W labiryncie burdelowa cz. I

Cała niecodzienność płatnego seksu przestała istnieć. Stała się częścią codziennego życia. Jak papierosy, jak piwo, jak lektura porannej prasy. Po prostu. Burdelowo stało się częścią mnie, ja częścią burdelowa. Po każdej albo prawie każdej wizycie siadałem na Forum i pisałem. Opinie, recenzje, przestrogi. Dzieliłem  się doświadczeniem i przeżyciami. Nie byłem już anonimowym klikaczem, stałem się częścią społeczności.

Na forum pojawił się wpis. Alfowie* rzucili ruskie dziwki.

Masza

Tak ją nazwałem. Był jesienny wieczór, sam nie wiem, jaki miesiąc, jaki rok. Miałem iść na mecz. To były czasy, kiedy kibicowało się koszykarzom, siatkarkom, każdemu. Naszym. Umówiony byłem z chłopakami, mieliśmy się spotkać pół godziny przed meczem. Piwko, może dwa i na mecz. Wiadomość o nowych obiektach przyćmiła jednak wszystko. Miałem zamiar iść na mecz, ale przed meczem musiałem zahaczyć o jeszcze jedno miejsce.

Scenariusz znany do bólu. Strona, Forum, numer komórki. Od hali sportowej dzieliło mnie nie więcej niż pięćset metrów. Moja droga na mecz wyniosła trzy kilometry. Numer telefonu, który posiadałem w kieszeni palił. Wiedziałem, że wykorzystam go, nie mogło być inaczej. W słuchawce usłyszałem adres. Nigdy tam nie byłem, coś nowego. Zabawa z lat harcerskich wciąż sprawiała radość. Poszukiwanie bloku z numerem, który usłyszałem. Nigdy mnie to nie znudziło, ani nie zmęczyło. Szarówka szybko zamieniła się w wieczór. Po ciemku, coraz trudniej dostrzec numer. Jest. Znalazłem ulicę. O cholera! Jestem o kilkanaście numerów za daleko. Zaczyna być chłodno. Kurtka, którą nosiłem od końcówki sierpnia, już nie chroni przed zimnem. Pojawia się myśl: może zrezygnować? Wziąć taksówkę, jechać do chłopaków na mecz. Nie. Zdecydowanie nie. Jeszcze tylko pięć numerów. Skoro tyle już zainwestowałem, nie można zrezygnować. Pewnie hazardzista, przy stole o suknie w kolorze ciemnej zielni myśli to samo. Skoro tyle przegrałem, tj. zainwestowałem, to trzeba grać do końca. W końcu, kto gra grubo, wygrać musi. Metr, za metrem, posuwam się do przodu. Dotarłem. Pięciopiętrowy blok wzdłuż ulicy. Szara bryła w pomarańczowych barwach ulicznych latarni. Chciałbym napisać, że wyglądało ponuro, strasznie. Nie wyglądało. Gdzieś tam, na tej ulicy, zrozumiałem, że dzień nie jest dla takich jak ja. Taka pora, taka sceneria, to coś, na co się zdecydowałem. Dobrze się tam czułem, . Wyglądało to wszystko banalnie. Banalnie, podobnie, jak szukanie odpowiedniej klatki. Dociśnięcie, palcem przycisku domofonu, odliczenie odpowiedniej kwoty, na klatce schodowej. Banał.

W drzwiach, przywitała mnie ciemnowłosa kobieta tuż po trzydziestce. Sympatyczna, z rosyjskim akcentem, który dodawał jej uroku. Kiedy zaprosiła mnie do pokoju, ujrzałem segment, bardzo podobny, jaki miała moja babcia. Nie wiem, dlaczego o tym akurat pomyślałem, jakoś tak wyszło. Dałem jej pieniądze, zdążyłem dowiedzieć się, że ma na imię Masza i zaraz wróci, tylko się odświeży. Kiedy powoli zacząłem się rozbierać, głęboko odetchnąłem. Ta chwila oczekiwania. To czekanie, w tym obcym pokoju, gdzie wszystko jest obce, na najbardziej intymny akt, jaki może zaistnieć między ludźmi. Co więcej, po tym jak wyjdę, najprawdopodobniej nigdy tu nie wrócę. Totalna obojętność, w połączeniu z czymś tak intymnym jak seks, nie może być normalna. Może nie było to normalne, ale cholernie wciągające. Jakie to jest zajebiste – pomyślałem. Po trzech minutach wróciła moja dzisiejsza szparka. Owinięta marchewkowym ręcznikiem. Podeszła, rozścieliła prześcieradło na łóżku. Posłała mi ciepły uśmiech i zdjęła ręcznik. Oboje podeszliśmy do łóżka. Bez słowa, zacząłem całować jej szyję, moje ręce błądziły po jej ciele. Gładkim, miłym, niepozbawionym zmysłowych krągłości. Pojęcie MILF nie zostało wymyślone bez kozery. Kiedy moje usta zbliżają się do jej cycków, kładzie się na łóżku. Zachowujemy się, jak para kochanków. Jej ręka przyjemnie drażni moje genitalia. Delikatnie przygryzam sutek, głaszcząc ręką jej udo. Kiedy moja ręka znalazła się w niewielkim zagajniku na jej łonie, delikatnie poruszyła się. Zagłębiam rękę w między jej wargi. Środkowy palec, kieruję w dół.

– Paluszki niet. – Słyszę. Przperaszający uśmiech i przyjemne głaskanie po klatce i brzuchu ma mi wynagrodzić – jak rozumiem – postawioną granicę. Przerywamy pieszczoty. Klękam przy jej głowie. Sztywny fiut, sam się prosi o opiekę jej ust. Masza unosi się na łokciu i zaczyna obrabiać. Spokojnie, odnoszę wrażenie, że robi to z sercem. Gładzę ją po boku. Patrzę na jej ciało. Z pewnością nie jest oszałamiającą pięknością, ale nie jest też nieatrakcyjna. Pewnie nie dałoby się przejść na ulicy, nie zwracając na nią uwagi. Ładna, tak jest ładna. Ten przymiotnik, najlepiej opisuję tę ruską druciarę. Odsuwam się, lodzik jest przyjemny, ale ja lubię cipkę, zwłaszcza wschodnią, takiej jeszcze nie próbowałem. Mówię jej, żeby rozłożyła nogi, bo chcę ją wylizać. Rozkłada nogi. Kiedy moja głowa znajduje się między jej udami, słyszę znowu: „paluszkiem niet”. Przez dobrych kilka minut wylizuję jej cipkę. W końcu proszę, żeby założyła gumę. Wchodzę spokojnie, klasycznie. Nasze ciała współpracują równomiernie. Dla kogoś z boku moglibyśmy wyglądać niczym para kochanków. Ja widzę różnicę. Widzę różnicę w jej oczach, są nieobecne. Jej usta, lekko uśmiechnięte, ale oczami jest daleko. Proszę, żeby się odwróciła. Biorę ją od tyłu, też spokojnie. Dopiero po kilku minutach przyspieszam. Dochodzę. Delikatnie wychodzę. Dostaję nawilżoną chusteczkę. Znamy oboje procedury w tym biznesie.

Kiedy jestem już na ulicy. Wszystko wygląda tak samo, ale jednak inaczej. Kolor bijący z ulicznych lamp jest bardziej żywy. Powietrze bardziej rześkie. Niczym wampir, nasyciwszy żądzę, zupełnie inaczej odbieram bodźce ze świata. Na mecz docieram spóźniony.

Ewa, to banał. Kiedyś zdecydowałem się dorobić na budowie, w wakacje. I z nudów wykręciłem numer. Kiedy dotarłem po pracy, pod wskazany adres, w drzwiach ukazała się farbowana blondynka w okularach. Nie pamiętam nawet seksu, wiem tylko, że odwiedziłem ją kilka razy. Po prostu, nic innego nie miałem pomysłu na inne zajęcie.

Brunetka

Nie wiem jak miała na imię. Była jedną z pierwszych, jeśli tak można powiedzieć. Szczupła, ciemnowłosa. Rysy twarzy zdradzały, że jest kobietą z charakterem. Niewielkie cycki, z gatunków tych, które od zawsze są lekko oklapnięte. Lubiłem atmosferę, jaka panowała podczas spotkań. Kiedy po raz pierwszy tam trafiłem, byłem pobudzony tym alternatywnym światem płatnych doznań. Kiedy otworzyła mi drzwi, zaprosiła do środka, byłem lekko zdenerwowany. Zawsze typ szczupłych kobiet, o zaciętym wyrazie twarzy budził we mnie pewną obawę. Jednak seks, wypłukał ze mnie obawy. Kiedy wyszedłem z łazienki, owinięty ręcznikiem, poprosiła, żebym usiadł i poczekał. Wtedy jeszcze nie potrafiłem rozpoznać tego cudownego napięcia, kiedy słyszałem za ścianą strumienie wody. Właściwie, cały czas byłem napięty. Wtedy. Wróciła owinięta ręcznikiem. Jej miejscem pracy była kanapa. Była pierwszą, dziwką, która jawnie przyznawała się, że lubi palce w cipce. Była swobodna i sprawiała wrażenie szczerej. Była typem kumpeli i to było czymś, co w tym świecie spotyka się baaardzo rzadko. Kiedyś podczas naszego seansu, kiedy już doszedłem, zadzwonił telefon. Ale nie ten na stoliku, służbowy. Drugi, w torebce, prywatny. Odebrała. Jak gdyby nigdy nic, rozmawiała o prezencie dla ojca. Siedziałem blisko niej. Ręką przejechałem po udzie i zanurkowałem w jej szparce. Rozłożyła szerzej nogi. Kiedy skończyła rozmowę, dowiedziałem się, że rozmawiała z siostrą, odnośnie prezentu urodzinowego dla ojca. Jeszcze raz powtórzyliśmy miłe rypanko. Odniosłem wrażenie, że lubi moje wizyty.

2 odpowiedzi do “W labiryncie burdelowa cz. I”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *