Mały Szczebiot

Pory roku mijały niepostrzeżenie. Miesiące, lata. Zmieniłem postrzeganie czasu. Niczym okręt utkwiłem na mieliźnie w postaci  administracyjnego etatu. Stałem się urzędasem. Gdzieś po drodze zostawiłem marzenia, ambicje i plany. Towarzysko też gdzieś utkwiłem, chyba w ślepej uliczce. Kraina b…., kraina, która kiedyś definiowała moje jestestwo teraz przypominała lej po bombie. Pustą dziurę w ziemi, która poza tym, że jest, nie wnosi absolutnie nic. Dzień przemija za dniem, noc za nocą. W prawdzie nie budziłem się sam, ale czegoś w tej układance brakowało. Dzień za dniem, dni płodzą tygodnie, tygodnie zamieniają się w miesiące i tak bez końca.

Dotrwałem do kolejnych wakacyjnego czerwca. Sezon urlopowy, żółto-szary budynek administracji publicznej zaczyna pustoszeć. Coraz mniej ludzi, urlopy. Ja swój zostawiłem na wrzesień i tak nie mam co robić z tym czasem. Komfort ludzi zawieszonych w pustce – nam jest wszystko jedno.

Ten dzień też był zwyczajny, i miał taki pozostać. Fala gorąca zdawała przenikać wszystko. Mury, szyby, otwarte okna. Bezmyślnie stukałem w klawiaturę służbowego laptopa. Lato przestało mnie w jakikolwiek sposób inspirować. Popadłem w letarg. Kiedyś przeczytałem, że w życiu faceta liczą się pewne momenty – granicznie, ten po przekroczeniu dwudziestki, ten po przekroczeniu trzydziestki i kilka następnych. Tego po dwudziestce nie zauważyłem, byłem tak spragniony nowych doznań, że w tym  pędzie umknęło mi, kiedy skończyłem lat dwadzieścia. Trzydziestka minęła pod znakiem uporczywych myśli o przegranej.  Kiedy te myśli przeminęły zobojętniałem, po prostu było mi doskonale wszystko jedno.

   Niestety, wszystkiemu zawiniło jedzenie. Tak to już jest w różnej maści zakładach pracy. Gdzieś jest mały paśnik –  zakątek, gdzie ludzie jedzą. U nas taki zakątek był nieopodal mojego pokoju.

 Siedziałem z pustym wzrokiem utkwionym w komputer, mierząc się ze stertami dokumentów, które choć nikomu nie potrzebne musiały być. Usłyszałem charakterystyczne „klap” –  drzwi na korytarzu. Odgłos kilku kroków na podłogowych płytkach i skrzypnięcie szafki. No tak, kolejna osoba do paśnika – pomyślałem i na chwilę odwróciłem głowę. Nastroszona fryzura i letnia jasna sukienka, która umiejętnie podkreślała kobiecą figurę właścicielki. Schyliła się i włożyła talerz do mikrofali.

– Hmmmm – wyrwało mi niespodziewanie – odpowiedział mi perlisty śmiech.

– Oj dzieciaku, żeby tak zaczepiać starszą panią. – i znów radosny śmiech.

Kilka minut, które cząsteczki wody w jedzeniu potrzebowały do nabrania temperatury minęło na przyjemnym przekomarzaniu. Po chwili żegnał mnie radosny śmiech i wróciłem do swojej stery papierów. Co ciekawe, moje „hmm”, które zostało odebrane jako zaczepka, nie miało takiego podtekstu. Był to raczej sposób wyrażenia aprobaty dla jej gibkości. Większość ludzi, którzy przychodzili do naszego paśnika i to bez względu na wiek czy płeć niezdarnie się pochylało do mikrofali, stękając i sapiąc. Ona zrobiła to inaczej, z gracją godną gimnastyczki. I to właśnie tego dotyczyło moje „hmm”.

 Jeśli chodzi o pracę, miała jedną zaletę, jak każdy państwowy i urzędniczy moloch, gdzie przy odrobinie szczęścia można było pozostać anonimowym. I oto mi chodziło. Nie potrzebowałem i nie zamierzałem z nikim bratać się ponad służbowe potrzeby. Jeśli zaś chodzi o kobiety, to oddzieliłem się  emocjonalnym spiżowym murem. Moja towarzyska obecność w pracy zaczynała się i kończyła na kilku uprzejmościach względem mijanych ludzi. Tyle.

Po kilku dniach znowu spotkaliśmy się przy mikrofali i znowu przyjemna wymiana zdań. Tym razem nieco dłuższa. Nie mogę powiedzieć, ze nie sprawiła mi ta konwersacja przyjemności, było w tym coś sympatycznego. Po naszej drugiej rozmowie dotarło do mnie, że nie wiem jak ma na imię i czym się zajmuje. Przy kolejnej rozmowie zacząłem się jej bacznie przyglądać. My faceci, jeśli chodzi o weryfikację kobiecej  urody jesteśmy nieskomplikowani. Generalnie, niemal na każdej szerokości geograficznej obowiązuje tak zwany rating, skala od 1 do 10. Wiadomo, 6 – 7 to potocznie zwana średnia krajowa; 5 to nieco poniżej, ale jeszcze w polu zainteresowań (do puknięcia, jak mawia klasyk) 8 – 9, to kobiety wyróżniające się urodą, te, za którymi oglądamy się na ulicach. I w końcu 10, perfekcyjne 10 czyli piękności, kobiety poza zasięgiem przeciętnego faceta. Patrząc na nią starałem się ją sklasyfikować. Nie potrafiłem. Problem z nią był taki, że jej nie potrafiłem umieścić w żadnym rankingu. To mnie zaniepokoiło.

W końcu przypadkowo odkryłem, że pracuje piętro niżej, a tabliczka na drzwiach oświeciła mnie jej imieniem. Zupełnie nieoczekiwanie moja praca zaczęła wymagać wizyt na trzecim piętrze. Każda wizyta kończyła się w jej pokoju na miłej rozmowie. Cały czas w głowie miałem mentalny mur, który jasno określał granicę zwaną pracą. Granicę, którą sam sobie wyznaczyłem, granicę, której twardo strzegłem przez ostatnie dwa lata. Relacje w pracy były relacjami służbowymi, nic ponad to. Okłamałbym sam siebie twierdząc, że zachowywałem zimną obojętność i nie miałem żadnych emocji. Nie było tak. Polubiłem część ludzi. Część kobiet w pracy darzyłem szczerą sympatią i lubiłem z nimi rozmawiać, choć były to jedynie służbowe, sympatyczne relacje. W tym przypadku było inaczej. Nie mogłem udawać, że nasza relacja nie jest  flirtem. W pracy, ale flirtem. Cóż a banał –w myślach ganiłem sam siebie. I chociaż staram się e wszystkich sił unikać banału,  musiałem przyznać, że lubię przebywać w jej towarzystwie.  Wywoływała mój szczery śmiech. A to nie jest łatwe. Mam w sobie coś takiego, że zawsze posiadałem swój wewnętrzny świat, pewien filtr, który nader aktywnie działał w sytuacjach towarzyskich. Gdy poznaję kobietę, potrafię aktywnie rozmawiać, potrafię wyrazić zainteresowanie, sprawić by czuła, że jestem z nią. I choć może poczuć ciepło mojej skóry, może nawet odnieść wrażenie, że coś nas łączy, to w mojej głowie trwa nieprzerwana analiza. Ja już ją zakwalifikowałem. Już trafiła do odpowiedniej przegródki. Jeśli celem jest łóżko, to potrafię iluzje bliskości utrzymać wystarczająco długo. Z wiekiem dojrzałem, dotarło do mnie, że łóżko czasami  trzeba okupić ceną zbyt wysoką. Nie warto jej płacić. Wtedy znajomość zaczyna wkraczać na kurs koleżeństwa. Rozmawiając z nią starałem się zmusić do jakiejkolwiek kwalifikacji. Nie potrafiłem. Lubiłem z nią przebywać, sprawiało mi to  przyjemność. Podobała mi się, była zabawna, inteligentna i nieznośna w dokładnie takim stopniu, jakim powinna być.  Dodatkowo lubiła czytać, i nie poprzestała na Grey`u

 Zupełnie jakby pewne rzeczy działy się poza moim analitycznym umysłem.

Nie mogłem temu zaprzeczyć. Nasza relacja wyszło poza ramy flirtu w pracy. Uśmiechy, wpatrywanie się w oczy, przypadkowe odwiedziny na piętrach. Wszystko wskazywało na to, że chyba coś między nami iskrzy. Nie dowierzałem. Wydawało mi się, że świat uczuć i doznań spenetrowałem i wszystko mam pod kontrolą. A jednak, mała istota w okularach, nastroszonej fryzurze i szczebiotliwym głosem, który słychać było na pół piętra skradła mi rzeczywistość.

Kiedy wracałem, nad ranem, po pijaństwie zakończonym seksem w kiblu, z dziewczyną, której imienia nawet nie starałem się zapamiętać pomyślałem o Małym Szczebiocie  i poczułem jakiś niezidentyfikowany wyrzut. W myślach zadrwiłem sam z siebie  Po pierwsze, nie byliśmy w najmniejszym stopniu  w jakiejkolwiek relacji określanej słowem „razem”, po drugie, równie dobrze ona teraz mogła pojękiwać w innym klubie, po trzecie i po czwarte i tak dalej. Mimo to, nie ważne ile racjonalnych argumentów bym wynalazł czułem coś na kształt wyrzutu. Poczułem niemiłe ukłucie z odległej przeszłości. Zacząłem się zastanawiać, jaki scenariusz los przygotował dla mojej znajomości z Małym Szczebiotem. Czy jeśli jutro spotkałbym się z zimnym prysznicem obojętności, to przeszedłbym nad tym do porządku, czy w jakiś sposób poczułbym się źle. Czy jeśli…. Nowe pytania pojawiały się z minuty na minutę. Z głową pełną rozmyślań poszedłem spać. Ostatnią myślą było niedowierzanie jak wiele o niej myślę.

Następne dni niosły ze sobą ciąg dalszy towarzyskich podchodów. Niech się dzieje wola nieba – stwierdziłem za Fredrą. Z dziecinnym zaskoczeniem odkryłem, że mimo wytarzania się w niezliczonych doznaniach, zatopienia w pewnej, niewidocznej dla normalnych ludzi rzeczywistości wciąż jestem podatny na takie proste gesty, jak podłożenie na biurko babeczki, czy przelotny uścisk dłoni na korytarzu. Czyżby mimo wszelkich starań pewna część mojej osobowości nigdy nie obumarła? Dziwne, tak zwany czynnik ludzki zawsze sprawi, że temat relacji między ludźmi będzie się wymykał psychologom, pisarzom, poetom i wszelkiej maści badaczom.

Do mojego urlopu zostało niewiele ponad tydzień. Żeby móc z czystym sumieniem na dwa tygodnie opuścić moje miejsce pracy musiałem zostawać po godzinach. Nie narzekałem, taka jest rzeczywistość administracji publicznej. Mały Szczebiot skończył wcześniej pracę. Pozostał nam kontakt telefoniczny. Wymiana wiadomości tekstowych wypełniała mi godziny pracy. Pojawił się temat ukołysania do snu. Kolejna wiadomość zawierała jej adres. Stało się jasne, że tę noc spędzę u niej. Kiedy po pracy wsiadłem w autobus dotarło do mnie, że się denerwuje. Rozejrzałem się dokoła. Co się ze mną działo?  Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek się denerwował przed spotkaniem z kobietą. To była kolejna rzecz, która mnie zdziwiła w tej relacji. W jakiś przemyślny sposób wszystko było postawione na głowie, a ja nie umiałem nad tym zapanować. Po kilkudziesięciu minutach pukałem do jej drzwi. Otworzyła mi czarnej koszulce na ramiączkach i szortach. Typowy domowy strój nadawał jej nowego odcieniu, znowu nie potrafię jej zdefiniować – pomyślałem. Mimo uroczego podenerwowania czułem przy niej dziwne ukojnie. Kiedy zobaczyłem jej duże łóżko w sypialni przez głowę przemknęła mi myśl – ile przestrzeni potrzebuje ta mała istota… ���+���@

Jedna odpowiedź do “Mały Szczebiot”

  1. Ha ha… uśmiechnełam się czytając to. Tak przez głowę mi przeszło: “”Granica między “dobrze czuję się w jej towarzystwie i coś mnie do niej ciągnie”, a burdelowem”, ta subtelna granica w gestach, spojrzeniach, położeniu babeczki na biurku czy uścisku dłoni na korytarzu?
    I z wyrzutami mam podobnie… niy “nic” człowieka nie łączy z tą osobą oficjalnie, a jednak pojawiaja sie myśli, że może, że może nie trzeba tak? Przyznam, że to męczące, bo mając te myśli nawet nie wiem, co on teraz robi…
    …swego rodzaju lojalność? Hm… jakby to sklasyfikować?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *