Kaja

Powoli podnoszę się z łóżka. Niezdefiniowany ciężar w głowie nakazuje ponowne położenie się na wygniecionym wyrku. Wiem, że to nic nie da. Siłą woli trzeba wstać. Alkohol nie chce opuścić organizmu i dopiero teraz dopełnia reszty spustoszeń.  Mój mózg wciąż wysyła impulsy, które świadczą, że wypiłem za dużo. Leżę na jednoosobowym tapczanie, leniwie unoszę powieki. Jest to o tyle uciążliwe, ba nawet bolesne, że z każdym ruchem powiek w mojej głowie na przemian odbywał się chór diabolicznych dźwięków i tętent przypominający galop stada koni. Jeden z najgorszych poranków. Kiedyś poratowałem menela piątką. Zrobiłem to, bo ujął mnie szczerością obwieszczając, że kac morderca nie ma serca.  Patrzę na swój pokój, gdzie butelki i kartony po sokach o smaku jabłkowo-brzoskwiniowym tworzą instalację na miarę Pollocka.  Było grubo. Na kanapie, tuż przy ławie śpi Kapitan Planeta. Jest sobota. Właściwe nie było w tym nic nadzwyczajnego, ani w sobocie, ani w poranku. Wczorajsza noc i wieczór, a właściwie wieczór i noc, to też kolejny szablon. Scenariusz filmu klasy b, który jest do przewidzenia.

Zawsze zaczyna się od telefonu. Telefon Kapitana, odwiedziny z butelką wódki i szybki rajd do nocnego po kolejne butelki. Ostatnie, co nastąpiło, to moje zaciśnięte powieki i niema modlitwa o szybki sen. Mimo, że leżałem nieruchomo, to żołądek wariował zupełnie, jakbym leżał na gigantycznym hamaku. Pijacko-nadludzkim wysiłkiem wstaję. Na tekturowym talerzyku leżą nieco już przywiędłe ogórki konserwowe z pobliskiego dyskontu. Siadam przy stole. Palcem dociskam żółte okruszki po chipsach, które zostały na arcorocowym talerzu. Podnoszę palec do ust. Słony, chemiczny smak chipsa zdaje się pobudzać. Przełykam ślinę. Boli. Jednak nie pomogło. Wczoraj, siadając do pierwszej flaszki z Kapitanem miałem nadzieję, że przepłukanie gardła czystą, pomoże. Jednak nie pomogło. No właśnie, co z Kapitanem? Kapitan leży przykryty beżową narzutą. Usłyszał mnie i odwrócił się, patrzy na mnie nieprzytomnym wzrokiem.

– Nie dam rady się podnieść, niezła banioszka była.

– Leż chłopaku, leż. – Wierzę, że zaniemógł, niech leży. Wracam do siebie. Patrzę w okno. Słońca gdzieś przepadło, tylko chmury i kołysane zimnym wiatrem gałęzie, które o tej porze roku bardziej przypominają kikuty chromych olbrzymów. Hełm utkany z bólu skutecznie tkwi zatknięty na mojej głowie. Zapowiada się letarg, tak charakterystyczny dla pijackich poranków, tak nieskutecznie odstraszający od ponownych pijackich wieczorów. Dosłownie przez ułamek nanosekundy pojawia się myśl.

(dwa tygodnie wcześniej)

Strona dostarczyła nowych ogłoszeń. Z zainteresowaniem śledziłem nowinki i opinie Szwagrów. Szczupła dziewczyna na fotografii  wykonanej jakby w studiu fotograficznym. Bez niepotrzebnej golizny, be niepotrzebnej obsceny. Jedynie zarys szczupłej figury na ciemnym tle. Wybór padł na nią. Odwiedzę ją kiedyś, przy okazji, ale będzie to na pewno. Według relacji Szwagrów, przyjmuje niedaleko mojego wydziału.  Jak się okazało kiedyś, przy okazji nastąpiło wcześniej, niż myślałem. W trakcie przerwy w zajęciach zadzwoniłem, Istotnie, diva o pseudonimie banalno-artystycznym Kaja, przyjmowała niedaleko.

Po zajęciach, niezdarnie próbowałem walczyć z zimnym wiatrem. Zawsze tak jest. Co roku. Nie potrafię dobrać odzieży do pogody. Moja kurtka jest albo za cienka albo za gruba. Teraz była za cienka. W dodatku, nie miałem czapki, walczyłem jak mogłem. Pochylony, z głową do przodu parłem na przód, starałem się przebić głową niewidzialne, wietrzne ściany. Moja ręka powędrowała do kieszeni, musiałem sięgnąć po chusteczkę, bo zacząłem coraz częściej i głośniej pociągać nosem. Kiedy zwolniłem kroku, żeby móc skorzystać w końcu z chusteczki, dostrzegłem dziewczynę idącą w moją stronę. Również zwolniła i wyciągnęła chusteczkę. Okazało się, że w smarkaniu jesteśmy w stu procentach kompatybilni. Zauważyliśmy to oboje, nasze spojrzenia spotkały się. W naszych oczach zagościły iskierki uśmiechu. Trwało to może trzy sekundy. Minęliśmy się, każde z nas poszło w swoją stronę. Udało mi się dotrzeć do tunelu. Korzystając z chwilowej ciszy i braku przenikającego wiatru, ponownie zadzwoniłem do divy. Mogłem bez problemu przyjść. Blok, gdzie miała swoją pracownię był trzysta metrów dalej. Postawiłem kołnierz kurtki, choć i tak wiedziałem, że nie ma szans, aby ochronił mnie przed zimnem, wyszedłem z tunelu i poszedłem dalej. Przeciąłem plac zabaw i wszedłem między bloki. Szedłem wzdłuż bezbarwnego teraz żywopłotu i za chwilę zobaczyłem numer na bloku. Metaliczny brzęczek domofonu, odliczenie kasy, jeszcze na klatce i szybka wspinaczka na drugie piętro.

W ciemnym przedpokoju, który oświetlony był tylko światłem docierającym z okien dwóch pokoi, bo bokach, przywitały mnie dwie młode divy. Pierwsza, z delikatnym nadmiarem kilogramów, w żółtej bluzeczce i chyba granatowych dresach, była ładna. Ciemne włosy, sympatyczny, szczery uśmiech. Druga była divą ze zdjęcia, poznałem po figurze. Kaja. Szczupła, wiotka, o brązowych oczach, stała tylko w bieliźnie.  Fioletowy stanik, i różowe figi.  Fotografia to zadziwiająca dziedzina. Zdjęcie, które uruchamiało wyobraźnię i kierowało w stronę wyrafinowanego smaku, okazało się arcyoszustwem. Stał przede mną symbol kobiety określanej jako dyskotekowa szmata. Dziewczyna, która każdy chce zerżnąć, ale nie każdemu jest to dane.  To dziwne połączenie wyobrażenia i realizmu tworzyło wabik. W Kai nie widziałem niczego szczerego, jej uśmiech był sztuczny, podobnie, jak cała ona. Twarz pod makijażem, skóra, szczelnie pokryta solaryjną opalenizną.  Trudno określić rodzaj jej atrakcyjności. Z pewnością daleko jej było do czarującej, zmysłowej, czy uroczej. Emanowała wulgarnością. Była tym typem dziwki, której obraz, najczęściej pojawia się w zbiorowej wyobraźni. Żeby było ciekawiej, to istotnie działało.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *