Na haju

Od początku mojej edukacji wyższej minęły lata. Trzy, a może cztery. Było tak wesoło, tak intensywnie, że nikt nie liczył. To był magiczny czas, który zdawał się nigdy nie skończyć. Nasza, tak zwana, ekipa wykrystalizowała się. Byłem ja i Misza, był Przemo, Kamil nr 1 i Kamil nr 2. Byli też pozostali, ale my byliśmy czymś na kształt wewnętrznego składu. W tamtym czasie nasza egzystencja opierała się na wspólnym piciu, imprezach, niekończących się rozmowach, mniej lub bardziej udanych podrywach, krótszych lub dłuższych relacjach damsko męskich, ale przede wszystkim byliśmy MY. I choć z perspektywy czasu, muszę to stwierdzić, byliśmy po prostu jedną z wielu paczek znajomych, to byliśmy przeświadczeni o naszej wyjątkowości. Każdy z nas, choć nigdy tego nie wypowiedział, traktował NAS jako ekipę niczym słońce w układzie planetarnym, wokół którego kręcą się inne, mniej istotne ciała niebieskie. To były studia. Studia. Studia? Nauka, studiowanie, to był drugi plan naszego życia. Nigdy nie rozwiązałem tej zagadki: byliśmy bandą ignorantów, czy po prostu byliśmy typowym produktem systemu edukacji w naszym kraju. Wtedy nikt nie zawracał sobie tym głowy. Mimo totalnego nie uczenia się, każdy był przekonany, ze ma jakiś sposób na życie, że posiadł klucz, który zapewni mu wszystkie upragnione dobra. Ja przestałem sam siebie oszukiwać, że moje studia to etap prowadzący na Wall Street, do krainy wielomilionowych premii i drogich garniturów. Co ciekawe, mimo odpuszczenia tych marzeń, tkwiła we mnie jakaś niezidentyfikowana myśl, rodzaj przekonania, że będzie dobrze, że jestem niejako skazany na sukces. Kilka lat później, kiedy opadł kurz młodzieńczej zawieruchy, dotarło do mnie, że to wszystko było czymś na kształt bańki mydlanej. Bańki, w której wszyscyśmy żyli dzięki pieniądzom rodziców. Nasza wyjątkowość była cechą widoczną tylko w tej mydlanej bańce. Gdy bańka pękła, okazało się, że świat rzeczywisty jest nie tylko mniej kolorowy, jest wręcz szary, a my swoją szarością, i niewielką skalą przypominamy raczej wróbla niż orła. Szkoła życia, można by rzec. To wszystko: przemyślanie, gorzkie doświadczenia, było później, wtedy, w tamtym czasie nikt o tym nie myślał.

W naszym świecie od pierwszego roku obecna była marihuana. Trawa, ziele pokoju, ganjia, zioło, zielone. Taki rozkoszny bufor miedzy porządnymi ludźmi, a narkołykami. No bo wiadomo – twardsze narkotyki, lub inne narkotyki, to środki dla tych, którzy przekroczyli granicę, ale trawka, przecież to nic złego. Kamil nr dwa wiódł prym w zielarstwie. Lubił to, miał kontakty i rozeznanie. Być może swoją wiedzę i rozmiłowanie w trawce zawdzięczał kuzynowi, który mieszkał w Holandii, a może po prostu trawa była „czymś dla niego”. Popalaliśmy sporadycznie, czasem częściej, czasem rzadziej. Zawsze podobne ilości, czyli sztukę zakupioną od zaprzyjaźnionego dila.

Tego dnia było inaczej. Kamil nr dwa miał skręta. Poczęstował. To było mało. Pojawił się plan zakupienia czegoś więcej. Kamil wykonał telefon, po niespełna minucie obwieścił propozycję: dwie sztuki w cenie półtorej. Chwila wahania, zgoda. – Ale się upierdolimy. – Z tymi słowami Kamil poszedł po stuff.  Niedługo wrócił. Popatrzyliśmy na brunatno zielony susz. Kamil zaczął czynić honory. Rozkruszył część papierosa i wymieszał towar z tytoniem. Nabiliśmy lufę, która zrobiła rundę. Następnie skręcił kilka buntów. Do takiej ilości nie byliśmy przyzwyczajeni. Głupawka śmiechu zaczęła ustępować otępieniu i senności. W końcu nadeszła faza głodu. Kamil zamawiał pizze. Urocza pani zapytała o składniki. Każdy z nas mówił co lubi, Kamil przekazywał składniki miłej pani, jak skończył składać zamówienie popatrzył na nas.

– No to, kurwa, nas policzą za to zamówienie.

Misza popatrzył na niego z rozbawieniem, później na mnie. Zrozumiałem bez słów, wstałem.

– No, miło było. Zasiedzieliśmy się.

Wstałem, za mną wszyscy oprócz Kamila. Kamil mimo okupującego jego mózg THC myślał nad wyraz trzeźwo. Dopadł drzwi.

– Gdzie kurwa?! Nikt nie wychodzi dopóki nie przyjedzie pizza. Nie zostanę z gigantycznym zamówieniem jak głupi ciul.

Salwa gromkiego śmiechu, która zawstydziłaby odgłosy wojskowego poligonu, wypełniła mieszkanie. Oczywiście nie zostawilibyśmy kolegi, ale spontaniczny, żart wydawał się pyszny. Oczekiwanie na jedzenie spędziliśmy wciąż paląc i rozprawiając, czy dostawca pizzy do tylko dostawca, czy można go nazwać ekspedientem. Po kilkudziesięciu minutach dostarczono pizze. Właśnie resztki trawy ginęły w naszych płucach. To było nieco za dużo jak dla nas. Okazało się, że mimo potwornego głodu, zjedzenie pizzy było nie lada wyzwaniem. Rozkoszny nastrój po zjedzeniu kawałka pizzy ustąpił zamuleniu i senności tak wielkiej, że nikt nie mógł się jej oprzeć.

Po pierwszej fali senności każdy znalazł kąt w którym rozkosznie usnął. Mnie też opanowała senność, ale na krótko. Nieoczekiwanie poczułem taki skok libido, że nie potrafiłem popaść w odrętwienie. Co ciekawe mogłem zadzwonić do Emilii, do Kaśki albo do Karoliny. Z dużym prawdopodobieństwem gdzieś znalazłbym ujście dla swej chuci. Ja jednak potrzebowałem czegoś więcej. Byłem totalnie upalony, jednak coś we mnie działało o wiele mocniej niż THC. Jakaś siła kazała mi wyjść na zewnątrz. To było coś, czego nie potrafiłem opanować, coś, co mnie opanowało, opanowało i władało mną niepodzielnie. Ubrałem się szybko i wyszedłem na zewnątrz. Jesienna aura nie pomogła w otrzeźwieniu. Byłem jak w akwarium. Kilka numerów w telefonie i skrawek papieru z ogłoszeniami towarzyskimi. Szedłem przed siebie i trzęsącymi się rękoma wybierałem kolejne numery. Ciągle to nie to. Adresy były za daleko, a ja potrzebowałem tego teraz. Ręce nie przestawały się trząść, cały zacząłem drżeć. Pomyślałem, że jestem jak menel, który prosi o dwa złote, bo go rwie i choć inni patrzą na niego z rozbawieniem lub pogardą, to on cierpi i choć świadom swojego upodlenia, to nie może inaczej. Naszła mnie fala refleksji na swój temat. Popatrzyłem na plakat szkoły tańca. Miałem się tam zapisać. Trzy lata temu. W ogóle, zaczynając studia miałem same ambitne plany, nie tylko związane z karierą, ale z szeroko pojętym samodoskonaleniem. Miałem zapisać się na tańce, języki obce, siłownię, jakiś sport walki. Nic z tego nie wyszło. Żeby było śmieszniej ja na to wszystko miałem fundusze i czas. Jedynym elementem brakującym były moje chęci i konsekwencja. Nic z tego nie wyszło. Gdzieś to wszystko się rozmyło. Spojrzałem na swoje odzienie. Nie zmieniałem go do dwóch sezonów. Kupowałem coraz tańsze rzeczy, a jeszcze nie tak dawano temu każdy sezon zaznaczał się czymś nowym w mojej szafie. Czemu się to skończyło – odpowiedź jest prosta. Seks. Seks potrafi być napędem, motorem, który pcha ku lepszej wersji siebie. Problem pojawia się wtedy, gdy już ma się seks. Człowiek, który…A tam kurwa człowiek?! Ja. Będąc przysłowiowym, mówię przysłowiowym, bo nigdy nie miałem problemów z cerą, pryszczatym małolatem, który bzykał raz na rok, szukałem przyczyny. Dlaczego tak mało? Może złe ubranie? Kupmy nowe. Może nie jestem wystarczająco przystojny, zbudowany, elokwentny? Zapiszę się na języki, siłownię itd. Słowem braki w życiu seksualnym czyniły mnie lepszą jednostką w społeczeństwie. Problem pojawił się, gdy seksu było pod dostatkiem. Zaczęło do mnie dochodzić, że ta cała otoczka jest nie tylko nie potrzebna, ale wręcz zbędna. Powoli rezygnowałem ze wszystkiego. No po co mi cokolwiek, skoro wiem, że zarucham? I w ten oto sposób miałem na sobie wszystko sprzed dwóch sezonów. Błędnym spojrzeniem ogarnąłem krajobraz, kolejny telefon. Okazało się, że to Aleja…nie tak znowu daleko. Ruszyłem jak w transie. Nie pamiętam ile szedłem, ani jak dotarłem. Trzy białe bloki oddalone skwerem od głównej jezdni, stalowe niebo i ja mijający z czymś na kształt obłędu w sobie ludzi wokół. Tak wyglądała miejska sceneria. Kiedy znalazłem się w klatce, wziąłem głęboki oddech, nie poczułem zapachu klatkowej stęchlizny, który z reguły towarzyszył takim wyprawom. Windą wjechałem na właściwe piętro. W mieszkaniu otworzyła mi kobieta ubrana w coś pośredniego  między czarną halką, a nocną koszulą.