Anka cz. I

Niebo w kolorze stali zdawało się osądzać. Ja też osądzałem – siebie. Obok autoosądu nurtowało mnie pytanie: jak to się stało? Złamałem dane sobie słowo.

Miesiąc wcześniej

Uważam za bardzo przydatne dwa okresy w roku. Czas przed jednymi i drugimi świętami. Już chyba zapomniano, ale nasza cywilizacja – łacińska, daje nam dwa razy do roku możliwość naprawy, swoistego resetu. Mało kto dziś o tym wie, ale te dwa okresy trwające coś około miesiąca mają takie właśnie zadanie. Na chwilę nas zatrzymać, skłonić do refleksji, może skłonić do naprawienia czegoś, albo do rezygnacji.

Jechałem na wielkanocne Święta do domu z mocnym postanowieniem: koniec! Koniec z moją przygodą. Koniec z pogonią za doznaniami, koniec z pewną drogą. Przez ostatnie tygodnie dużo myślałem. Wspominałem jak to się zaczęło, w którą stronę poszedłem. Dlaczego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Przez ostatnie kilka lat moje życie wypełnione było doznaniami. Wszelkimi. Uznałem, że na chwilę obecną wystarczy. Zaczynało do mnie docierać, że trzy czwarte studiów za mną, a ja w ogóle nie ruszyłem do przodu. Co się stało? Kiedy ten czas minął. Chcę się zmienić. Muszę się zmienić. Trzeba uporządkować pewne sprawy. Wrócić do systematycznej nauki. Śledzić wytyczne KNF. Kto wie, może kariera w dużych, brokerskich firmach jeszcze nie przepadła. Kto wie?

Rok wcześniej

Wszystko zaczęło się od Ani. Ankę widywałem na uczelni od pierwszego roku. Podobno faceci, a z pewnością znaczna ich część, cierpią na syndrom matki i dziwki. Pewne kobiety kwalifikują jako potencjalne matki i żony, inne z kolei mają, powiedzmy, wymiar bardziej przedmiotowy. Zawsze starałem się unikać tego schematu. Uważałem to za krzywdzące i nie w porządku. Wyjątek stanowiła Anka.  Emanował czymś takim, że nie potrafiłem na nią patrzeć w sposób inny niż „potencjalna dziewczyna – żona”. Blondynka o obfitym biuście, w porównaniu z którymi jej tyłek wydawał się nieco mały. Figura, jakby troszkę zwalista. Pod jej okularami, kryły się niebieskie oczy, intrygująca, sympatyczna twarz. Zawsze mnie intrygowała. Zawsze. A poznałem ją dopiero na czwartym roku.

Wiosna. początek sezonu randkowego. Ta wiosna miała być inna, miała dać początek czemuś innemu, lepszemu. Coraz bardziej zaczynałem mieć tego wszystkiego dosyć. Coraz częściej patrzyłem wstecz i w głowie miałem mętlik. Nie chciałem zawracać ze szlaku na którym byłem. Jeśli o to chodzi, byłem przekonany, że droga, którą dawno temu wybrałem, jest drogą dla mnie i co do tego nie było wątpliwości. Jednak nie mogłem nie zauważyć tego, że nie jestem szczęśliwy. I to nie dawało mi spokoju. Skoro szedłem szlakiem, który sam sobie wytyczyłem, to dlaczego niemal fizycznie odczuwałem pewien brak. Odpowiedź znalazłem w rozmowie z Luizką.

– Jesteś dziwkarzem, ale myślę, że będziesz dobrym mężem. – Tu Luizka obdarzyła mnie uśmiechem lisicy. –  Wiesz, ty masz opinię dziwkarza, Misza każdego leje i się go boją, a jak się was pozna, to jest zupełnie co innego. Obaj macie w sobie taki gen pantoflarza, takiego męża „ciepłe kluchy”.

Myślałem nad tym długo. Rzeczywiście, związek z kimś wydawał się nową i zarazem fascynującą przygodą. Raczej nie bywałem w takich relacjach. Nie miałem dziewczyny (jednej, swojej), ja miewałem dziewczyny.  Nie zdecydowałem się na żaden związek, bo chciałem być fair. Fair wobec drugiej osoby i fair wobec siebie. Zbyt wiele razy słyszałem od partnerek moich kolegów coś w stylu: jestem z nim, ale sama nie wiem, czy to jest to. Zawsze wtedy czułem zakłopotanie, bo w tym momencie głosicielka powyższego stwierdzenia wpatrywała się w moje oczy z pewnym oczekiwaniem.

Powoli zaczynało do mnie docierać, że chyba odczuwam głód emocjonalnej relacji. Relacji z randkami, kwiatami, buziaczkami na przywitanie i pożegnanie. Postanowiłem, że to ta wiosna, ten czas. 

Od rana wszystko mówiło, że to będzie dobry dzień, dzień pełen pozytywnej energii. Wiosenne słońce obiecywało to wszystko, co starałem się zatrzeć w sobie przez ostatnie lata. Zieleń na osiedlu, niebieskie niebo i budynki skąpane w wiośnie dawały nadzieję. Po porannej toalecie i lekkim śniadaniu spojrzałem w lustro i przejechałem dłonią po swojej białej koszuli. Spojrzałem w lustro.

– Dziś załatwiam wszystkie rodzinne sprawy – nie wiem skąd do głowy wleciała mi kwestia z „Ojca Chrzestnego”, ale wypowiedziałem ją przed lustrem zupełnie serio. Skropiłem się nowymi perfumami i wyszedłem. Kilka spraw natury administracyjnej , odwiedzenie akademików i powrót. Plan dnia był prosty.

Idąc chodnikiem, czułem na skórze wiosenny wiatr. Tak, ta wiosna przyniosła nadzieję. Ze zdziwieniem odkryłem, że towarzyszy mi pewna determinacja. Jakieś dziwne napięcie. Zacząłem analizować. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dotarło do mnie, że od kliku dniu moje myśli krążą wokół Anki. Nie tylko Anka była tu problemem. Ja zafiksowałem się na punkcie związku, relacji długoterminowej, jakkolwiek zwał. Co było powodem? Coraz więcej par wokół? Pesel, który nieubłaganie, niczym okręt, przybijał do trzydziestki? Rozmowa z Luizką? Nie potrafiłem sobie na to pytanie odpowiedzieć. Jakaś część mnie starała się przedrzeć przez warstwy pustki, które tak pieczołowicie wyhodowałem w sobie. Powoli docierało do mnie, że ostatnie lata były niczym szczególnym. Nie to żebym żałował, bo nie żałowałem, ale jakoś spełnienia też nie czułem. Czy ostatnie lata uczyniły mnie lepszym? – Zastanawiałem się. Na pewno mnie zmieniły. Ponad wszelką wątpliwość, bogactwo doznań które posiadłem zostawiło we mnie ślad. A może bliznę? Podobno są blizny, które uszlachetniają, ale czy wszystkie?

Dotarłem do miasteczka akademickiego. Kiedy wchodziłem po wiecznie niedomytych schodach, minęły mnie dwie roześmiane dziewczyny. Szybkie ukradkowe spojrzenia, coś szepnęły, zachichotały i minęliśmy się.

– Ładnie pachniesz chłopcze, wiesz? – dobiegł mnie dźwięczny głos jednej z nich.

– Wiem. – Odpowiedziałem z uśmiechem.

– Przystojny jesteś? To też wiesz? – znowu chichot

– Mama mi to powtarza. – Grymas uśmiechu, niczym slalomista przemknął po mojej twarzy.

– Okłamuje cię – i znowu chichot.

Odwracam się, patrzmy na siebie. Puszczam oko, i znowu chichot. Odwracam się i idę do znajomych. Po godzinie wychodzę z akademika. Słońce  staje się popołudniową, gigantyczną tarczą na niebie. Coś w środku nie daje mi spokoju, coś pcha mnie przed siebie. Śmieszne i dziwne zarazem. Zanim Ronda Byrne napisała „Sekret”, ja już go doświadczyłem. Los sprzyja gotowości umysłu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *