Certyfikat Casanovy

Coraz większa liczba ludzi cierpi na tzw. wyuczoną nieporadność. Nieporadność ta dotyczy każdej płaszczyzny życia w tym i relacji damsko-męskich. Rynek nie zna pojęcia „próżnia”, toteż od kilku lat pojawiła się nowa gałąź szkoleń. Szkolenia z podrywania czy też interakcji międzyludzkich.  Przeglądając oferty, znajdziemy tak wiele filozofii i metod podrywu, że nie wiadomo co wybrać.

Nie chcę stawiać się w roli oskarżyciela czy też szydercy, na dowód tego przyznam się, że jeszcze kilka lat temu sam takich informacji szukałem w celu wypróbowania tego w praktyce… Chcę tylko przyjrzeć się zjawisku, napisać co o tym sądzę i pozostawić czytelnikom do przemyślenia, ewentualnie zachęcić do dyskusji.

 

Kiedy przyjrzymy się historii podrywu lincencjonowanego (tak to nazywam, gdyż na jednej ze stron widnieje informacja, że kursanci mogą dostać dyplom/certyfikat ukończenia kursu), to początek sięga lat 80-tych, kiedy to w USA znalazł się człowiek twierdzący, że za pomocą NLP(jest to pewien zbiór sposobów komunikacji) umie uwodzić kobiety. Po tym jak wiedza sprawdziła się w praktyce zaczął uczyć innych. Przez lata 90-te spoleczność podrywaczy rozrastała się, przybywało guru  przybywało uczniów i wykorzystany został Internet dzięki któremu cała społeczność (częściowo) ujrzała światło dzienne. Cały świat (a przynajmniej zainteresowani tematem) dowiedział się o możliwości nauki podrywu w 2005r. kiedy dziennikarz pracujący dla The New York Times’a opisał w książce swoją dwuletnią przygodę z zawodowymi podrywaczami. Tak to wyglądało w Stanach Zjednoczonych, nie wiem kiedy w Polsce zaczęła działać pierwsza firma oferująca takie usługi, domyślam się tylko, że miało to miejsce po 2005r. Ciekawostką był wywiad z rodzimych nauczycieli podrywu, który stwierdził, że idea społeczności zarówno w Stanach jak i w Polsce z czasem została wypaczona – chodziło o to, że w początkowych fazach społeczność miała być czymś w rodzaju samopomocy , gdzie ci bardziej doświadczeni w interakcjach z kobietami mieli pomagać nowicjuszom. Dosyć szybko pomysł ten ewoluował w szereg firm, które również oferowały pomoc, ale już nie za darmo:)

Tyle jeśli chodzi o historię, zajmijmy się teraźniejszością. Co takiego powoduje ciągły wzrost Don Juanów? Myślę, że przede wszystkim rosnący popyt – gdyby nie było zapotrzebowania nie byłoby tych firm. Jeśli chodzi o rosnący popyt, rozumiem to, każdy chłopak w wieku od szesnastu do dwudziestu paru lat jest gotowy oddać duszę, byleby znaleźć sposób  na dotarcie do serca i majtek (niekoniecznie w tej kolejności) tej wymarzonej lub kilku wymarzonych. Gdzieś między półkami w księgarniach pewnie zawsze można było znaleźć jakąś książkę o relacjach. Nie mówimy jednak o taniej książeczce, ale o szkoleniu profesjonalnym (co każdy podkreśla) i dosyć drogim – cena szkoleń wacha się od tysiąca do kilku tysięcy, ba znalazłem nawet wywiad z facetem oferującym szkolenia za ponad 10 tys(!?)  Co takiego oferują te szkolenia ? Jaką to wiedzą tajemną dzielą się ci guru?

Po przeczytaniu kilku ofert, darmowych materiałów i skryptów można zdefiniować wspólne punkty :

– ciesz się życiem i bądź uśmiechnięty ( można iść na szkolenie, gdzie nauczą odpowiednich przekonań)

– kobiety nie lecą na kasę – musisz tylko wiedzieć jak się z nimi komunikować (stąd szkolenie ze zmysłowej komunikacji)

– wygląd się nie liczy, liczą się przekonania i komunikacja (powyższe szkolenia)

– bądź liderem

– nie ma porażek, porażkę odniosła kobieta, która cię odrzuciła

Tak w wielkim skrócie można opisać filozofię jaką przedstawia większość krajowych szkół uwodzenia. Powiedzmy, że jest to prawdą, nie mniej jednak jest kilka niespójności i na te chciałbym zwrócić uwagę.

Kasa w podrywie nie odgrywa większego znaczenia. To mówią ludzie, którzy średnio za szkolenie biorą 3000zł.  Ja rozumiem, że wydatki związane ze szkoleniem trzeba pokryć , ale czytając relację ze szkoleń wiem, że część teoretyczna jest najczęściej omawiana w kawiarniach, bądź knajpkach, następnie pierwsza część praktyk odbywa się na ulicy (podchodzenie do kobiet), kolejna część praktyk to dyskoteka/klub. O ile wiem kursanci nie otrzymują gratisowych drinków, ani nic podobnego. Jak dla mnie koszt takiego szkolenia to ok 200zł (kawa, bądź piwo w dzień, wejście do klubu, kilka drinków). Ponadto nie oszukujmy się życie towarzyskie (nie tylko w relacjach kobieta-mężczyzna) wymaga pewnych nakładów – nie można przecież cały czas spacerować, czy też siedzieć w domu.

Spłeczeństwo nas tak programuje, żebyśmy tylko pracowali i nic z tego nie mieli (kobiet również). To jedna z podstawowych tez, jakie wygłaszają samozwańczy guru. Jeśli chodzi o pieniądze w uwodzeniu, to częściowo mogę iść na kompromis, ale z tym programowaniem społecznym to jak dla mnie przesada. Nie popieram “wyścigu szczurów” , ale to właśnie ciągła chęć polepszenia życia pcha naszą cywilizację do przodu. Jeden z trenerów posuwa się do stwierdzenia, że jakby Kolumb miał udane życie seksualne w Europie to nie nosiłoby go gdzieś za oceany (jeśli ktoś nie wierzy, proszę podać e-mail wyślę plik tekstowy) idąc tym tropem można dojść do wniosku, że cały postęp zawdzięczamy frustratom seksualnym…

Lekarstwem na złamane serce jest poznanie masy kobiet (w większości należy je “zaliczyć”). Kolejna teza, z którą się nie zgadzam. Z własnego doświadczenia, a także z rozmów z przyjaciółmi mogę z całą pewnością stwierdzić, że zakończenie związku, czy też jakiejkolwiek emocjonalnej znajomości nie zastąpi żadna ilość powierzchownych znajomości. Podczas jednej z “nocnych Polaków rozmów” padło pytanie, czy tzw. seks sportowy wyleczył kogoś ze złamanego serca lub pozwolił zapomnieć o komuś (kiedyś) bliskim, wszyscy zgodnie stwierdzili, że to żadna metoda i z zakończonego związku wyleczyć może jedynie równie emocjonalna relacja.

Wygląd i pozycja społeczna nie mają znaczenia. Hmmm może tak, może nie…Za przykład niech posłuży pewien eksperyment, który przeprowadziliśmy (nieświadomie) ze znajomymi. Pewnego wieczoru wybralismy się do klubu na piwo ,tak zwyczajnie na jedno piwko. Każdy ubrany był przeciętnie: dżinsy, t-shirt; w portfelu też nikt nie miał wiekszej kwoty, gdyż w grę nie wchodziło dłuższe zabawienie. Kiedy usiedliśmy w loży i siłą rzeczy zaczeliśmy obserwować przechodzące obok dziewczyny nieliczny procent odwzajemnił naszą uwagę spojrzeniem,czy uśmiechem – większość nie zwróciła w ogóle na nas uwagi. Ten sam klub , te same osoby , jedyna różniaca to ta, że były to urodziny znajomej i każdy przyszedł ubrany nieco lepiej (ładne spodnie , koszula , fryzura itd.) W portfelach też były nieco większe kwoty, gdyż w planach była całonocna zabawa. Na stoliku zamiast piw pojawiły się drogie drinki, drogie papierosy, genralnie sceneria (podobno bez znaczenia) uległa małej zmianie. I nie wiedzieć czemu większość dziewczyn przechodzacy spojrzała z zaciekawieniem, uśmiechnęła się, niektóre podeszły pytając o ogień. Wnioski pozostawiam czytającym. Pragnę też zaznaczyć, iż nie było moim celem negatywne zaprezentowanie kobiet i dziewcząt przychodzących do klubu. Tak już jest, że  z reguły przyciągają nas ludzie o większym statusie materialnym, czy też pozycji społecznej i nie ma w tym nic złego, natomiast mówienie, że stan materialny i pozycja są nieważne jak dla mnie mija się z prawdą.

Nie możesz być tzw “miłym kolesiem” ,bo na nich kobiety nie lecą. Jak zauważył jeden z trenerów w wywiadzie “miły koleś” to niekoniecznie osoba naprawdę miła, chodzi tu raczej ustępowanie kobietom. Uważam, że to też nie do końca prawda, każdy bez wzgledu na płeć ma swój ideał i ujmowanie tego w ramy “miły” bądź “niemiły” nie odzwierciedla stanu faktycznego. Jedną kręci informatyk-gapa, drugą zatroskany intelektualista, a jeszcze inną łobuz wybijający szyby. To samo jest z facetami, ja wolę wyzwolone wampy, mój kolega zahukane “szare myszki”. I na tym według mnie polega piękno dobierania się w pary:)

Ostatnia sprawa: jako zdeklarowany romantyk przeciwny jestem robieniu algorytmu z tak fascynującej i zaskakującej sztuki jaką jest sztuka podrywu zalotów i w ogóle relacji z kobietami. Kiedy przypomnę sobie czasy, gdy dwie godziny stałem 8 marca na dworcu PKS żeby dać kwiatek Kasi z III b i cały stres z tym związany, to z perspektywy czasu uważam to za fajną przygodę (nie zakończyła się dla mnie pomyślnie:P), bez której moje wspomnienia byłby uboższe. To  zdanie nie tylko moje, każdy z kim poruszam ten temat uważa, że historia jego miłostek i zauroczeń była i jest wyjątkowa i nikt by jej nie zamienił. Czy myślicie, że kiedy już pojawi się uniwersalny podręcznik relacji w formie algorytmu i relacje pozbawione zostaną pierwiastka emocji nadal będą tak fascynujące w swej nieprzewidywalności? Myślę, że nie.

Aby mój wpis nie został potraktowany jako tyrada przeciw istniejącym i nowo powstającym szkołom podrywu muszę napisać, że wszystko, co znajduje się powyżej to tylko moja opinia na temat pewnych aspektów dotyczących tego tematu. Nie mam nic do prowadzących szkolenia, ani do uczestników. Jak pisałem wcześniej skoro takie szkolenia funkcjonują, to oznacza że ktoś z nich korzysta, a skoro ktoś czuje niedosyt wiedzy w tym temacie, to rzeczą naturalną jest, że ktoś inny postara się takową dostarczyć – rynek nie znosi próżni. Powiem więcej, przeglądając materiały sam znalazłem tematy, które mnie zainteresowały i w jakiś sposób coś wniosły (bardzo spodobał mi się artykuł o wyznaczaniu konkretnych celów w życiu).

Na zakończenie jeszcze jedna sprawa. Każda strona internetowa informująca szkolenia ma zakładkę “media o nas” lub “my w mediach” i tak sobie myślę (pomijając reklamę firmy) osoby występujące w mediach same siebie określają jako osoby nader aktywne towarzysko, zwłaszcza  w kontaktach z kobietami. Jak przeczytałem na jednym z tematycznych forów pewien trener “nieśmiało” obwieścił ,że na liczniku zdobytych kobiet ma ok 100. Zastanawiam się , czy ktoś, kto ma duże sukcesy w jakiejkolwiek dziedzinie potrzebuje reklamy? Raczej nie, jeśli Kowalski gra dobrze w szachy i ograł wszystkich znajomych, to wszyscy wiedzą, że jest dobry i on sam na ten temat nie musi nic głośno mówić, jeśli Nowak co noc przyprowadza różne panny do domu, to sąsiedzi sami wystawią opinię:) Na dowód mojego stwierdzenia przytoczę postać autentycznego polskiego Don Juana, który nie pchał się na pierwsze strony gazet, a (o ironio) nawet serial o nim nakręcili. Jak wszyscy się domyślają chodzi o naszego sławnego Jerzego Juliana Kalibabkę, który był złodziejem i oszustem, ale jedno facetowi trzeba przyznać – uwodzić potrafił. Ciekawe, czy dzisiejsi guru podrywu przewyższają go warsztatem? (nie sądzę)

 

 

 

Dorastanie

Oto historia sprzed roku

Byłam na piwie. Niby piwo, ale można (tak przypuszczam) nazwać to czymś na kształt pierwszej randki. Wszystko odbyło się z inicjatywy tej drugiej strony. Moja była tylko bierność. Totalna bierność. Wszystko jest, czy raczej było typową sztampą. Znajoma znajomych wygadała się, że się jej podobam. Niezdarnie i nieśmiało zarazem, poprosiła mnie o numer. Dałem jej swój numer, nie widzę powodu, aby z rzeczy tak powszechnej, jak numer telefonu robić towar deficytowy. Generalnie jestem zwolennikiem stanowiska mówiącego, że kontakt z ludźmi jest dobry, nie musi być akcentu zanadto towarzyskiego, czy seksualnego, czasem wystarczy po prostu zwykły, neutralny kontakt. Od początku jednak, uznałem, że nic większego z tej relacji nie wyjdzie, bo brakuje tego „czegoś”.

W końcu, umówiliśmy się na piwo. I tu już pojawił się namacalny dowód, że nic z tego nie będzie. Kiedy spotkanie dotyczy osoby w minimalnym stopniu dla nas atrakcyjnym, jest zdenerwowanie, podminowanie, a w każdym razie niecierpliwie oczekiwanie. Jak będzie, co się wydarzy, jaka jest TA osoba? Tym razem pożałowałem, już w chwili potwierdzenia naszego spotkania. Dlaczego się zgodziłem? Nie wiem, może to odruch bezwarunkowy. W każdym razie poszedłem na piwo z tą dziewczyną. Żeby było jasne, nic do niej nie mam, nie uważam ją za jakieś monstrum, nie pogardzam nią, po prostu jest poniżej pewnych kryteriów, nie ta planeta.

No właśnie porozmawiajmy o kryteriach.

Ja sam przeszedłem znaczną drogę, o czym pisałem w  niektórych postach. Zawsze, tak, jakbym był krok do tyłu za wszystkimi. Szkoła średnia, okres pierwszych „chodzeń”, a nawet zalążków związków. Okres zdobywania pierwszych, towarzyskich szlifów. W tym radosnym bądź, co bądź okresie, ja przeżywałem romantyczne uczucia, słałem kwiaty i wiersze miłosne. Seks miewałem raz na rok.

Kiedy poszedłem na studia, odżyłem. Głęboko zakopałem romantyczne mrzonki, zacząłem żyć chwilą, a moim jedynym kierunkiem życiowej filozofii były wciąż nowe i bardziej intensywne doznania. Wiedziałem, że chcąc maczać pędzel w wielu sztalugach, trzeba zapomnieć o arcydziele, a poprzestać na bohomazach. Czas, kiedy ludzie zaczynają podejmować decyzje na całe życie, a relacje zaczynają być naprawdę poważne, dla mnie był odkuwaniem się za szkołę średnią. To był właśnie czas spotykania się, chodzenia, flirtów, randek, seksu sportowego, czas każdej możliwej relacji, byle nie poważnego związku. Cechą charakterystyczną tych czasów była totalna wręcz niewybredność seksualna. To znaczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie posuwałem tylko pasztetów, znacznej części moich kobiet zazdrościli mi znajomi. Dla mnie jednak nie to było najważniejsze. Liczył się wsad, pukniecie, finalizacja transakcji. I magiczne słowo, „liczby”. Kiedy jeszcze posuwałem raz na rok, postanowiłem  sobie, że wsadzę penisa w pewną ilość kobiet i do tego wytrwale dążyłem.

 Chyba kulminacją tego czasu była zabawa w klubie. Ja dosyć pijany rozglądałem się za łatwą zdobyczą, można powiedzieć, towarzyską padliną. Znalazłem. Wszystko odbywało się późną jesienią albo wczesną wiosną, nie pamiętam. Kiedy kilka godzin później doszedłem i stałem ze sterczącym kutasem, temperatura była trzy stopnie poniżej zera. Czułem się wtedy władcą świata, spojrzałem na swojego dzielonego druha i pomyślałem, że jestem niezniszczalny.

Następnego dnia, mój serdeczny przyjaciel, Misza, powiedział mi: – wiesz, kiedyś ci zazdrościłem, ale teraz ci współczuję, co ty ze sobą robisz? Wiem, liczby, ale przecież to popierdolone. – Czy miał rację, wtedy nie zawracałem sobie tym głowy.

Kidy przekroczyłem trzydziestkę, na pewne sprawy spojrzałem bardziej krytycznie. Potrafiłem wystawić sobie ocenę za przeszłość. Dotarło do mnie, że może niekiedy błądziłem. Dałem sobie słowo, że teraz tylko te kobiety, które spełniają pewne kryteria będą obiektem mojego zainteresowania.

I tak znalazłem się na wspomnianym wcześniej piwie. Patrzyłem na dziewczynę przede mną i tak się zastanawiałem, co ja tu robię. Nie podoba mi się, nie interesuje mnie. Pijąc lufkę za lufką uznałem, że to jednak nie to. Wracając tramwajem, spojrzałem w szybę. Tak, coś się zmieniło, może dorosłem.

 

Zasady na szlaku

Kraina burdelowo.

Przemierzając krainę, podobnie jak na szlakach górskich trzeba przestrzegać zasad. Burdelowo, niczym najwspanialsze ośmiotysięczniki, może dostarczyć niezapomnianych wrażeń, ale na nierozważnych czyha wiele niebezpieczeństw.

Przez lata, spędzone na dziwkarskim szlaku wypracowałem pewne reguły. Spis zasad.

Zawsze w gumie

Zasada kardynalna. Bo grać można długo, ale trzeba grać bezpiecznie. O ile obciąganko bez gumiaka można zaakceptować, to seks tylko „w”. Co do francuskich zabaw, znam przypadki z forum, gdzie Szwagier został „draśniety” nieumytym zębem i skończyło się na antybiotykach. Najdziwniejsze jest to, że wiele osób ignoruje tę zasadę.  Co do dziewczyn, bywa różnie. Jedne są głupie i nieodpowiedzialne, inne chcą zarobić (jednocześnie będąc głupimi i nieodpowiedzialnymi) i za seks „bez” biorą więcej. Czasem dziwka wiedząc, że jej organizm jest trawiony przez chorobę celowo poszerza ofertę, mszcząc się na anonimowych okurwieńcach. Później w mediach, co jakiś czas wypływa, że jakaś prostytutka zarażała celowo. Na Forum, jednak każdy rozsądny Szwagier przestrzega reguł i zachęca do tego innych.

To tylko handel

Seks to jedna z najintymniejszych dziedzin życia. Trzeba jednak pamiętać,  że seks  za pieniądze, to tylko wymiana handlowa, usługa. Nic więcej, nic mniej. Przynosimy do burdelowa pieniądze, przynosimy i zostawiamy. W zamian dostajemy wrażenia estetyczne, sporą dawkę doznań i kilka innych rzeczy, np. terapeutyczną rozmowę, odprężenie, chwilę zapomnienia. Pod żadnym względem nie należy przekraczać tej handlowej granicy i wchodzić w jakieś układy towarzyskie. A już skrajną głupotą jest inwestycja emocjonalno-uczuciowa. Film „Pretty Women” jest świetny, ale to film.

Nie prowokować

Jeśli chcemy z gry wyjść cało, nie możemy prowokować głupich sytuacji. Do najbardziej powszechnych głupot należy odwiedzanie burdelowa po pijaku. Nie wiedzieć czemu wśród facetów utarło się, że po mordzie można dostać tylko w agencjach, a na mieszkaniówkach panuje luz, bluz. Otóż nie. Mieszkania, to też burdele i też mają opiekunów. Jestem w stanie postawić duże pieniądze, że niemal każde mieszkanie jest obstawione. Medialny kit, o studentkach dorabiających cichaczem w wynajmowanych mieszkaniach. jest po prostu…medialnym kitem. To marketingowy trick, pomagający podreperować ego niektórym klientom. W końcu nie idą na dziwki, tylko zaliczają studentkę (jakby studentka nie mogła być kurwą).  Kolejna sprawa. Często jesteśmy świadkami kampanii edukacyjnych: jak obronić się przed kieszonkowcami. Podstawowa zasady brzmi nie prowokować łatwo dostępnym portfelem. W burdelowie jest podobnie. Nigdy nie wyjąłem portfela przy dziwce. Przez telefon ustalam co i za ile. Na miejscy wyjmuję z kieszeni wyliczoną kwotę. Niby burdelowo, nieco się ucywilizowało i niw ma już krojenia klientów, ale lepiej na zimne dmuchać.

Żadnych imion, żadnych nazwisk

Punkt będący pochodną punktu drugiego. Oczywiście, tu panuje pewna dowolność, ale ja trzymam się swoich zasad. Nie mówię jak mam na imię, tz. mówię, ale kłamię. Co do profesji, też kłamię. Ktoś powie kłamca, paranoik. Być może, ale wchodzimy w światek, który tak do końca nigdy nie będzie zgłębiony i pewne sprawy zostawiamy na zewnątrz, podobnie z doznaniami, pewne zostawiamy wewnątrz. Do tego dodać należy jeden fakt – burdelowo, to siłą rzeczy kontakt z ludźmi, nigdy nie mamy pewności, jak ktoś może wykorzystać wiedzę, o naszej, nazwijmy to, pozalekcyjnej aktywności.

Burdelowo, to dodatek, nie danie główne

Dziwka, to rodzaj seksualnego fast fooda. Burdelowo „tak”, ale tylko wtedy, gdy mamy seks w formie towarzyskiej. Jeśli byłoby inaczej, jesteśmy desperatami. Wiem, że wielu Szwagrów nie uznaje tej zasady, ale dla mnie jest ważna, może nawet najważniejsza. Zawsze (chyba) będę zwolennikiem i aktywnym uczestnikiem burdelowa, ale tylko na moich zasadach. To będzie usługa dodatkowa, a nie jedyna alternatywa.

Podziel się ze Szwagrami

Po pierwszym haju. ( o tym w następnym wpisie) Przychodzi czas, na chwilę zadumy. Trzeba się zastanowić, czy warto tracić czas i pieniądze. Tu przychodzi Forum, Szwagrowie. Najpierw czytamy, później sami piszemy. Dostosowujemy się do porad, sami udzielamy i tak się wchodzi  w  hermetyczny światek.

 

 

Smak patologii

Mijały tygodnie i kolejne  miesiące w burdelowie. Dzień za dniem, dziwka za dziwką. Bardzo powoli, wszystko stawało się takie samo. Nic mnie nie szokowało, nic nie przynosiło nowych impulsów.

Ja powoli płynąłem tym, co by nie powiedzieć, mętnym nurtem. Zobojętniałem. Nawet przestałem dać o siebie. Burdelowo pochłaniało sporo pieniędzy. Z sentymentem wspominałem pierwsze lata studiów, kiedy co sezon wymieniałem, a przynajmniej uzupełniałem garderobę. Dziś, przejrzałem się w lustrze. T-shirt sprzed dwóch sezonów. Nieco sprany, troszkę rozciągnięty. Koszula, jeszcze ładna, ale z ubiegłego sezonu. Kurtka też średnia. Zobojętniałem.

Kiedy Kapitan Planeta spytał, czy jedziemy brygadą na weekend, odparłem, że nie mam pieniędzy.

– No jak to, chłopaku? Przecież mamy kaskę z firmy. – Tak, mieliśmy pieniądze z małej handlowej firemki, która masowo przerzucała studentów ekonomii i finansów. Jak kazała tradycja, my też dumnie rozpoczęliśmy karierę buchalterów.

– Przejebałem, dosłownie. – Spokojnie odpowiedziałem.

– No tak, imprezy. – Kapitan pokiwał głową.

– Imprezy. – Odpowiedziałem.

Jakie to dziwne. Jedno słowo, a jak różnie je rozumiemy. Biedny Kapitan. Nie zrozumiał, nie był świadomy, że dosłownie przejebałem te pieniądze. Wymieniłem je, za jebanie. Dla niego impreza to wódka, może trawa, trochę muzyki, kluby, dziewczyny. Dla mnie też, z tym, że mój słownik znacznie poszerzył znaczenie imprezy. Dla mnie imprezy, to też kilkudniowe ciągi, w czasie których eksplorowałem moją krainę. Już wtedy zauważyłem, że zaczynam żyć swoim matriksem. Już nawet nie udawałem przed sobą. Kiedyś, na początku, doszukiwałem się pewnej burdelowej filozofii, chciałem wytyczyć pewien szlak. Później uznałem, że nie ma tu filozofii, ale za to są nowe doznania. Szukałem, cipki idealnej. Teraz nawet tego nie poszukiwałem. Ile odcieni w końcu może mieć seks. W końcu, to tylko seks. Po prostu brnąłem, bo żaden inny scenariusz na życie nie przychodził mi do głowy.

Przerwa świąteczna. Pora ruszyć do domu. To, co lubiłem w świątecznych przerwach, to fakt, że nabiorę dystansu. Te kilka dni świąteczne albo wręcz świętej atmosfery pozwalały nabrać dystansu. Choć na chwile mogłem uciec od skurwionej rzeczywistości, którą sam sobie utkałem. Nigdy w domu nie otwierałem wrót burdelowa. Rodzinne strony były święte. Nie szukałem, nie zadawałem pytań i nie chciałem drążyć tematu burdelowa. Bywało, że po powrocie z takiej przerwy kilka długich dni zaspakajałem wywołany głód, ale w domu pozostawałem czysty. Tak miało być również teraz. Tylko nie oszacowałem kilku czynników. Nie wziąłem pod uwagę kilku zmiennych w tym równaniu. Świat, wokół nas, jest widziany naszymi oczami. To my czynimy go pięknym lub szkaradnym. Niezwykłość domowego miru i świąteczna atmosfera, to też pewien wytwór naszych zmysłów. Kiedy oddalimy się od dziecinnych obłoków, cholernie trudno je odnaleźć. Święta minęły, ot tak, po prostu. Ze zgrozą, a może ze zdziwieniem zauważyłem, że to coś, czego oczekiwałem po prostu się nie pojawiło. Dorosłem. A może oślepłem na pewne sygnały. Skończyło się. Przerwa między świętami, a sylwestrowym szaleństwem, to dla studenta dziwne miejsce w czasoprzestrzeni. Mijają święta i większość ludzi zapierdala do pracy. Być może niewielu szczęśliwców może sobie pozwolić na długie wolne, ale większość po prostu zapierdala. Do szczęśliwców, zaliczają się ci z ciała pedagogicznego, na każdym szczeblu edukacji. Najprawdopodobniej każda uczelnia w tym kraju nie pracuje, przynajmniej, jeśli chodzi o wykłady w przerwie między świątecznej. I tu pojawia się pole obserwacji dla studentów, którzy wracają do domów na święta. Same święta, to takie słodkie czary mary. Po świętach, zaczyna się zwyczajny czas. I tu, spostrzegawczy student widzi, co się zmieniło w domowej rzeczywistości podczas jego nieobecności.

Ze mną, problem był taki, że już drugi dzień przygniótł mnie nudą. Myśl, o tym, żeby sprawdzić burdelowo w rodzinnych stronach, przyszła z nudów. Nie, nie było nic na Stronie, ale jest jeszcze Forum, są Szwagrowie. I oni przyszli z pomocą. Kliknięcie, góra dwa i już mam numer. Jest diva, podobna cienizna, ale co mnie to obchodzi. Nuda rozpłynęła się niczym mgła w górach.

Spotkanie z kuzynem skończyłem szybciej. Musiałem wziąć głęboki oddech. Spokojnie, robiłem to tyle razy. Wybieram zdobyty numer. Sygnał, drugi, trzeci. „Słucham” – głos typowej rutyniarskiej kurwy.

Szybka rozmowa, co gdzie i za ile. Odpowiedź na pytanie „gdzie?” Bezcenna. Hotel, tu i tu. Ojoj, pomyślałem. Nazwanie hotelem, obskurnego robotniczego motelu, to zdecydowanie przegięcie. Byłem tam dawno, dawno temu. Koleżanka z technikum przeprowadziła się tam, do poznanego na meczu robotnika. Jej rodzina i nauczyciele nie byli zachwyceni, ale my, młodzi gniewni, niepokorni Julkę wspieraliśmy i często tam bywaliśmy.

Najlepsze, diva zostawiła na koniec.

– Kup po drodze prezerwatywy, bo ja nie mam. – Zatkało mnie. Po raz pierwszy od kilku długich miesięcy zatkało mnie. Niewątpliwie to było coś nowego. Zdobyłem się tylko na krótkie „ok.” Przejazd po mieście zajął mi nie dłużej niż kwadrans. Po drodze, zatrzymałem się przy kiosku. Poprosiłem tanie „NewCaress”. Zawsze lubiłem moment kupna prezerwatyw. Najprawdopodobniej każdy chłopiec na tej planecie, no może z wyjątkiem Afryki, poznaje termin „prezerwatywa” różnie na „to” mówią. Guma, kalosz, condom, ubranko robotnicze, etc. etc. Pojawia się moment w życiu faceta, bardzo młodego faceta, kiedy kupuje pierwsze opakowanie i …. Nie bardzo wie, co z tym zrobić. No, ale wyobraźnia chłopców nie ma granic, toteż, zastosowanie gumiaków jest najróżniejsze. Klamki, ręce, proca na skoble, bomby wodne, a to nie wszystko. Moda, na zakładanie gumy na klamki minęła, kiedy kolegę sąsiad przyłapał na rozwijaniu bananowej prezerwatywy na swoją klamkę.

Kolejny etap, to kupowanie prezerwatyw, „bo coś może być”. Ten etap jest jeszcze bardziej komiczny, niż pierwszy. Najczęściej to „coś”, to utrata terminu ważności w portfelu pryszczatego jebaki. Będąc na akademickiej imprezie zobaczyłem gumkę w wytartym opakowaniu i usłyszałem o podpitego kolesia: „od liceum”. Nigdy się nie dowiedziałem, czy to był sentyment, czy po prostu nigdy nie bzykał. Ja nie miałem tych problemów. Dlatego lubiłem ten moment zakupu condomów. To o czymś świadczyło. O drodze sukcesu, jaką przebyłem. Od inteligentnego dziwaka w szkole średniej, do prawdziwego okurwieńca, kilka lat później. Miałem dziewczynę, popychałem na boku inną, a oprócz tego bzykałem kurwy. Byłem, doprawdy, degeneratem. I wiecie co? Napawało mnie to dumą.

No, ale wszystko ma swoje granice. Nawet ja nie kupowałem prezerwatyw kurwie. Coś nieprawdopodobnego.

Zaparkowałem pod obskurnym peerelowskim obiektem. Motel robotniczy, stojący na równi z blokiem socjalnym. Ponownie dzwonię. Słyszę numer pokoju, czwarte piętro. Wnętrze motelu jest przygnębiające. Zielonoszare ściany, wręcz muszą przypominać lokatorom, że chyba, gdzieś przegrali. Czapkę zimową naciągam na głowę, głęboko. Rozglądam się dyskretnie. Żółta firanka częściowo zasłania śpiącego recepcjonistę. Mijam go szybko i wchodzę na klatkę schodową. Brudna klatka, stalowy kolor barierek i odrapane ściany. Wszystko sprawia, że mimo iż idę do góry odnoszę wrażenie, jakbym schodził w dół, gdzieś w przytłaczającą otchłań. Na szczęście włączył się autopilot i mknę przed siebie. Dotarłem na właściwe piętro. Patrzę na granatowe numery, które ktoś niestaranie, szablonowo namalował na drzwiach. Pierwszy od numer, jest dosyć odległy od docelowego. Powoli przemierzam korytarz, w stronę zakurzeni szyby czołowego okna. Stary rower, wózek dziecięcy, duże kawałki tapety, ubrudzone buty. Nieciekawa sceneria. Doszedłem do numeru, za którym miałem ujrzeć kolejną odsłonę burdelowa. Nie zdążyłem zapukać po raz drugi, kiedy zdarzenia same się potoczyły. Najpierw ujadanie psa. Nie szczekanie, ale ujadanie. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy motelu wyskoczą, jak oparzeni ze swoich pokoi. Przez głowę, lotem błyskawicy przemknęła mi myśl: „zwiewaj”. Niemal w tym samym momencie otworzyły się drzwi i instynktownie wszedłem do środka. Mały pokoik z aneksem kuchennym . Tanie, jednoosobowe łóżko na pierwszym planie, jakieś akademickie meble. Obraz nędzy i rozpaczy. Spojrzałem w lewo. W aneksie stał pies, przywiązany do zlewu. Żadna bestia, typ małego ciapka. Z tym, że zwykły ciapek, raczej radośnie obszczekuje gości, a ten bydlak szczekał wściekle. Pierwsze, co usłyszałem, po słowie „cześć”, było uspokajanie psa. Taka atrakcja, zupełnie mnie zaskoczyła. Jednak to też było burdelowo, tyle, że nieco inne.

– Nie bój się. Jest przywiązany. – Skinąłem głową, na znak, że wierzę, widzę i rozumiem. Szybko dobiliśmy targu. Ile dostanie, za udostępnienie swojej szpary. Co ciekawe, mimo, iż stałem w pokoju kilka minut, pies, nie przestawał szczekać. Dramat. Kiedy przywykłem do szczekania, bliżej przyjrzałem się divie. Niska szatynka, wiek między trzydzieści pięć, a czterdzieści. Raczej mało atrakcyjna. O ile znam się na takim typie, to z jej twarzy wyczytałem rutynę i zobojętnienie. Bardzo podobne do mojego.

– Masz prezerwatywy? – Zapytała.

– Mam. – Odpowiedziałem, wyciągając czerwony kartonik z kieszeni. Wyciągnęła rękę.

– Dobrze, że mamy te prezerwatyw ki. – Powiedziała z namysłem. Ja już się nie odezwałem. Rozpiąłem kurtkę, ściągnąłem wełniany sweter i zacząłem rozpinać pasek. T-shirt zostawiłem. Ściągnąłem spodnie i slipy. Diva, ubrana w sztruksowe spodnie i bluzkę, miała nieco mniej do ściągnięcia. Otworzyła opakowanie i urwała listek z gumką. Kiedy była naga, położyła się na jednoosobowym łóżku. Zrobiłem krok w jej stronę. Była niska, z lekką nadwagą. Miała pokaźne, charakterystyczne, dla wieku i budowy ciała cycki. Podszedłem do łóżka i złapałem ją za pierś. Palcem zrobiłem kilka okrążeń wokół sutka. Zrobiłem to z przyzwyczajenia. Nie potrzebowałem dodatkowych impulsów, bo mój sprzęt sterczał w gotowości od kilku minut. Chwilę ugniatałem jej cycki, mechanicznie, mnie też dopadła rutyna. Powoli przesuwałem wzrokiem po jej ciele. Cycki, na plus, nieco za duży brzuch, z rozstępami, troszkę zwaliste uda. Przy tym wzroście, była po prostu normalna. Zatrzymałem się na jej kroczu. Cipka obrośnięta burymi włoskami, które dziwnie przypomniały mi o Oli z akademika. Podobne, pomyślałem. Ręka niskiej dziwki zaczęła coś na kształt pieszczot. Pogłaskała mnie po jajach, jej palce kilkukrotnie przesunęła się wzdłuż mojego instrumentu. Ewidentnie, to spotkanie można było zdefiniować jednym słowem: „rutyna”. Niczym zakup bułek w osiedlowym sklepie o poranku.

Podała mi sreberko z prezerwatywą, pytając, czy założę. Pokiwałem głową. Szybko, sprawnie i płynnie założyłem gumę. Klęknąłem przed jej lekko rozchylonymi nogami. Złapałem je pod kolanami i przycisnąłem do cycków. Dynamicznie wszedłem. Lekkie stęknięcie i rozpocząłem posuwanie, niczym tłok w silniku. Kilka, może kilkanaście głębszych, raczej łagodnych pchnięć. Łapię ją za uda i przyciągam do siebie. Moje pchnięcia stają się sprężyste, mocniejsze. Kilka minut jednostajnych pchnięć i ostatnie trzy razy dobijam mocniej. Dochodzę. Szybko sprawnie. Bez komplikacji. Ściągam ubranko robotnicze z penisa. Słyszę, że kosz jest niedaleko drzwi, żebym wyrzucił. Z chwilą, kiedy wyrzucam kalosza, pies na nowo dostaje szału. Ubieram się czym prędzej. Gospodyni stara się go uciszyć, ale nic z tego. Jeszcze raz omiatam spojrzeniem pokój. Nie jestem do końca pewien, czy tak miał wyglądać mój świat. Zakurzony, ciasny pokój z podrzędną prostytutką. To chyba zły omen. Wychodzę. Lekkim krokiem schodzę po schodowej klatce. No tak, więc rozdziewiczyłem rodzinne strony. Taak. W końcu moja ciemniejsza strona, nawet tu mnie znalazła.

Siadam wieczorem przed komputerem. Piszę na Forum. Tej divy nie ma w ogłoszeniach. To cichodajka, jej numer funkcjonuje w pewnych kręgach. Zabawne, jak awansowałem w strukturach, nie jestem tylko userem, jestem kimś, kto ma coś do powiedzenia. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym, który zaliczył turnus letni, terapii dla uzależnionych od alkoholu. Poznał tam koleżkę. Pół roku później koleżka wprowadził go na miejscówę, gdzie spożyli alkohol. Na prawdziwą melinę, rodem z ciężkiego prylu. Czy zemną było tak samo? Już wtedy powinienem przewidzieć, że ja również niebezpiecznie zbliżam się do krawędzi.