Smak patologii

Mijały tygodnie i kolejne  miesiące w burdelowie. Dzień za dniem, dziwka za dziwką. Bardzo powoli, wszystko stawało się takie samo. Nic mnie nie szokowało, nic nie przynosiło nowych impulsów.

Ja powoli płynąłem tym, co by nie powiedzieć, mętnym nurtem. Zobojętniałem. Nawet przestałem dać o siebie. Burdelowo pochłaniało sporo pieniędzy. Z sentymentem wspominałem pierwsze lata studiów, kiedy co sezon wymieniałem, a przynajmniej uzupełniałem garderobę. Dziś, przejrzałem się w lustrze. T-shirt sprzed dwóch sezonów. Nieco sprany, troszkę rozciągnięty. Koszula, jeszcze ładna, ale z ubiegłego sezonu. Kurtka też średnia. Zobojętniałem.

Kiedy Kapitan Planeta spytał, czy jedziemy brygadą na weekend, odparłem, że nie mam pieniędzy.

– No jak to, chłopaku? Przecież mamy kaskę z firmy. – Tak, mieliśmy pieniądze z małej handlowej firemki, która masowo przerzucała studentów ekonomii i finansów. Jak kazała tradycja, my też dumnie rozpoczęliśmy karierę buchalterów.

– Przejebałem, dosłownie. – Spokojnie odpowiedziałem.

– No tak, imprezy. – Kapitan pokiwał głową.

– Imprezy. – Odpowiedziałem.

Jakie to dziwne. Jedno słowo, a jak różnie je rozumiemy. Biedny Kapitan. Nie zrozumiał, nie był świadomy, że dosłownie przejebałem te pieniądze. Wymieniłem je, za jebanie. Dla niego impreza to wódka, może trawa, trochę muzyki, kluby, dziewczyny. Dla mnie też, z tym, że mój słownik znacznie poszerzył znaczenie imprezy. Dla mnie imprezy, to też kilkudniowe ciągi, w czasie których eksplorowałem moją krainę. Już wtedy zauważyłem, że zaczynam żyć swoim matriksem. Już nawet nie udawałem przed sobą. Kiedyś, na początku, doszukiwałem się pewnej burdelowej filozofii, chciałem wytyczyć pewien szlak. Później uznałem, że nie ma tu filozofii, ale za to są nowe doznania. Szukałem, cipki idealnej. Teraz nawet tego nie poszukiwałem. Ile odcieni w końcu może mieć seks. W końcu, to tylko seks. Po prostu brnąłem, bo żaden inny scenariusz na życie nie przychodził mi do głowy.

Przerwa świąteczna. Pora ruszyć do domu. To, co lubiłem w świątecznych przerwach, to fakt, że nabiorę dystansu. Te kilka dni świąteczne albo wręcz świętej atmosfery pozwalały nabrać dystansu. Choć na chwile mogłem uciec od skurwionej rzeczywistości, którą sam sobie utkałem. Nigdy w domu nie otwierałem wrót burdelowa. Rodzinne strony były święte. Nie szukałem, nie zadawałem pytań i nie chciałem drążyć tematu burdelowa. Bywało, że po powrocie z takiej przerwy kilka długich dni zaspakajałem wywołany głód, ale w domu pozostawałem czysty. Tak miało być również teraz. Tylko nie oszacowałem kilku czynników. Nie wziąłem pod uwagę kilku zmiennych w tym równaniu. Świat, wokół nas, jest widziany naszymi oczami. To my czynimy go pięknym lub szkaradnym. Niezwykłość domowego miru i świąteczna atmosfera, to też pewien wytwór naszych zmysłów. Kiedy oddalimy się od dziecinnych obłoków, cholernie trudno je odnaleźć. Święta minęły, ot tak, po prostu. Ze zgrozą, a może ze zdziwieniem zauważyłem, że to coś, czego oczekiwałem po prostu się nie pojawiło. Dorosłem. A może oślepłem na pewne sygnały. Skończyło się. Przerwa między świętami, a sylwestrowym szaleństwem, to dla studenta dziwne miejsce w czasoprzestrzeni. Mijają święta i większość ludzi zapierdala do pracy. Być może niewielu szczęśliwców może sobie pozwolić na długie wolne, ale większość po prostu zapierdala. Do szczęśliwców, zaliczają się ci z ciała pedagogicznego, na każdym szczeblu edukacji. Najprawdopodobniej każda uczelnia w tym kraju nie pracuje, przynajmniej, jeśli chodzi o wykłady w przerwie między świątecznej. I tu pojawia się pole obserwacji dla studentów, którzy wracają do domów na święta. Same święta, to takie słodkie czary mary. Po świętach, zaczyna się zwyczajny czas. I tu, spostrzegawczy student widzi, co się zmieniło w domowej rzeczywistości podczas jego nieobecności.

Ze mną, problem był taki, że już drugi dzień przygniótł mnie nudą. Myśl, o tym, żeby sprawdzić burdelowo w rodzinnych stronach, przyszła z nudów. Nie, nie było nic na Stronie, ale jest jeszcze Forum, są Szwagrowie. I oni przyszli z pomocą. Kliknięcie, góra dwa i już mam numer. Jest diva, podobna cienizna, ale co mnie to obchodzi. Nuda rozpłynęła się niczym mgła w górach.

Spotkanie z kuzynem skończyłem szybciej. Musiałem wziąć głęboki oddech. Spokojnie, robiłem to tyle razy. Wybieram zdobyty numer. Sygnał, drugi, trzeci. „Słucham” – głos typowej rutyniarskiej kurwy.

Szybka rozmowa, co gdzie i za ile. Odpowiedź na pytanie „gdzie?” Bezcenna. Hotel, tu i tu. Ojoj, pomyślałem. Nazwanie hotelem, obskurnego robotniczego motelu, to zdecydowanie przegięcie. Byłem tam dawno, dawno temu. Koleżanka z technikum przeprowadziła się tam, do poznanego na meczu robotnika. Jej rodzina i nauczyciele nie byli zachwyceni, ale my, młodzi gniewni, niepokorni Julkę wspieraliśmy i często tam bywaliśmy.

Najlepsze, diva zostawiła na koniec.

– Kup po drodze prezerwatywy, bo ja nie mam. – Zatkało mnie. Po raz pierwszy od kilku długich miesięcy zatkało mnie. Niewątpliwie to było coś nowego. Zdobyłem się tylko na krótkie „ok.” Przejazd po mieście zajął mi nie dłużej niż kwadrans. Po drodze, zatrzymałem się przy kiosku. Poprosiłem tanie „NewCaress”. Zawsze lubiłem moment kupna prezerwatyw. Najprawdopodobniej każdy chłopiec na tej planecie, no może z wyjątkiem Afryki, poznaje termin „prezerwatywa” różnie na „to” mówią. Guma, kalosz, condom, ubranko robotnicze, etc. etc. Pojawia się moment w życiu faceta, bardzo młodego faceta, kiedy kupuje pierwsze opakowanie i …. Nie bardzo wie, co z tym zrobić. No, ale wyobraźnia chłopców nie ma granic, toteż, zastosowanie gumiaków jest najróżniejsze. Klamki, ręce, proca na skoble, bomby wodne, a to nie wszystko. Moda, na zakładanie gumy na klamki minęła, kiedy kolegę sąsiad przyłapał na rozwijaniu bananowej prezerwatywy na swoją klamkę.

Kolejny etap, to kupowanie prezerwatyw, „bo coś może być”. Ten etap jest jeszcze bardziej komiczny, niż pierwszy. Najczęściej to „coś”, to utrata terminu ważności w portfelu pryszczatego jebaki. Będąc na akademickiej imprezie zobaczyłem gumkę w wytartym opakowaniu i usłyszałem o podpitego kolesia: „od liceum”. Nigdy się nie dowiedziałem, czy to był sentyment, czy po prostu nigdy nie bzykał. Ja nie miałem tych problemów. Dlatego lubiłem ten moment zakupu condomów. To o czymś świadczyło. O drodze sukcesu, jaką przebyłem. Od inteligentnego dziwaka w szkole średniej, do prawdziwego okurwieńca, kilka lat później. Miałem dziewczynę, popychałem na boku inną, a oprócz tego bzykałem kurwy. Byłem, doprawdy, degeneratem. I wiecie co? Napawało mnie to dumą.

No, ale wszystko ma swoje granice. Nawet ja nie kupowałem prezerwatyw kurwie. Coś nieprawdopodobnego.

Zaparkowałem pod obskurnym peerelowskim obiektem. Motel robotniczy, stojący na równi z blokiem socjalnym. Ponownie dzwonię. Słyszę numer pokoju, czwarte piętro. Wnętrze motelu jest przygnębiające. Zielonoszare ściany, wręcz muszą przypominać lokatorom, że chyba, gdzieś przegrali. Czapkę zimową naciągam na głowę, głęboko. Rozglądam się dyskretnie. Żółta firanka częściowo zasłania śpiącego recepcjonistę. Mijam go szybko i wchodzę na klatkę schodową. Brudna klatka, stalowy kolor barierek i odrapane ściany. Wszystko sprawia, że mimo iż idę do góry odnoszę wrażenie, jakbym schodził w dół, gdzieś w przytłaczającą otchłań. Na szczęście włączył się autopilot i mknę przed siebie. Dotarłem na właściwe piętro. Patrzę na granatowe numery, które ktoś niestaranie, szablonowo namalował na drzwiach. Pierwszy od numer, jest dosyć odległy od docelowego. Powoli przemierzam korytarz, w stronę zakurzeni szyby czołowego okna. Stary rower, wózek dziecięcy, duże kawałki tapety, ubrudzone buty. Nieciekawa sceneria. Doszedłem do numeru, za którym miałem ujrzeć kolejną odsłonę burdelowa. Nie zdążyłem zapukać po raz drugi, kiedy zdarzenia same się potoczyły. Najpierw ujadanie psa. Nie szczekanie, ale ujadanie. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy motelu wyskoczą, jak oparzeni ze swoich pokoi. Przez głowę, lotem błyskawicy przemknęła mi myśl: „zwiewaj”. Niemal w tym samym momencie otworzyły się drzwi i instynktownie wszedłem do środka. Mały pokoik z aneksem kuchennym . Tanie, jednoosobowe łóżko na pierwszym planie, jakieś akademickie meble. Obraz nędzy i rozpaczy. Spojrzałem w lewo. W aneksie stał pies, przywiązany do zlewu. Żadna bestia, typ małego ciapka. Z tym, że zwykły ciapek, raczej radośnie obszczekuje gości, a ten bydlak szczekał wściekle. Pierwsze, co usłyszałem, po słowie „cześć”, było uspokajanie psa. Taka atrakcja, zupełnie mnie zaskoczyła. Jednak to też było burdelowo, tyle, że nieco inne.

– Nie bój się. Jest przywiązany. – Skinąłem głową, na znak, że wierzę, widzę i rozumiem. Szybko dobiliśmy targu. Ile dostanie, za udostępnienie swojej szpary. Co ciekawe, mimo, iż stałem w pokoju kilka minut, pies, nie przestawał szczekać. Dramat. Kiedy przywykłem do szczekania, bliżej przyjrzałem się divie. Niska szatynka, wiek między trzydzieści pięć, a czterdzieści. Raczej mało atrakcyjna. O ile znam się na takim typie, to z jej twarzy wyczytałem rutynę i zobojętnienie. Bardzo podobne do mojego.

– Masz prezerwatywy? – Zapytała.

– Mam. – Odpowiedziałem, wyciągając czerwony kartonik z kieszeni. Wyciągnęła rękę.

– Dobrze, że mamy te prezerwatyw ki. – Powiedziała z namysłem. Ja już się nie odezwałem. Rozpiąłem kurtkę, ściągnąłem wełniany sweter i zacząłem rozpinać pasek. T-shirt zostawiłem. Ściągnąłem spodnie i slipy. Diva, ubrana w sztruksowe spodnie i bluzkę, miała nieco mniej do ściągnięcia. Otworzyła opakowanie i urwała listek z gumką. Kiedy była naga, położyła się na jednoosobowym łóżku. Zrobiłem krok w jej stronę. Była niska, z lekką nadwagą. Miała pokaźne, charakterystyczne, dla wieku i budowy ciała cycki. Podszedłem do łóżka i złapałem ją za pierś. Palcem zrobiłem kilka okrążeń wokół sutka. Zrobiłem to z przyzwyczajenia. Nie potrzebowałem dodatkowych impulsów, bo mój sprzęt sterczał w gotowości od kilku minut. Chwilę ugniatałem jej cycki, mechanicznie, mnie też dopadła rutyna. Powoli przesuwałem wzrokiem po jej ciele. Cycki, na plus, nieco za duży brzuch, z rozstępami, troszkę zwaliste uda. Przy tym wzroście, była po prostu normalna. Zatrzymałem się na jej kroczu. Cipka obrośnięta burymi włoskami, które dziwnie przypomniały mi o Oli z akademika. Podobne, pomyślałem. Ręka niskiej dziwki zaczęła coś na kształt pieszczot. Pogłaskała mnie po jajach, jej palce kilkukrotnie przesunęła się wzdłuż mojego instrumentu. Ewidentnie, to spotkanie można było zdefiniować jednym słowem: „rutyna”. Niczym zakup bułek w osiedlowym sklepie o poranku.

Podała mi sreberko z prezerwatywą, pytając, czy założę. Pokiwałem głową. Szybko, sprawnie i płynnie założyłem gumę. Klęknąłem przed jej lekko rozchylonymi nogami. Złapałem je pod kolanami i przycisnąłem do cycków. Dynamicznie wszedłem. Lekkie stęknięcie i rozpocząłem posuwanie, niczym tłok w silniku. Kilka, może kilkanaście głębszych, raczej łagodnych pchnięć. Łapię ją za uda i przyciągam do siebie. Moje pchnięcia stają się sprężyste, mocniejsze. Kilka minut jednostajnych pchnięć i ostatnie trzy razy dobijam mocniej. Dochodzę. Szybko sprawnie. Bez komplikacji. Ściągam ubranko robotnicze z penisa. Słyszę, że kosz jest niedaleko drzwi, żebym wyrzucił. Z chwilą, kiedy wyrzucam kalosza, pies na nowo dostaje szału. Ubieram się czym prędzej. Gospodyni stara się go uciszyć, ale nic z tego. Jeszcze raz omiatam spojrzeniem pokój. Nie jestem do końca pewien, czy tak miał wyglądać mój świat. Zakurzony, ciasny pokój z podrzędną prostytutką. To chyba zły omen. Wychodzę. Lekkim krokiem schodzę po schodowej klatce. No tak, więc rozdziewiczyłem rodzinne strony. Taak. W końcu moja ciemniejsza strona, nawet tu mnie znalazła.

Siadam wieczorem przed komputerem. Piszę na Forum. Tej divy nie ma w ogłoszeniach. To cichodajka, jej numer funkcjonuje w pewnych kręgach. Zabawne, jak awansowałem w strukturach, nie jestem tylko userem, jestem kimś, kto ma coś do powiedzenia. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym, który zaliczył turnus letni, terapii dla uzależnionych od alkoholu. Poznał tam koleżkę. Pół roku później koleżka wprowadził go na miejscówę, gdzie spożyli alkohol. Na prawdziwą melinę, rodem z ciężkiego prylu. Czy zemną było tak samo? Już wtedy powinienem przewidzieć, że ja również niebezpiecznie zbliżam się do krawędzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *