W labiryncie burdelowa 3.1

Półwiecznik cz. II

Stoję,  stara prostytutka sięga ręką po sreberko leżące na ławie. Sprawnie zakłada gumę. Odwraca się, jej kolana i łokcie zapewniają stabilizację. Wchodzę w nią. Dosyć szybko się poruszam. Patrzę na jej plecy, na jej pośladki, które wydają się być flagą jej wieku. Przychodzi mi do głowy, że muszę być zdrowo wykolejony, skoro decyduję się na seks w takim wydaniu. Zdecydowałem się, a może jakaś nieuchwytna istota, mój własny demon zmusił mnie do tego? Kolejna myśl, to chęć spenetrowania tej obwisłej dupy. Nie wychodzę. Zastygam w miejscu.

– Jest możliwy anal?

– Tylko, jeśli zostajesz na dłużej niż godzinkę.

Dalej posuwam. Dowiedziałem się wszystko czego chciałem. Po kilku minutach kończę. Wyjmuję penisa i ściągam prezerwatywę. Owijam ją papierowym ręcznikiem. Zawiniątko oddaję gospodyni. Kiedy ubieram spodnie słyszę:

– Miłość analna jest możliwa, jak najbardziej, ale minimum w godzinnym spotkaniu. Wtedy jest więcej czasu na przyjemność, na wszystkie rodzaje przyjemności.

– Aha. – Nie słucham jej. Chcę po prostu wyjść. Miłość? Przyjemność? Co za absurd. Tu jest tylko rżnięcie, jebanie, pierdolenie. Nic więcej. Kobieto, jesteś dla mnie tylko substytutem ręki. To wszystko. Tego jednak nie mówię. Chcę jak najszybciej wyjść z obskurnego mieszkania.

Już na zewnątrz oddycham głęboko. Idę na przystanek. Za godzinę przychodzi Kaśka. Pijemy kilka piwek. Idziemy do łóżka. Rano, Kaśka wychodzi. Ja jem śniadanie i wychodzę. Patrzę na zachmurzone niebo i szukam określenia na stan mojego umysłu. Przez dłuższą chwilę nic nie przychodzi mi do głowy. W końcu mam. Aberracja. Tak, to odpowiednie słowo.

Cichodajka nr….

Kolejna cichodajka. Żadnych ogłoszeń, tylko numer telefonu. Załatwiam sprawy służbowe. Urzędy, instytucje finansowe. W gąszczu spraw służbowych do mojej świadomości dociera to, że mam numer telefonu, którego jeszcze nie sprawdziłem. Pali mnie żywym ogniem. Obiecałem sobie, że chociaż miesiąc odetchnę od burdelowa. A raczej, że to Burdelowo zechce mnie wypluć ze swych wnętrzności chociaż na miesiąc. Chociaż na krótką chwilę, żeby odetchnąć. Niestety nikt jeszcze nie wygrał z bestią. Nie można pogrywać z tą bestią, zawsze poniesie się karę. Zawsze się przegra.

W słuchawce słyszę nieco przychrypnięty głos. Jak przystało na prawdziwą cichodajkę przyjmuję w hotelu. Tanim hoteliku nad Wisłą. Podjeżdżam samochodem w okolicę. Parkuję przy supermarkecie (…)

Miała diastemę i miała niewiarygodną technikę zakładania gumy ustami. Śmieszne, bo legenda głosi, że takie cuda tylko w najlepszych agenturach . Kiedy po wszystkim wychodziłem, postawiłem kołnierz. Z jakiś irracjonalnych powodów boję się, że ktoś mnie rozpozna. Śmieszne. Wychodząc do drzwi, zerkam na portiera, siedzi i nic nie widzi. Pewnie w takich miejscach, wynagrodzenie płacone jest właśnie za to, żeby nie wiedzieć. Każdy, czy to goście, czy to personel jest wierny zasadzie trzymania się swoich spraw. Co do samej bohaterki. Jej zamiłowanie do piwa w puszkach spowodowało, że kilka lat później mieszkała u jakiejś dalekiej rodziny. Dorabiała lodami robionymi samochodach. Tak wyszło.

Calineczka

Nie wiem dlaczego używała zawodowego pseudonimu „Calineczka”. Nie przypominała Calineczki w żadnym calu. Blondynka, zadbana, miła. Można powiedzieć, atrakcyjna. Z wyjątkiem piersi. Miała najbardziej pomarszczone cycki, jakie widziałem. To dziwne, nie była najstarszą kobietą, jaką widziałem nagą, ale miała najbardziej naruszone czasem cycki. Zastanowiło mnie, jak, przy tak nieatrakcyjnych cyckach jeszcze się utrzymuje. Kiedy wypięła przede mną pośladki, zrozumiałem. Okazało się, że jest właścicielką niemal perfekcyjnej dupci. Jej pączek wręcz zapraszał do igraszek. Mimo lubrykatu, rozprowadziłem palcem trochę śliny. Wsunąłem palec, później drugi. W końcu wszedłem. Potrafiła tak wyeksponować tyłek, że sam widok o mało nie przyprawił mnie o szczyt. To było dobre rżnięcie. Kiedy się ubierałem, wspomniała o tym, że jest prawnikiem, a „tym” para się z nudów. Udałem, że wierzę. W końcu, cały ten świat, to jedna ściema.

I znowu blondynka

Wietrzny wrzesień. Stoję pod klatką.

-Cześć, ty do mnie? – Uśmiechnięta, blond, troszkę za dużo kilogramów na udach, ale całkiem, całkem.

– No tak. – Uśmiecham się. Wchodzimy do klatki, idziemy po schodach na pierwsze piętro. Dzwoniłem do niej kilkanaście minut wcześniej. Musiałem jakoś uczcić przyjęcie do pierwszej pracy. Miała intensywnie czerwoną cipkę. Jak wnętrze przepołowionej brzoskwini. Przez monet pomyślałem o krwistym kawałku mięsa, to spowodowało, że wolałem od tyłu.

Pewnie nie zapamiętałbym tej jednej z wielu wizyty, ale…

Dwa lata później, odwiedziłem larwy. Larwy, nieładnie określane dziewczyny, koleżanki, a raczej znajome ze studiów, które czasem sypały się po mieszance alkoholu, muzyki i niewyszukanego bajeru. Tym razem, była jeszcze koleżanka, blondynka o imieniu Bożenka. Dziwnie znajoma, choć nigdy jej wcześniej nie widziałem. Kilka razy wymieniliśmy spojrzenia. Potraktowała mnie jak powietrze. Coś niesamowitego, jakbym nie istniał. Nie jestem mega fajnym kolesiem, którego każdy musi pokochać, ale grzecznościowe dwa zdania z każdym potrafię zamienić, teraz było inaczej. Może nie tylko ja uznałem, że gdzieś już się widzieliśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *