O pewnym Sylwestrze

Kończył się kolejny rok. Ostatni dzień grudnia powoli przymykał oczy. Odchodził w niepamięć Stary Rok. Bardzo powoli, a jednocześnie szybko, niczym strzała wypuszczona przez odwiecznego łucznika, mknął w teraźniejszość Nowy Rok. Wyjątkowa noc, noc sylwestrowa. Dla mnie dobra, bądź przeciętna noc, jak każda inna. Siedziałem przy stole, napoczęta butelka koniaku wlepiała we mnie swe brązowawo-bursztynowe ślepia.

Nic nie robię, nie bawię się, nie świętuję, nie robię rachunku minionego roku. Otacza mnie pustka. Niczym salwy artyleryjskie, słychać za oknem fajerwerki, petardy i wszystkie hukowe wynalazki, na które większe lub mniejsze dzieciaki, wydały skwapliwie odkładane pieniądze. Nie widzę tego, również nie słyszę, ale czuję. Czuję nastrój zabawy i radości. Nawet telewizora nie włączyłem. Po co? Obejrzeć gawiedź, pod gołym niebem? Nie, ja potrzebuję pustki. Nigdy nie zrozumiałem, nie rozwiązałem tej zagadki. Czy to ja wytworzyłem pustkę wokół mnie, czy to pustka, niepostrzeżenie owinęła się wokół mnie, niczym szal z kaszmiru, a potem, równie niepostrzeżenie wślizgnęła się we mnie. Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Słucham muzyki, sączę koniak i wspominam. Czyżby zostały mi tylko wspomnienia? Czyżbym był trzydziestokilkuletnim starcem?

Tak zwane Sylwestry, przeżywałem na różne sposoby. Były takie, z których pozostały tylko strzępy wspomnień, dużych ilości alkoholu na stole i tańca o świcie, na koparce pozostawionej przy robotach drogowych. Bywały też takie, spędzone przed telewizorem, bez większej refleksji. Zdarzało się też, że przespałem nadejście Nowego Roku, jakby w ramach swojego, cichego protestu. Była też pewna noworoczna noc, którą spędziłem w kościele, prosząc Boga o szanse, gdzieś, kiedyś, z kimś. Czy było to „na poważnie”? Nie wiem. Wtedy chyba tak, ale gdzieś, głęboko we mnie, mimo, że sam przed sobą nie chciałem się przyznać, wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Nawet liczyłem, że nic z tego nie będzie.

W końcu był Sylwester, zwieńczony moim pierwszym razem. Licealny Sylwester, piękny Sylwester. A nic tego nie zapowiadało. To dzięki Łukaszowi. Łukasz, nie był moim przyjacielem. Na skali relacji międzyludzkich, nasze stosunki można było określić: koledzy z klasy, nic więcej. Łukasz, troszkę dilerek, zadymiarz na całego, cwaniaczek. Nie byliśmy z tej samej planety. Jednocześnie, nie musiał się z kimś przyjaźnić, żeby pomóc, albo załatwić to lub co innego. Ta jego, pewność siebie i chęć zaangażowania, czyniła z niego naturalnego lidera w klasie. Dostrzegałem to, ale nigdy nie pozwoliłem sobie na jakąkolwiek próbę zakolegowani się na siłę, czego nie można było powiedzieć o znacznej części szkolnej społeczności. Zabawne, dopiero po maturze, kiedy rozmawiałem z Magdą „Czarną”, powiedziała: – wiesz mam do ciebie respekt, za to, że potrafisz trzymać się nieco z boku, jakby ponad wszystkim i wiesz co? Łukasz też mi tak powiedział, że szanuje cię właśnie za to. – Nie wiedziałem co powiedzieć.

Wróćmy jednak, do pierwszorazowego Sylwestra. Nie pamiętam dlaczego, ale w ostatni dzień, przed świąteczną przerwą wracaliśmy razem z Łukaszem. To dziwne, nie wiem, dlaczego, bo mieszkaliśmy na dwóch odległych końcach miasta, więc nie mogło nam być po drodze. Ale szliśmy. Kiedy dotarliśmy do rozstajnego punktu, Łukasz uniósł przedramię pod kątem mniej więcej dziewięćdziesięciu stopni, z lekko ugiętymi palcami dłoni, żeby przybić grabę i rzekł: – to co, najlepszego w Nowym Roku, udanej imprezki, baw się dobrze. – Palsk, nasze dłonie zderzyły się. Żeby wiedział, że moje imprezowanie, to będzie posiadówa przed Polastem.- Pomyślałem. I właśnie w tym momencie, niczym w komiksach Disneya, nad moją głową pojawiła się pulsująca żarówka. A dlaczego nie? Przecież on ma rację, w końcu życzył mi udanej zabawy i imprezy – myślałem gorączkowo. I pomyślałem o Ance. Anka, była dziewczyną ze szkoły. Rok wcześniej, wprosiłem się do niej na dwa piwa i dobrałem się do majtek, moje pierwsze zetknięcie z cipką. Niezapomniane przeżycie. Brakowało tylko finalizacji transakcji. Tu niestety na drodze leżała logistyka, która z kolei potęgowała u Anki obiekcje. W końcu nadarzyła się okazja – Sylwester. Wszystko byłoby jak najbardziej w porządku, gdy nie kilka drobnych przeszkód. Rodzice, też zostawiali w domu, nie wiedziałem, czy zaakceptują mój pomysł zrobienia sylwestrowej biby u nas w mieszkaniu. Nie wiedziałem, czy Ankę wypuszczą z domu, bo ptaszki ćwierkały, że ma ostatnio szlabanowo.

Hehe, pora na wtrącenie, dziś, pewnie dzieciaki nie znają pojęcia „szlaban”, bo rodzice się ich boją, ale z zamierzchłych czasach początku tego stulecia, tak było.

W końcu, nie wiedziałem, czy Anka, w ogóle jest zainteresowana Sylwestrem ze mną. Wszystko to jednak, nie miało większego znaczenia. Po prostu doznałem olśnienia, nie wiedziałem tego, ale czułem, że całe uniwersum mi sprzyja. Okazało się, że Anka nie miała planu na Ostatnią noc w roku. Żeby jednak, przekazała mi tę wiadomość, musiałem prosić mojego ówczesnego przyjaciela, o niemałą przysługę, bo Anka miała faktycznie szlaban. Jednak jej rodzice, w ramach wspaniałomyślności zakończyli karę na trzydziestym grudnia. Pozostało zorganizować wszystko w domu. Wymyślając strategię godną arcymistrza szachowego, dopiąłem swego. Anka była u mnie na Sylwestrze tylko we dwoje. Nigdy nie powiedziałem Łukaszowi, że to dzięki niemu pierwszy raz zaciupciałem.

Tak, to wszystko miłe wspomnienia. Pamiętam też inny Sylwester. Kilka lat później. Na przestrzeni życia człowieka, kilka lat, mniej niż pięć, to wcale nie jest dużo. Trzeba jednak wziąć poprawkę, że ludziom młodym, czas, a w zasadzie przestrzeń też płyną zupełnie inaczej. Ja odczułem to jeszcze intensywniej. Przez te kilka lat, otwarłem wrota pewnej krainy. Krainy burdelowo. Krainy, która spływała doznaniami, z materialnych rzeczy zabierała pieniądze. Ponad to zabierała coś jeszcze. Zabierała, to może źle dobrane słowo. Wypełniała, swego rodzaju, szczególną antymaterią.

                Nie pamiętam, kto wpadł na pomysł zorganizowania sylwestrowych baletów. Ja dowiedziałem się od Jacka, niskiego, łysego chłopka-roztropka, gdzieś, z południa Polski. To co, wypijemy co, pojemy i może no jeszcze… – tu, wykonał kilka ruchów łokciem, do przodu i do tyłu. Skinąłem głową. Była końcówka listopada. Zanim ktokolwiek się zorientował, pokrzykiwaliśmy na siebie z Miszą, przeganiając się z wspólnej łazienki. W końcu, za niecałe pół godziny, mieliśmy wsiąść do tramwaju i udać się wprost do akademików. Szykowała się naprawdę impreza na poziomie. Jacek, zorganizował swoich, czyli ludzi od baz danych: Piotra, Huma i Skarabeusza. Ja z Miszą zorganizowaliśmy Kamila nr dwa, i Aleksa. Oprócz nas miała przyjść Milena, Klaudia i Judyta, odłam ekologicznej ekonomii. One miały zapewnić większą ilość kobiet. Do tego jeszcze jacyś poboczni znajomi.

Ubrani w wyprasowane jeansy i koszule, kupione poprzedniego dnia, niecierpliwie przestępowaliśmy z nogi, na nogę, w tramwaju. Popatrzyła na nas starsza kobiecina, uśmiechnęła się, nie do nas, raczej do własnych wspomnień. Na jej twarzy malował się, ten specyficzny uśmiech, który zdaje się powlekać mgiełka przeszłości. W końcu dotarliśmy na miejsce. Gwar, powitania, pierwsze toasty, pierwsze krople oleju ze śledzi poleciały na nowe spodnie. Moją uwagę przykuła Aleksandra, zielonooka brunetka, dwa kilogramy nadwagi, odłożone w biuście, ładna – pomyślałem. Jedno spojrzenie, drugie spojrzenie. Padło hasło: kto idzie na papierosa. Wyszliśmy w kilka osób. Sami swoi. Podoba mi się ta Ola. – Skarabeusz, wyznał konfidencjonalnie. Pokiwałem głową. Nie chciałem psuć nastroju i dodawać, że mnie też się podoba. Wróciliśmy do pokoju. Ciasnego, trzyosobowego, akademickiego pokoju. Trzy biurka ustawione w jeden długi stół i zdająca się nie kończyć kolejka kieliszków wódki. Wypiliśmy. Chwila rozmów o niczym. Skarabeusz przypuścił szturm w stronę Oli. Oboje rozmawiali o albumie Blunta, „Your Beautiful” Oczy Oli skierowały się na mnie, pojawił się uśmiech mówiący, że ona czeka. Zdecydowałem podejść i włączyć się do rozmowy.

-Chodź na fajeczkę. – To był Aleks. Dlaczego, akurat teraz?

– Mhm. – Wyszliśmy.

Po papierosie, wróciliśmy do pokoju. Oczy Olki, już na mnie nie spoczęły. Za pięć minut, siedziała na kolanach Sakarebeusza. Zrozumiałem, że poszedłem w odstawkę. W myślach przekląłem Aleksa. Głupi fiut – pomyślałem. O jedenastej, poszliśmy na Rynek. W tłumie ludzi, między walającymi się butelkami i pod niebem jasnym od sztucznych ogni, skakaliśmy, odliczaliśmy, życzyliśmy sobie nawzajem wszystkiego najlepszego i siarczyście cmokaliśmy się. Nadszedł Nowy Rok. Wróciliśmy do akademika, do zostawionego alkoholu i pozostałych smakołyków, które każdy przywiózł z domu. Skarabeusz z Aleksandrą, za rękę, zostali parą. Z głośników w pokoju popłynęła muzyka i wskrzesiliśmy imprezę. Narzucone tempo, nie pozostało bez odzewu, po godzinie, każdy zaczął opadać z sił. Zaczęła być coraz bardziej poruszana kwestia noclegu. Niby chłopaki załatwili nam nocleg, ale w miarę wypitego alkoholu i coraz bardziej zacieśnianych stosunków, każdy zaczął szukać noclegu u przedstawiciela płci przeciwnej. Ja też, Ola poszła gdzieś ze Skarabeuszem, a ja, im bardziej byłem pijany, to mój fiut był bardziej trzeźwy i domagał się złożenia ofiary. Padło na Milenę, nieco na chama, ale władowałem się jej do łóżka. Milena. Dobra pannica, wychowywana przez babcię i hołdująca starym zasadom etykiety. Swój kwiatuszek skrzętnie trzymała do ślubu. Ostatecznie usnęliśmy bez żadnych ekscesów. Spałem może godzinę, może dłużej. Obudziłem się. Czułem w ciele wypity alkohol, ale poczułem coś jeszcze. Jakby zew. Zupełnie, jakby mnie coś obudziło. Po cichu wstałem i wziąłem swoje rzeczy. Przeszedłem się po pokojach, w których nocowali moi znajomi. Każdy spał, jak suseł. Ogarnął mnie pewien rodzaj wyobcowania. Jakieś uczucie niepokoju. Nie pasowałem tu. Patrzyłem na tych ludzi i oczywiście byli mi bliscy, ale coś we mnie gnało mnie gdzieś przed siebie, gdzieś daleko. Ubrałem kurtkę i wyszedłem, mijając śpiącego portiera. Ruszyłem przed siebie. W kieszeni kurtki spoczywała niedopita butelka wódki. Pociągnąłem spory i ruszyłem przed siebie. Wóda rozlała się po moim ciele, napędzając mózg.  Zacząłem robić rachunek minionego roku, minionych lat. Nie zauważyłem, jak mówię sam do siebie. Raz, po raz pociągałem z flaszki, i ciągle szedłem przed siebie. Pomyślałem, że dobrze byłoby napotkać jakiś łobuzów. Czułem się niepokonany. Mógłbym zmierzyć się z każdym. I nie chodziło o to, że alkohol obudził we mnie herosa. Nie, biorąc pod uwagę starcie z kimś, kalkulowałem, że dostanę, może nawet bardzo. Ale nie robiło to na mnie wrażenia. Nawet liczyłem na solidny wpierdol.

 Przeszedłem kilka dzielnic, mamrocząc coś do siebie w pijanym widzie. Nie wiem jak doszedłem na ciemną uliczkę, którą oświetlały jedynie neony agencji towarzyskich. Znałem to miejsce, dlaczego zawędrowałem tu, nie miałem pojęcia. Moje zdziwienie okazało się jeszcze większe, bo oba lokale były zamknięte. Z taksówki, która zatrzymała się na środku drogi wysiadł facet, na oko po czterdziestce.

– Co jest, pozamykane? – Kilka razy dźgnął palcem w biały dzwonek i zapukał do drzwi. Bez odzewu.

– Proszę pana, gdzie może być coś jeszcze? – Nieśmiało nawiązałem kontakt, z pijacką rubasznością.

– No, jest jeszcze jedno miejsce, jak chcesz siadaj, jedziemy.

Wskoczyłem do taksówki i ruszyliśmy przed siebie. Kilka ulic dalej, wysiedliśmy na rogu, mój nowy towarzysz, pewnym krokiem wszedł do lokalu, ja za nim. Chyba był znany, bo gdzieś zniknął mi z oczu. Przy barze, siedziały trzy dziewczyny, dwóch facetów. Ogolonych na łyso, w skórach. Barmanka, powitała mnie uśmiechem.

– Dobry wieczór. Zapraszamy.

C.D.N.

2 odpowiedzi do “O pewnym Sylwestrze”

  1. Ochh moja Ania na dodatek wypiela tylek na sofie i zamknela oczy krecąc dupskiem w rytm muzyki. Podciągnela mini i machajac pal cem dyskretnie zaczela wciskac w cipe az rozerwala rajstopy …
    Błagam cie Adrian abys zrobil jej minetke bo juz nie ma miejsca na sperme… gg 63438093…
    Błagam cie Adrian obiecałes że jak pokaze ci jak wsadza mi moj facet ty bedziesz moja kurwa do wyruchania …
    Chceez jego sperme z mojej cipki ? Ppkaz jak wygladasz kurwo w mini i obcasach…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *