Mały Szczebiot cz. II

Sierpniowe, poranne słońce bez skrępowania zaglądało w okno sypialni. Ja zastanawiałem się co teraz. Zaczęliśmy rozmowę o niczym, stanęło na śniadaniu. Ode mnie nikt nie wychodzi głodny – nie bez dumy odrzekł Mały Szczebiot. Kiedy po porannym prysznicu stanąłem w drzwiach kuchni, zobaczyłem ją. Stała naga przy kuchennym blacie i robiła jajecznicę. Chcę z nią być – ta myśl nadeszła tak nieoczekiwanie, że poczułem jak otwieram usta ze zdziwienia. Wciąż patrzyłem na nią i przetrawiałem zrodzoną przez mój mózg, a jeśli wierząc romantykom – serce myśl. To po prostu się zadziało. Myśl, która nie nadeszła nieśmiało, nie kiełkowała dniami i nocami, po prostu dokonała nalotu we jednej chwili. Myśli to okropne byty.  Patrzyłem na nią i przez krótką chwilę ujrzałem wszystkie odpowiedzi, których szukałem przez ostatnie lata.

– Hmmm? – Mały Szczebiot zauważył, że jest obserwowany. Uśmiechnąłem się i pokręciłem głową, na znak, że o nic mi nie chodzi. Zjedliśmy śniadanie i wyszliśmy do pracy. Kiedy jechaliśmy autobusem ukradkiem na nią spojrzałem. Patrzyła z uśmiechem na dziecko w wózku, które obdarowywało ją radosnym uśmiechem. Ciekawe jakby to było mieć z nią dziecko – kolejna myśl, która zbombardowała mnie znienacka. Kurwa mać! Co się dzieje? – Byłem zdezorientowany. Wyszło na to, że moje myśli wymknęły mi się z pod kontroli. Trajkocząc o wszystkim i niczym dotarliśmy do pracy. Tego dnia nie potrafiłem się skupić. Miałem w głowie mętlik.

W końcu nadszedł czas urlopów, każde z nas pojechało w rodzinne strony. Urlop dał mi możliwość dystansu, czas na przemyślenia. Musiałem wziąć głęboki oddech. Wciąż nurtowała mnie pewna myśl: to tylko jedna noc, nic więcej. Zbyt wiele takich przeżyć doświadczyłem, żeby tworzyć bajkową scenerię na miarę Walta Disneya, ale coś nie dawało mi spokoju. 

Urlop dobiegł końca. Wróciłem do pracy. Uznałem, że najlepiej będzie poczekać na znak od niej. Uznałem, że jeśli zechce to się odezwie. Już pierwszego dnia spotkaliśmy się na korytarzu. Wymiana sympatycznych fraz i każde z nas poszło w swoją stronę. Przelotnie spotkaliśmy się jeszcze kilka razy aż pewnego dnia, po prostu dostała na mnie alergii. Zdawkowe „cześć” i przyspieszała kroku. Dwa razy próbowałem nawiązać rozmowę, jej kwęknięcie od niechcenia było jednoznacznie. Zrozumiałem. Szkoda, naprawdę szkoda – pomyślałem – widocznie ten horoskop był zbyt dobry. Nastąpiło coś, czego nie wziąłem pod uwagę, scenariusz, który przeoczyłem. Nastąpiła martwa relacja opierająca się na przelotnym „hej” ze spojrzeniami utkwionymi w martwą przestrzeń, byle tylko nasze oczy się nie spotkały. Tego nie wziąłem od uwagę. Przeszło mi przez myśl, że Mały Szczebiot może nie zechcieć kontynuować tej znajomości, ale wydawało mi się, że jest na tyle pewną siebie i dorosłą  kobietą, że po prostu zakomunikuje mi to. Z pewną nutką żalu przypomniałem sobie, że w podobny sposób zakończyłem relację z Kasią z III b, ale miałem, oboje mieliśmy wtedy po siedemnaście lat. Dramaturgii całej sytuacji dodawał fakt, że o ile w wakacyjnej odsłonie była atrakcyjna i seksowna, to jesienna aura uczyniła z niej zmysłową postać, pełną czegoś nieokreślonego.  He he, to gra, gra dla bohaterów, takie są zasady – z tą myślą usunąłem jej numer z telefonu. Pewnie wszystko umarłoby śmiercią naturalnie towarzyską, gdyby nie felerne zdarzenie. Odwiedzili mnie koledzy z poprzedniej pracy. Mieli szkolnie. Wszyscy, cała ekipa z mojego byłego już korpo. Musieliśmy się spotkać. Prym wiódł Greg. Jedno piwo, drugie, kolejne i jeszcze następne. Później drinki i wódka. Nie pamiętam, kiedy Greg rzucił pomysł: w hotelu zostały dziewczyny, zadzwoń po nie. Zadzwoń do Marzeny. Ale poczekaj, zmieniłeś numer, one nie mają twojego numeru. Zadzwoń i powiedz, że dzwonisz do burdelu, albo z ogłoszeń towarzyskich, tak dla jaj. Salwa śmiechu pokryła nasze towarzystwo. Greg dyktował numer do Marzeny, w magiczny sposób pojawił się w moim telefonie.

– Halo, cześć dzwonię z ogłoszenia, można cię odwiedzić – nawijałem do słuchawki, a otaczająca mnie brygada kryła usta w rękawach.

– Co? Halo? – Mimo wypitego alkoholu alarmowa lampka zapaliła się w mojej głowie – tan głos nie należał do Marzeny. Rozłączyłem się. Okazało się, że Greg nie przedyktował mi całego numeru, numer, który wyświetliłem pojawił się z podręcznej pamięci mojego telefonu. Przeklęte smartfony. To do kogo ja, kurwa zadzwoniłem?  Zacząłem się gorączkowo zastanawiać. W aplikacji sprawdziłem historię połączeń, z uwagą na ile pozwał mi rausz, analizowałem daty połączeń. No nie, usunięcie Małego Szczebiota z kontaktów nie usunęło numeru z pamięci podręcznej. No ładnie, pomyślałem – teraz czort karty rozdaje. Wziąłem głęboki oddech. Nie było sensu tłumaczyć ludziom z którymi byłem, co zaszło. Salwy śmiechu skutecznie wszystko stłumiły. Piliśmy dalej. Skończyliśmy nad ranem. Nie poszedłem do pracy, to nawet przyjąłem z ulgą. Gdy pojawiłem się w pracy, spodziewałem się dyskretnego opierdolu, albo kategorycznego stwierdzenia, że jestem beznadziejny. Nic takiego nie nastąpiło.

Mijały kolejne tygodnie. Rok dobiegł końca. Wraz z nowym rokiem przestaliśmy się w ogóle zauważać. Tak było chyba lepiej.  

Powoli z słupów znikały plakaty filmów, na które miałem ją zaprosić. Wszystko zaczęło toczyć się swoim rytmem. I pewnie dalej by się potoczyło, gdyby nie jedno zdarzenie. Zawsze jest jakieś jedno zdarzenie. Od czasu do czasu widywałem ją w firmie. Raczej nie wzbudzało to u mnie wielkich emocji, ale nie potrafiłem nie rzucić ukradkowego spojrzenia za nią. I to mnie zgubiło. Nie wiem jaki wyraz miało to spojrzenie, ale nie uszło uwagi osoby trzeciej. I to był błąd. Dałem się przyłapać.

– Nie ty pierwszy, nie ostatni. – Tylko tyle wystarczyło, żebym zaczął analizować całą sytuację. Co ciekawe stwierdzenie to padło z ust osoby, po której nie spodziewałem się takiego komentarza. Zawsze lubiłem towarzyskie łamigłówki i nie chwaląc się, dobry w tym byłem. Teraz, usłyszany komentarz odebrałem jak policzek, ale też jako pojawienie się niewiadomej w równaniu. Z dnia na dzień chęć rozwiązania tej dosyć pasjonującej łamigłówki rozpalała mnie coraz bardziej i bardziej. Wiedziałem, że to nie będzie łatwe. Byłem tu stosunkowo nowy, wszyscy s znali się, mieli za sobą chwile dobre i nieco gorsze, Każdy z każdym miał jakieś sekrety. Zdałem sobie sprawę, że znowu muszę stanąć na towarzyskiej szachownicy i ostrożnie przesuwać się do przodu.

Na rozwiązanie biurowych intryg jest tylko jedna droga, nie ma więcej. Ale ważniejsze od tego co trzeba robić jest to, czego robić nie wolno, pod żadnym pozorem, nie wolno pytać. Nie można zadawać jakichkolwiek pytań.       Trzeba tylko słuchać. Tak też zrobiłem, przez szereg mniej lub bardziej zażyłych relacji nie robiłem nic poza słuchaniem. I tak tydzień po tygodniu, kawałek po kawałku tworzyłem pejzaż rozwiązania. Kiedy wszystkie kawałki zostały dopasowane mozaika, którą zobaczyłem wywołała u mnie pusty śmiech. Śmiech, ale też pewien rodzaj rozgoryczenia. Gdybym spotkał się po prostu z odrzuceniem, pewnie nie byłoby to miłe, ale zrozumiałbym. Z wiekiem, gdy sami musimy odrzucać, potrafimy akceptować to, że sami jesteśmy odrzucani. Ot, prawa rynku. Tu jednak było inaczej. Okazało się, że na towarzyskiej szachownicy byłem po prostu pionem. Od początku przesuwanym. A kiedy stałem się zbędny, jednym pstryknięciem usunęła mnie z szachownicy. Pstryk i już. Poczułem złość, a raczej pogardę skierowaną do siebie. Jakim cudem tak bardzo wyzbyłem się towarzyskiego instynktu? Gdzie się podział ten wybitny towarzyski gracz? Co się stało z moimi towarzyskim szóstym zmysłem? Starzeję się, czego oznaką jest nadmierny sentymentalizm – myślałem z gorzkim uśmiechem.

Aż mnie olśniło. Dotarło do mnie, że ja na jej miejscu zrobiłbym dokładnie to samo. Ba, nawet więcej, spojrzałem kilka lat wstecz i musiałem przyznać, że ja właśnie tak robiłem Wychodziło no to, że spotkałem samego siebie w wersji żeńskiej. Coś nieprawdopodobnego.

Nie czułem do niej nawet odrobiny żalu. Po prostu przez pewien krótki czas byliśmy sobie potrzebni. Poczułem natomiast pogardę do siebie. Teraz, z perspektywy czasu umiałem spojrzeć już na swój chłodny sposób. Epizod w pracy, najbardziej oklepany banał z podręcznika towarzyskich manewrów. No, nie możliwe. Zawsze pogardzałem banałem i dążyłem do relacji i doznań wykraczających poza codzienną szarzyznę. A tu taka historia. Z niedowierzaniem kręciłem głową i pogardzałem sobą.

Co dniej.  Czułem do niej respekt. Duży respekt. Nie jest łatwo sprawić, żebym o kimś dużo myślał. Nie jest. Jeszcze trudniej jest sprawić, żebym był kimś szczerze zauroczony. Jej się to udało, w rekordowo krótkim czasie. Tak było, i nie mogłem temu zaprzeczyć.

Równo rok później, patrząc na ciemno rubinowy kolor wina w kieliszku, uśmiechnąłem się sam do siebie. Każdemu na koniec jego własny dowcip. Rozegrała mnie jak dzieciaka.  

Tego dnia rzuciłem palenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *