Ulicznice w wielkim mieście cz. I

Nie było ciepłej wody. Spływające po mnie strumienie letniej spływały powodowały dyskomfort. Żel pod prysznic w postaci rozwodnionej mazi spływał po moim ciele. Z dużej tuby wycisnąłem dodatkową porcję i zacząłem energicznie pocierać swój korzeń. Musiałem to z siebie zmyć. Jak w ogóle do tego doszło? Czułem niesmak, zrobiłem coś, czego nie było w planie. Przekroczyłem granicę i sam nie wiedziałem dlaczego tak to się skończyło.

A wszystko rozpoczęło się od spaceru, nocnego spaceru po nieznanym mieście. Nie. Wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej. Od rozmowy telefonicznej.

Rok po maturze, to jeden z ciekawszych okresów w życiu młodego człowieka. Po roku czy to w pracy, czy na studiach, posiadamy portfel nowych znajomych i jednocześnie od czasów szkolnej młodości nie upłynęło aż tak wiele, żeby zapomnieć o szkolnych przyjaźniach.  Jeden z nielicznych momentów, kiedy człowiek czuje się szczęśliwy.

Dotarłem do miasta na drugim końcu Polski. Dwoje łobuzów z mojego liceum wybrało się tam na studia. Przez rok akademicki, widywaliśmy się w rodzinnych stronach, przy okazji Świąt i majówki. Zawsze z naszych ust płynęły zaproszenia do naszych „nowych miast”. Tuż przed lipcem z mojego telefonu popłynęły słowa: – to co, zjawisz się w końcu czy nie, bo w połowie lipca spadamy do domu i nie będziesz miał kogo odwiedzić. Musiałem. Nie miałem wyjścia. Dwa dni później w niedzielę siedziałem w autobusie i patrzyłem na coraz bardziej granatowe niebo. Kilka godzin w autobusie, przerwa nad ranem, spowodowana przesiadką i kolejne godziny w autobusie. Lubię podróże, ale tym razem byłem znużony. Gdy zatrzymaliśmy się na kolejnej już stacji benzynowej, na „dziesięciominutowe siusiu i papierosa”, powlokłem się do lodówki po zimną puszkę pepsi. Rozejrzałem się wokół. Płaskie niczym blat stołu pola uprawne. A wśród nich stacja benzynowa z muszlą. Nigdy nie widziałem takiego krajobrazu, nie sądziłem nawet, że u nas są takie równiny. Dalszą trasę spędziłem gapiąc się w szybę i nie mogąc się napatrzeć na niekończące się uprawy. Coś nieprawdopodobnego.

Kiedy wysiadałem na dworcu, z ciekawością rozejrzałem po obcym mi mieście. Nikt na mnie nie czekał –moi gospodarze rozpoczęli karierę w międzynarodowym paśniku. Przez telefon dostałem wskazówki, gdzie jechać. W ich akademiku miał na mnie czekać ich kolega, który został o wszystkim poinformowany. Kilkanaście minut zajęło mi odnalezienie właściwego autobusu. Miasto, zrobiło na mnie wrażenie, nie wiem, czy to efekt letniego miesiąca, czy po prostu zobaczyłem coś nowego. Wszystko zdawało się bardziej tętnić życiem. Dojechałem na miejsce. Okazało się, że akademiki zupełnie nie przypominały znanych mi molochów. Niskie budynki, o arcyciekawej architekturze bard zadziej przypominały międzywojenne kamienice, niż siedziby współczesnych żaków. W pokoju 34 czeka l na mnie Robert, student polonistyki, kolega moich gospodarzy. Porozmawialiśmy, wypiliśmy piwo i na tym nasze poznanie się zakończyło. Wyszedłem na zakupy. Edytę i Marcina miałem spotkać po dwudziestej trzeciej. Wieczór zaczynał się dłużyć. Położyłem się na łóżku i pogrążyłem się w rozmyślaniach. Raczej mogłem być z siebie zadowolony. Rok temu byłem po maturze, w swoim pokoju patrzyłem na plakaty sportowców i marzyłem o karierze i pieniądzach. Może nic z tych rzeczy nie osiągnąłem, ale z pewnością zrobiłem krok do przodu. No i pozostawał mój mały tajemny światek. Niczym Alicja, miałem swoją krainę czarów. Zastanawiałem się, czy mówić o tym Kubie, w końcu to na niego mówili „mały lowelasek”. Jednak nie. Tak będzie lepiej, zostawię to dla siebie.

Po dwudziestej pierwszej na zewnątrz zaczynało się ściemniać. Zaczynałem odczuwać nudę. Nie pomogły wesołe smsy od Edyty. Wyszedłem się przejść. Uzbrojony w ciekawość, pokonywałem ulicę za ulicą. Interesująca wydała się kobieta, która wyraźnie odróżniała się od reszty. Skąpe wdzianko, wręcz wulgarne. Ciekawa moda – pomyślałem. Idąc kilkanaście metrów dalej, znowu ujrzałem zdzirowato ubraną kobietę. Nie wiem kiedy żarówka niczym u Pomysłowego Dobromira, rozbłysła. Dziwki, najprawdziwsze uliczne kurwy! Zawróciłem i cofnąłem się. Pierwsza z oryginalnie ubranych laseczek chodziła tam i z powrotem na dystansie około dwudziestu metrów. O cholera! – Moje myśli eksplodowały. Niewidzialna dźwignia powoli przeskoczyła. Nigdy nie spotkałem ulicznic. Jak dla mnie, ich miejsce było na kartach kronik żółtej prasy albo międzywojennej literatury. Z wyczulonymi zmysłami szedłem przed siebie. Zrobiłem rundę po kwartale, który, jak sądziłem będzie pełen chodzących kurwiszonów. Było ich siedem, przynajmniej tyle zauważyłem. Chciałem podejść, ale nie wiedziałem jak. Sam ze sobą prowadziłem dialog. A jeśli to nie dziwki, może taka moda tu panuje? – Pytałem sam siebie. Spojrzałem na niewysoką blondynkę, ubrana w białą mini i białą bluzeczkę, wyglądała jak wybrakowana świąteczna hostessa. Jej rysy twarzy zdradzały, że raczej nie należy spodziewać się po niej szczególnej subtelności.

Wziąłem trzy głębokie oddechy. Powoli ruszyłem spod kiosku, do żującej gumę blondynki.

– Przepraszam, nie wie pani, gdzie tu się można zabawić? – Jakkolwiek brzmi to dziwacznie, w tamtej chwili, nic innego nie przyszło mi do głowy. Pomyślałem, że słowo „zabawić” w razie czego uratuje sytuacje.

– Hmm, no tu masz klub taki, tam pub, a jest jeszcze pizzeria, na ulicy P.  – Szlag, trafił mi się przewodnik turystyczny. Nie ma wyjścia, trzeba działać na sto procent.

– A z panią? Można się zabawić? – Kńcząc to zdanie, czułem jak się czerwienię. Fatalizm zaczął przytłaczać moją świadomość.

– A, oto ci chodzi, no jasne. – Rzeczowo usłyszałem co i jak. Pokiwałem głową na znak, że rozumiem i się zgadzam. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnąłem pogniecione banknoty.

– Chodź ze mną. – Blnondi ruszyła do przejścia dla pieszych, ja niepewnie spoglądając, to w prawo, to w lewo byłem pół kroku za nią.

Gdy przeszliśmy przez przejście podeszliśmy do czarnego Seicento, diva dała kaskę kierowcy, oprócz wąskich ust, nieprzyjemnego spojrzenia dostrzegłem kawałek ortalionowej kurtki.

– Chodź. Idziemy w bardziej dyskretne miejsce. – Przeszliśmy przez kolejne pasy. Gdy przechodziliśmy, jakiś młokos przejeżdżał na rowerze, widząc ulicznicę krzyknał: – yo siniorita! – Na chwilę mnie zmroziło, wszyscy widzieli, że idę z dziwką, wszyscy wiedzieli po co. W tym momencie w mojej głowie pojawił się gigantyczny spych, wszystkie te myśli zostały zepchnięte, a w ich miejsce pojawił się napis: NO i CO? Za dwa dni mnie tu nie będzie. Diva prowadziła uliczkami i skwerami, w końcu doszliśmy do budynku przypominającego kotłownię. Obeszliśmy budynek . Zaprowadziła mnie na schody prowadzące w dół, da jakichś drzwi.

– To tutaj.

Stanęła dwa stopnie wyżej, podciągnęła spódniczkę i opuściła majtki. Położyłem rękę na jej plecach, dając tym samym znak, żeby się pochyliła. Niczym w amoku dobrałem się językiem do jej pizdy. Cała ta sceneria, wieczór, świadomość, że to wszystko odbyło się spontanicznie, podziałało na mnie jak gigantyczny afrodyzjak. Gryzłem , ssałem i lizałem jej cipę, jakby świat nie istniał. Złapałem rękami jej pośladki i rozsunąłem, przejechałem językiem po jej anusie. Zacząłem chłeptać wokół jej kakaowego oczka. Słony smak podrażnił receptory smaku. Uniosłem głowę. Diva odwróciła się, z mikroskopijnej torebki wyciągnęła condom. Założyła na korzeń, poczym odwróciła się i pochyliła do przodu. Wchodzę i zaczynam pierdolić, jestem w seksualnym transie. Wypięta przede mną dupa jest wszystkim, nie ma nic poza tym.Nie zmieniamy pozycji. Początkowo gładzę ją po plecach. Ręce z pleców poszły pod spód. Pochyliłem się i zacząłem obłapiać jej cycki, niewielkie, ale sprężystość skóry jeszcze łatwo wyczuwalna. W końcu jedna z moich rąk wylądowała na jej kroczu. Kciukiem miziałem podbrzusze, a palce ugniatały fałdy jej warg, niczym plastelinę. Finiszowałem łapiąc ją za biodra i mocno dobijając. Kiedy opróżniłem swoje działo, głęboko odetchnąłem. Kiedy z niej wyszedłem, spojrzałem na fiuta. Pęknięty condom, popatrzyłem na divę.

– Pękł, wiem czułam, ale nic nie mówiłam, żebyś se doszedł. Daj. – Ściągnęła lateksowy strzęp i zawinęła w chusteczkę. Zapinałem zamek w spodniach i przypomniałem sobie sytuację sprzed kilku miesięcy. Oszołomiony nie tak odległym orgazmem, jeszcze nie myślałem.

Kiedy wracaliśmy, porozmawialiśmy o klubach, studenckich imprezach i ogólnie o miastach. Dopiero kiedy sam wracałem do akademika Kuby i Edyty, fatalizm powrócił ze zdwojona siłą. Dotarło do mnie, że zaliczyłem seks z ulicznicą, żeby było zabawniej, zawiódł kalosz. W myślach przeleciały mi kawalerskie choroby, które nie były obce awangardowym twórcą. Scenariusze pełne ponurych wizji stały się przerażająco realne. Niemal wbiegłem do mojej tymczasowej kwatery, wygrzebałem żel pod prysznic i ręcznik. Pobiegłem pod prysznic. Co ja zrobiłem? Czy mi rozum odjęło? Starałem się zetrzeć z penisa potencjalne france, ale także całe zajście.

Sekskac cz. II

Chodzę po mieście. Bez celu. Bez żadnego planu. Odwiedzam księgarnie. Bardzo lubię odwiedzać księgarnie, biblioteki, czytelnie. Świat książek to kraina, gdzie mogę uciec. W świat dziwek uciekam przed otaczającą mnie rzeczywistością, a przed burdelowem uciekam w świat książek. To moja jedyna enklawa, tam jestem bezpieczny. Moi znajomi chodzą po marketach ze sprzętem elektronicznym, ja chodzę po  księgarniach. Kiedyś dorobię się małego domku z pomieszczeniem zaadaptowanym na małą bibliotekę. W prawdzie na pierwszym miejscu jest cipka, ale zaraz po cipce, dobra książka. Gdyby jakiś złośliwy demon miał zniszczyć świat książek albo świat burdelowa, a ja miałbym wybrać, który z nich ma zostać. Byłbym doprawdy w kropce. Z trwogą patrzę jak złowrogie bóstwo cyfryzacji rośnie w siłę, a wolny świat klasycznej literatury kurczy z godziny na godzinę. Jest wiele scenariuszy końca świata. Dzień, w którym zamkną ostanią księgarnie i bibliotekę będzie dniem końca świata. Mojego świata.

Przeglądam albumy podróżnicze w Empiku. Lubię podróże, lubię nowe miejsca, lubię przemieszczający się za oknem krajobraz. Podnoszę wzrok znad książki. Przy półce z romansami stoi dziewczyna. Jest niska, ma miedziano-rude włosy, które kończą się za uchem. Ubrana jest w czarną sukienkę. Nie jest jej gorąco? – Zastanawiam się. Chwila namysłu. Odkładam książkę. Podchodzę do półki z romansami. Rozglądam się.

– Przepraszam. Widzę, że z wprawą przeglądasz książki, możesz mi coś polecić na prezent?

Tekst niewyszukany, ale skuteczny. Rozmawiamy o książkach. Ma na imię Aga. Jest sympatyczna i roześmiana. Pozytywna osóbka. Studiuje politologie i jest dwa lata młodsza. Spacerujemy pół godziny po Empiku. Wędrujemy między książkami, prasą i płytami. Odprowadzam ją na przystanek autobusowy, wymieniamy się numerami.  Kiedy zostaje sam, zastanawiam się, czy mogłem ją pocałować. Pewnie tak, dlaczego więc tego nie zrobiłem. Nie wiem.

Idę do budki z kebabem. Kawałki mięsa, warzywa i sos. To wszystko wciśnięte w bułkę działa jak paliwo. Z każdym kęsem, czuję, jak wracają mi siły. Po raz kolejny w arcymistrzowki sposób zmarnowałem dzień. Kiedy nabieram sił, ogarnia mnie coś nas kształt niepokoju. Zaczynam iść przed siebie. Muszę znaleźć chwilę ukojenia. Jakąś przystań, która da mi chwilę ukojenia. Po prostu idę przed siebie. Patrzę w swój telefon. Numer nowo poznanej dziewczyn. Kto wie, może coś z tego będzie. Nie należy masturbować się przeszłością, nie należy również zbytnio zamartwiać się o przyszłość. Liczy się teraz. Mam też inne numery. Prze oczami staje zakurzone mieszkanko, gdzie przyjmują trzy stare kurwy. Myśl o tym działa niczym środek uspokajający. Niezidentyfikowany niepokój odchodzi. Ogarnia mnie coś na kształt wyciszenia.   Wyszukuję numer. Staram się nie zapisywać :tych” numerów, ale ten jakoś mam. Po prostu. Wszystko dzieje się samo. Telefon, rozmowa, ustawka, co, za ile. Ja to znam.

 Docelowy, szary blok jest oddalony o minimum dwa kilometry. Zastanawiam się, czy wziąć taksówkę. Jednak nie. Idę chodnikiem, chłonę porę dnia, popołudnie bardzo powoli ustępuje miejsca wieczorowi.. Mam do przejścia całą ulicę. Myślę o studiach, życiu, miłości i wszystkim pomiędzy. Dlaczego ze wszystkich ludzi, akurat ja jestem na to skazany. Dlaczego mnie los skazał na poszukiwanie wiecznych doznań. Nie wiem, jak to się stało, ale wiem, że jestem w tym świecie i raczej zawsze w nim będę. Moje zachowanie nie ma zbyt wiele wspólnego z logiką. Z reguły na dziwki chodzą ludzie z kilku powodów. Często zakrapianej imprezie, bo żona albo dziewczyna nie chce zrobić tego albo tamtego. Najbardziej przyziemny powód, to wsadzić kutasa w szparkę ładniejszą niż ta dostępna. Ja tak nie mam. Chyba nigdy nie miałem.

Docieram na mieście. Dzwonię i po chwili wyjmuję z portfela ustaloną kwotę. Drzwi otwiera ciemnowłosa, postawna kobieta. Po czterdziestce, a raczej pod pięćdziesiątkę. Rozmowa ogranicza się do minimum. Kiedy widzę ją nago, jej fizyczność jest spójna Duże cycki, szerokie biodra, dosyć szerokie, jak na kobietę ramiona sprawiają, że sprawia wrażenie dużej kobiety. Krzak nieco przycięty, ale okazały. Chwila pieszczot, fiut stanął mi na rozkaz, bez żadnych ceregieli. Zakłada gumę i kładzie się na plecach. Wchodzę w nią spokojnie. Poruszam się w niej spokojnie. Doznaję czegoś, co jest dosyć dziwne. Jestem podniecony i seks nieuchronnie doprowadzi mnie do szczytu. Jednak każde pchnięcie, działa kojąco, uspokaja. Patrzę na twarz dziwki pode mną. Zwyczajna stara baba. Nie podoba mi się , ale jednocześnie, to właśnie ona idealnie pasuje do układanki. Bez niej ten seks nie były taki kojący. Po kilkunastu minutach dochodzę. Spokojnie, bez fajerwerków. Jak za pstryknięciem, zasłona szaleństwa, żądzy, czy niekiełznanego głodu opada. Dopiero teraz odzyskałem równowagę po wczorajszym pijaństwie. Opuścił mnie kac, moje myśli znowu płyną spokojnie.

Wychodzę z klatki. Jest po osiemnastej. Minął dzień, minął kac

Seks kac cz. I

To była impreza, to było pijaństwo. Bądźmy szczerzy, takich przyjęć było więcej, było dużo, ale akurat ta pozostała w mojej pamięci. Wieczór zlał się z nocą, noc z porankiem. Kiedy otworzyłem oczy na mój mózg potoczyła się lawina nieprzyjaznych impulsów. Po pierwsze ból głowy. Nieprzyjemny, poalkoholowy, ciężki. Głęboki oddech. Z trudem przekręcam głowę. Kolejny syndrom dnia następnego – suchość w gardle i pragnienie. Nie, to nie zwykły kac, to pustynia w moim gardle dopomina się o porę deszczową w postaci chociaż łyka kranówy. Kilka solidnych pociągnięć wody mineralnej, która na szczęście stała pod biurkiem, przyniosło ukojenie. Uff. Poranny prysznic niewiele pomógł. Błędnym spojrzeniem ogarniam mieszkanie. Z Miszą i z Markiem zamieniam kilka zdań. Mimo zmęczenia wywołanego ostatnią nocą czuję w ciele jakiś bliżej niezidentyfikowany impuls. Nie mam na nic apetytu. Patrzę przez okno na letnie słońce. Szkoda zmarnować tak ładny dzień. Wychodzę z mieszkania.  Mój mózg odbiera sprzeczne impulsy. Jestem zmęczony, osłabionym, a jednocześnie jakaś dziwna siła pcha mnie przed siebie. Gdy docieram do Centrum telefon w mojej kieszeni zaczyna przypominać kawałek rozpalonego żelaza. To magiczna brama do świata doznań, do możliwości spełnienia dowolnej zachcianki niemal natychmiast. Analizuję swoją sytuację towarzyską. Na szybki numerek mógłbym się wprosić do dwóch koleżanek. To nie przechwałki, tak wygląda sytuacja. Bez udawanej skromności mogę śmiało stwierdzić, że towarzysko jestem dobrze ustawiony. Problem leży w tym, że to mnie nie kręci. Główne modele towarzyskie w naszym społeczeństwie już przerobiłem. Chodziłem na randki, spotykałem się, byłem w związku, byłem tym trzecim na boku, byłem lekarstwem po nieudanym związku, byłem zemstą niedopieszczonej żony. To wszystko przerobiłem . Początkowo każde takie doświadczenie jest czymś w rodzaju źródła energii, paliwem które zasila do następnych epizodów i przygód, do następnego etapu gry. Z czasem jednak każde rozdanie staje się przewidywalne, nawet zdania wypowiadane do drugiej osoby są bliźniaczo podobne. Ostatecznie – jeśli za kryterium przyjmiemy tylko seks – wszystko sprowadza się do pytania: uda się czy nie? Da, czy nie da? W świecie doznań, nazwijmy to, komercyjnych jest nieco inaczej. To taki alternatywny świat. Mroczny, pełen niedomówień i zagadek. Co do bohaterów, czy bohaterek w tym świecie to też, z czasem staje się oklepane i przewidywalne, ale mimo wszystko to magiczny świat.

I tak jest teraz. Wiem czego chcę. Chcę magii. A telefon, to taki rodzaj magicznego artefaktu. Szybko i fachowo przerzucam Stronę i Forum. Po kilku minutach dzwonię pod kilka numerów. Stałem się wygodny. Stwierdzam, że muszę znaleźć adres nie dalej niż sto metrów od miejsca w którym stoję. Los sprzyja gotowości umysłu. Kolejna rozmowa i adres – blok na który patrzę. Uśmiech, delikatny uśmiech przemyka po moich ustach. Jakie to wszystko dziecinne proste. Dalej, to już schemat. Rozmowa krótka i fachowa: ustawka, określenie co i za ile. Po kilku minutach patrzę na nagie ciało trzydziestokilkuletniej blondynki, nasze zbliżenie jest zwyczajne, jak dziesiątki wcześniejszych i dziesiątki późniejszych. Nie pamiętam, żeby było w nim coś nadzwyczajnego.

 Dosyć szybko dochodzę. Kiedy szczytuję uderzenie bólu odciska się w moje głowie. Po wszystkim, ból głowy ustaje. Jestem jeszcze bardziej osłabiony, niż rano. Ogarnia mnie delikatne oszołomienie

 Z mieszkania wychodzę po około dwudziestu minutach. . Kiedy wychodzę z klatki kontrast chłodu bijącego od jeszcze nie nagrzanych murów i słonecznego ciepła rozleniwia mnie. Najchętniej zasnąłbym na jakiejś ławce.

Kac powraca, do tego w głowie zaczynam mi wirować. To jednak był pewien rodzaj aktywności. Idę do knajpki, która jest dokładnie po przeciwnej stronie dużego skrzyżowania. To ulubiona knajpka studentów, miejsce na randki te pierwsze i te kolejne. Ściany tego lokalu, gdyby tylko umiały mówić, mogłyby napisać niekończącą się opowieść. O rodzących się uczuciach, o pierwszych nieco podszytych zdenerwowaniem rozmowach, patrzeniu w oczy. Wspólnie wypitych kawach, herbatach, czy też dla większego animuszu piwach. Może byłyby to prawdziwe bestsellery – romanse, a może wytarty niczym dżinsy na kolanach schemat powtarzałby się be końca i tylko twarze byłyby inne. Kto wie. Patrzę na dwukolorowy sok, który zamówiłem. Pustka, nie potrafię inaczej określić trawiącego mnie uczucia, jak również otaczającego mnie świata. Dobrze, że chociaż sok ma jakiś smak, bo już wszystko było by nie do zniesienia.

Jak to się wszystko zaczęło cz. III

To chodźmy. – Blondi zwróciła się do mnie i skierowała się w stronę sof. Okazało się, że za ścianą, która, tak jakby, przedzielała pomieszczenie na dwie strefy znajdują się schody na górę. Pokornie pokonywałem każdy stopień schodów. Na piętrze były dwa albo trzy pokoje. Weszliśmy do środkowego.

Możesz zdjąć ubranie. Na końcu korytarzu jest łazienka. Ręczniki są na fioletowej półce. Jak wrócisz, to ja pójdę. – Wyjaśniała wszystko miękkim głosem.

Zdjąłem kurtkę, bluzę i buty. W skarpetkach poczłapałem do łazienki. Łazienka wyłożona była dużymi płytkami w kolorach białym i czarnym. To połączenie kolorów wraz z dużą kabiną prysznicową sprawiało wrażenie ekskluzywnego wykończenia. Rozebrałem się i wszedłem do kabiny. Strumień ciepłej wody był przytulny, dodawał otuchy. Kiedy spłukałem resztki żelu spojrzałem na fioletową półkę, kilka ręczników ułożonych w kostkach, jeden na drugim. Sięgnąłem po pierwszy, ale cofnąłem rękę. Wziąłem czwarty od góry. Uznałem, że będzie mniej zmacany. Popatrzyłem na odbicie w lustrze, ja tu pasowałem, pasowałem do tej scenerii. Niczym fragment układanki, który przeznaczenie wstawiło we właściwe miejsce.  Poczłapałem z powrotem do pokoju, zostawiając ślady wody na korytarzu.

– Usiądź sobie i poczekaj, ja zaraz wrócę.

– Ok.

Kiedy zostałem sam, rozejrzałem się po pokoju. Stolik, dwa fotele i duże, wysokie łóżko, lustro na ścianie zdawało się być uzupełnieniem pokoju płatnych uciech. Pokój pomalowany był na kolor ciemnoczerwony, co dawało nieco agresywny wydźwięk. Tak właśnie wyobrażałem sobie pokój w przyzwoitej agenturze. Owinięty ręcznikiem siedziałem na łóżku, emocje przepływały przeze mnie falami.  Stan oczekiwania podniecał mnie, ale przede wszystkim dominowało we mnie zaciekawienie. Zaciekawienie eliminowało strach, czy obawy. Coś we mnie mówiło mi, że jestem tu, gdzie i tak bym trafił. Jestem tu, gdzie jestem, bo tak po prostu musi być. Nie można uciec od przeznaczenia, a moim był właśnie ten pokój. To doświadczenie nasycało każdą molekułę mojego ciała.

Jednocześnie tak, jakby wszystko to odbywało się poza mną. Wróciła blondynka, owinięta w jasny ręcznik.

– Zaraz zrobię odpowiednią atmosferę.

Podszedłem do niej. Ręcznik sięgał do połowy opalonych smukłych, ale jednocześnie umięśnionych i opalonych ud.  Opuszki moich palców zaczęły chaotyczny taniec po jej skórze, powoli wsuwałem rękę pod ręcznik. Skóra jej ud podziałała jak reklamowane teraz wszędzie środki na potencję, byłem gotowy natychmiast.

– Ej, ej, jeszcze nie. Siadaj sobie.  – Jej głos był nadal miękki i przyjazny, jednak pojawiła się w nim nutka apodyktyczności. Wyłączyła światło i pstryknęła przełącznik przy łóżku. Zapaliły się niebieskie lampki zamontowane przy łóżku i nad stolikiem, który stał pod ścianą. Faktycznie klimat był  niczym na planie Playboy Club. Blondi przykucnęła przy odtwarzaczu z małymi kolumienkami, który leżał na podłodze. Kiedy znajdowała się w tej pozycji ręcznik podwinął się ukazując większość jej uda. Patrzyłem jak zahipnotyzowany, ponownie podszedłem i zacząłem gładzić jej udo. Byłem złakniony jej ciała.

– Wiesz, jak wymienić tu baterie? To masz, wymień. –  Nie czekała na moją odpowiedź, tylko wręczyła mi dwa paluszki. Ewidentnie wiedziała jak zająć moje ręce. Przemknęło mi przez głowę, że być może dałem się oskubać, bo dałem już kasę, a akcji żadnej nie było. Jeśli tak miało być rzeczywiście, to faktycznie byłaby to jedna z bardziej kosztownych lekcji. Wymieniłem baterie. Nie bardzo wiedziałem co dalej dlatego ograniczyłem się do krótkiego „już”.

– Ok dzięki, to usiądź sobie.

Posłusznie usiadłem na łóżku. Blondynka podeszła do odtwarzacza i wcisnęła ”play”. Z dwóch kolumienek zaczęły rozbrzmiewać jakieś dancowe przeróbki. Ściągnęła ręcznik i rzuciła go na fotel. Była w samej bieliźnie. Nie jakieś przesadnie skąpej, ani wyzywającej, ale gustownej, zalotnej. Odwróciła się do ściany, stanęła w lekkim rozkroku opierając się o ścianę. Kiedy popatrzyłem na jej pośladki, miedzy którymi znikał sznurek stringów, zapadłem w trans. Tymczasem moja gospodyni w rytm muzyki przykucnęła, rozkosznie wypinając tyłek. Patrzyłem jak urzeczony. Jej wijące się ruchy spowodowały, że praktycznie krew z całego układu znalazła się w jednym miejscu. Odwróciła się, jej dłonie zaczęły błądzić po jej ciele, co w połączeniu z jej ruchami jeszcze bardziej mnie nakręcało. Jej spojrzenie stało się inne, nieco bardziej wulgarne, nienaturalne. Jakby założyła maskę. Nie przestając się dotykać, zdjęła stanik. Dobrze mieć rację. Jej cycki były anatomicznym kunsztem. Nie za duże, nie za bardzo sterczące, w sam raz. Ekstra. Powoli podeszła do mnie i zaczęła tańczyć niecały centymetr od moich kolan. Widząc moje zbliżające się ręce, delikatnie dała mi po łapach. Obróciła się tyłem. Widząc jej wirującą dupcię, nie mogłem się powstrzymać i zanurkowałem miedzy jej pośladkami. Odwróciła się i pogroziła palcem.

Jeszcze nie.

Jej palec pozostał  jeszcze kilka chwil w powietrzu, nie wiem ile konkretnie. Nie zauważyłem też, kiedy zsunął mi się ręcznik, którym byłem owinięty. Uzmysłowiła mi to diva, która co jakiś czas, niby niechcący,  trącała sterczący korzeń.

– Wstań. – Zaciekawiony co będzie dalej, podniosłem się z łóżka. Zamieniliśmy się miejscami. Teraz ja stałem, a ona siedziała. Sięgnęła pod poduszkę, jej ręka powróciła z małym kwadratowym sreberkiem. Niespiesznie rozerwała opakowanie i wyciągnęła prezerwatywę. Spokojnie nakładała na mój nabrzmiały organ. Fiut powoli zniknął w jej ustach, jej głowa wykonywała minimalne ruchy, ale usta sprawiły, że musiałem stawić czoło (no może niekoniecznie czoło) nowej fali doznań. Przestała.

– Chcesz mnie zerżnąć, czy… – Ta..k. – chciałem odpowiedzieć – czy chcesz się ze mną kochać – dokończyła pytanie.

– Kochać – odpowiedziałem. – Zalotnie podniosła brwi – zerżnąć – poprawiłem się. Zaśmiała się. Zorientowałem się, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, nie w tym miejscu, nie w tym czasie. Przysunęła się na brzeg łóżka, uniosła nogi i ściągnęła majtki. Chciałem rzucić się na jej cipkę, chciałem ją pożreć. – My my – pokręciła przecząco głową. Uniosła nogi i wyprostowała je tak, że tworzyły literę V. Wszedłem w nią. Moje ruchy, początkowo chaotyczne, z czasem stały się miarowe niczym krok janczarów. Było po prostu nieziemsko. Oddech blondynki stawał się głębszy, głośniejszy. Posuwałem szybko i sprężyście, byłem w amoku. Zatrzymałem się na chwilę. Dziewoja sprawnie wysunęła mojego fiuta z siebie i odwróciła się na brzuch. Teraz od pasa w górę leżała na łóżku, a jej nagi swobodnie opadały na podłogę. Wszedłem w nią od tyłu. Teraz zacząłem spokojnie, ale każda minuta naszego stosunku pchała mnie w stronę chaosu. Moje ruchy coraz szybsze, coraz bardziej chaotyczne, pełne pasji. Oddech blondyny początkowo głęboki, stawał się krótszy, urwany,  w końcu zamienił się w pojękiwanie. Przez moment nasz akt tak nas pochłonął, że odeszło w zapomnienie gdzie jesteśmy, że każde z nas ma swoją rolę do odegrania. Liczyło się tylko, co było w chwili obecnej – ładunek doznań, który nieuchronnie musiał wybuchnąć. Nasze wyprostowane ręce złączyły się, uścisnąłem jej dłoń, oddała uścisk. Jej biodra zdawały się odpowiadać moim pchnięcium. Fala ekstazy nadciągała i nic nie mogło jej powstrzymać. Doszliśmy razem w akompaniamencie naszych urwanych krzyków. Poczułem jej skurcze na swoim…. Kiedy wstrząsnął nami ostatni dreszcz. Przywarliśmy do siebie. Pocałowałem ją w miejsce, gdzie szyja przechodzi w ramiona. Powoli uniosłem się i z niej wyszedłem. Spojrzałem na mojego najwierniejszego przyjaciela i nie wiedziałem co powiedzieć. Z mojego fiuta zwisał strzęp lateksu. Condom pękł. Diva odwróciła się i zobaczyłem przerażenie na jej twarzy. Usiadła okrakiem i zobaczyłem resztki mojego nasienia wypływającego z jej pochwy.

– O Jezu, o nie. – Jej głos zaczął się łamać. Zaczęła pochlipywać.

Jak to się stało? – Mój głos, może się nie łamał, ale sam słyszałem w nim panikę. Pierwszy raz w życiu pękła mi prezerwatywa i to jeszcze w takiej sytuacji. Owładnęły mną tysiące czarnych scenariuszy. Nie wiedziałem co zrobić. Chciałem stąd jak najszybciej uciec.

– Fuck, lałeś we nie i nie czułeś? – Wyrzut w głosie dziwki, dolał oliwy do ognia.

I co teraz? Czy za to jest jakaś dopłata? – Nie wiem skąd przyszło mi do głowy tak kretyńskie pytanie. Szybko się ubrałem i zacząłem nerwowo chodzić po pokoju, zerknąłem na okno, którego do tej pory nie zauważyłem. Nie jest wysoko, w razie czego… – pomyślałem.

– Co? Nie. Ale..Boże!? Nie jesteś na nic chory?

Nie.

Na chwile zapadło milczenie. Oboje dokończyliśmy ubieranie.

– Czy z powodu tego wypadku będziesz miała jakieś nieprzyjemności? – Nie wiedziałem co powiedzieć, było mi jej szkoda, choć siebie było mi szkoda bardziej. Nieciekawa sytuacja.

– Nie, mamy okresowe badania, jeśli którejś wyjdzie coś nie tak, to musi odejść. Jeśli pojawiłaby się ciąża, dostajesz adres lekarza i tyle. Na pewno nic nie masz?

Na pewno.

Okazało się, że to jej pierwszy tydzień w pracy. To tłumaczyło dlaczego jej zachowanie sprawiało wrażenie nakładania maski. Wymiana kilku zdań, otworzyło się między nami pewne okno porozumienia, zaczęliśmy rozmowę. Jedyną w swoim rodzaju. Coś więcej niż rozmowa przyjacielska, coś więcej niż wizyta u terapeuty, czy spowiedź. Ktoś, kiedyś powiedział, że to u dziwki mają miejsce najbardziej szczere i terapeutyczne rozmowy, to prawda. Opowiedziała mi o sobie, jak trafiła tu za pośrednictwem koleżanki, że jej się jak na razie podoba, że rzuciła policealną szkołę farmaceutyczną. Ja opowiedziałem jej o tym, że zaczynam studia, że jestem zakochany w koleżance z liceum i w związku z tym jestem nieco bezradny. Dziwne, ale była pierwszą i jedyną osobą, której przyznałem się do mojej bezradności uczuciowej, przyznałem się do tego, że tak w głębi serca boję się, tego, że zostanę odtrącany. Na rozmowie minął czas, jaki nam pozostał. Jej diagnoza była wygłoszona ciepłym przyjacielskim głosem, ale nie brzmiała dla mnie pocieszająco. Udzieliła mi wtedy lekcji, prawdziwej i przydatnej, choć wtedy ją zanegowałem.

Jeśli dziewczyna nic do ciebie nie czuje, to nie będziecie razem i nic na to nie poradzisz. Musisz się z tym pogodzić. – Jej spojrzenie było koleżeńskie, nie było w niej nic z profesjonalnej kochanki. Powiedziała to tak po prostu, ot koleżeńska rada.

Przyznałem się jej, że tak naprawdę nie wiem co tutaj robię. Dla mojej rozmówczyni sytuacja była prosta, moje zafascynowanie burdelowem, było moją pokrętną drogą na znalezienie miłości.

Dopiero zaczynasz życie, jesteś sam.  Teraz jesteś zakochany w tej dziewczynie z liceum, ale zobaczysz, poznasz inną, w której się zakochasz równie mocno i wtedy nie będziesz chciał odwiedzać agencji.

Nie wiem ile rozmawialiśmy, dziesięć, może piętnaście minut. Stukanie do drzwi było sygnałem, że już czas.

Oboje wstaliśmy, coś się zmieniło. Popatrzyliśmy sobie w oczy. Zbliżyła się do mnie pocałowała mnie w policzek.

Było mi z tobą dobrze. Pa.

Cześć.

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, musiałem ochłonąć. Do mieszkania miałem spory kawałek, ale nie brałem taksówki. Nie przerażała mnie już nieciekawa okolica ani długa droga do mieszkania.  To był jeden magicznych  momentów w życiu, gdy nic nie może się stać. Otaczała mnie niewidzialna aura niczym bańka mydlana, która chroni. Dotarłem do mieszkania sporo po północy.

Dopierdolą ci na mieście i tak rozpoczniesz studiowanie. – Misza okazał mi swoją troskę.

Za jakieś dwa tygodnie spotkałem chłopaków.

I jak byłeś w tym burdelu? – To pytanie było pierwsze.

Byłem – odparłem tak po prostu

Taa, byłeś – drwiąca mina Lukiego nie zrobiła na mnie wrażenia. – Wziął numer, żeby przyszpanować, jakie ma kontakty w mieście.

Nic nie odpowiedziałem, uśmiechnąłem się tylko. Wiedziałem, że jesteśmy z różnych planet i nic tego nie zmieni.

Co do licealnej miłości, miała rację…