Ulicznice w wielkim mieście cz. 2

Kuba z Edytą wrócili. Radośnie przywitanie, w ruch poszły piwa i chipsy. Nareszcie! Nasze spotkanie doszło do skutku. Cieszyłem się szczerze i bardzo. Oni też. Nie na darmo wiek dwudziestu lat jest wspominany w wierszach, piosenkach i prozie. To jest, to jest po prostu szczęście. Składową tego szczęścia są takie właśnie relacje – młodzieńcze przyjaźnie. I choć życie weryfikuje je najczęściej negatywnie, to w tym konkretnym czasie człowiek wierzy w te relacje. Poszedłem razem z Kubą i Edytą na domówkę. Morze piwa. Śmiech, flirty, nowe twarze, nowi znajomi, każdy młody  i na swój sposób ujmujący. Każda chwila była miła. Co chwila  uścisk dłoni z kimś nowopoznanym, wypity kieliszek wódki pod nową znajomość.  Z głośników podpiętych do stacjonarnego komputera na przemian leciały nowe hity ze starymi, sprawdzonymi szlagierami. Dopiero na studiach wyedukowałem się muzycznie. Wstyd się przyznać, ale wcześniej nie odróżniałem „Autobiografii” Perfektu od „Marchewkowego Pola” Lady Pank. W mieszkaniu było coraz więcej ludzi, Benny Benassi ze swoimi basami zdominował eter w mieszkaniu. Gdzieś po północy przyjechała policja. Do domu wróciliśmy nad ranem. Nie, nie poszliśmy spać, jeszcze rozmawialiśmy, Boże, jacy byliśmy wtedy szczęśliwi. Przed pójściem spać uścisnęliśmy się we trójkę, padło solenne przyrzeczenie: za rok albo jeszcze wcześniej znowu się spotkamy. I tak po wsze czasy.

Pobudka przed południem. To były te czasy, kiedy wódka szybciej wyparowywała, a energia życiowa pojawiała się zaraz po otwarciu oczu. Śniadanie, szklanka soku i kierunek miasto. Edyta pokazywała mi galerie handlowe, Kuba knajpy. Galerie mimo, że niby jedne z największych w kraju, to jednak nie zrobiły na mnie wrażenia. W końcu, to tylko obraz zubożenia duchowego człowieka. gdziekolwiek by nie były wybudowane, wszędzie wyglądają tak samo. Tak samo jak dzisiejszy człowiek, wszędzie tak samo marny. Edyta i Marcin mięli po raz kolejny drugą zmianę. Po obiedzie moja dwuosobowa ekipa zaczęła przygotowania do pracy. Zanim się zorientowałem, pijąc ich firmową colę, życzyłem im szybko lecącego czasu w pracy. Wracałem sam, nieco dokładniej przyglądałem się wystawom sklepowym, kiedy dotarłem do mojej kwatery. Było chłodniej. Wieczór rozpoczął swe panowanie nad krajobrazem. Położyłem się na wygniecionym, akademickim łóżku. Zamknąłem, oczy i zapadłem w lekką drzemkę. Nie był to głęboki sen, raczej coś w rodzaju czuwania. Nie wiadomo skąd znalazłem się w autobusie. Jechałem tym samym autobusem, co przed wczoraj. Tylko obrazy za oknem były inne. Jechałem przed pustkowie, może nawet pustynię. Nikogo nie wiedziałem, ale wyczuwałem, że autobus jest wypełniony podróżnymi choć dla mnie byli niewidoczni. Wiedziałem, że gdzieś zmierzam i cel mojej podróży zdawał się przysłaniać wszystko inne.

Otwarłem oczy. Potrząsając głową, starałem się pozbyć niemiłego uczucia, jakie mi towarzyszyło po przebudzeniu. Spojrzałem na zegarek w telefonie. Spałem półtorej godziny, za oknem niebo było granatowe i zdawało się z każdym kwadransem zmieniać na czerń. Opłukałem twarz i wyszedłem. Pora na moją podróż.

Dziś z daleka potrafiłem zauważyć ulicznice. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Już nie przejmowałem się ludźmi na ulicy, to tylko tło. Dziś wiedziałem czego chcę, finał mógł być tylko jeden. Podszedłem do wysokiej brunetki w pończochach, które znacznie bardziej przykuwały uwagę niż reszta jej garderoby. Pierwsze zderzenie.

– Hotel albo auto. Inaczej nie ma opcji.

Podziękowałem i poszedłem dalej. Nie dalej niż pięćdziesiąt metrów dalej stały dwie. Przeszedłem dalej. Nie chciałem żadnej zranić. No bo, którąś musiałbym wybrać, druga mogłaby poczuć się niedoceniona albo coś podobnego. Nawet w tym nieczystym światku zachowałem dziecinną prostotę i chęć nie robienia innym przykrości. Idąc dalej chodnikiem dotarłem do miejsca, gdzie wczoraj stała blondyna.  Dziś stały dwie, ta druga wyższa, ładna. Chwilę się wahałem. Kiedy starałem się rozstrzygnąć spór między mózgiem, a fiutem przy chodniku zatrzymał się czerwony opel. Wysiadła z niego niska, pulchnawa ciemna blondynka. W tandetnej dżinsowej spódniczce zaczęła się przechadzać tam i z powrotem. Los sprzyja gotowości umysłu. Podszedłem, okazało się, ze brak lokum, to dla niej nie problem.

– Poczekaj tu, Idę zanieść kasę i zaraz wracam.

Wróciła za dwie minuty. Dostrzegłem, że z pieniędzmi poszła do tego samego pojazdu, co jej koleżanka wczoraj. Odwróciłem się w kierunku przejścia dla pieszych, byłem przekonany, że idziemy, na lubieżne schody. Jednak nie.

– Chodź za mną. – Rzuciła z uśmiechem i weszliśmy do klatki, pięć metrów od miejsca, gdzie spacerowała. Nie bardzo wiedziałem gdzie zmierzamy. Może do jakiegoś mieszkania? Może gdzieś w piwnicy. O rany. Moja prywatna paranoja zaczęła podsuwać mi scenariusze godne Kinga. Niska diva z dużymi cycami rozwiała moje domysły.

– Tam z tyłu jest drugie wyjście z klatki, ale jest zamknięte i nikt nie chodzi. – Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Słaba żarówka oświetlała żółtym światłem klatkę o twarz divy. Dopiero teraz, nieco uważniej przyjrzałem się jej. Szeroka twarz, roześmiane oczy. Nie była typem divy, bardzo pasowała do obrazu pustej panienki, z prowincjonalnej dyskoteki, która pod wpływem trzech piw i jednego komplementu jest skora zatopić się w uroku chwili i rozłożyć nogi. Jej fioletowa bluzka ograniczała cycki. Wsadziłem pod nią dłonie i łapczywie ugniatałem całkiem pokaźne melony. Jej ręce zaczęły majstrować przy moim zamku, z którym dosyć łatwo sobie poradziła. Gorzej poszło z guzikiem, który był specyficznie przyszyty i odpięcie go „z drugiej”, strony mogło stanowić problem.

– Kto ci tak przyszył guzik? Pewnie mamusia, żeby niegrzeczne dziewczynki nie mogły się tam dobrać. – Dobry humor jej nie opuszczał.

– Poczekaj. – Sam odpiąłem guzik i moje spodnie opadły na podłożę. Zostałem w bokserkach, które rozciągał mój nabrzmiały organ. Ulicznica podciągnęła dżinsową spódniczkę i opuściła granatowe stringi.

– Poczekaj. – Zobaczyłem, jak urywa kawałek opakowania z condomu, myślałem, że to dla mnie. Opuściłem gacie w dół. Diva tym czasem nie zamierzała nakładać lateksowej peleryny na „mojego”. Wzięła nierozwiniętą gumkę w dłoń, pochyliła się i wsadziła w kroczę dłoń z gumką. Moja mina musiała mówić wszystko, bo popatrzyła na mnie i rzekła: – to takie dodatkowe zabezpieczenia. Sięgnęła po kolejną gumkę, ta wylądowała na korzeniu. Odwróciła się i oparła o ścianę. Ja tym czasem błądziłem dłońmi, po cyckach, brzuchu , udach, tyłku. W końcu wszedłem. Źle obliczyłem kąt i mało fiuta nie złamałem przy pierwszym pchnięciu. Musiałem zgiąć nogi w kolanach. Chwila chaotycznych ruchów i po wszystkim. Doszedłem, wyszedłem. Fachowo ściągnęła gumę i wytarła jeszcze sterczący maszt. Nie mogłem się powstrzymać i przejechałem ręką po jej podbrzuszu, poczym zanurkowałem w niej, wyczułem palcami na samym dnie lateks. Nie jestem jakimś fetyszem, ale tak chciałem po prostu sprawdzić , jak się TAM sprawy mają. Szybko opuściliśmy kamienice i każde poszło w swoją stronę. Wróciłem do akademika, moi się już doprowadzili do ładu po powrocie z pracy.

 – Gdzie się szlajasz? – Edyta wzięła mnie na spytki. Odpowiedziałem wymijająco. Nie było sensu opowiadać ani tłumaczyć. To były dwa różne byty. Moje życie na powierzchni i moje życie w zakazanym świecie.

Kolejna noc minęła na imprezowaniu. Następny poranek to już przejazd na dworzec. Pożegnanie i zajęcie miejsca w autobusie. Niemal całą drogę gapiłem się w szybę. To, czego doświadczyłem na schodach, w świetle przykurzonej żarówki, było niczym otwarcie wrót. Myślałem, że przez kilka miesięcy akademickiego roku – od jesieni do lata- poznałem tę krainę, że ją znam. Okazało się, że wciąż jestem debiutantem. Ta mroczna kraina, kryła jeszcze tyle nieznanego, że obietnica zapuszczenia się tam była silniejsza niż cokolwiek innego. Mroczna kraina wyciągała po mnie szpony. Łatwość, z jaką ulegałem każdemu instynktowi, była bezrefleksyjna. Tak, jakbym wypełniał swoje przeznaczenie. Coś we mnie mówiło mi, że to jeszcze nie koniec, że to nawet nie początek, to zaledwie uwertura, a właściwy koncert dopiero przede mną. To , co przeżyłem na wyjeździe, zapowiadało kolejne przygody. Wiedziałem, że szlak który wybrałem jest niewłaściwym, ale pokusa była zbyt duża, zrobiłem jeden krok  do przodu i to co zobaczyłem, zachęciło mnie do dalszego marszu. Nie wiedziałem, gdzie mnie to zaprowadzi, ale chciałem iść dalej.

Nigdy nie już nie odwiedziłem swoich znajomych. Rozstali się rok później. Jeszcze dobry rok dzwoniliśmy do siebie, później tylko na święta, aż w końcu nadszedł dzień, kiedy uświadomiłem sobie, że nie mam numeru telefonu ani do Kuby ani do Edyty. Edyta podobno wyjechała do Glasgow do siostry, tam założyła rodzinę. Kuba podobno rzucił studia i po powrocie w rodzinne strony rozpoczął pracę w wojsku. I pomyśleć, że kiedyś snuliśmy plany zdobycia świata, mieliśmy jeździć sportowymi furami, posuwać najlepsze laski – świat miał być nasz, tak samo jak miał należeć do setek innych rozmarzonych dzieciaków.

Kilka lat później, gdy już byłe wytrawnym graczem uratowałem Anię, która po seksie z Miszą nosiła w sobie…condom. Oboje spanikowali, bo uznali, że zniknął. Uśmiałem się i powiedziałem Miszy, jak ma zapuścić palce, żeby wyciągnąć gnoja. Dopytywał, skąd u mnie tak specjalistyczna wiedza, tylko się uśmiechnąłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *