Zuza cz. 1

W mieście jest nowa i ma zostać wypróbowana.

***

Przekroczyłem tę niewidzialną granicę. Sam nie wiem kiedy. To subtelna i płynna granica. Wielu starało się wytyczyć ją precyzyjnie. Nikomu się nie udało. Mówię o atrakcyjności. Stałem się atrakcyjnym facetem. Może zawsze nim byłem? Nie wiem.

Kiedy masz kilkanaście lat i jesteś na młodzieńczym etapie życia dostrzegasz coś. Dostrzegasz, że oprócz wszystkich bogactw na tym świecie jest coś jeszcze. Pewna wartość, jeszcze jedno bogactwo, które trudno zmierzyć surowcem lub walutą. To świadomość i aktywność seksualna. Jak każdą dziedzinę życia, tę też może charakteryzować dostatek, jak i skrajne ubóstwo. Granicą do tej krainy jest atrakcyjność. Co ciekawe, atrakcyjność, której mówię, nie zawsze jest tożsama z atrakcyjnością fizyczną. Ale to temat na inne rozważanie. Nie wiem jak przekroczyłem granicę. W pewnym momencie po prostu to wiesz. Widzisz to w spojrzeniach ludzi – kobiet.

 Właśnie tego doświadczam. Siedzę w pubie. Loża naprzeciwko baru. Piję piwo i myślę. Przy barze trzech leszczy. Każdy po kolei zagaduje do barmanki. Pewnie nazwą to podrywem albo rwaniem. Ja to nazywam stękaniem. Stękaniem tak prymitywnym, że ja subtelniejsze dźwięki wydaję przebywając w WC. Barmanka. Typ zwyczajnej kobiety. Ani gruba, ani chuda. Bez zbędnego makijażu, spięte włosy (kolor naturalny). Kobieca figura, obfity biust napierający na beżową bluzkę a`la polar. Ładna dziewczyna. Za godzinę dowiem się jak ma na imię. Za kilka wieczorów odprowadzę ją do domu po pracy i zostanę na noc. Ten fakt sprawi, że będziemy nieco zażenowani obrotem sprawy. Żeby nie komplikować przestanę odwiedzać pub. Ale teraz siedzę przy piwie i leniwie spoglądam w kierunku baru. Napotykam spojrzenie barmanki. Otwiera usta i wydaje dźwięki tak, że leszcze przy barze ulegają złudzeniu rozmowy. Ale spojrzenie ponad nimi i leciutki uśmiech mówiący „my przeciw nim” wystarczy abym miał pewność, że emocjonalnie siedzi ze mną w loży.

Kiedyś wiele bym dał za taką sytuację. Dziś, po prostu ma miejsce. Może prawdziwa jest teza, według której, wystarczająca ilość seksu w życiu powoduje, że nie wysyła się sygnałów seksualnego głodu. Tym samym jest się atrakcyjniejszym (bo kto lubi seksualnych frustratów). Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Natomiast, jeśli chodzi o seks, to lubię go porównywać do jedzenia. Podobieństw jest tak wiele, że o tym też napiszę, później. Bardzo modne, w ostatnich latach jest eksperymentowanie z dietami i wszelkie majsterkowanie przy jadłospisie. Liczenie kalorii, głodówki, koncentracja na takim produkcie, a unikanie innego. Zauważcie, że z seksem jest podobnie. Ilość artykułów, porad i najprzeróżniejszych opisów, stwarza złudzenie, że całe społeczeństwo żyje wyłącznie seksem. Właściwie, to panuje tu dziwna korelacja. Koncentrujemy się, albo na tym, co mamy w talerzu, albo na tym co (i z kim) robimy w wyrze.

***

I właśnie o tym wam opowiem. Lecz nie będzie to jakaś tam opowiastka o jedzeniu i ciupcianiu. Opowiem wam o podziemnym życiu. Tak pełnym i tak pustym zarazem. „Strona”, „Forum”, „Diva”, „Szwagrowie”, „Cyfry”, „Ustawka” (nie chodzi o kiboli), „FBG”. Te słowa jeszcze nic dla was nie znaczą. Jeszcze. Ale poczekajcie. Dla mnie stanowią ostatnie dziesięć lat życia. Tak szczelnie je wypełniły, że nie było miejsca na nic ważniejszego. Z czasem i dla was pewne słowa nabiorą znaczenia i zanurzycie się w pustym świecie przepełnionym doznaniami. Zobaczycie. Jeżeli czytając to zastanawiacie się, czy jest to kolejny blog z porno opowiastkami, to was rozczaruję. Potraktujcie to, raczej jako pewien przewodnik. Przewodnik po krainie, którą, żeby poznać, nie wystarczy odwiedzić, trzeba ją chłonąć, każdą cząstką ciała. A w końcu zapłacić cenę.

***

Dzień jak każdy. Koniec pracy. Sprzątam biurko i wychodzę. Wracam do swojego mieszkania. Małe zakupy po drodze. Wychodząc ze sklepu otwieram puszkę wiśniowej coli. Mimo, że minęły lata, pamiętam wszystko, dosyć dokładnie. Końcówka maja – ciepło. Myślę o Arku, koledze z pracy. Na przerwie zagadał o mnie o swoim internetowym odkryciu – Stronie. – No wiesz, taka stronka, gdzie ogłaszają się panny. Studentki, mężatki, no wiesz ruchanie za kasę. Nie odpowiedziałem za wiele. Kiwałem głową i pomrukiwałem. Mało rozmawiam z Arkiem. Według mnie prostak, który swoje prostactwo uznaje za bycie czarującym. Czasem się zastanawiam, jak może zajmować się klientem biznesowym będąc takim chamem. Ale co ja – głupi, sam szukam zagadek do rozwiązania. Tu rozwiązanie jest wręcz banalne. Większość ludzi w tym kraju to chamy, więc pewnie traktują go jak swojego.

Kiedy opowiada mi o stronce, w głowie pojawia się myśl: „czyżby kolejny szwagier dołączył do szacownego grona, które za najlepszy deser uznaje lody?” Wróciliśmy, każdy do sowich obowiązków i moje myśli powędrowały do klientów. Teraz wracam myślami do naszej rozmowy. Dlaczego akurat mnie o tym powiedział? Czytałem kiedyś „Mury Hebronu” Stasiuka. Stary garus, edukuje małolata: grypsujący zawsze pozna grypsującego – to po prostu widać „po mordzie”. Czyżby, tu było tak samo? Może Arek nie jest       ( nie będzie) debiutantem? Może to jeden ze Szwagrów? I rozpoznał mnie, a ta krótka rozmowa miała dać mi do zrozumienia…coś.

Jestem w mieszkaniu. W ramach obiadu mrożone warzywa z patelni. Po obiedzie pełen relaks. Lubię nic nie robić. Jakby nie to, że zdechłbym z głodu, to nie ruszałbym się z mieszkania. Włączam komputer, uruchamiam przeglądarkę i wchodzę na Stronę. Dziesiątki kolorowych obrazków, pod każdym Kika linijek tekstu. Gdzie niegdzie, komentarze.  Nie myślę o tym co robię, działam automatycznie. Przeglądanie Strony jest dla mnie niczym rutynowa prasówka dla dziennikarza.  Na Forum pisali o nowej. Podobno przyjmuje niedaleko. Jest. Zuza. Ciemna blondynka, przy kości, podobno osiemnaście lat. Nie jest droga. To podejrzane. Jak dziwka jest tania, to prawie na pewno nie grzeszy urodą. Co mi tam. Po obiedzie lodzik będzie dobrym deserem. Wystukuję numer, w słuchawce słyszę dziewczęcy głos. Szybka ustawka. Faktycznie przyjmuje niedaleko.

Ustawka w żargonie Szwagrów to telefon do dziwki, omówienie wstępnych warunków: co i za ile. I najważniejsze: słyszymy adres i umawiamy się mniej więcej na godzinę. Sama ustawka jest punktowana u Szwagrów, ale o tym kiedy indziej.

Moja świadomość działa w niewielkim procencie. Znam procedurę, jak pisałem, to rutyna. Nie myślę. Działam. Ubieram się i wychodzę. Piętnaście minut i faktycznie jestem pod umówionym adresem. Jeśli powiedzenie, że fiut kimś rządzi nabiera mocy, to właśnie w takich chwilach. Nie myślę, nie czuję i nic mnie nie obchodzi. Podążam za radarem w gaciach. Kolejny telefon. Numer mieszkania. W tym momencie jestem oderwany od rzeczywistości – po prostu mnie nie ma. Widzę tylko kolejne klatki i numery mieszkań na domofonach. Mam…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *