Do obywatela Margot

Zobaczyłem go

niebinarny, pasywny, agresywny;

wojownik słusznej sprawy

Stop bzdurom!

Stanął do walki

cherlawy zakapior

nienawistne okulary i pustka

Stop bzdurom!

Potęga mediów

z niczego bohater

wojownik ciemiężonych genitaliów

Stop bzdurom!

Zbiórka pieniędzy

zamknięto Margota!

Ruszyli z pomocą genitaliści

Stop…Gdzie Margot? Gdzie Kasa?

Nie ma.

Nieudolny romantyzm

Zawsze postrzegałem siebie jako romantyka. Od pierwszych nieudolnych zalotów do Kasi z III B (które zakończyły się spektakularnym fiaskiem) poprzez Martę, Dorotę, Beatę, itd. Wszelkie porażki tłumaczyłem sobie, że moje romantyczne uosobienie i wrażliwa dusza przegrały z bagnem powierzchowności. Tak było, nie wstydzę się tego, ale z czasem odkryłem libertynizm ze wszystkimi jego zaletami. I co ciekawe, zauważyłem, że w tych relacjach, które zakończyły się po mojej myśli (a nie zawsze po myśli drugiej strony) uznawałem się za libertyna. To doprowadziło do pewnych przemyśleń.  Ostatecznie doprowadziło to do równania:

NUEUDOLONŚĆ = ROMANTYZM

Myślę, że dałem się nabrać pewien fałszywy przekaz, który serwuje nam literatura i kultura. Chodzi o to, że każde perypetie damsko-męskie określa się mianem romantycznych. A czymże jest romantyzm? Prądem literackim, epoką literacka, modą dziewiętnastowieczną. Fakt, charakteryzuje go pewna specjalna wrażliwość, ale nie przesadzajmy. Ta nadinterpretacja romantycznych idei doprowadziła do tego, że każdą nieudolność towarzyską przypisuje się romantyzmowi, a co z sukcesami towarzyskim? No jeśli to też zasługa romantyzmu, to mamy logiczną sprzeczność.

A kiedy facet jest romantykiem? Kiedy jego manewry przybierają formę klasyczną. Delikatny komplement, drobny upominek, przyjacielskie rozmowy i dyktowana rycerskim kodeksem natychmiastowa chęć pomocy (niczym Kaczyński w stosunku do Ukraińców). Aha i najważniejsze czeka aż kobieta będzie gotowa na TO. Innymi słowy gra asekurancko, gra żeby nie przegrać, a nie żeby wygrać.

A kiedy facet jest bee? Kiedy mówi od początku co i jak, kiedy TO ma być raczej na początku niż na końcu, w końcu ceni siebie na tyle, że nie toleruje każdego szajsu ze strony kobiety.

A kiedy kobieta jest romantyczką? Po pierwsze gdy jest niezdecydowana, to zawsze jest syndrom wrażliwej duszy. Kiedy ( tu można wstawić dowolną cechę)

Może patrzmy na rzeczy takie jakie są i nie doprawiajmy gęby pięknym tradycjom literackim.

Zalety bycia niewidzialnym

Od dwóch miesięcy stałem się kolejnym prorokiem ruchu No Fapp. Na tę decyzję złożyło się kilka czynników, ale to  temat na inne rozważania.

Skoro w sposób świadomy i co ważne dobrowolnie wycofałem się z życia seksualnego na tej planecie, to tym samym musiałem się wycofać z przedpola krainy seksu, czyli życia towarzyskiego.

Co za tym idzie? Przede wszystkim przestałem bywać. Kluby, knajpy i kawiarnie. Poligon, i pole walki niezmierzonej liczby podrywaczy przestały mnie interesować. Swoją bytność ograniczyłem do wejścia po kawę na wynos lub szybkiego zamówienia śmieciowego jedzenia.

To oczywiście jest pierwszy krok. Kolejnym jest wygląd zewnętrzny. Nie oszukujmy się ubiór, kontakt wzrokowy, fryzura, wyraz twarzy (preferowany uśmiech), to wszystko przekłada się na towarzyski sukces. Ja za o wszystko podziękowałem. Fryzurę mam zaniedbaną – od trzech miesięcy nie byłem u fryzjera. Ubrania mam sprzed trzech sezonów i też ich nie wymieniam, zacząłem się ubierać w sposób niemal bezbarwny. Nie szukam kontaktu wzrokowego z kobietami. Po prostu jestem niewidzialny towarzysko.

To daje mi niesamowite pole obserwacji. Mogę iść przez miasto, jechać komunikacją miejską i jestem niewidoczny. Nie ma mnie. Idę przez miasto i mogę obserwować, to daje swobodę i skłania do przemyśleń…

Taktyczny towarzyski papieros (zapiski niemłodego podrywacza)

Palenie jest bee, to już każdy wie. Ewenementem są gigachmury wypuszczane z elektronicznych papierosów, ale to temat na osobne rozważanie. Generalnie dym tytoniowy jednoznacznie kojarzy się z potem i odorem alkoholu. Palacze nie mają łatwego życia. A jednak.

Illustration With Cigarette And Heart On Grey Background. Graphic Design  Useful For Your Design.Red Heart Pierced By Burning Sigarette. Royalty Free  Cliparts, Vectors, And Stock Illustration. Image 37090000.

Zadzwonił do mnie Greg. Z Gregiem znamy się od lat kilku. Generalnie to zwryol i player, który na towarzyskim polu dwa razy mnie wykiwał. Za to go polubiłem i ceniłem. Tak pozostało do dziś. Nasza rozmowa zeszła na dupy. Konkretnie chodziło o nową koleżankę, którą Greg poznał w pracy, na papierosie. Palisz jeszcze? – Zapytałem, bo kiedyś obaj paliliśmy paliliśmy, ale on podobno rzucił.

– Nie palę, ale mam paczkę taką towarzyską, na wszelki wypadek. I tu zaczęła się nasza rozmowa o zaletach palenia, choćby spontanicznego.

W tym kraju ludzi poznajesz na wódce i na fajce. Taką mądrość kiedyś usłyszałem. Nie uważam, żeby było w tym coś złego, ot nasza kultura to kultura biesiadna i to wszystko. Nie jest ani gorsza, ani lepsza od innych kultur.

Papieros jest nieoceniony. W klubach, knajpach, barach i kawiarniach zawsze znajdzie się ten kącik, gdzie w oparach niebieskawego dymu można przełamać pierwsze lody. Z reguły scenariusze są podobne. Gdziebyśmy nie byli, czy przy stoliku, czy przy barze, czy na parkiecie, to wokół nas są ludzie, jeśli złapiemy z kimś kontakt wzrokowy, to już coś. Nie musimy gimnastykować się z rozpoczęciem rozmowy, w palarni takowa sama się toczy.

Kolejnym momentem są wszelkiej maści spotkania towarzyskie i służbowe, gdzie nie wszyscy się znają. Jeśli nie ma sposobności spokojnej rozmowy, to papieros jest doskonałym pretekstem. Co ciekawe, nie wszyscy muszą palić. Wystarczy, że palacz lub palaczka wychodzą zapalić i tu otwiera się sposobność dla drugiej osoby. Zasze można wyjść przewietrzyć się, do toalety lub gdziekolwiek.

Praca. To kolejne miejsce, gdzie na papierosie dowiesz się wszystkiego. Dosłownie wszystkiego. Począwszy od ploteczek towarzyskich na ruchach kadrowych skończywszy.

Papieros, nieodłączny towarzysz towarzyskich praktyk.

Mamy w ch$j czasu (zapiski niemłodego podrywacza)

Mała wódeczka z kolegami  z pracy zamieniłam się w trzy butelki 0,7 litra plus kilka piw i drinków. Po kolegów przyjechały żony. Niemłody podrywacz poszedł w miasto udawać kogoś, kim nie jest od dawna.

Najpierw undergrundowy klub. Wejście kosztowało kilkadziesiąt złotych. W środku czterech naćpanych kolesi i dwie (dosłownie dwie, bo nawet za barem stał facet) laski i ja – niemłody podrywacz. Energetyk za 20 PLN spowodował reakcje chemiczną w organizmie. Po dyskretnym pawiu opuściłem lokal.

Kolejny przystanek. Kilka knajp obok siebie. Alkohol zdążył spustoszyć mój organizm. Chodzę i szukam sam nie wie czego. Ostatecznie ląduję w knajpie, gdzie pytam o jedzenie. Pytam o jedzenie, bo dociera do mnie, że nie wtłoczę w siebie już nawet kropili alkoholu  i, po prostu, jestem głodny.

Ostatecznie dostaję tosty z dwoma abstrakcyjnymi figurami na kształt kopców, to keczup i majonez. Powoli przeżuwam i patrzę na lokal. Grupki młodych chłopaków i gdzieniegdzie pary. Mój Boże, jak znam te wszystkie manewry.  Obok mnie przy barze siada trzech młodych (i w tym momencie powinienem wystukać na klawiaturze jakiś rzeczownik, ale nie, pozostańmy przy przymiotniku „młodzi”). Jeden z nich ( na palcu ma obrączkę) jest wyraźnie smutny. Ten, który wygląda na najmłodszego pije piwo i łapczywie rozgląda się po lokalu. Najwięcej mówi ten średni.

Tosty są ciepłe i przyjemne w smaku, koncentruję się na ich smaku. Smak szynki i żółtego sera jednak nie pomaga, dolatują mnie strzępy rozmowy trzech młodzianów.

– Najważniejsze, to się nie martw.  – Mówi ten w środku.  –  Cokolwiek by się nie działo to pamiętaj, masz, mamy jeszcze w chuj czasu, wszystko możemy. Ile masz lat?

 – 27 – odpowiada ten z obrączką na ręku.

– 21 – odpowiada ten wyglądający na najmłodszego.  

 – No. Ja  mam 24, życie jest przed nami, jeszcze możemy wszystko.

Patrzę na nich i tak sobie myślę, co robiłem mając dwadzieścia jeden lat? Nie zauważyłem swojego oczka. Było gdzieś między Sylą – krótką ściętą trzydziestoparolatką, którą rżnąłem w motelu, Ulą koleżanką z akademika, której bierność w łóżku kazała poprzestać na manualnooralnych figlach i Zuzą rozkosznie nieletnim miksem punka i metalówy. Puknąłem ją pod mostem na pierwszej randce.

A co robiłem w wieku dwudziestu czterech lat? Hahah, byłem świadom swoich umiejętności jako podrywacz, ale głód czegoś więcej był mocniejszy niż zadowolenie z siebie, wciąż chciałem więcej. I tak leciały kolejne lata. Tak dobiłem do dwudziestu siedmiu lat. – Popatrzyłem na gościa z obrączką na ręku. – Tak, ja też wtedy mogłem się ożenić, ale nie zrobiłem tego. Wolałem nafaszerować pewną dziewczynę Postinorem i dwa tygodnie później udać, że nic się nie stało.

Rozmyślając patrzyłem na trzech młodych facetów, z których jeden starał się być mądrzejszy, niż w rzeczywistości był. Kiedy tak słuchałem jego spostrzeżeń, miałem ochotę podejść (złe słowo, bo siedzieli blisko) i, po spojrzeniu każdemu z nich w oczy, głośno i dobitnie stwierdzić: nie chłopcze, nie macie, a zwłaszcza TY nie masz czasu. Ten czas ucieknie ci szybciej niż myślisz. Wszyscy koledzy, których uszczęśliwiasz mądrościami znikną z pola widzenia, bo się ożenią i będą mieli dzieci. Zostaniesz sam z garścią sofizmatów, które z czasem zaczną tracić na wartości. I pewnego wieczora tylko one będą ci towarzyszyć w konsumpcji tostów.

Dojadłem tost i wyszedłem w ramiona wciąż chłodnej nocy. Po drodze zaczepiłem dziewczynę, prosząc o papierosa. Odmówiła, szybko dodałem, że papieros to tylko wymówka, podszedłem, bo ma ciekawą czapkę (faktycznie miała), usłyszałem jedynie

– Czekam na koleżankę, odejdź.

Kurwa, kiedyś wystarczył zalążek uśmiechu i byle jaki tekst. Rozmowa sama się toczyła, a dziś? Dziś pozostaje zimna noc i knajpiane tosty w bramie na Nowym Świecie.

Wziąłem taksówkę i udałem się spać. Czy to już koniec?

Dyskryminacja facetów

Nie jestem zdziczałym szowinistą (męskim), potrafię nawiązać dialogi staram się postrzegać pewne zjawiska z punktu widzenia drugiej strony. Moje liberalne podejście dalekie jednak jest od politycznej, czy też medialnej poprawności. Właśnie dlatego, że staram się mieć zdroworozsądkowe podejście, chcę stanowczo zaprotestować.

Zacznę do tego że, w mojej ocenie, mamy do czynienia z dwiema bańkami medialnymi. Bańka pierwsza to telewizja i media rządowe. Bańka druga to tak zwane środowiska TVN i Gazety Wyborczej. Odsuńmy spory polityczne, nie interesuje nas to. Spójrzmy na to z nieco innej strony. W cyfrowym wydaniu Gazety Wyborczej pojawiają się końcówki „x”, które stosowane są w trosce o osoby niebinarne, które nie mogą się zdecydować do jakiego rodzaju gramatycznego należą. W telewizji TVN pojawiają się feminatywy, których wcześniej nie było. Wszystko wskazuje na to, że idzie nowe.

Czy w tej trosce o to, by żadna z płci nie była pokrzywdzona ród męski nie poszedł w odstawkę?

Od około tygodnia korzystam z platformy Player. Filmy i seriale nie wzbudzają mojej fascynacji, ale programy (niektóre) ogląda się przyjemnie. Lubię Kingę Zawodnik i program z jej udziałem „Dieta czy cud”. I to mnie właśnie boli. Nie jestem jednym facetem na tej planecie, który ogląda ten program. W pracy całkiem sporo facetów zna Kingę i jej program. I co z tego?  Okazuje się, że część męska nie istnieje dla Kingi ani pani dietetyk. Obie panie zdają się nie dostrzegać, że istnieją inne płcie. W każdym programie zwracają się jedynie do kobiet. I w tym momencie należy zadać pytanie: o co tu chodzi? Czy możliwość doznania erekcji eliminuje mnie z grona widzów? Czy coś stoi na przeszkodzie, żeby ze wskazówek dietetycznych, przedstawionych w programie, skorzystał facet? Chyba nie.

To dlaczego jesteśmy dyskryminowani?

Częsty schemat, rzecz o filmach erotycznych

Zawsze interesowały mnie literatura i film erotyczny. No dobra pornograficzne też. Chciałbym być dobrze zrozumiany, tu nie chodzi jedynie o gołe baby. Interesowało mnie wszystko wokół  – przekaz poza obrazem, tło, pewien rodzaj filozofii tego zjawiska i wszystko pomiędzy.

Śmiem twierdzić, że obecne kino erotyczne to wydmuszka jak wszystko. Kino erotyczne zakończyło się ok roku 2013, ale o tym kiedy indziej. Znam, przejrzałem, obejrzałem, zapoznałem się z niezliczoną ilością tak zwanych filmów erotycznych. Ambitnych i tych mniej ambitnych (mnie ambitnych jest zdecydowanie więcej). Starych i nowszych. Amerykańskich, europejskich, polskich, azjatyckich, tych z kina głównego nurtu i tych, które z definicji są tak artystyczne, że nie nadają się dla szerszego grona odbiorców. I co? Nie da się nie zauważyć pewnego nad wyraz częstego schematu, który zdaje się wytyczać filmowy szlak.

Na początku niemal każdego filmu mam parę. Jest między nimi uczucie albo nie ma uczucie jedynie seks. Seksu jest dużo, jest namiętny, porywczy, dziki i spontaniczny. Film leci dalej, akcja zazwyczaj nie jest wartka, na chwilę seks staje nieco bardziej stonowany, by kilkanaście minut później (mówimy o minutach w czasie rzeczywistym, w filmie minęły tygodnie jeśli nie miesiące) wskoczyć poziom wyżej – pojawiają się elementy sado maso. Trochę przemocy, wiązanie, standard. Aha, musi pojawić się element biseksualny, zazwyczaj dotyczy kobiety, ale wiadomo czasy się zmieniają. W końcu dochodzi do momentu, kiedy albo następuje happy end (ok 20 procent tego typu filmów) albo zakończenie jest gorzkie. Co ciekawe rzadko zakończenie jest optymistyczne. I bęc! Koniec filmu. Kiedy po raz ostatni obejrzałem taki film, pomyślałem: co za kurwa utarty schemat. Ostatecznie jednak uznałem, że każda relacja, nawet ta najbardziej sztampowa, dla jej uczestników musi nosić znamiona wyjątkowości i może to właśnie chcą nam przekazać ludzie mieniący się filmowcami erotycznymi? Kto wie?

Czy NoFap uratuje świat?

Nie będę kłamał, przez ostatnie kilkanaście  lat trochę pobzykałem. Nie raz  i nie dwa nawet nieco perwersyjnie. Problemem jest to, że jak człowiek wsiądzie na tę karuzelę, to trudno z niej zsiąść. Na początku to jest nawet ciekawe i człowiek ma ochotę na to, żeby ta karuzela jeszcze przyspieszyła. Kiedy karuzela przyspiesza, to zabawa staje się jeszcze bardziej niesamowita i nie zauważamy momentu, gdy zaczyna się robić niedobrze, bo karuzela kręci się po prostu za szybko. I tu pojawia się problem. Nie jest to już fajna zabawa, pokręciliśmy się i chcielibyśmy zejść, ale nie ma jak, bo karuzela kręci się tak szybko, ba, ona zapierdala.  Pozostając przy metaforze z karuzelą, dochodzimy do takiego momentu, gdy kręcimy się już tak mocno, że ze dwa razy puściliśmy pawia, ale karuzela jest tak rozpędzona, że nie można z niej zejść.

Jeśli ktoś się pogubił, to przypomnę, że cały czas pisałem o seksie. Tak było. Moja egzystencja już dawno przeszła ponad podrywaniem, czy seksem komercyjnym. Wszedłem na całego w seksualny underground. Kina porno, kluby swingersów, cichodajki, pokątne szemrane peeshowy i sexshopy. Tak bardzo zabrnąłem w to wszystko, że przestałem zwracać uwagę na normalne kobiety. Co gorsza po drodze utraciłem umiejętność nawiązywania relacji. Tak jakby jakakolwiek zdrowa relacja z kobietą była zbędna. No bo po co? Skoro jestem w świecie przepełnionym doznaniami. Psycholog mój stan nazwał przebodźcowaniem, czyli stępieniem zmysłów na skutek zbyt dużej ilości bodźców. Przy okazji zasugerował terapię i wizyty raz w tygodniu, które miały wyprowadzić mnie na prostą (koszt całej takiej zabawy to grubo ponad 10 patyków, nie wspominałem mu o tym, że jakbym miał takie pieniądze pod ręką, to wykurwiłbym do Tajlandii, a nie na kozetkę).

Przypadkowo (to zawsze jest przypadek) natrafiałem w sieci na wzmianki o ruchu NO FAP. Początkowo mnie to rozbawiło, bo pomyślałem, że to jakaś krucjata marszczyfredziów, ale poczytałem, pomyślałem i nie jest to takie głupie. Okazuje się, że NO FAP (skąd fap, to każdy bawiący się ze sobą i słyszący odgłosy tej zabawy facet, powinien wiedzieć) to nie tylko zaprzestanie męczenia ptaka, to także wyzerowanie się ze wszystkiego. Porno, seks (w jakiejkolwiek formie), seksualizowanie, i wszelkiej maści świństewka. Czemu nie, podobno szczytem perwersji jest czystość. Zachęcają do tego świadectwa ludzi sukcesu. Steve Jobs podobno przez 340 dni nie był aktywny w tej materii, Mahomed Ali przez 763 dni, nawet 50Cent 263 dni trzymał ptaka w klatce, a Mike Tyson stwierdził, że nie robił żadnego bara bara przez pięć lat (5!) w co akurat powątpiewam. W sieci jest mnóstwo dzieciaków, które chwalą się miesiącem, dwoma, trzema, półroczem, czy rokiem bez stroszenia ogona. Pomyślałem, że czemu nie, ja też zacznę rok 2022 bez seksu i zobaczymy co będzie dalej.

Ostatnia odsłona początku cz. II

         Zaczynają się wykłady. Głos profesor Danuty rozbrzmiewa w sali. Siedzimy i słuchamy. Patrzę na okno, za nim, gałązka z kilkoma listkami figluje z wiatrem. Patrzę na zegarek, minęło trzy minuty. Dosłownie trzy minuty, a myślałem, że chociaż kwadrans. Czas, to oszukańczy skurczybyk. Staram się słuchać pani profesor. Może to w jakiś sposób wpłynie na postrzeganie czasu. Niestety meandry nauk ekonomicznych same z siebie zbyt ciekawe nie są, a psorka do wziętych retorów nie należy. Sam nie wiem, kiedy odpłynąłem. Popatrzyłem na Iwcię, Iwcia na mnie. Pojawiła się myśl, wspomnienia. Zupełnie jakby mój mózg, w trosce, abym nie zanudził się totalnie, podsunął mi barwne wspomnienia tego, co było, tego, co doświadczyłem, doznałem. Odpłynąłem. Zamiast notować, co wartościowsze słowa psorki, zacząłem pisać listę. Gdy skończyłem, spojrzałem – nieźle, ale mogłoby być lepiej. Errol Flyyn, siedząc kiedyś w restauracji z przyjacielem, spoglądając na przechodzące kobiety, zapłakał. Zapytany o powód płaczu miał odpowiedzieć: „nigdy nie będę miał mich wszystkich”. Tak, moja lista, mogła napawać dumą, mogła być powodem wstydu, mogła być powodem zazdrości lub współczucia, mogła przywołać wspomnienia powodujące erekcję, w końcu, mogło jej w ogóle nie być. A przede wszystkim mogła być znacznie dłuższa. Gra nigdy się nie kończy, zawsze chce się więcej.

Iwa, to nie jest taka zwyczajna kobieta, a może właśnie to kobieta, która w stu procentach jest świadoma swego kobiecego arsenału. Kiedy spojrzeć na Iwę, można ujrzeć farbowaną blondynkę z kilogramowym makijażem. Szerokie biodra czynią z niej „dupiastą blondynę z ekonomii”, tak jest nazywana na wydziale. To jest tylko powierzchnia, pod nią czai się prawdziwa lisica. Iwcia, jak sama opowiadała, ma dobry kontakt ze swoją babcią i, jak przypuszczam, to właśnie babcia wpłynęła na ukształtowanie Iwy. Jeśli przyjrzymy się zachowaniu tej dupiastej blondyny, to niczym panienka z dobrego domu przeniesionego z dwudziestolecia międzywojennego. Zawsze nieco nieśmiała, zawsze nieco spłoszona, swoją postawą ujęła część profesorstwa. Za tym nieśmiałym dziewczęciem kryła się zdeterminowana kobieta sukcesu, która miała jasno określone cele, a wszystko napotkane po drodze albo pomagało w osiągnięciu celu, albo było zbędne. Oczywiście, nie samym kobiecym arsenałem Iwcia dążyła do celu, kobiecy arsenał, to coś, co pomagało, ale Iwa była przede wszystkim pracowita. Zawsze ją za to szanowałem, bo ja sam nie potrafiłem wykrzesać z siebie nawet promila tej pracowitości. Podobnie było w tej chwili. Wszyscy nie potrafili ukryć swojego wisielczego nastroju, dodatkową godziną wykładu. Twarz Iwy wyraża takie samo uwielbienie, jak na każdych zajęciach. Perfekcyjna aktoreczka.

         Po wykładzie, który jakimś cudem, z trzema przerwami na kawę, minął, odprowadziłem Iwę na przystanek. Na rynku pojawiał się nowa sieć komórkowa, która swoją ofertą znokautowała konkurencję. Iwa była bardzo zainteresowana i do odjazdu jej autobusu rozmawialiśmy o ofertach, technice i ekonomii. Nowa sieć nie miała jeszcze rozwiniętych salonów dlatego Iwa, zamiast na tramwaj, czekała na autobus. Nasza rozmowa przeplatana z flirtem i podszczypywaniem, była przyjemnym spędzeniem czasu. Spojrzałem na Iwe. Gdybyśmy się kiedyś pobrali, to nasze dzieci usłyszałby sztampową bajkę, jak to mamusia i tatuś poznali się na uczelni. Tak było rzeczywiście, poznaliśmy się na schodach, Iwa szukała sali, ja grupy. Na pierwsze spotkanie dotarliśmy razem. I tak nasza znajomość się rozwijała. Iwa w końcu wsiadła do autobusu.

         Ruszyłem przed siebie. W głowie miałem dwa bieguny myśli: może tak, może nie. Sam nie wiedziałem, co zrobić. Znalazłem jakiś spleśniały numer, pewnie nieaktualny – pomyślałem. Zdzwoniłem. Jednak aktualny. Głos, który mógłby należeć do którejkolwiek kobiety na świecie poinformował mnie, co i za ile. Dowiedziałem się wszystkiego, wsiadłem do tramwaju, skasowałem bilet i gapiąc się na mijane drzewa, sunąłem do przodu. Dotarłem na docelowy przystanek, zacząłem rozglądać się za nazwą ulicy, którą usłyszałem w telefonie. Tak, dla sportu, przecież nie jest powiedziane, że muszę szukać akurat tego bloku. Jeszcze nie wiedziałem co zrobić. Wszedłem w osiedle i wtedy sobie przypomniałem, to właśnie tu, rok temu, wulgarna kurwa sponiewierała mojego druha i odstraszyła mnie na rok. No dobrze, to z pewnością tu, ale nie jest powiedziane, że to ten sam adres, przez rok dużo mogło się zmienić – pocieszałem sam siebie. Kiedy wchodziłem do klatki, byłem pewien, to ten sam adres. Trudno, teraz już nie ma odwrotu, jeśli zobaczę tę samą rurę, to zrezygnuję, przez rok na ekonomii coś w końcu wiedziałem o prawach konsumenta.

Otworzyła kobieta, która mogła być w moim wieku. Może kilka lat starsza, trudno określić. Młoda, szczupła, o nieokreślonej urodzie, raczej ładna. Zaprosiła mnie do pokoju. Wręczyłem jej pieniądze. Chwilę popatrzyłem na nią i poszedłem pod prysznic. Kiedy wróciłem, łóżko było zaścielone prześcieradłem, diva poszła się opłukać. Kiedy wróciła po kilku minutach, owinięta bordowym ręcznikiem, przyjrzałem się jej bardziej. Ciemna blondynka o przeciętnej twarzy, szczupła, zgrabna o niewielkich piersiach. Oboje położyliśmy się na łóżku, moje dłonie zaczęły wędrówkę po jej ciele, w sposób prosty, samczy, prymitywny. Piersi, brzuch, uda, ręka sięgnęła miedzy uda. Przesunąłem dłonią po jej wzgórku. Wygolone łono zdawało się obiecywać mającą niedługo nadejść rozkosz. Diva, początkowo bierna, zaczeła gładzić mnie po udzie. Rytmicznie, z mechaniczną systematycznością. Kiedy na moment przerwałem jej dotykanie. Podniosła się, usiadła na kolanach, w okolicach mojego krocza i pochyliła się. Położyłem się na plecach i patrzyłem w sufit. Jej usta objęły mój stojący organ. Przyjemne uczucie otulało mnie jak najdroższa pościel. Spojrzałem na nią, jej głowa unosiła się i opadała, spokojnie, miarowo. Uznała że to już. Założyła prezerwatywę i mnie dosiadła. Góra – dół, góra dół, nic się nie odzywałem, delektowałem się jej ujeżdżaniem. Jedną dłoń położyłem jej na udzie, drugą ścisnąłem pierś. Patrzyłem na jej twarz, bez żadnych emocji, pełen profesjonalizm. W końcu obie dłonie wylądowały na jej pośladkach. Przyspieszyła. Zaproponowałem zmianę pozycji. Ułożyła się na boku, a ja w nią wszedłem. Poruszając się powoli, napawałem  się jej ciałem. Skończyłem od tyłu. Runda druga, zaczęła się klasycznie, skończyliśmy na jeźdźca. Po wszystkim, usiedliśmy na łóżku. Powiedziała, że od dwóch lat jest w zawodzie, od pół roku w mieście. Nieco mi poopowiadała o swojej profesji.

– Każda dziewczyna (czyt. prostytutka) woli starszych. Można troszkę porozmawiać, poprzytulać się i zawsze lepiej zapłacą. Nie wymęczą tak dziewczyny, jak młodzi. Młodzi, zazwyczaj mają mało kasy, a chcieliby najlepiej od razu na pięć godzin brać dziewczynę.

Powiedziała mi o Stronie i Forum. Słuchałem z zainteresowaniem. Nie zdziw się, jak rozpoznasz tam którąś z koleżanek. – Zaśmiała się. Pożegnaliśmy się i wyszedłem. Czas minął.

Wieczorem, z głośnika leciały dźwięki najnowszej piosenki Nelly Furtado, a ja niemal zahipnotyzowany, przesuwałem pasek na stronie www. Patrzyłem na profile, zdjęcia, opisy, ceny, telefony kontaktowe. Następnie Forum. Wszystko przyprawiło mnie o ucisk w żołądku, z podniecenia. Oto patrzyłem na nowy szlak, krainę wprost przepełnioną doznaniami. Uzmysłowiłem sobie, że patrzę na możliwość realizacji chyba każdej zachcianki. Wtedy byłem przekonany, że stoję u progu cudownej krainy, młodzieńcza naiwność, zdawała się tak udekorować ten mikrokosmos, że nie zauważyłem bardzo istotnej rzeczy. Za tymi wszystkimi obrazkami, obietnicami, które patrzyły na mnie z monitora i które w dużej mierze sam sobie wykreowałem, była otchłań, otchłań ziejąca pustką. Tamtego wieczoru spojrzałem właśnie w tę otchłań, a ona spojrzała na mnie. Moja naiwność zaślepiła mnie na tyle, że patrzyłem w otchłań i jej nie widziałem, ja za to nie umknąłem jej uwadze.

Ostatnia odsłona początku

Wydarzenia letnich miesięcy, eskapady po ulicach obcego miasta, w pewien sposób nasyciły mnie. Przestałem odczuwać głód nowych doznań i czegoś nowego. Po powrocie do siebie, kilka tygodni później odwiedziłem divę, która zmasakrowała mojego fiuta, (linki). Przez kilka dni oglądałem poharatanego ptaka. To było za dużo. Zdecydowanie poczułem przesyt tymi wszystkimi doświadczeniami. Trzeba przysiąść, przystopować, dać na luz. Bilans i tak nie wyglądał źle. Na tle innych dwudziestolatków mogłem się poszczycić całkiem sporą listą pokręconych przeżyć. O! I właśnie ta refleksja popchnęła mnie do dalszych przemyśleń. Przecież chciałem normalnej relacji, zakochania, uczucia. Wciąż zakochany w Beacie, nie mogłem nie zauważyć Maskotki z wydziału . Jak każdy młody człowiek przeplatałem marzenia z codziennością.

Co ciekawe, wyrzuciłem z głowy wszystko co było. Byłem młody, a świat miał tyle do zaoferowania. Uznałem, że jest ok., zakazany świat ukazał mi  nieco swojej gęstej od doznań krainy. Wystarczy. Zdecydowanie, należało wrócić do normalnego świata.

Znowu byłem normalnym młodym człowiekiem. Moje wakacje minęły na wędrówkach po dziewiczych łąkach i strumykach. Chłonąłem piękno i dobroć natury każdą porą skóry. Byłem wolny. Rok akademicki, już kolejny, zacząłem z olbrzymim kopem energetycznm. Całą jesień, zimę i wiosnę żyłem studenckim życiem. Chodziłem na zajęcia, imprezowałem, żyłem. Z Miszą, zmieniliśmy status ze współlokatorów, na kolegów. Grupa osób, która trzymała się razem na wydziale i poza nim, w końcu wykrystalizowała się na kształt paczki. Zacząłem relacje, zwane studenckimi przyjaźniami (nie wiem, czy na całe życie, ale część z nich wciąż trwa). To chyba w tamtym okresie, po raz pierwszy na horyzoncie pojawiła się D. Na uczelni zaczął się niewinny flirt z Iwą. Do tego wszystkiego, nawet początkowo nielubiona ekonomia przyjęła nieco bardziej znośną formę. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Pewnie i, co ważne, radośnie kroczyłem, twardą, bo ubitą tysiącami stóp przede mną drogą młodości. Problem w tym wszystkim był taki, że gdzieś w samym środku mojego „ja”, tak naprawdę nie lubiłem tej ubitej drogi. Koniecznie chciałem iść po swojemu. Bez względu na cenę i ofiarę swojej prawdy chciałem szukać sam. Inaczej byłoby nie w porządku. Wobec losu, Boga, czy natury. Nie po to istniejemy, żeby przeżyć swoje życie pasywnie i asekurancko. Nawet, jeśli nasze życie okaże się pasmem przegranych, a nasze szlaki, zamienią się w wielki nic, pozostanie uczucie, że do końca byliśmy czemuś wierni. Być może ten pogląd  nie spotka się z pochlebnym przyjęciem w dobie mody na łatwe recepty i wprost wymuszonego poczucia szczęścia i spełnienia, ale nie ma łatwej gry.  To stek bzdur, że każdy może poprawić swój los. Co najwyżej możemy oprawić swój los, oprawić w ramki niby szczęścia, niby spełnienia, niby uśmiechu.

         Minął prawie rok. W odwiecznej sztafecie  lato zaczęło odbierać pałeczkę wiośnie.  Ciepło za oknem rozleniwiało coraz bardziej i bardziej. Zostało tylko trzy godziny wykładu, co w porównaniu, do pogody na zewnątrz wyglądało blado. Trzy godziny z panią profesor Danutą. Niektórzy śmiali się, że najpierw była Danuta, a później wokół nie zaczęli budować wydział. Tęga starsza kobieta, posiadająca wiedzę, ale nie potrafiąca tej wiedzy ani zareklamować, ani sprzedać. Stoimy pod ścianą, czekamy na psorkę, jak na pluton egzekucyjny. Pojawia się, profesjonalnie pochmurne „dzień dobry”, zaprasza nas do sali. Informuje, tytułem wstępu, że w najbliższej przyszłości przepadnie nam wykład i musimy tę godzinę odrobić. Dziś, innymi słowy zamiast trzech godzin, siedzimy cztery godziny. Opadają nie tylko ręce. Rozglądam się po ludziach z grupy, miny są grobowe, tylko Iwa zachowuje twarz pokerzysty. Jest nieprzejednana.