duży brzuch, masywne uda , duże, wręcz ogromne cycki. Widać, że nadszarpnął ją ząb czasu, ale kiedyś musiała być „dobrą dupą”. Jestem pewien, że kiedyś epatowała wulgarnym erotyzmem. Teraz zostało niewiele, ledwie mgła dawnej świetności. Ma czterdzieści kilka lat, niedługo stuknie jej pięćdziesiątka. Zdejmuje ręcznik. Ustami doprowadza mnie do gotowości, zakłada gumę. Wchodzi na łóżko, spiera się na łokciach, klęczy. Podchodzę od tyłu. Wchodzę w nią. Mocno, zdecydowanie. Słyszę stęknięcie.

– Nie tak od razu na całego. Musi się Kaśka rozciągnąć.

Nieco zwalniam. Po kilku minutach dochodzę. Po wszystkim pytam, czy sprzeda mi książkę Wisłockiej. Pytam o cenę.

– Muszę zapytać, poczekaj. – Wychodzi, słyszę przytłumione głosy za ściany. Gospodyni wraca.

– No wiesz, to nie są tanie rzeczy. – Jej oczy uśmiechają się, ale usta, przybierają grymas, który trudno nazwać, ma w sobie coś z prymitywnej pazerności. Patrząc na nią mam ochotę splunąć.

– Ile? – Pytam.

– Pięćdziesiąt złotych – głos zza ściany – przepity, przychrypnięty podał cenę.

Patrzę na nią, patrzę na mieszkanie, które wystrojem zatrzymało się kilka dekad temu. Muszę stąd wyjść, zaczynam nabierać niesmaku do samego siebie.  

W labiryncie burdelowa 4.0

Irka podobno była ćpunką. Dowiedziałem się od Szwagrów, kilka miesięcy od mojego zalogowania na Forum. Nikt nigdy nie powiedział, na jakiej podstawie tak sądzi. Po prostu. Była ładna, było w niej coś uległego. Za niewygórowaną cenę pozwalała skorzystać z każdej swojej dziurki. Kiedy zakończyła wstępne obrabianie kija, położyła się na plecach i rozłożyła nogi. Zupełnie, jakby czytała w moich myślach. Przed moim wejściem posmarowała się lubrykatem. Kiedy spytałem o dupcie, skinęła głową, odwracając się. Wspominam ją jako przyjazne jebanko. Pewnego dnia słuch o niej zaginął.

Miss Solaris        

Po pierwszym niezaliczonym kolokwium poszedłem na dworzec autobusowy i wsiadłem bez pytania do autobusu, pierwszego lepszego. Jadąc i patrząc w szybę, zdałem sobie sprawę, że  jadę w poszukiwaniu nowych doznań. Znalazłem się w innym mieście, blisko sto kilometrów dalej. Tam też istniała kraina burdelowo. Pod podanym adresem ujrzałem opaloną w solarium blondi o urodzie klubowej dzidzi. Jej opalone cycki pamiętam do dziś. Pukałem ją z przodu, z tyłu, bokiem, siedząc i leżąc. Tak było do pierwszego finału, druga runda przebiegła pod znakiem ujeżdżania. Dosiadła mnie, niczym rasowa cowgirl. Po wszystkim porozmawialiśmy o modnych wtedy imprezach techno.

Szczupła lga

Na jej piczy wyćwiczyłem swój język. Wszystko zaczęło się w pewien niedzielny wieczór. Znudzony buszowałem po Internecie, nie było Strony, nie było Szwagrów, nie było niczego. Porno strony i oficjalne witryny miejsc schadzek. Strony zrzeszające amatorów lodów w ramach deseru dopiero raczkowały. W końcu natrafiłem. Niewyraźna fotka i numer telefonu. Zadzwoniłem i okazało się, że jak najbardziej,  przyjmuje w mieszkanku prywatnym, które znajdowało się na ulicy, której nie potrafiłem zlokalizować. Okazało się, że to drugi koniec miasta. Ubrałem się i wyszedłem w mrok jesiennego wieczoru. Przemierzałem ulice i skwery. Wsiadłem w końcu do tramwaju i pomknąłem w kierunku dzielnic, które były obce.  Wykorzystując swój wrodzony urok, spytałem kobieciny w tramwaju, jak dotrzeć pod wskazany adres. Okazało się, że to dalej niż myślałem. Po wysiadce z tramwaju czekało mnie jeszcze około pięciu przystanków autobusem. Grozy dodawał fakt, że byłem w dzielnicy, gdzie łatwo po mordzie oberwać i wrócić bez telefonu. Jechałem autobusem i coraz bardziej ogarniał mnie niepokój. Nie ma co, sam pchałem się w gips. Ale nie zawróciłem, byłem na szlaku i wiedziałem, że nie mogę z niego zawrócić. Trudno, co będzie, to będzie. Przystanek na którym musiałem  wysiąść nie wydawał się bardzo zniszczony. Spodziewałem się scenerii prawdziwych slumsów, jednak nie. Spokojnie rozejrzałem się po tabliczkach na blokach. Jest! Nazwa ulicy pasuje, pozostało odnaleźć numer. Chodząc po osiedlu, cały czas konspiracyjnie oglądałem się za siebie, czy przypadkiem jakaś grupa nie zauważyła obcego. Znalazłem  numer bloku, poszukałem klatki z odpowiednim numerem. Moja ekscytacja sięgała czubka głowy, kiedy stałem przed drzwiami. Dotknąłem przycisku nieopodal drzwi. Drzwi otworzyły się, płonąłem z ciekawości, kto to będzie. Otworzył facet z ciemnymi wąsami. Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć, ani co zrobić.

– Tak? – Mina faceta nie miała groźnego wyrazu, bardziej był zaciekawiony.

– Dobry wieczór, jest Magda? – Tylko to mi przyszło do głowy.

– Nie, to pomyłka, nie jest pan pierwszy. Ktoś niedokładnie podaje adres.

Poszedłem jak po zmyciu.

CDN

Na co komu GREY?

No co komu Grey?

No i mnie złamali. Za namową koleżanek obejrzałem ekranizację  kolejnej część „prowokującej, erotycznej, zrywającej tabu” książki. Nie muszę pisać tytułu, jak sądzę.

Gapiąc się w ekran, bo z pewnością  nie było to oglądanie dla przyjemności, a rodzaj masochistycznego dręczenia lub próby charakteru,  oczami wyobraźni widziałem ten kisiel w majtkach nastolatek, prawie dorosłych dwudziestokilkuletnich kobiet i mężatek, które oto dostały swoją nieco brudną bajkę o nowej odsłonie seksualnego kopciuszka, gdzie zamiast dyni przeobrażającej się w karocę są kajdanki, a zamiast pantofelka, książe ma w ręku szpicrutę.

Żeby nie było. Lubię i doceniam literaturę erotyczną. Klasyki tej literatury. Powiem więcej. Interesuje mnie literatura pornograficzna. Podana w odpowiedniej oprawie intelektualnej i fabularnej, może wiele nauczyć, skrzywić myślenie, albo otworzyć wrota, które już na zawsze pozostaną otwarte, bez względu na skutki. Klasyki pozostaną niezapomniane. A co nam zaserwowała autorka trylogii „najbardziej perwersyjnej książki dekady”? Wielkie nic. Powieść typu harlequin, której objętość napompowała w pierwszej części emailową korespondencją. Chcecie przepis na „skandaliczną powieść”. Służę. Kupcie za kilka złotych tanie romansidło w kiosku. Teraz dodajcie trochę klapsów, trochę scen ze skrępowanymi kończynami, no i jeszcze kilka rozterek życiowych i BĘC. Napisaliście powieść.  A przepraszam –  zapomniałem – minimum jeden z bohaterów musi być bardzo bogaty. Domy na różnych kontynentach, jacht i samolot. To ważne, przecież orgazm pojawia się tylko u tych, co mają minimum milion dolarów na koncie. Ci mniej majętni również i w tej materii są ubożsi. Jeśli miałbym krótko zrecenzować modne ostatnio pozycje erotyczne, to moja recenzja byłaby krótka: książki pisane przez kobiety z syndromem niedopchnięcia, dla kobiet z syndromem niedopchnięcia.

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego takie książki są popularne. Co takiego się dzieje w związkach (bo na pewno nie w książce), że kobiety sięgają po takie pozycje. Powiem wam. Każdy człowiek, czy to kobieta, czy mężczyzna, nigdy tak naprawdę nie wyrasta z etapu bajek. Nawet na starość po cichu liczymy na happyend. A sfera uczuć i seksu to sfera gdzie przez całe życie jesteśmy dziećmi. To taki ostatni listek figowy za którym skrywamy pewne tęsknoty, pragnienia i sny.  To, że kobiety lubią nową wersję Kopciuszka, świadczy o tym, że to faceci nieco pokpili sprawę. Stawiam, że z lenistwa.

Kilka lat temu spotkałem się ze znajomą, prawdziwą fanką Greya. W co trzecim zdaniu wzdychała, że wokół nie ma TAKICH FACETÓW. Sytuacja towarzysko-zawodowa spowodowała, że nasze spotkania odbywały się cyklicznie. Dosyć szybko odkryłem, że ta młoda żona i mama czuje się zaniedbana. Mąż daleko od domu pracował, na miejscu pozostało dwuletnie dziecko i szara rzeczywistość. Dla dwudziestoośmioletniej kobiety to faktycznie nie jest ciekawy scenariusz i nie potrzeba konsultacji u prof. Lwa Starowicza, żeby zobaczyć co tej relacji dolega.  

Wypadki tak się potoczyły, że kilka nocy spędziliśmy w łóżku. Przestała wzdychać o Greyu. Żeby nie było, nie uważam siebie, za Greya, ani za któregokolwiek książkowego, czy też filmowego amanta. Po prostu znalazłem się w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu. Uważam, że uratowałem ten związek. Obecnie mają drugie dziecko i według relacji wspólnych znajomych są szczęśliwi.

         Na koniec dobre słowo. Panowie, rozejrzyjcie się dookoła. Jeśli któraś z kobiet w waszym otoczeniu podoba się wam i do tej pory nic nie działaliście w temacie, to podejdźcie, powiedzcie, że ma ładną sukienkę i jakoś dalej pójdzie. Drogie panie, wiedzcie, że my faceci jesteśmy ograniczeni i trzeba nam łopatologicznie uzmysłowić, że mamy rozpocząć towarzyskie manewry. Przecież dobrze wiecie, że to WY tak naprawdę inicjujcie kontakt i rozgrywacie karty w tej pięknej towarzyskiej grze. Dajcie szanse i może wtedy, wspólnie powiemy: na co nam Grey? Mamy siebie.

Udanych wakacji dla wszystkich.