O pewnym Sylwestrze cz. 2

Uśmiechnąłem się i podszedłem do baru. Zaczęliśmy od życzeń noworocznych. Postawiono przede mną kieliszek szampana, na barze, w kubełkach, stały jeszcze trzy.

– Proszę, dziś na koszt firmy, szampanik. – Uśmiech barmanki, nie pozostawał złudzeń, urocza z niej była osóbka. Delikatnie wzniosłem kieliszek i upiłem troszkę. Zacząłem myśleć, ile pieniędzy mam przy sobie i czy za te pieniądze będę w stanie coś sobie zorganizować. Nie wiedzieć czemu, poczułem się tu dobrze, zapomniałem o akademiku i przyjaciołach. Zacząłem rozmowę z dziewczynami przy barze i dwoma kolesiami. Okazało się, że kolesie zaciągają po rusku i są, hmmm, przedsiębiorcami. Ja, nie czułem potrzeby okłamywania kogokolwiek. Poza imieniem, wyznałem, jak na spowiedzi, że jestem studentem i wyszedłem z imprezy w akademiku. Na to, jedna z dziewczyn z zainteresowaniem spojrzała na mnie. Zapytała z którego akademika wyparowałem. Okazało się, że to jej akademik. Zrobiło się coraz przyjemniej, w tym, nietypowym środowisku, czułem się jak ryba w wodzie, kolejne lampki szampana, rozweselały mój umysł. W końcu, zacząłem z zainteresowaniem oglądać dziewczyny przy barze. Dwie inne przewinęły się, gdzieś z boku. Ktoś wszedł, rozejrzał się i wyszedł, ktoś inny wyszedł, pożegnawszy się wcześniej. Czyli nie byłem jedynym ‘takim’ człowiekiem, inni też tu spędzali Sylwestra. Zapytałem barmanki, czy za kwotę, którą mam przy sobie, jest możliwość skorzystania, z której z dziewczyn.

– A to musisz dziewczyn pytać. – Jej odpowiedź, choć uprzejma miała w sobie nutkę profesjonalizmu. Zapewne byłem tam dosyć oryginalnym zjawiskiem, ale interes jest interesem i nic tego nie zmieni. Zapytałem dziewczyny siedzącej między mną, a dżentelmenem w kurtce. Grzecznie odpowiedziała, ze nie. Odpuściłem na chwil temat. Znów rozmawialiśmy miło przy barze. Moje pytanie chyba niepostrzeżenie rozeszło się po lokalu, bo nie minęło jakieś dziesięć minut i inna dziewczyna, ta, z tych, które wcześniej przemykały, podeszła do baru i powiedziała, że z taką kasę zaopiekuje się mną. Cóż więcej chcieć. Poszedłem za nią. Weszliśmy do pokoju. Dałem jej kasę, pytając, co za to dostanę. Nie odpowiedziała. Dostałem ręcznik i poszedłem do łazienki, której drzwi były w rogu pokoju.

Strumienie ciepłej wody, zdawały się przyspawać mnie do tego dziwnego stan. Pomyślałem o tym, żeby na króciutką chwilę przekręcić gałkę z zimną wodą. Jednak nie. Bałem się tego niemiłego uczucia, po drugie, zimna woda mogłaby wyrwać mnie z tego cudownego transu. Wróciłem do pokoju. Położyłem się nagi na łóżku. Diva, stała w bieliźnie, której kolor trudno było rozpoznać, bo cały pokój był skąpany w niebieskawej poświacie. Poszła do łazienki. Ja bezmyślnie leżałem. Doznałem tego momentu, kiedy jesteśmy dokładnie w tym czasie i w tym miejscu, nic ponad to się nie liczy. Kiedy wróciła diva, uklęknęła przy mnie na łóżku i zaczęła delikatnie, palcami muskać mnie po torsie i udach. Co ciekawe, wciąż była w bieliźnie. Zacząłem gładzić ją po pośladku i wsunąłem dwa palce pod jej koronkowe majteczki. Odsunęła się. Zaczęła głaskać mojego penisa. Ten, pod wpływem jej rąk, leniwie się podniósł.

– Weź do buzi. – Wciąż rozleniwiony, niemrawo wydałem polecenie, które jednak bardziej przypominało prośbę.

– Nie, misiu za mało kasy masz na lodzika.

Nic nie odpowiedziałem, wciąż leniwie gapiłem się w sufit, a dłonie divy, leniwie błądziły po moim ciele. Znudziły mnie te pasywne pieszczoty, chciałem czegoś więcej. Poprosiłem, żeby się przysunęła.

– Mogę cię masować w pozycji sześćdziesiąt dziewięć.

– Zdejmij majteczki i pochyl się tak żebym widział twoją dziurę w dupie. – Jej mina na chwilę przybrała wyraz złości, a może pewnego bólu.

– Nie! Nie jestem dziurą do oglądania.

– A mogę włożyć ci tylko palec? –Moje pytania były błagalne i głupie, ewidentnie drążek przejął kontrolę nad pilotem.

– Nie i nie rozbiorę się. Za te pieniądze masz tylko masaż w bieliźnie. – Słowa te wypowiadane były ostro, zniecierpliwienie mieszało się ze zdenerwowaniem. – Leż grzecznie, wymasuje ci członka. – Jej ton głosu uległ zmianie. Jednak byłem klientem. Sposób w jaki położyła nacisk na „cz” w wyrazie „członek”, rozbawił mnie nieco. Leżałem, nic już nie mówiąc. Jej dłonie zaczęły masować mojego członka.

– Zobaczysz, jak wymasuję ci członka. – Znowu zaakcentowała „cz”. Sekret jej masażu polegał na tym, że mnie brandzlowała. Powoli mnie brandzlowała, to był cały masaż członka. Nic nie mówiłem, po prostu leżałem. Nie wiem ile leżałem, z obrabianym fiutem. Minutę? Dziesięć minut? Nie wiem. Usłyszałem pukanie.

– No, misiu czas się skończył. – To mówiąc dwudziestokilkuletnia dziewczyna, zeszła z łóżka, zostawiając mnie na nim, ze stojącym drągiem.

Grzecznie ubrałem się i poszedłem do drzwi, przy drzwiach pożyczyliśmy sobie najlepszego w obecnym już roku. Diva, zniknęła w ciemnym korytarzu, ja poszedłem wprost przed siebie, do głównej sali. Dwóch łysych wciąż siedziało. Zapytałem dziewczynę, czy mogę napić się na drogę szampana.

– Jasne. – Podała mi kieliszek z figlującymi bąbelkami. Łysi się odwrócili. W moją stronę przesunięty został kieliszek czystej.

– Drug, napij się z nami. – Przed oczami miałem ich dłonie, uniesione, z kieliszkami, zachęcająco kołysząca się w nich  wódka, niemal hipnotyzowała. Podniosłem rękę, trzymającą kieliszek i wypiłem jednym haustem. Przepiłem szampanem. Nawiązała się między nami pewna nić porozumienia. Nić, która powstać mogła tylko w najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach. Staliśmy się kompanami od kieliszka. Przez chwilę, w mojej głowie przewinęła się pena wizualizacja. Przecież oni na pewno są szemranymi kolesiami, od szemranych interesów. Jestem na początku studiów, nikt nie gwarantuje mi, że osiągnę sukces. A przecież, to w takich sytuacjach, nawiązuje się kontakty, zaczyna się coś wielkiego. Wizja mnie, jako szemranego kolesia, może wręcz gangstera, owładnęła mną. Ale tylko na krótki czas. Zaraz przyszło pewne otrzeźwienie. Tak, odwiedziłem pewien świat, ale zawieranie szemranych znajomości w agencjach towarzyskich, było czymś „za dużo”, nawet na mnie.

Niemrawo mrok ustępował porannemu granatowi. Spokojnym krokiem szedłem. Bez celu, przed siebie. Miasto było puste. Sporadycznie widywałem pojedynczych niedobitków sylwestrowych szaleństw.  Było nad wyraz ciepło, to był jeden z pierwszych ciepłych Sylwestrów, później stało się to normą, ale wtedy, to też było nowe, jak niemal wszystko tej nocy.

Wróciłem do akademika. Był poranek nowego roku. Kiedy dotarłem na ósme piętro, po cichu odwiedziłem pokoje, gdzie spali znajomi. Wszyscy jeszcze smacznie chrapali. Dwie osoby zauważyły moją wizytę. Misza, który swoje zdziwienie ubrał w:

– Co kurwa? Nie śpisz już?

Drugą osobą była Judyta, która, wraz z Pzemem zajęła pokój jakiejś koleżanki z chemii.

– Co ty robisz ubrany? Która godzina?

Opuściłem pokój. Wyszedłem na korytarz. Podszedłem do okna, gdzie była prowizoryczna palarnia. Palarnią był słoik i porozrzucane wokół pety. Odpaliłem papierosa. Paliłem i przyglądałem się wszystkiemu za oknem i abstrakcyjnym figurom z petów. Wszystko zdało się jednakie. Wszystko to głupstwo – pomyślałem. Wydmuchując dym zrobiłem trzy kółka. Co właściwie się stało, o co w tym wszystkim chodzi? – Myśli turlały się w mojej głowie. Nagle poczułem głód. Nienasycenie, pustkę, przerażającą PUSTKĘ, KTÓRA, WRĘCZ WYŁA, ŻEBY JĄ ZAPEŁNIĆ.

Opuściłem akademik, był poranek. Zaczął się nowy rok. Wciąż niewielu ludzi było na ulicach, ale czuło się, że magiczny odór sylwestrowych wygibasów, osiadł, gdzieś z zaułkach miasta. Sięgnąłem do kieszeni, po telefon. Znowu byłem w transie. Wybierałem numer, za numerem. Potrzebowałem tego, nic nie mogło ukoić tego niegasnącego pragnienia. Jedna kraina, jedno słowo. Burdelowo. Pod wybieranymi numerami nikt się nie zgłaszał albo słychać było pocztę głosową No tak, to normalne – pomyślałem – nawet dziwki świętują. Nie zauważyłem, kiedy usłyszałem kobiecy głos. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. A jednak, bogini zmysłowości, patronka poszukiwaczy zaginionej szpary, czuwała nade mną. Kobiecy głos, powiedział, gdzie przyjmuje i czego mogę tam doznać. W końcu, nie ma uczuć, są tylko doznania.

Szedłem zaśmieconym chodnikiem. Plastykowe kubeczki, resztki petard i sztucznych ogni, butelki. Wszystko to, na szarych chodnikowych płytach zdawało się być pewnego rodzaju przygnębiającą dekoracją. Mętnym spojrzeniem omiotłem najbliższą okolicę. Jakaś para, kobieta w pogniecionym płaszczu i facet, z krawatem w ręku pakowali się do taksówki. Na przemian dziękowali kierowcy, że pracuje o tak nieludzkiej porze. Kilka metrów dalej, foliowa, jednorazowa reklamówka sunęła przy samym podłożu. Po kilku chwilach zawinęła się na rogu kiosku. Wszystko to zdawało się być uzupełnieniem pustki we mnie. Obserwacja otoczenia tak bardzo zajęła moje myśli, że nie zdążyłem załapać, że już jestem pod wskazanym adresem. Kolejne połączenie, dostałem numer mieszkania. Zmęczonym, powolnym krokiem wszedłem do klatki. Kiedy byłem już w mieszkaniu, ze zdziwieniem zobaczyłem Cyctkę. Uśmiechnąłem się sam do siebie – świat jednak jest mniejszy, niż sądzimy. A na pewno nasz mikrokosmos. Obok Cyctaki stała trzydziestokilkuletnia blondynka. Nie była powalająca piękna, nie była też brzydka. Określiłbym ją, jako w miarę ładną kobietę.

– Którą wybierasz? – Cycatka, rzeczowo zapytała.

– Poproszę panią, –  wskazałem blondynkę, jednocześnie posyłając Cycatce przepraszające spojrzenie.

Kiedy szliśmy do pokoju, zauważyłem butelkę po szampanie, stojącą na stole. Czyżby urządziły sobie Sylwestra tylko we dwie? Może.

Kiedy znaleźliśmy się sami. Przyjrzałem się nieco uważniej blondynce. Jej twarz nosiła ślady nałogowego palenia, ale nie straciła całej urody, raczej nieco jej oddała nałogowi. Nie był szczupła, miała dokładnie tyle tkanki tłuszczowej, ile przystoi mieć kobiecie w jej wieku. Miała na sobie czarną spódnicę, niesamowicie miękką i czarną bluzkę. Oboje usiedliśmy, a raczej znaleźliśmy się w pozycji półsiedzącej, półleżącej, zacząłem gładzić ręką jej udo. Nie wiedziałem, co jest milsze, jej skóra, czy materiał tej dziwnej spódnicy. Uśmiechnęła się, nic nie powiedziała. Zaczęła rozpinać guziki mojej koszuli. Nieco niecierpliwie przeniosłem rękę pod jej bluzkę. Odsunęła się, zdjęła bluzkę i czarny stanik. Miała średniej wielkości piersi, dziwnie do niej pasujące. Przyssałem się do nich łapczywie. Blond diva, dała mi chwilę, niczym dziecku, które zobaczyło nową zabawkę. W końcu zapytała:

– To co chcesz? Lodzik, seks?

– A może być wszystkiego po trochu? – Jej piersi obudziły we mnie chciwość kobiecego ciała.

– Jasne – popatrzyła z uśmiechem. – Połóż się i ściąg spodnie.

Nie minęła minuta, kiedy leżałem na plecach ze sterczącym prąciem. Blondynka, ułożyła się obok mnie, ujęła mojego druha w dłoń i włożyła sobie do ust, niczym marchew. Przyjemne ciepło jej ust rozleniwiało i pobudzało jednocześnie. Pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie, to trysnę w jej ustach i nici z eksploracji cipki. Umówieni byliśmy na jednorazową akcję.

– Czekaj, czekaj. – Delikatnie ująłem jej ramię i odsunąłem ją. – Rozbierz się, chcę zobaczyć cię nagą. – Mówiąc to zacząłem ściągać jej spódnicę. Moje dłonie napotkały na opór.

– Nie, daj spokój. – Jej głos był pełen prośby, ale wyczuwałem pewną stanowczość. – Mam na brzuchu okropną bliznę. Wstydzę się jej. Zostawię. To mówiąc podciągnęła spódniczkę na brzuch, i ściągnęła czarne majtki. Moje usta znowu znalazły się w okolicach jej piersi, język zaczął wirować wokół jej sutków. Jednocześnie moja ręka znalazła się na jej wargach. Miękkość jej cipki, sprawiła, że o mało nie trysnąłem. Wytrzymałem. Kilka chwil w tej konfiguracji i poprosiłem, żeby założyła condom. Wszedłem w nią delikatnie, miękko, zwyczajnie. Kilka minut zwyczajnego seksu. Doszedłem. W miłej atmosferze, opuściłem lokum, Cycatka z firmowym, figlarnym uśmiechem pomachała mi.

Styczniowe poranne powietrze, zdawało się unosić mnie. Moja pustka stała się na chwilę wypełniona. W połowie drogi do akademika, zobaczyłem Damiana, też, gdzieś przewinął się na imprezie.

– Co ty tu robisz, najlepszego na nowy rok, bo nie wiem, czy życzyliśmy sobie.

Podziękowałem, szedł po piwo, bo jak się okazało, wszyscy sylwestrowicze już wstali. Po wymianie kilku zdań, każdy poszedł przed siebie. W akademiku, wszyscy wstali, odbywało się wielkie smażenie jajecznicy, jajecznicy „na kaca”. Moje pojawienie się, wywołało niemałe poruszenie. Nawet nie wiedziałem, że jestem tak popularny.

– Gdzieś ty polazł, każdy się martwił o ciebie. No kurwa, po prostu zniknąłeś. – Judyta, była nad wyraz troskliwa.

– Jaka faza, co ty kwasa jakiegoś wziąłeś? – Przepity Aleks, patrzył z głupkowatym wyrazem twarzy.

– Co ty odpierdoliłeś? – Misza, jak zawsze nie przebierał w słowotwórstwie.

Pośmialiśmy się, upichciliśmy jajecznicę, zjedliśmy. Damian wrócił z piwami. Jeszcze kilka minut, moje towarzystwo poroztrząsało moje zniknięcie, później, zaczęliśmy sklejać, z oparów piwa, wspomnienia wczorajszej biby, następnie przyszedł czas na noworoczne postanowienia. Ja, patrzyłem na nich wszystkich i zastanawiałem się, w jaki sposób, wszyscy tak pijani, zauważyli, że opuściłem towarzystwo. Snuli różne przypuszczenia: naćpany wyprułem w miasto, usnąłem pijany, gdzieś na schodach w akademiku i wstydziłem się przyznać, spałem  u jakiejś brzydkiej panny. Nawet nie domyślali się prawdziwego przebiegu zdarzeń. Nie mogli wiedzieć.

  Nie myślałem, o tym, co zrobiłem. Nie myślałem o tej nocy. Jakby nic się nie stało. Nie miałem postanowień na obecny rok. Nie obiecałem sobie, że rzucę palenie, nie oszukiwałem się, że dopracuję na siłowni mięśnie brzucha, potocznie zwane kratą. Nic sobie nie obiecywałem. Jedno wiedziałem, mroki burdelowa, to coś, co z całą pewnością będzie mi towarzyszyć w tym roku i pewnie o wiele dłużej. Nie potrzebowałem postanowień, planów, czy czegokolwiek. Jakaś część, mnie, głęboko ukryta, wiedziała, że tak będzie, bo tak musi być.

****

Koniak przestał mi smakować. Kolejne łyki, zaczęły wywoływać torsje. Zacząłem go przepijać sokiem jabłkowym. Cóż za profanacja. Butelka, w której zostało mniej więcej jedna czwarta trunku, patrzyła na mnie smętnie. Popatrzyłem wokół. Ze ścian pustego pokoju, zaczęło wdzierać się we mnie poczucie przegranej. Uczucie, które od dłuższego czasu starałem się zamaskować, zignorować lub zamienić na inne, powróciło. Tak, przegrałem, przez złośliwość losu, a może na własne życzenie. To niech inni ocenią.

Zmusiłem się, żeby wypić jeszcze pół szklaneczki, szybko popiłem sokiem. Gdzieś w oddali słychać niedobitki domorosłych artylerzystów. Wstałem od stołu i podszedłem do okna. Zaraz zacznie świtać – pomyślałem. Zamglonymi oczami spojrzałem w szybę. Moje odbicie zmieszało się z panoramą za oknem. Jak mogłem tak bardzo przegrać? – Z tym pytaniem zwaliłem się na łóżko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *