Cycatka cz. I

Miała nick „cycatka”, nigdy nie spytałem skąd pomysł na taki właśnie, powiedzmy, pseudonim artystyczny. Jej piersi niczym się nie wyróżniały, raczej średniej wielkości, lekko obwisłe, może po porodzie albo po prostu, ugniecione przez tysiące rąk. Może jej cycki nie były czymś wyjątkowym, ale ona sama była na swój sposób inna niż reszta. Oliwkowa cera, naturalnie kręcone włosy, które zawsze lekko w nieładzie dawały do zrozumienia, że ich właścicielka jest na tyle pewna swej urody, że nie musi się pindrzyć przed lustrem godzinami. I oczy, oczy w kolorze mlecznej czekolady Wedla dopełniały zjawiska. Jeśli dodać jej średniej wielkości cycuszki i odrobinkę za szerokie biodra to ujrzymy kobietę o nad wyraz egzotycznej urodzie. Była jedną z pierwszych div, które odwiedziłem po odkryciu magicznego świata Strony i Forum. Była jedną z pierwszych, którą odwiedziłem nie jako debiutant, ale jako Szwagier. Gdy w pamiętny wieczór przejrzałem Stronę, wiedziałem, że nie będzie to długo trwało, gdy wejdę w ten świat. I nie trwało. Dwa dni później spacerowałem po mieście, kiedy nieudolne zakupy zaczęły mnie nużyć, sięgnąłem telefon i wybrałem w pamięci numer. Było to dla mnie tak oczywiste, jak czynność oddychania. Skoro odkryłem tę krainę, nie mogłem odejść obojętny, to się nie mogło tak skończyć. Każdy ma swoje przeznaczenie, każdy ma to coś, drogę, szlak cel. Moim było burdelowo, i choć brzmi to nierealnie, ja od zawsze wiedziałem, że to jest mój świat, po prostu, jakbym z tą myślą przyszedł na świat.

Idąc spokojnie po szarej, chodnikowej kostce, słuchałem kolejnych sygnałów w telefonie, w końcu odezwał się głos, który niczym szczególnym się nie wyróżniał, po prostu, należał do kobiety.

– Halo? – odezwał się w końcu kobiecy głos.

Szybko rozejrzałem się wokół, czy nikt nie idzie zbyt blisko mnie i grzecznie powiedziałem w jakiej sprawie dzwonię. Odpowiedziała gdzie przyjmuje, ile liczy sobie za spotkanie i czego mogę oczekiwać za te pieniądze. Nawet się ucieszyłem, bo okazało się, że mieszka, czy też pracuje niedaleko adresu, gdzie razem z Miszą wynajmowaliśmy mieszkanie. Los sprzyja gotowości umysłu. Idąc do mieszkania zawitałem na ulicę, którą podała mi diva. Byłem zadowolony. Zawróciłem o sto osiemdziesiąt stopni i radosnym korkiem rozpocząłem marsz w kierunku nowych doznań. Mijani ludzie zdawali się być mniejszymi niż byli, moje pole widzenia ograniczyło się tylko jednego celu, adresu z divą. Chodnik przybrał kształt aerodynamicznego tunelu, na jego końcu już widziałem otwierający się świat. Szedłem około pół godziny. Gdy już znalazłem się w pobliżu ulicy zadzwoniłem. Wszystko w porządku, mogłem ją odwiedzić. Podała numer bloku. W końcu znalazłem się na wymarzonej ulicy. Uważnie szukałem podanego numeru. Jeden blok, kolejny, dotarłem do skrzyżowania. Kolejny blok, sklep. Popatrzyłem na numer który widniał na przerdzewiałej, odrapanej tabliczce. Za daleko zaszedłem. Wróciłem się, ostatni blok przed skrzyżowaniem opisany był numerem za małym. Uważnie rozejrzałem się po osiedlu, no przecież musi gdzieś być – pomyślałem. Jeszcze raz przeszedłem przez przejście, obszedłem sklep dookoła, nic z tego. Za niewielkim zieleniakiem była mała uliczka, a wręcz uliczyna, to już inna ulica. Poszedłem wzdłuż głównej alei cały czas prosto, numery rosły, rosły, a po „moim” bloku nie było śladu. Zawróciłem. Po raz kolejny wyciągnąłem telefon. Usłyszałem, że to bardzo duży blok, w pobliżu skrzyżowania, na pewno znajdę. Nigdzie, jakby wyparował albo zapadł się pod ziemię. Niewinne odwiedziny u kurewki zaczęły przypominać jakąś szaloną wyprawę po złote runo. Do pewnego stopnia sprawiało mi to frajdę, takie szukanie adresu, zupełnie jak zuch zdobywający sprawność tropiciela śladów albo tajny agent (wiem, że pisałem o tym wcześniej, ale naprawdę, sprawiało mi to nieziemską frajdę). Kilkanaście metrów dalej stały blaszane budki, stragany, pomyślałem, ze tam mi ktoś podpowie. Siwa kobieta o żywym uosobieniu, była przekonana, że to po przeciwnej stronie ulicy, jaj łagodny mąż nie był pewien.

– A co tam jest? – Zapytała kobieta.

– Nic, koleżanka tam mieszka. – odparłem szybko. – przez moja głowę przemknęła mi figlarna myśl, żeby odpowedzieć: – zakamuflowany burdel, idę poruchać – ciekawe jakby zareagowali.

– To niech koleżanka wyjdzie po kawalera. – Kobietę nie opuszczał dobry nastrój.

– No niestety, leniwa jest. – Odpowiedziałem z uśmiechem i poszedłem z powrotem na przejście dla pieszych. W ciągu godziny przeszedłem to przejście tyle razy, że ludzie stojący na przystanku obok, zaczęli na mnie zerkać, jak na jakiegoś cudaka. Chyba za piątym połączeniem Cycatka naprowadziła mnie na właściwy trop. Za sklepem przy skrzyżowaniu był tunel, trzeba było nim przejść i dopiero wtedy zrozumiałem, basen, biurowiec i sklep, a za nimi sprytnie ukryły mrówkowiec, którego od godziny szukałem. Szara płyta, połączona w monstrualnie długi budynek mieszkalny, typowo socjalistyczny twór. Twory takie można było spotkać wszędzie, w każdym mieście. Pierwsza klatka, patrząc na plakat reklamujący szkołę tańca, po raz kolejny podniosłem słuchawkę do ucha. Wcisnąłem przycisk domofonu, drugie piętro, drzwi obite boazerią, która swój kolor przegrała w starciu z czasem. Pukam, dźwięk, jaki słyszę każe mi przypuszczać, że deseczki na drzwiach nieco wyschły, przez co wytworzyła się pewna przestrzeń między nimi, a właściwymi drzwiami. Otworzyły się drzwi, w ciemnym przedpokoju zobaczyłem kobiecą sylwetkę, która zaprosiła mnie do środka. Zaprowadziła mnie do pokoju, w którym stało łóżko, a okna choć miały firanki uzbrojone były w żaluzje. Rozebraliśmy się i zaczęliśmy figle w łóżku. Nie pamiętam tego pierwszego seksu z Cycatką, ale tak właśnie poznałem Cycatkę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *