Nieudolny romantyzm

Zawsze postrzegałem siebie jako romantyka. Od pierwszych nieudolnych zalotów do Kasi z III B (które zakończyły się spektakularnym fiaskiem) poprzez Martę, Dorotę, Beatę, itd. Wszelkie porażki tłumaczyłem sobie, że moje romantyczne uosobienie i wrażliwa dusza przegrały z bagnem powierzchowności. Tak było, nie wstydzę się tego, ale z czasem odkryłem libertynizm ze wszystkimi jego zaletami. I co ciekawe, zauważyłem, że w tych relacjach, które zakończyły się po mojej myśli (a nie zawsze po myśli drugiej strony) uznawałem się za libertyna. To doprowadziło do pewnych przemyśleń.  Ostatecznie doprowadziło to do równania:

NUEUDOLONŚĆ = ROMANTYZM

Myślę, że dałem się nabrać pewien fałszywy przekaz, który serwuje nam literatura i kultura. Chodzi o to, że każde perypetie damsko-męskie określa się mianem romantycznych. A czymże jest romantyzm? Prądem literackim, epoką literacka, modą dziewiętnastowieczną. Fakt, charakteryzuje go pewna specjalna wrażliwość, ale nie przesadzajmy. Ta nadinterpretacja romantycznych idei doprowadziła do tego, że każdą nieudolność towarzyską przypisuje się romantyzmowi, a co z sukcesami towarzyskim? No jeśli to też zasługa romantyzmu, to mamy logiczną sprzeczność.

A kiedy facet jest romantykiem? Kiedy jego manewry przybierają formę klasyczną. Delikatny komplement, drobny upominek, przyjacielskie rozmowy i dyktowana rycerskim kodeksem natychmiastowa chęć pomocy (niczym Kaczyński w stosunku do Ukraińców). Aha i najważniejsze czeka aż kobieta będzie gotowa na TO. Innymi słowy gra asekurancko, gra żeby nie przegrać, a nie żeby wygrać.

A kiedy facet jest bee? Kiedy mówi od początku co i jak, kiedy TO ma być raczej na początku niż na końcu, w końcu ceni siebie na tyle, że nie toleruje każdego szajsu ze strony kobiety.

A kiedy kobieta jest romantyczką? Po pierwsze gdy jest niezdecydowana, to zawsze jest syndrom wrażliwej duszy. Kiedy ( tu można wstawić dowolną cechę)

Może patrzmy na rzeczy takie jakie są i nie doprawiajmy gęby pięknym tradycjom literackim.

Zalety bycia niewidzialnym

Od dwóch miesięcy stałem się kolejnym prorokiem ruchu No Fapp. Na tę decyzję złożyło się kilka czynników, ale to  temat na inne rozważania.

Skoro w sposób świadomy i co ważne dobrowolnie wycofałem się z życia seksualnego na tej planecie, to tym samym musiałem się wycofać z przedpola krainy seksu, czyli życia towarzyskiego.

Co za tym idzie? Przede wszystkim przestałem bywać. Kluby, knajpy i kawiarnie. Poligon, i pole walki niezmierzonej liczby podrywaczy przestały mnie interesować. Swoją bytność ograniczyłem do wejścia po kawę na wynos lub szybkiego zamówienia śmieciowego jedzenia.

To oczywiście jest pierwszy krok. Kolejnym jest wygląd zewnętrzny. Nie oszukujmy się ubiór, kontakt wzrokowy, fryzura, wyraz twarzy (preferowany uśmiech), to wszystko przekłada się na towarzyski sukces. Ja za o wszystko podziękowałem. Fryzurę mam zaniedbaną – od trzech miesięcy nie byłem u fryzjera. Ubrania mam sprzed trzech sezonów i też ich nie wymieniam, zacząłem się ubierać w sposób niemal bezbarwny. Nie szukam kontaktu wzrokowego z kobietami. Po prostu jestem niewidzialny towarzysko.

To daje mi niesamowite pole obserwacji. Mogę iść przez miasto, jechać komunikacją miejską i jestem niewidoczny. Nie ma mnie. Idę przez miasto i mogę obserwować, to daje swobodę i skłania do przemyśleń…