Z pamiętnika dziwkarza cz. 2 nie zawsze jest kolorowo

Opisała się jako Lena. Dwie fotki typu akt na przedpokoju, zweryfikowane jako prawdziwe. Dwadzieścia trzy lata, blond włosy o średniej długości. Duża stawka w porównaniu do innych, bo doznania też z pierwszej ligi.

Myśli zaczęły mną kołatać. Pozostało jeszcze nie więcej niż piętnaście minut do końca mszy. Nie wytrzymałem. Wyszedłem. Jeszcze będąc pod kościołem, zadzwoniłem. Pięć minut później byłem w dosyć ładnie urządzonej kawalerce. Otwarła nieco zmanierowana blondynka. Procedura poszła w ruch. Kasa, prysznic i ruchanko. Ciekawy byłem, cóż takiego ma w ofercie owa Lena. Lodzik bez gumy, mechanicznie i bezpłciowo. Seks okazał się również bezpłuciowy. Nie rusz, nie dotykaj, tego nie robię, tamtego nie robię. Po kilku minutach sterylnego seksu dobrnąłem do finału. Nieco na siłę, bologia w tym wypadku uległa mechanice. Ubierając się spytałem czy długo przyjmuje. Odpowiedziała, że drugi miesiąc. Zapytana o wrażenia, odpowiedziała, że jest zadowolona. – Wiesz, świadczę usługi na wysokim poziomie, więc nie każdego na mnie stać. Przychodzą tylko ludzie na pewnym poziomie. Jest ich niewielu, dlatego mam nawet sporo czasu. Słuchałem i nie wierzyłem. Ta diva wykreowała taki Matrix, że nawet Gośka z jej koleżankami nie mogły się z nią równać.

Wróciłem pod kościół. Już po mszy, Gośka akurat kończyła rozmowę ze znajomymi. Podeszła do mnie.

– Gdzie zniknąłeś?

– Trochę się znudziłem, to wyskoczyłem po fajeczki.

– Oj, nie ładnie, nie ładnie. – Uśmiechając się pogroziła mi palcem. Poszliśmy na herbatę. Cały wieczór przegadaliśmy o życiu, studiach i perspektywach. Patrzyłem na nią i nie wiedziałem, czy pogardzać nią za totalny brak życiowej wiedzy, czy zazdrościć tego, że nie umazała się tym cały gównem.

Po powrocie nie omieszkałem wstawić odpowiedniego wpisu na Forum. Byłem drugą osobą, o takich odczuciach. Po moim wpisie w ciągu dwóch tygodni pojawiło się jeszcze dwa. W ciągu dwóch miesięcy diva zniknęła z miasta. Któryś ze Szwagrów natknął się na nią osiemdziesiąt kilometrów dalej, podziękował z usługę i wyszedł. Prawa rynku.

Cwana blondynka

Centrum miasta. Blok jakich wiele, pewnie nikt nie kojarzy anonimowego mieszkanka z burdelem. Ruch uliczny, dziesiątki ludzi, którzy w zamyśleniu idą przed siebie. Anonimowe mieszkanie, jedno z wielu. Czasem jak patrzę na ten podziemny, na wpół mityczny świat i ludzi w nim egzystujących myślę o Ameryce z czasów prohibicji. Jesteśmy niczym pijacy znający adresy i hasła, po usłyszeniu których barman podaje butelkę po oranżadzie wypełnioną wódką. Albo jak hazardziści, którzy znają tajny świat karcianych melin. Znają inny wymiar, inną topografię w każdym mieście i miasteczku. Do tej grupy należę również ja.

Zbliża się godzina wyjścia z pracy. Rząd cyferek, dane osobowe, wszystko zbliża się do końca.

Chłodne powietrze owija się wokół mnie. Stoję przed wejściem do firmy. Mój mózg przełącza się. Tak jakby działo się to poza mną.  Neurony przekazują dziesiątki informacji o ewentualnych adresach w pobliżu. Mam. Szybka rozmowa przez telefon. Co i za ile. Pięć minut później już wciskam odpowiedni numer na domofonie. W tym całym procesie nie chodzi o seks, nie chodzi o samą biologię. To coś znacznie więcej. To cały proces, inna kraina. Inna rzeczywistość.  Jedną z rzeczy, która mnie niesamowicie kręci w tym świecie jest możliwość natychmiastowej realizacji niemal wszelkich zachcianek. I to właśnie się dzieje. W tym procesie właśnie uczestniczę.

Drzwi otwiera blondynka, raczej przeciętna. Przypatruję się jej zaledwie chwilę, to wystarcza. Jest kobietą o przeciętnej urodzie, która stara się zwiększyć atrakcyjność farbowaniem włosów i makijażem. Jak zawsze w takich miejscach i sytuacjach. Makijaż jest niechlujny, farba do włosów jest albo tania albo nie umiejętnie nałożona. Wydziera się spod niej prawdziwy kolor włosów, kolor nieokreślony. Zadymiony przedpokój, obity boazerią przypomina mi w ilu takich mieszkaniach już byłem. Tak, jakbym krążył w zaklętym czasoprzestrzennym kręgu. Z przedpokoju można wejść do jednego z trzech pomieszczeń. W prawo, lewo lub prosto. Na lewo jest łazienka, na prawo coś na kształt pokoju stołowego, nieco mniejszy znajduje się naprzeciwko drzwi wejściowych. Diva wprowadza mnie do pokoju na wprost. Stary tapczan, w pomalowanym na seledynowo pokoju wydaje się zapraszać. Mówię, że biorę opcję najtańszą, tak jak ustalaliśmy przez telefon. „Kwadransik” mówiąc żargonem Szwagrów. Kiwa głową i wyciąga rękę po pieniądze. Wręczam jej wyliczoną kwotę. Siadam wygodnie na tapczanie, Powoli zdejmując spodnie. Diva klęka przede mną jej usta zbliżają się do mojego krocza.

– Połóż się wygodnie. – Kładę się na wysłużonym tapczanie. Patrzę w zabrudzony sufit. Moje myśli krążą wokół nowego projektu. Jeśli poprawki KNFu faktycznie wejdą w życie, będzie ciężej. Błogie uczucie rozchodzi się od mojego krocza po całym ciele. Na krótką chwilę nie myślę o firmie, o życiu. Koncentruję się tylko na impulsach, które dostarcza blondynka. Mijają chwilę, w mojego fiuta wpompowana została wystarczająca ilość krwi. Zerkam na nią. Ciekawe, mało div dobrowolnie klęczy, wręcz nie ma tego w zestawie, albo za taki rodzaj poniżenia bądź dominacji trzeba zapłacić dużo więcej. Nie tym razem.

– Połóż się. – Chcę w nią wejść. Bez szaleństw, bez wymyślnych pozycji. Po prostu kilka dynamicznych pchnięć zakończonych orgazmem.

– W kwadransiku masz tylko francuza. – Co? No przecież co innego słyszałem dwadzieścia minut wcześniej. Trudno. Nie będę teraz wyjaśniał, bo jednak to ona ma mojego kutasa między zębami. Ok. – spuszczę się w pyszczku. Też może być. Dalej leżę myśląc o niczym. Dziwka obrabia mnie, co raz częściej wspomagając się ręką. Czuję, że powoli nadchodzi biała fala. Zastanawiam się, czy połknie, czy wypluje. Nagle przestaje ssać. Jej nadgarstek pracuje nad wyraz sprawnie. Zaczynam szczytować. Cały ładunek znalazł się na moim brzuchu. Co to ma być? – Moje oburzone myśli pozostają w mojej głowie, gdyż nie bardzo wiem co powiedzieć. Cwana z niej bestia.

– Trzymaj chusteczkę. – W moim kierunku zostaje wyciągnięta dłoń z kawałkiem papierowego ręczniczka. Odwraca się i zaczyna sprawdzać wiadomości w telefonie. To się nazywa łatwa kasa. Jestem zniesmaczony. Wycieram resztki nasienia z brzucha i rzucam papierowy ręcznik na koc. Coś mi się wydaje, że zostałem wydymany. Wychodzę z mieszkania, jeszcze na klatce schodowej nie mogę się nadziwić, jak bardzo to spotkanie było „nie tak”. Trudno, czasem też tak bywa.

Paranoja ufarbowana na blond

Od kilku tygodni nie zaglądam w zakazane rewiry. Koncentruje się na aktywności fizycznej, chciałbym przed czterdziestką zobaczyć kaloryfer na moim brzuchu. Zawsze odnosiłem wrażenie, że jestem indywidualnością, ale w kwestii ostatnich trendów również popadłem w zachwyt nad wyrzeźbionym brzuchem. To nie tylko piękne zjawisko estetyczne, ale również wyraz uporu i ciężkiej pracy. Właściciel, czy też właścicielka pięknie wyrzeźbionego brzucha udowadnia sobie i innym, że potrafi o coś zawalczyć, coś wypracować. To o czymś świadczy.

Ćwiczenia fizyczne mają mi pomóc w poskładaniu umysłu i duszy. Gdzieś, na gruzach mojej psychiki, niczym statek widmo pojawia się D. Moja sercołamaczka, moja obsesja. Minęło już ponad dwa lata, a ja wciąż tkwię mentalnie w miejscu naszego wspólnego spaceru. Najłatwiej jest doradzać w sytuacjach sercowych: „zamień na lepszy model”, „znajdź sobie kogoś innego”. Te starte niczym dżinsy banały są czymś w rodzaju złotych myśli. Problem zaczyna się, kiedy to my jesteśmy bohaterami sercowej historii. Wtedy możemy się przekonać, że wymienione wyżej porady możemy swobodnie nawinąć na rolkę papieru toaletowego. Z dnia na dzień, czuję jak żądza we mnie wzbiera. Znam ten mechanizm. Można pracować nad silną wolą, nad samokontrolą, nad dyscypliną. Ponad tym wszystkim jest jednak jedno, nadrzędne prawo. Żądza zawsze zwycięży. Nie ma bardziej prawdziwego prawa. Tak po prostu jest. Kiedy napisał mi o tym jeden ze Szwagrów, byłem sceptyczny. Teraz jednak wiem: żądza zawsze zwycięży – tak będzie, bo tak musi być.

Wieczór. Po gimnastyce, która zajęła mi nie więcej jak siedemdziesiąt minut słucham nagrań hipnotycznych, które mają sprawić, że nie będę palił papierosów. Wiem, że powinienem wyłączyć komputer. Wyjść na spacer, pójść na piwo, na zakupy, gdziekolwiek. Zadzwonić do Iwony z działu reklamacji, umówić się na kawę i później…albo po prostu zmarszczyć Freda pod prysznicem. Nie robię tego. Dlaczego? Bo wiem, wiem co się stanie. Moje palce same przesuwają się po klawiaturze. Strona. Nowe ogłoszenia. Wszystko dzieje się automatycznie. Blondynka dwadzieścia osiem lat. Kilkukilogramowa nadwaga czyni z niej odrobinę zbyt postawną dzidzię. Może być. Samochód, bankomat. Po drodze telefon, z ustaleniami co i za ile. Ósme piętro, spokojna dzielnica. Lekko pukam do drzwi. Otwiera dziewczyna, od razu widać, że to ta sama, co na zdjęciach. Wchodzę, do całkiem schludnego mieszkania. Zaprasza mnie do sypialni. Jest ciemno, jedynym oświetleniem jest telewizor, w którym leci „3.10 do Yumy” z dwa tysiące któregoś. Idę pod prysznic. Wracam z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Diva idzie się odświeżyć. Rzuca mi badawcze spojrzenie.

Coś jesteś dziwny. – Nie wiem jak odpowiedzieć na to stwierdzenie. Siadam na łóżku. Czekam, oglądając perypetie biednego farmera, który chce coś udowodnić synowi, zuchwałemu bandziorowi, a może przede wszystkim sobie. Wraca blondynka. Ręcznik chyba zielony, czyni z niej całkiem ponętną istotę. Znowu to dziwne spojrzenie.

To co brałeś? – O co chodzi? – Słucham? – Jej spojrzenie było z gatunku tych spojrzeń, które mnie najbardziej drażnią. Spojrzenie istoty głupiej, która w danym momencie jest przekonana o swojej mądrości.

– No, co brałeś? Jaką pigułę? Słuchaj, mnie nie nabierzesz. – Zaniemówiłem . Kwęknąłem coś od niechcenia. Sięgnąłem ręką do wnętrza jej uda. Liczyłem na to, że przejście do rzeczy zakończy jej durne dochodzenie. Odsunęła się.

– Jak tak chcesz grać, to nie ze mną.

– Co? – Zaczynałem się denerwować.

– Mówisz co brałeś, przecież widzę twoje źrenice. – Miałem ochotę huknąć na nią. Albo roześmiać się. Ty głupia kretynko, jesteśmy w ciemnym pomieszczeniu. Jedynym oświetleniem jest telewizor. Więc, kurwa, jakie mam mieć źrenice. Kilkuminutowy beznamiętny seks z ulgą powitałem finał tej transakcji. Ubrałem się i bez słowa wyszedłem. Głupia cipa.

Jadąc samochodem, zadałem sobie pytanie, a co jeśli ona miała rację? Być może ten podziemny świat jest moim narkotykiem, moim nałogiem i nie będąc tego świadomym zachowuję się jak ćpun. Jaka jest różnica między mną, a menelami skamlącymi o dwa złote. Czy mój wraz twarzy, kiedy siedzę na FORUM jest podobny do wyrazu twarzy żula patrzącego przez witrynę sklepu monopolowego?  Ile razy robiłem mocne postanowienie poprawy, ile razy znajdowałem się na zakręcie? Czy kraina burdelowo, okazała się otchłanią? Otchłanią, która mnie wessała i wobec której miałem okazać się bezsilny? Na to pytanie miałem uzyskać odpowiedź w niedalekiej przyszłości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *