Odpieprzcie się od seksu

W zatęchłym PRLu, przynajmniej tak to sobie wyobrażam, z przemysłem seksualnym było kiepsko. Sprawa seksu przedstawiała się w systemie 0 – 1. Bzykasz, albo nie.  Nie było półśrodków w postaci porno materiałów i wszelkiej maści masturbacyjnych wspomagaczy. Być może, gdzieś zza granicy komuś udało się przemycić jakiegoś „świerszcza”, który był gdzieś przechowywany, niczym rodzinne precozja.

Podobno (wg relacji słynnego polskiego seksuologa) kilkadziesiąt lat temu ludzie więcej współżyli, niż obecnie. Nie było to spowodowane rozwiązłością, a zwykłym popędem, któremu nadano odpowiedni wektor. Dziś popęd zostaje rozmieniony na drobne przez pornografię i bombardowanie seksem.  Seks nas otacza i każdy wszystko wie na jego temat. No właśnie, wie, zamiast po prostu….podupczyć, pieprzyć, bzykać, pokochać się, jebać, walić, współżyć.

Deficyt wszelkich pomocy dla marszczyfredziów, miał   pewną zaletę. Ludzie pozbawieni zamienników, musieli być otwarci. Jak mawiał Paradys w „Seksmisji”: „natury nie oszukasz”.  Dotyczyło to zarówno facetów, jak i kobiet.  Faceci musieli przełamać ewentualne opory i mniej lub bardziej umiejętnie poderwać jakąś dziewoję. No, bo ile można tarmosić mrówkojada, trzeba oszczędzać nadgarstki. Kobiety, też za bardzo nie mogły grymasić. Jak zjawiał się jakiś w miarę ogarnięty, to, a i owszem, czemu nie. Innymi słowy, mamy pewien paradoks. W rzeczywistości, gdzie zdawać by się mogło, brakowało luzu i wyzwolenia, seks miał się bardzo dobrze.

Zróbmy mały przeskok w czasie. Lata dziewięćdziesiąte, czyli napływ wolności, również w sferze seksu. Pojawiają się czasopisma porno, gadżety, śmieszne rzeczy przesycone erotyzmem. Za mały byłem, żeby z tych dobrodziejstw korzystać, ale do dziś działa mi na wyobraźnię opowiastka mojej znajomej, która zwinęła rodzicom prezerwatywę w kształcie Myszki Miki. Nie spotkałem czegoś takiego, jeśli ktoś zna temat, to proszę dać znać w komentarzu. Zalew erotycznego przemysłu szybko się rozrastał. Kulminacją stała się eksplozja internetowej pornografii. Do czego to wszystko doprowadziło? Dziś każdy wie wszystko o seksie. Niemal każdy gimbus wie, co to znaczy blow job, co to jest „anal”, a w Internecie ogląda sceny, które mogłyby zadziwić jego rodziców. W kobiecych pisemkach, niemal w każdym numerze pojawiają się porady dobrej cioci albo dobrego wuja, którzy tłumaczą jak będzie nalej, co przyniesie najwięcej orgazmów. Jeśli komuś mało, może czytać tajemnicze trakty dotyczące tao i tantry, które ukryte przez tysiące lat, dziwnym zbiegiem okoliczności zostały odkryte w ostatniej dekadzie.

I co? I weszliśmy w błędne koło. Im więcej teorii, tym ludzie są bardziej zagubieni w praktyce. Wiemy wszystko o anatomii, przyjemności, seksie, orgazmach, czy psychologii społecznej. Jednocześnie wraz z naszą wiedzą rośnie liczba kursów: podrywu, inteligencji emocjonalnej, sztuki seksu oralnego, analnego, w księgarniach spotkać można nawet poradniki całowania. To jak to jest? Edukacyjny napalm został na nas zrzucony i nadal potrzeba edukacji? Coś tu nie gra. A może to jest właśnie problem? Rozbijanie na atomy, i sztuczne tworzenie nadmiernej dyskusji nad tematami, z którymi ludzie doskonale sobie radzą sami. Akademickie dyskusje, pozostawmy seksuologom, ludziom niech zostanie tylko przyjemność z seksu, myślę, że to im wystarczy.

Dla wszystkich złaknionych wiedzy odnośnie relacji damsko męskich i seksu, polecam poniższy czterowiersz.

Rączka w rączkę

Toto w rączkę

Rączką w toto

Toto w toto

(nie mojego autorstwa)

I cała filozofia. A wszelkiej maści edukatorom seksualnym stanowczo mówię: odpieprzcie się od seksu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *