Dorastanie

Oto historia sprzed roku

Byłam na piwie. Niby piwo, ale można (tak przypuszczam) nazwać to czymś na kształt pierwszej randki. Wszystko odbyło się z inicjatywy tej drugiej strony. Moja była tylko bierność. Totalna bierność. Wszystko jest, czy raczej było typową sztampą. Znajoma znajomych wygadała się, że się jej podobam. Niezdarnie i nieśmiało zarazem, poprosiła mnie o numer. Dałem jej swój numer, nie widzę powodu, aby z rzeczy tak powszechnej, jak numer telefonu robić towar deficytowy. Generalnie jestem zwolennikiem stanowiska mówiącego, że kontakt z ludźmi jest dobry, nie musi być akcentu zanadto towarzyskiego, czy seksualnego, czasem wystarczy po prostu zwykły, neutralny kontakt. Od początku jednak, uznałem, że nic większego z tej relacji nie wyjdzie, bo brakuje tego „czegoś”.

W końcu, umówiliśmy się na piwo. I tu już pojawił się namacalny dowód, że nic z tego nie będzie. Kiedy spotkanie dotyczy osoby w minimalnym stopniu dla nas atrakcyjnym, jest zdenerwowanie, podminowanie, a w każdym razie niecierpliwie oczekiwanie. Jak będzie, co się wydarzy, jaka jest TA osoba? Tym razem pożałowałem, już w chwili potwierdzenia naszego spotkania. Dlaczego się zgodziłem? Nie wiem, może to odruch bezwarunkowy. W każdym razie poszedłem na piwo z tą dziewczyną. Żeby było jasne, nic do niej nie mam, nie uważam ją za jakieś monstrum, nie pogardzam nią, po prostu jest poniżej pewnych kryteriów, nie ta planeta.

No właśnie porozmawiajmy o kryteriach.

Ja sam przeszedłem znaczną drogę, o czym pisałem w  niektórych postach. Zawsze, tak, jakbym był krok do tyłu za wszystkimi. Szkoła średnia, okres pierwszych „chodzeń”, a nawet zalążków związków. Okres zdobywania pierwszych, towarzyskich szlifów. W tym radosnym bądź, co bądź okresie, ja przeżywałem romantyczne uczucia, słałem kwiaty i wiersze miłosne. Seks miewałem raz na rok.

Kiedy poszedłem na studia, odżyłem. Głęboko zakopałem romantyczne mrzonki, zacząłem żyć chwilą, a moim jedynym kierunkiem życiowej filozofii były wciąż nowe i bardziej intensywne doznania. Wiedziałem, że chcąc maczać pędzel w wielu sztalugach, trzeba zapomnieć o arcydziele, a poprzestać na bohomazach. Czas, kiedy ludzie zaczynają podejmować decyzje na całe życie, a relacje zaczynają być naprawdę poważne, dla mnie był odkuwaniem się za szkołę średnią. To był właśnie czas spotykania się, chodzenia, flirtów, randek, seksu sportowego, czas każdej możliwej relacji, byle nie poważnego związku. Cechą charakterystyczną tych czasów była totalna wręcz niewybredność seksualna. To znaczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie posuwałem tylko pasztetów, znacznej części moich kobiet zazdrościli mi znajomi. Dla mnie jednak nie to było najważniejsze. Liczył się wsad, pukniecie, finalizacja transakcji. I magiczne słowo, „liczby”. Kiedy jeszcze posuwałem raz na rok, postanowiłem  sobie, że wsadzę penisa w pewną ilość kobiet i do tego wytrwale dążyłem.

 Chyba kulminacją tego czasu była zabawa w klubie. Ja dosyć pijany rozglądałem się za łatwą zdobyczą, można powiedzieć, towarzyską padliną. Znalazłem. Wszystko odbywało się późną jesienią albo wczesną wiosną, nie pamiętam. Kiedy kilka godzin później doszedłem i stałem ze sterczącym kutasem, temperatura była trzy stopnie poniżej zera. Czułem się wtedy władcą świata, spojrzałem na swojego dzielonego druha i pomyślałem, że jestem niezniszczalny.

Następnego dnia, mój serdeczny przyjaciel, Misza, powiedział mi: – wiesz, kiedyś ci zazdrościłem, ale teraz ci współczuję, co ty ze sobą robisz? Wiem, liczby, ale przecież to popierdolone. – Czy miał rację, wtedy nie zawracałem sobie tym głowy.

Kidy przekroczyłem trzydziestkę, na pewne sprawy spojrzałem bardziej krytycznie. Potrafiłem wystawić sobie ocenę za przeszłość. Dotarło do mnie, że może niekiedy błądziłem. Dałem sobie słowo, że teraz tylko te kobiety, które spełniają pewne kryteria będą obiektem mojego zainteresowania.

I tak znalazłem się na wspomnianym wcześniej piwie. Patrzyłem na dziewczynę przede mną i tak się zastanawiałem, co ja tu robię. Nie podoba mi się, nie interesuje mnie. Pijąc lufkę za lufką uznałem, że to jednak nie to. Wracając tramwajem, spojrzałem w szybę. Tak, coś się zmieniło, może dorosłem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *