Na haju

Od początku mojej edukacji wyższej minęły lata. Trzy, a może cztery. Było tak wesoło, tak intensywnie, że nikt nie liczył. To był magiczny czas, który zdawał się nigdy nie skończyć. Nasza, tak zwana, ekipa wykrystalizowała się. Byłem ja i Misza, był Przemo, Kamil nr 1 i Kamil nr 2. Byli też pozostali, ale my byliśmy czymś na kształt wewnętrznego składu. W tamtym czasie nasza egzystencja opierała się na wspólnym piciu, imprezach, niekończących się rozmowach, mniej lub bardziej udanych podrywach, krótszych lub dłuższych relacjach damsko męskich, ale przede wszystkim byliśmy MY. I choć z perspektywy czasu, muszę to stwierdzić, byliśmy po prostu jedną z wielu paczek znajomych, to byliśmy przeświadczeni o naszej wyjątkowości. Każdy z nas, choć nigdy tego nie wypowiedział, traktował NAS jako ekipę niczym słońce w układzie planetarnym, wokół którego kręcą się inne, mniej istotne ciała niebieskie. To były studia. Studia. Studia? Nauka, studiowanie, to był drugi plan naszego życia. Nigdy nie rozwiązałem tej zagadki: byliśmy bandą ignorantów, czy po prostu byliśmy typowym produktem systemu edukacji w naszym kraju. Wtedy nikt nie zawracał sobie tym głowy. Mimo totalnego nie uczenia się, każdy był przekonany, ze ma jakiś sposób na życie, że posiadł klucz, który zapewni mu wszystkie upragnione dobra. Ja przestałem sam siebie oszukiwać, że moje studia to etap prowadzący na Wall Street, do krainy wielomilionowych premii i drogich garniturów. Co ciekawe, mimo odpuszczenia tych marzeń, tkwiła we mnie jakaś niezidentyfikowana myśl, rodzaj przekonania, że będzie dobrze, że jestem niejako skazany na sukces. Kilka lat później, kiedy opadł kurz młodzieńczej zawieruchy, dotarło do mnie, że to wszystko było czymś na kształt bańki mydlanej. Bańki, w której wszyscyśmy żyli dzięki pieniądzom rodziców. Nasza wyjątkowość była cechą widoczną tylko w tej mydlanej bańce. Gdy bańka pękła, okazało się, że świat rzeczywisty jest nie tylko mniej kolorowy, jest wręcz szary, a my swoją szarością, i niewielką skalą przypominamy raczej wróbla niż orła. Szkoła życia, można by rzec. To wszystko: przemyślanie, gorzkie doświadczenia, było później, wtedy, w tamtym czasie nikt o tym nie myślał.

W naszym świecie od pierwszego roku obecna była marihuana. Trawa, ziele pokoju, ganjia, zioło, zielone. Taki rozkoszny bufor miedzy porządnymi ludźmi, a narkołykami. No bo wiadomo – twardsze narkotyki, lub inne narkotyki, to środki dla tych, którzy przekroczyli granicę, ale trawka, przecież to nic złego. Kamil nr dwa wiódł prym w zielarstwie. Lubił to, miał kontakty i rozeznanie. Być może swoją wiedzę i rozmiłowanie w trawce zawdzięczał kuzynowi, który mieszkał w Holandii, a może po prostu trawa była „czymś dla niego”. Popalaliśmy sporadycznie, czasem częściej, czasem rzadziej. Zawsze podobne ilości, czyli sztukę zakupioną od zaprzyjaźnionego dila.

Tego dnia było inaczej. Kamil nr dwa miał skręta. Poczęstował. To było mało. Pojawił się plan zakupienia czegoś więcej. Kamil wykonał telefon, po niespełna minucie obwieścił propozycję: dwie sztuki w cenie półtorej. Chwila wahania, zgoda. – Ale się upierdolimy. – Z tymi słowami Kamil poszedł po stuff.  Niedługo wrócił. Popatrzyliśmy na brunatno zielony susz. Kamil zaczął czynić honory. Rozkruszył część papierosa i wymieszał towar z tytoniem. Nabiliśmy lufę, która zrobiła rundę. Następnie skręcił kilka buntów. Do takiej ilości nie byliśmy przyzwyczajeni. Głupawka śmiechu zaczęła ustępować otępieniu i senności. W końcu nadeszła faza głodu. Kamil zamawiał pizze. Urocza pani zapytała o składniki. Każdy z nas mówił co lubi, Kamil przekazywał składniki miłej pani, jak skończył składać zamówienie popatrzył na nas.

– No to, kurwa, nas policzą za to zamówienie.

Misza popatrzył na niego z rozbawieniem, później na mnie. Zrozumiałem bez słów, wstałem.

– No, miło było. Zasiedzieliśmy się.

Wstałem, za mną wszyscy oprócz Kamila. Kamil mimo okupującego jego mózg THC myślał nad wyraz trzeźwo. Dopadł drzwi.

– Gdzie kurwa?! Nikt nie wychodzi dopóki nie przyjedzie pizza. Nie zostanę z gigantycznym zamówieniem jak głupi ciul.

Salwa gromkiego śmiechu, która zawstydziłaby odgłosy wojskowego poligonu, wypełniła mieszkanie. Oczywiście nie zostawilibyśmy kolegi, ale spontaniczny, żart wydawał się pyszny. Oczekiwanie na jedzenie spędziliśmy wciąż paląc i rozprawiając, czy dostawca pizzy do tylko dostawca, czy można go nazwać ekspedientem. Po kilkudziesięciu minutach dostarczono pizze. Właśnie resztki trawy ginęły w naszych płucach. To było nieco za dużo jak dla nas. Okazało się, że mimo potwornego głodu, zjedzenie pizzy było nie lada wyzwaniem. Rozkoszny nastrój po zjedzeniu kawałka pizzy ustąpił zamuleniu i senności tak wielkiej, że nikt nie mógł się jej oprzeć.

Po pierwszej fali senności każdy znalazł kąt w którym rozkosznie usnął. Mnie też opanowała senność, ale na krótko. Nieoczekiwanie poczułem taki skok libido, że nie potrafiłem popaść w odrętwienie. Co ciekawe mogłem zadzwonić do Emilii, do Kaśki albo do Karoliny. Z dużym prawdopodobieństwem gdzieś znalazłbym ujście dla swej chuci. Ja jednak potrzebowałem czegoś więcej. Byłem totalnie upalony, jednak coś we mnie działało o wiele mocniej niż THC. Jakaś siła kazała mi wyjść na zewnątrz. To było coś, czego nie potrafiłem opanować, coś, co mnie opanowało, opanowało i władało mną niepodzielnie. Ubrałem się szybko i wyszedłem na zewnątrz. Jesienna aura nie pomogła w otrzeźwieniu. Byłem jak w akwarium. Kilka numerów w telefonie i skrawek papieru z ogłoszeniami towarzyskimi. Szedłem przed siebie i trzęsącymi się rękoma wybierałem kolejne numery. Ciągle to nie to. Adresy były za daleko, a ja potrzebowałem tego teraz. Ręce nie przestawały się trząść, cały zacząłem drżeć. Pomyślałem, że jestem jak menel, który prosi o dwa złote, bo go rwie i choć inni patrzą na niego z rozbawieniem lub pogardą, to on cierpi i choć świadom swojego upodlenia, to nie może inaczej. Naszła mnie fala refleksji na swój temat. Popatrzyłem na plakat szkoły tańca. Miałem się tam zapisać. Trzy lata temu. W ogóle, zaczynając studia miałem same ambitne plany, nie tylko związane z karierą, ale z szeroko pojętym samodoskonaleniem. Miałem zapisać się na tańce, języki obce, siłownię, jakiś sport walki. Nic z tego nie wyszło. Żeby było śmieszniej ja na to wszystko miałem fundusze i czas. Jedynym elementem brakującym były moje chęci i konsekwencja. Nic z tego nie wyszło. Gdzieś to wszystko się rozmyło. Spojrzałem na swoje odzienie. Nie zmieniałem go do dwóch sezonów. Kupowałem coraz tańsze rzeczy, a jeszcze nie tak dawano temu każdy sezon zaznaczał się czymś nowym w mojej szafie. Czemu się to skończyło – odpowiedź jest prosta. Seks. Seks potrafi być napędem, motorem, który pcha ku lepszej wersji siebie. Problem pojawia się wtedy, gdy już ma się seks. Człowiek, który…A tam kurwa człowiek?! Ja. Będąc przysłowiowym, mówię przysłowiowym, bo nigdy nie miałem problemów z cerą, pryszczatym małolatem, który bzykał raz na rok, szukałem przyczyny. Dlaczego tak mało? Może złe ubranie? Kupmy nowe. Może nie jestem wystarczająco przystojny, zbudowany, elokwentny? Zapiszę się na języki, siłownię itd. Słowem braki w życiu seksualnym czyniły mnie lepszą jednostką w społeczeństwie. Problem pojawił się, gdy seksu było pod dostatkiem. Zaczęło do mnie dochodzić, że ta cała otoczka jest nie tylko nie potrzebna, ale wręcz zbędna. Powoli rezygnowałem ze wszystkiego. No po co mi cokolwiek, skoro wiem, że zarucham? I w ten oto sposób miałem na sobie wszystko sprzed dwóch sezonów. Błędnym spojrzeniem ogarnąłem krajobraz, kolejny telefon. Okazało się, że to Aleja…nie tak znowu daleko. Ruszyłem jak w transie. Nie pamiętam ile szedłem, ani jak dotarłem. Trzy białe bloki oddalone skwerem od głównej jezdni, stalowe niebo i ja mijający z czymś na kształt obłędu w sobie ludzi wokół. Tak wyglądała miejska sceneria. Kiedy znalazłem się w klatce, wziąłem głęboki oddech, nie poczułem zapachu klatkowej stęchlizny, który z reguły towarzyszył takim wyprawom. Windą wjechałem na właściwe piętro. W mieszkaniu otworzyła mi kobieta ubrana w coś pośredniego  między czarną halką, a nocną koszulą.

Podręcznik podrywania

Zawsze mnie zastanawiała gałąź usług zwana szkoleniami z podrywania i uwodzenia. Jakby nie patrzeć  relacje damsko-męskie, czy te ulotne, czy zwane miłościami na całe życie, od wieków przysparzały problemów myślicielom, poetom, artystom i chyba każdemu. Aż tu naraz na progu XXI wieku pojawia się grupa osób, która za (wcale nie drobną) opłatą jest w stanie pomóc.

Jeden taki internetowy miglanc oferuje nawet, że wyśle darmowego ebooka, który ma być bardzo pomocny w  naprawie swojej nieudolnej osobowości, na osobowość filmowego amanta. Za darmo? Pewnie, że biorę.

Na skrzynkę mejlową przyszedł dokument w pedeefie, krótki, bo raptem 17 stron. Książka (czy raczej plik tekstowy) zawiera 10 zasad, które mają zmienić moje życie.

Drżącymi z wrażenia palcami klikałem strona za stroną.

Po pierwsze – rób co chcesz. Kilkuzdaniowa analiza psychologiczna mówiąca o tym, że faceci są tak skonstruowani, że analizują, okazuje się, że to błąd – pewny siebie facet nie analizuje – robi, co chce. Tacy faceci są cenieni przez kobiety. Ciekawe czy można pod tę wskazówkę podciągnąć potrzeby fizjologiczne?

Po drugie – miej cel. Co ciekawe, to nie może być byle jaki cel, na przykład żona dzieci i praca – według autora to pójście po najniższej linii oporu. Cel to np. „otwarcie firmy, która będzie na nas zarabiać, a my będziemy tylko wydawać kasę”. Ostatecznie nie zrozumiałem, co jest dla kobiet atrakcyjniejsze ta firma, czy cel.

Po trzecie bądź sobą (zawsze) – tu ważne ostrzeżenie – nie udawać bycia sobą, bo kobiety to wyczują. A co znaczy być sobą? Przykład z książki: chcesz ją pocałować, to pocałuj. Zapamiętałem i wykorzystałem, tylko dlaczego mąż ekspedientki w lokalnym sklepie za mną wybiegł? Nie wiem.

Po czwarte – ulepszaj siebie każdego dnia. W porządku, do tego nie mogę się przyczepić, bo  to dobry zwyczaj. Zgadzam się, ze poznanie jednego nowego słowa, czy zrobienie jednej pompki więcej, da jakiś efekt.

Po piąte – nie trać energii na kogoś, kto na to nie zasługuje. Kurwa mać, wchodzi na to, że muszę się zwolnić z pracy.

Po szóste – ty wybierasz. To wskazówka dotycząca kobiet. No, to prawda,  faceci wybierają…..z gorna kobiet, które ich wcześniej wybrałyJ

Po siódme – bądź nagrodą. Nie wiesz o co chodzi, po prostu myśl o sobie jak o nagrodzie, jeśli myślisz inaczej uległeś społecznej iluzji.

Po ósme – intryguj kobiety. Tu muszę przytoczyć przykład, który najwierniej odda definicję intrygi według trenera podrywu:

Podrywacz: muszę ci coś powiedzieć.

Kobieta: co takiego?

Podrywacz: pewnie nie chcesz wiedzieć, powiem ci jutro J

Koniec przykładu.

No kurwa, ale intryga – pomyślałem.

Po dziewiąte – mierz wysoko. Innymi słowy twoim celem mają być najpiękniejsze kobiety – z rozkładówek. W tym miejscu, gdybym był złośliwy (a nie jestem) uznałbym, że twierdzenie mierz wysoko donosi się do efektu końcowego masturbacji i plakatu na ścianie.

Po dziesiąte – kobiety (piękne) są dla ambitnych, pozostawię bez komentarza.

Całość też pozostawię bez komentarza.

Ulicznice w wielkim mieście cz. 2

Kuba z Edytą wrócili. Radośnie przywitanie, w ruch poszły piwa i chipsy. Nareszcie! Nasze spotkanie doszło do skutku. Cieszyłem się szczerze i bardzo. Oni też. Nie na darmo wiek dwudziestu lat jest wspominany w wierszach, piosenkach i prozie. To jest, to jest po prostu szczęście. Składową tego szczęścia są takie właśnie relacje – młodzieńcze przyjaźnie. I choć życie weryfikuje je najczęściej negatywnie, to w tym konkretnym czasie człowiek wierzy w te relacje. Poszedłem razem z Kubą i Edytą na domówkę. Morze piwa. Śmiech, flirty, nowe twarze, nowi znajomi, każdy młody  i na swój sposób ujmujący. Każda chwila była miła. Co chwila  uścisk dłoni z kimś nowopoznanym, wypity kieliszek wódki pod nową znajomość.  Z głośników podpiętych do stacjonarnego komputera na przemian leciały nowe hity ze starymi, sprawdzonymi szlagierami. Dopiero na studiach wyedukowałem się muzycznie. Wstyd się przyznać, ale wcześniej nie odróżniałem „Autobiografii” Perfektu od „Marchewkowego Pola” Lady Pank. W mieszkaniu było coraz więcej ludzi, Benny Benassi ze swoimi basami zdominował eter w mieszkaniu. Gdzieś po północy przyjechała policja. Do domu wróciliśmy nad ranem. Nie, nie poszliśmy spać, jeszcze rozmawialiśmy, Boże, jacy byliśmy wtedy szczęśliwi. Przed pójściem spać uścisnęliśmy się we trójkę, padło solenne przyrzeczenie: za rok albo jeszcze wcześniej znowu się spotkamy. I tak po wsze czasy.

Pobudka przed południem. To były te czasy, kiedy wódka szybciej wyparowywała, a energia życiowa pojawiała się zaraz po otwarciu oczu. Śniadanie, szklanka soku i kierunek miasto. Edyta pokazywała mi galerie handlowe, Kuba knajpy. Galerie mimo, że niby jedne z największych w kraju, to jednak nie zrobiły na mnie wrażenia. W końcu, to tylko obraz zubożenia duchowego człowieka. gdziekolwiek by nie były wybudowane, wszędzie wyglądają tak samo. Tak samo jak dzisiejszy człowiek, wszędzie tak samo marny. Edyta i Marcin mięli po raz kolejny drugą zmianę. Po obiedzie moja dwuosobowa ekipa zaczęła przygotowania do pracy. Zanim się zorientowałem, pijąc ich firmową colę, życzyłem im szybko lecącego czasu w pracy. Wracałem sam, nieco dokładniej przyglądałem się wystawom sklepowym, kiedy dotarłem do mojej kwatery. Było chłodniej. Wieczór rozpoczął swe panowanie nad krajobrazem. Położyłem się na wygniecionym, akademickim łóżku. Zamknąłem, oczy i zapadłem w lekką drzemkę. Nie był to głęboki sen, raczej coś w rodzaju czuwania. Nie wiadomo skąd znalazłem się w autobusie. Jechałem tym samym autobusem, co przed wczoraj. Tylko obrazy za oknem były inne. Jechałem przed pustkowie, może nawet pustynię. Nikogo nie wiedziałem, ale wyczuwałem, że autobus jest wypełniony podróżnymi choć dla mnie byli niewidoczni. Wiedziałem, że gdzieś zmierzam i cel mojej podróży zdawał się przysłaniać wszystko inne.

Otwarłem oczy. Potrząsając głową, starałem się pozbyć niemiłego uczucia, jakie mi towarzyszyło po przebudzeniu. Spojrzałem na zegarek w telefonie. Spałem półtorej godziny, za oknem niebo było granatowe i zdawało się z każdym kwadransem zmieniać na czerń. Opłukałem twarz i wyszedłem. Pora na moją podróż.

Dziś z daleka potrafiłem zauważyć ulicznice. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Już nie przejmowałem się ludźmi na ulicy, to tylko tło. Dziś wiedziałem czego chcę, finał mógł być tylko jeden. Podszedłem do wysokiej brunetki w pończochach, które znacznie bardziej przykuwały uwagę niż reszta jej garderoby. Pierwsze zderzenie.

– Hotel albo auto. Inaczej nie ma opcji.

Podziękowałem i poszedłem dalej. Nie dalej niż pięćdziesiąt metrów dalej stały dwie. Przeszedłem dalej. Nie chciałem żadnej zranić. No bo, którąś musiałbym wybrać, druga mogłaby poczuć się niedoceniona albo coś podobnego. Nawet w tym nieczystym światku zachowałem dziecinną prostotę i chęć nie robienia innym przykrości. Idąc dalej chodnikiem dotarłem do miejsca, gdzie wczoraj stała blondyna.  Dziś stały dwie, ta druga wyższa, ładna. Chwilę się wahałem. Kiedy starałem się rozstrzygnąć spór między mózgiem, a fiutem przy chodniku zatrzymał się czerwony opel. Wysiadła z niego niska, pulchnawa ciemna blondynka. W tandetnej dżinsowej spódniczce zaczęła się przechadzać tam i z powrotem. Los sprzyja gotowości umysłu. Podszedłem, okazało się, ze brak lokum, to dla niej nie problem.

– Poczekaj tu, Idę zanieść kasę i zaraz wracam.

Wróciła za dwie minuty. Dostrzegłem, że z pieniędzmi poszła do tego samego pojazdu, co jej koleżanka wczoraj. Odwróciłem się w kierunku przejścia dla pieszych, byłem przekonany, że idziemy, na lubieżne schody. Jednak nie.

– Chodź za mną. – Rzuciła z uśmiechem i weszliśmy do klatki, pięć metrów od miejsca, gdzie spacerowała. Nie bardzo wiedziałem gdzie zmierzamy. Może do jakiegoś mieszkania? Może gdzieś w piwnicy. O rany. Moja prywatna paranoja zaczęła podsuwać mi scenariusze godne Kinga. Niska diva z dużymi cycami rozwiała moje domysły.

– Tam z tyłu jest drugie wyjście z klatki, ale jest zamknięte i nikt nie chodzi. – Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Słaba żarówka oświetlała żółtym światłem klatkę o twarz divy. Dopiero teraz, nieco uważniej przyjrzałem się jej. Szeroka twarz, roześmiane oczy. Nie była typem divy, bardzo pasowała do obrazu pustej panienki, z prowincjonalnej dyskoteki, która pod wpływem trzech piw i jednego komplementu jest skora zatopić się w uroku chwili i rozłożyć nogi. Jej fioletowa bluzka ograniczała cycki. Wsadziłem pod nią dłonie i łapczywie ugniatałem całkiem pokaźne melony. Jej ręce zaczęły majstrować przy moim zamku, z którym dosyć łatwo sobie poradziła. Gorzej poszło z guzikiem, który był specyficznie przyszyty i odpięcie go „z drugiej”, strony mogło stanowić problem.

– Kto ci tak przyszył guzik? Pewnie mamusia, żeby niegrzeczne dziewczynki nie mogły się tam dobrać. – Dobry humor jej nie opuszczał.

– Poczekaj. – Sam odpiąłem guzik i moje spodnie opadły na podłożę. Zostałem w bokserkach, które rozciągał mój nabrzmiały organ. Ulicznica podciągnęła dżinsową spódniczkę i opuściła granatowe stringi.

– Poczekaj. – Zobaczyłem, jak urywa kawałek opakowania z condomu, myślałem, że to dla mnie. Opuściłem gacie w dół. Diva tym czasem nie zamierzała nakładać lateksowej peleryny na „mojego”. Wzięła nierozwiniętą gumkę w dłoń, pochyliła się i wsadziła w kroczę dłoń z gumką. Moja mina musiała mówić wszystko, bo popatrzyła na mnie i rzekła: – to takie dodatkowe zabezpieczenia. Sięgnęła po kolejną gumkę, ta wylądowała na korzeniu. Odwróciła się i oparła o ścianę. Ja tym czasem błądziłem dłońmi, po cyckach, brzuchu , udach, tyłku. W końcu wszedłem. Źle obliczyłem kąt i mało fiuta nie złamałem przy pierwszym pchnięciu. Musiałem zgiąć nogi w kolanach. Chwila chaotycznych ruchów i po wszystkim. Doszedłem, wyszedłem. Fachowo ściągnęła gumę i wytarła jeszcze sterczący maszt. Nie mogłem się powstrzymać i przejechałem ręką po jej podbrzuszu, poczym zanurkowałem w niej, wyczułem palcami na samym dnie lateks. Nie jestem jakimś fetyszem, ale tak chciałem po prostu sprawdzić , jak się TAM sprawy mają. Szybko opuściliśmy kamienice i każde poszło w swoją stronę. Wróciłem do akademika, moi się już doprowadzili do ładu po powrocie z pracy.

 – Gdzie się szlajasz? – Edyta wzięła mnie na spytki. Odpowiedziałem wymijająco. Nie było sensu opowiadać ani tłumaczyć. To były dwa różne byty. Moje życie na powierzchni i moje życie w zakazanym świecie.

Kolejna noc minęła na imprezowaniu. Następny poranek to już przejazd na dworzec. Pożegnanie i zajęcie miejsca w autobusie. Niemal całą drogę gapiłem się w szybę. To, czego doświadczyłem na schodach, w świetle przykurzonej żarówki, było niczym otwarcie wrót. Myślałem, że przez kilka miesięcy akademickiego roku – od jesieni do lata- poznałem tę krainę, że ją znam. Okazało się, że wciąż jestem debiutantem. Ta mroczna kraina, kryła jeszcze tyle nieznanego, że obietnica zapuszczenia się tam była silniejsza niż cokolwiek innego. Mroczna kraina wyciągała po mnie szpony. Łatwość, z jaką ulegałem każdemu instynktowi, była bezrefleksyjna. Tak, jakbym wypełniał swoje przeznaczenie. Coś we mnie mówiło mi, że to jeszcze nie koniec, że to nawet nie początek, to zaledwie uwertura, a właściwy koncert dopiero przede mną. To , co przeżyłem na wyjeździe, zapowiadało kolejne przygody. Wiedziałem, że szlak który wybrałem jest niewłaściwym, ale pokusa była zbyt duża, zrobiłem jeden krok  do przodu i to co zobaczyłem, zachęciło mnie do dalszego marszu. Nie wiedziałem, gdzie mnie to zaprowadzi, ale chciałem iść dalej.

Nigdy nie już nie odwiedziłem swoich znajomych. Rozstali się rok później. Jeszcze dobry rok dzwoniliśmy do siebie, później tylko na święta, aż w końcu nadszedł dzień, kiedy uświadomiłem sobie, że nie mam numeru telefonu ani do Kuby ani do Edyty. Edyta podobno wyjechała do Glasgow do siostry, tam założyła rodzinę. Kuba podobno rzucił studia i po powrocie w rodzinne strony rozpoczął pracę w wojsku. I pomyśleć, że kiedyś snuliśmy plany zdobycia świata, mieliśmy jeździć sportowymi furami, posuwać najlepsze laski – świat miał być nasz, tak samo jak miał należeć do setek innych rozmarzonych dzieciaków.

Kilka lat później, gdy już byłe wytrawnym graczem uratowałem Anię, która po seksie z Miszą nosiła w sobie…condom. Oboje spanikowali, bo uznali, że zniknął. Uśmiałem się i powiedziałem Miszy, jak ma zapuścić palce, żeby wyciągnąć gnoja. Dopytywał, skąd u mnie tak specjalistyczna wiedza, tylko się uśmiechnąłem.

Ulicznice w wielkim mieście cz. I

Nie było ciepłej wody. Spływające po mnie strumienie letniej spływały powodowały dyskomfort. Żel pod prysznic w postaci rozwodnionej mazi spływał po moim ciele. Z dużej tuby wycisnąłem dodatkową porcję i zacząłem energicznie pocierać swój korzeń. Musiałem to z siebie zmyć. Jak w ogóle do tego doszło? Czułem niesmak, zrobiłem coś, czego nie było w planie. Przekroczyłem granicę i sam nie wiedziałem dlaczego tak to się skończyło.

A wszystko rozpoczęło się od spaceru, nocnego spaceru po nieznanym mieście. Nie. Wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej. Od rozmowy telefonicznej.

Rok po maturze, to jeden z ciekawszych okresów w życiu młodego człowieka. Po roku czy to w pracy, czy na studiach, posiadamy portfel nowych znajomych i jednocześnie od czasów szkolnej młodości nie upłynęło aż tak wiele, żeby zapomnieć o szkolnych przyjaźniach.  Jeden z nielicznych momentów, kiedy człowiek czuje się szczęśliwy.

Dotarłem do miasta na drugim końcu Polski. Dwoje łobuzów z mojego liceum wybrało się tam na studia. Przez rok akademicki, widywaliśmy się w rodzinnych stronach, przy okazji Świąt i majówki. Zawsze z naszych ust płynęły zaproszenia do naszych „nowych miast”. Tuż przed lipcem z mojego telefonu popłynęły słowa: – to co, zjawisz się w końcu czy nie, bo w połowie lipca spadamy do domu i nie będziesz miał kogo odwiedzić. Musiałem. Nie miałem wyjścia. Dwa dni później w niedzielę siedziałem w autobusie i patrzyłem na coraz bardziej granatowe niebo. Kilka godzin w autobusie, przerwa nad ranem, spowodowana przesiadką i kolejne godziny w autobusie. Lubię podróże, ale tym razem byłem znużony. Gdy zatrzymaliśmy się na kolejnej już stacji benzynowej, na „dziesięciominutowe siusiu i papierosa”, powlokłem się do lodówki po zimną puszkę pepsi. Rozejrzałem się wokół. Płaskie niczym blat stołu pola uprawne. A wśród nich stacja benzynowa z muszlą. Nigdy nie widziałem takiego krajobrazu, nie sądziłem nawet, że u nas są takie równiny. Dalszą trasę spędziłem gapiąc się w szybę i nie mogąc się napatrzeć na niekończące się uprawy. Coś nieprawdopodobnego.

Kiedy wysiadałem na dworcu, z ciekawością rozejrzałem po obcym mi mieście. Nikt na mnie nie czekał –moi gospodarze rozpoczęli karierę w międzynarodowym paśniku. Przez telefon dostałem wskazówki, gdzie jechać. W ich akademiku miał na mnie czekać ich kolega, który został o wszystkim poinformowany. Kilkanaście minut zajęło mi odnalezienie właściwego autobusu. Miasto, zrobiło na mnie wrażenie, nie wiem, czy to efekt letniego miesiąca, czy po prostu zobaczyłem coś nowego. Wszystko zdawało się bardziej tętnić życiem. Dojechałem na miejsce. Okazało się, że akademiki zupełnie nie przypominały znanych mi molochów. Niskie budynki, o arcyciekawej architekturze bard zadziej przypominały międzywojenne kamienice, niż siedziby współczesnych żaków. W pokoju 34 czeka l na mnie Robert, student polonistyki, kolega moich gospodarzy. Porozmawialiśmy, wypiliśmy piwo i na tym nasze poznanie się zakończyło. Wyszedłem na zakupy. Edytę i Marcina miałem spotkać po dwudziestej trzeciej. Wieczór zaczynał się dłużyć. Położyłem się na łóżku i pogrążyłem się w rozmyślaniach. Raczej mogłem być z siebie zadowolony. Rok temu byłem po maturze, w swoim pokoju patrzyłem na plakaty sportowców i marzyłem o karierze i pieniądzach. Może nic z tych rzeczy nie osiągnąłem, ale z pewnością zrobiłem krok do przodu. No i pozostawał mój mały tajemny światek. Niczym Alicja, miałem swoją krainę czarów. Zastanawiałem się, czy mówić o tym Kubie, w końcu to na niego mówili „mały lowelasek”. Jednak nie. Tak będzie lepiej, zostawię to dla siebie.

Po dwudziestej pierwszej na zewnątrz zaczynało się ściemniać. Zaczynałem odczuwać nudę. Nie pomogły wesołe smsy od Edyty. Wyszedłem się przejść. Uzbrojony w ciekawość, pokonywałem ulicę za ulicą. Interesująca wydała się kobieta, która wyraźnie odróżniała się od reszty. Skąpe wdzianko, wręcz wulgarne. Ciekawa moda – pomyślałem. Idąc kilkanaście metrów dalej, znowu ujrzałem zdzirowato ubraną kobietę. Nie wiem kiedy żarówka niczym u Pomysłowego Dobromira, rozbłysła. Dziwki, najprawdziwsze uliczne kurwy! Zawróciłem i cofnąłem się. Pierwsza z oryginalnie ubranych laseczek chodziła tam i z powrotem na dystansie około dwudziestu metrów. O cholera! – Moje myśli eksplodowały. Niewidzialna dźwignia powoli przeskoczyła. Nigdy nie spotkałem ulicznic. Jak dla mnie, ich miejsce było na kartach kronik żółtej prasy albo międzywojennej literatury. Z wyczulonymi zmysłami szedłem przed siebie. Zrobiłem rundę po kwartale, który, jak sądziłem będzie pełen chodzących kurwiszonów. Było ich siedem, przynajmniej tyle zauważyłem. Chciałem podejść, ale nie wiedziałem jak. Sam ze sobą prowadziłem dialog. A jeśli to nie dziwki, może taka moda tu panuje? – Pytałem sam siebie. Spojrzałem na niewysoką blondynkę, ubrana w białą mini i białą bluzeczkę, wyglądała jak wybrakowana świąteczna hostessa. Jej rysy twarzy zdradzały, że raczej nie należy spodziewać się po niej szczególnej subtelności.

Wziąłem trzy głębokie oddechy. Powoli ruszyłem spod kiosku, do żującej gumę blondynki.

– Przepraszam, nie wie pani, gdzie tu się można zabawić? – Jakkolwiek brzmi to dziwacznie, w tamtej chwili, nic innego nie przyszło mi do głowy. Pomyślałem, że słowo „zabawić” w razie czego uratuje sytuacje.

– Hmm, no tu masz klub taki, tam pub, a jest jeszcze pizzeria, na ulicy P.  – Szlag, trafił mi się przewodnik turystyczny. Nie ma wyjścia, trzeba działać na sto procent.

– A z panią? Można się zabawić? – Kńcząc to zdanie, czułem jak się czerwienię. Fatalizm zaczął przytłaczać moją świadomość.

– A, oto ci chodzi, no jasne. – Rzeczowo usłyszałem co i jak. Pokiwałem głową na znak, że rozumiem i się zgadzam. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnąłem pogniecione banknoty.

– Chodź ze mną. – Blnondi ruszyła do przejścia dla pieszych, ja niepewnie spoglądając, to w prawo, to w lewo byłem pół kroku za nią.

Gdy przeszliśmy przez przejście podeszliśmy do czarnego Seicento, diva dała kaskę kierowcy, oprócz wąskich ust, nieprzyjemnego spojrzenia dostrzegłem kawałek ortalionowej kurtki.

– Chodź. Idziemy w bardziej dyskretne miejsce. – Przeszliśmy przez kolejne pasy. Gdy przechodziliśmy, jakiś młokos przejeżdżał na rowerze, widząc ulicznicę krzyknał: – yo siniorita! – Na chwilę mnie zmroziło, wszyscy widzieli, że idę z dziwką, wszyscy wiedzieli po co. W tym momencie w mojej głowie pojawił się gigantyczny spych, wszystkie te myśli zostały zepchnięte, a w ich miejsce pojawił się napis: NO i CO? Za dwa dni mnie tu nie będzie. Diva prowadziła uliczkami i skwerami, w końcu doszliśmy do budynku przypominającego kotłownię. Obeszliśmy budynek . Zaprowadziła mnie na schody prowadzące w dół, da jakichś drzwi.

– To tutaj.

Stanęła dwa stopnie wyżej, podciągnęła spódniczkę i opuściła majtki. Położyłem rękę na jej plecach, dając tym samym znak, żeby się pochyliła. Niczym w amoku dobrałem się językiem do jej pizdy. Cała ta sceneria, wieczór, świadomość, że to wszystko odbyło się spontanicznie, podziałało na mnie jak gigantyczny afrodyzjak. Gryzłem , ssałem i lizałem jej cipę, jakby świat nie istniał. Złapałem rękami jej pośladki i rozsunąłem, przejechałem językiem po jej anusie. Zacząłem chłeptać wokół jej kakaowego oczka. Słony smak podrażnił receptory smaku. Uniosłem głowę. Diva odwróciła się, z mikroskopijnej torebki wyciągnęła condom. Założyła na korzeń, poczym odwróciła się i pochyliła do przodu. Wchodzę i zaczynam pierdolić, jestem w seksualnym transie. Wypięta przede mną dupa jest wszystkim, nie ma nic poza tym.Nie zmieniamy pozycji. Początkowo gładzę ją po plecach. Ręce z pleców poszły pod spód. Pochyliłem się i zacząłem obłapiać jej cycki, niewielkie, ale sprężystość skóry jeszcze łatwo wyczuwalna. W końcu jedna z moich rąk wylądowała na jej kroczu. Kciukiem miziałem podbrzusze, a palce ugniatały fałdy jej warg, niczym plastelinę. Finiszowałem łapiąc ją za biodra i mocno dobijając. Kiedy opróżniłem swoje działo, głęboko odetchnąłem. Kiedy z niej wyszedłem, spojrzałem na fiuta. Pęknięty condom, popatrzyłem na divę.

– Pękł, wiem czułam, ale nic nie mówiłam, żebyś se doszedł. Daj. – Ściągnęła lateksowy strzęp i zawinęła w chusteczkę. Zapinałem zamek w spodniach i przypomniałem sobie sytuację sprzed kilku miesięcy. Oszołomiony nie tak odległym orgazmem, jeszcze nie myślałem.

Kiedy wracaliśmy, porozmawialiśmy o klubach, studenckich imprezach i ogólnie o miastach. Dopiero kiedy sam wracałem do akademika Kuby i Edyty, fatalizm powrócił ze zdwojona siłą. Dotarło do mnie, że zaliczyłem seks z ulicznicą, żeby było zabawniej, zawiódł kalosz. W myślach przeleciały mi kawalerskie choroby, które nie były obce awangardowym twórcą. Scenariusze pełne ponurych wizji stały się przerażająco realne. Niemal wbiegłem do mojej tymczasowej kwatery, wygrzebałem żel pod prysznic i ręcznik. Pobiegłem pod prysznic. Co ja zrobiłem? Czy mi rozum odjęło? Starałem się zetrzeć z penisa potencjalne france, ale także całe zajście.

Sekskac cz. II

Chodzę po mieście. Bez celu. Bez żadnego planu. Odwiedzam księgarnie. Bardzo lubię odwiedzać księgarnie, biblioteki, czytelnie. Świat książek to kraina, gdzie mogę uciec. W świat dziwek uciekam przed otaczającą mnie rzeczywistością, a przed burdelowem uciekam w świat książek. To moja jedyna enklawa, tam jestem bezpieczny. Moi znajomi chodzą po marketach ze sprzętem elektronicznym, ja chodzę po  księgarniach. Kiedyś dorobię się małego domku z pomieszczeniem zaadaptowanym na małą bibliotekę. W prawdzie na pierwszym miejscu jest cipka, ale zaraz po cipce, dobra książka. Gdyby jakiś złośliwy demon miał zniszczyć świat książek albo świat burdelowa, a ja miałbym wybrać, który z nich ma zostać. Byłbym doprawdy w kropce. Z trwogą patrzę jak złowrogie bóstwo cyfryzacji rośnie w siłę, a wolny świat klasycznej literatury kurczy z godziny na godzinę. Jest wiele scenariuszy końca świata. Dzień, w którym zamkną ostanią księgarnie i bibliotekę będzie dniem końca świata. Mojego świata.

Przeglądam albumy podróżnicze w Empiku. Lubię podróże, lubię nowe miejsca, lubię przemieszczający się za oknem krajobraz. Podnoszę wzrok znad książki. Przy półce z romansami stoi dziewczyna. Jest niska, ma miedziano-rude włosy, które kończą się za uchem. Ubrana jest w czarną sukienkę. Nie jest jej gorąco? – Zastanawiam się. Chwila namysłu. Odkładam książkę. Podchodzę do półki z romansami. Rozglądam się.

– Przepraszam. Widzę, że z wprawą przeglądasz książki, możesz mi coś polecić na prezent?

Tekst niewyszukany, ale skuteczny. Rozmawiamy o książkach. Ma na imię Aga. Jest sympatyczna i roześmiana. Pozytywna osóbka. Studiuje politologie i jest dwa lata młodsza. Spacerujemy pół godziny po Empiku. Wędrujemy między książkami, prasą i płytami. Odprowadzam ją na przystanek autobusowy, wymieniamy się numerami.  Kiedy zostaje sam, zastanawiam się, czy mogłem ją pocałować. Pewnie tak, dlaczego więc tego nie zrobiłem. Nie wiem.

Idę do budki z kebabem. Kawałki mięsa, warzywa i sos. To wszystko wciśnięte w bułkę działa jak paliwo. Z każdym kęsem, czuję, jak wracają mi siły. Po raz kolejny w arcymistrzowki sposób zmarnowałem dzień. Kiedy nabieram sił, ogarnia mnie coś nas kształt niepokoju. Zaczynam iść przed siebie. Muszę znaleźć chwilę ukojenia. Jakąś przystań, która da mi chwilę ukojenia. Po prostu idę przed siebie. Patrzę w swój telefon. Numer nowo poznanej dziewczyn. Kto wie, może coś z tego będzie. Nie należy masturbować się przeszłością, nie należy również zbytnio zamartwiać się o przyszłość. Liczy się teraz. Mam też inne numery. Prze oczami staje zakurzone mieszkanko, gdzie przyjmują trzy stare kurwy. Myśl o tym działa niczym środek uspokajający. Niezidentyfikowany niepokój odchodzi. Ogarnia mnie coś na kształt wyciszenia.   Wyszukuję numer. Staram się nie zapisywać :tych” numerów, ale ten jakoś mam. Po prostu. Wszystko dzieje się samo. Telefon, rozmowa, ustawka, co, za ile. Ja to znam.

 Docelowy, szary blok jest oddalony o minimum dwa kilometry. Zastanawiam się, czy wziąć taksówkę. Jednak nie. Idę chodnikiem, chłonę porę dnia, popołudnie bardzo powoli ustępuje miejsca wieczorowi.. Mam do przejścia całą ulicę. Myślę o studiach, życiu, miłości i wszystkim pomiędzy. Dlaczego ze wszystkich ludzi, akurat ja jestem na to skazany. Dlaczego mnie los skazał na poszukiwanie wiecznych doznań. Nie wiem, jak to się stało, ale wiem, że jestem w tym świecie i raczej zawsze w nim będę. Moje zachowanie nie ma zbyt wiele wspólnego z logiką. Z reguły na dziwki chodzą ludzie z kilku powodów. Często zakrapianej imprezie, bo żona albo dziewczyna nie chce zrobić tego albo tamtego. Najbardziej przyziemny powód, to wsadzić kutasa w szparkę ładniejszą niż ta dostępna. Ja tak nie mam. Chyba nigdy nie miałem.

Docieram na mieście. Dzwonię i po chwili wyjmuję z portfela ustaloną kwotę. Drzwi otwiera ciemnowłosa, postawna kobieta. Po czterdziestce, a raczej pod pięćdziesiątkę. Rozmowa ogranicza się do minimum. Kiedy widzę ją nago, jej fizyczność jest spójna Duże cycki, szerokie biodra, dosyć szerokie, jak na kobietę ramiona sprawiają, że sprawia wrażenie dużej kobiety. Krzak nieco przycięty, ale okazały. Chwila pieszczot, fiut stanął mi na rozkaz, bez żadnych ceregieli. Zakłada gumę i kładzie się na plecach. Wchodzę w nią spokojnie. Poruszam się w niej spokojnie. Doznaję czegoś, co jest dosyć dziwne. Jestem podniecony i seks nieuchronnie doprowadzi mnie do szczytu. Jednak każde pchnięcie, działa kojąco, uspokaja. Patrzę na twarz dziwki pode mną. Zwyczajna stara baba. Nie podoba mi się , ale jednocześnie, to właśnie ona idealnie pasuje do układanki. Bez niej ten seks nie były taki kojący. Po kilkunastu minutach dochodzę. Spokojnie, bez fajerwerków. Jak za pstryknięciem, zasłona szaleństwa, żądzy, czy niekiełznanego głodu opada. Dopiero teraz odzyskałem równowagę po wczorajszym pijaństwie. Opuścił mnie kac, moje myśli znowu płyną spokojnie.

Wychodzę z klatki. Jest po osiemnastej. Minął dzień, minął kac

Seks kac cz. I

To była impreza, to było pijaństwo. Bądźmy szczerzy, takich przyjęć było więcej, było dużo, ale akurat ta pozostała w mojej pamięci. Wieczór zlał się z nocą, noc z porankiem. Kiedy otworzyłem oczy na mój mózg potoczyła się lawina nieprzyjaznych impulsów. Po pierwsze ból głowy. Nieprzyjemny, poalkoholowy, ciężki. Głęboki oddech. Z trudem przekręcam głowę. Kolejny syndrom dnia następnego – suchość w gardle i pragnienie. Nie, to nie zwykły kac, to pustynia w moim gardle dopomina się o porę deszczową w postaci chociaż łyka kranówy. Kilka solidnych pociągnięć wody mineralnej, która na szczęście stała pod biurkiem, przyniosło ukojenie. Uff. Poranny prysznic niewiele pomógł. Błędnym spojrzeniem ogarniam mieszkanie. Z Miszą i z Markiem zamieniam kilka zdań. Mimo zmęczenia wywołanego ostatnią nocą czuję w ciele jakiś bliżej niezidentyfikowany impuls. Nie mam na nic apetytu. Patrzę przez okno na letnie słońce. Szkoda zmarnować tak ładny dzień. Wychodzę z mieszkania.  Mój mózg odbiera sprzeczne impulsy. Jestem zmęczony, osłabionym, a jednocześnie jakaś dziwna siła pcha mnie przed siebie. Gdy docieram do Centrum telefon w mojej kieszeni zaczyna przypominać kawałek rozpalonego żelaza. To magiczna brama do świata doznań, do możliwości spełnienia dowolnej zachcianki niemal natychmiast. Analizuję swoją sytuację towarzyską. Na szybki numerek mógłbym się wprosić do dwóch koleżanek. To nie przechwałki, tak wygląda sytuacja. Bez udawanej skromności mogę śmiało stwierdzić, że towarzysko jestem dobrze ustawiony. Problem leży w tym, że to mnie nie kręci. Główne modele towarzyskie w naszym społeczeństwie już przerobiłem. Chodziłem na randki, spotykałem się, byłem w związku, byłem tym trzecim na boku, byłem lekarstwem po nieudanym związku, byłem zemstą niedopieszczonej żony. To wszystko przerobiłem . Początkowo każde takie doświadczenie jest czymś w rodzaju źródła energii, paliwem które zasila do następnych epizodów i przygód, do następnego etapu gry. Z czasem jednak każde rozdanie staje się przewidywalne, nawet zdania wypowiadane do drugiej osoby są bliźniaczo podobne. Ostatecznie – jeśli za kryterium przyjmiemy tylko seks – wszystko sprowadza się do pytania: uda się czy nie? Da, czy nie da? W świecie doznań, nazwijmy to, komercyjnych jest nieco inaczej. To taki alternatywny świat. Mroczny, pełen niedomówień i zagadek. Co do bohaterów, czy bohaterek w tym świecie to też, z czasem staje się oklepane i przewidywalne, ale mimo wszystko to magiczny świat.

I tak jest teraz. Wiem czego chcę. Chcę magii. A telefon, to taki rodzaj magicznego artefaktu. Szybko i fachowo przerzucam Stronę i Forum. Po kilku minutach dzwonię pod kilka numerów. Stałem się wygodny. Stwierdzam, że muszę znaleźć adres nie dalej niż sto metrów od miejsca w którym stoję. Los sprzyja gotowości umysłu. Kolejna rozmowa i adres – blok na który patrzę. Uśmiech, delikatny uśmiech przemyka po moich ustach. Jakie to wszystko dziecinne proste. Dalej, to już schemat. Rozmowa krótka i fachowa: ustawka, określenie co i za ile. Po kilku minutach patrzę na nagie ciało trzydziestokilkuletniej blondynki, nasze zbliżenie jest zwyczajne, jak dziesiątki wcześniejszych i dziesiątki późniejszych. Nie pamiętam, żeby było w nim coś nadzwyczajnego.

 Dosyć szybko dochodzę. Kiedy szczytuję uderzenie bólu odciska się w moje głowie. Po wszystkim, ból głowy ustaje. Jestem jeszcze bardziej osłabiony, niż rano. Ogarnia mnie delikatne oszołomienie

 Z mieszkania wychodzę po około dwudziestu minutach. . Kiedy wychodzę z klatki kontrast chłodu bijącego od jeszcze nie nagrzanych murów i słonecznego ciepła rozleniwia mnie. Najchętniej zasnąłbym na jakiejś ławce.

Kac powraca, do tego w głowie zaczynam mi wirować. To jednak był pewien rodzaj aktywności. Idę do knajpki, która jest dokładnie po przeciwnej stronie dużego skrzyżowania. To ulubiona knajpka studentów, miejsce na randki te pierwsze i te kolejne. Ściany tego lokalu, gdyby tylko umiały mówić, mogłyby napisać niekończącą się opowieść. O rodzących się uczuciach, o pierwszych nieco podszytych zdenerwowaniem rozmowach, patrzeniu w oczy. Wspólnie wypitych kawach, herbatach, czy też dla większego animuszu piwach. Może byłyby to prawdziwe bestsellery – romanse, a może wytarty niczym dżinsy na kolanach schemat powtarzałby się be końca i tylko twarze byłyby inne. Kto wie. Patrzę na dwukolorowy sok, który zamówiłem. Pustka, nie potrafię inaczej określić trawiącego mnie uczucia, jak również otaczającego mnie świata. Dobrze, że chociaż sok ma jakiś smak, bo już wszystko było by nie do zniesienia.

Jak to się wszystko zaczęło cz. III

To chodźmy. – Blondi zwróciła się do mnie i skierowała się w stronę sof. Okazało się, że za ścianą, która, tak jakby, przedzielała pomieszczenie na dwie strefy znajdują się schody na górę. Pokornie pokonywałem każdy stopień schodów. Na piętrze były dwa albo trzy pokoje. Weszliśmy do środkowego.

Możesz zdjąć ubranie. Na końcu korytarzu jest łazienka. Ręczniki są na fioletowej półce. Jak wrócisz, to ja pójdę. – Wyjaśniała wszystko miękkim głosem.

Zdjąłem kurtkę, bluzę i buty. W skarpetkach poczłapałem do łazienki. Łazienka wyłożona była dużymi płytkami w kolorach białym i czarnym. To połączenie kolorów wraz z dużą kabiną prysznicową sprawiało wrażenie ekskluzywnego wykończenia. Rozebrałem się i wszedłem do kabiny. Strumień ciepłej wody był przytulny, dodawał otuchy. Kiedy spłukałem resztki żelu spojrzałem na fioletową półkę, kilka ręczników ułożonych w kostkach, jeden na drugim. Sięgnąłem po pierwszy, ale cofnąłem rękę. Wziąłem czwarty od góry. Uznałem, że będzie mniej zmacany. Popatrzyłem na odbicie w lustrze, ja tu pasowałem, pasowałem do tej scenerii. Niczym fragment układanki, który przeznaczenie wstawiło we właściwe miejsce.  Poczłapałem z powrotem do pokoju, zostawiając ślady wody na korytarzu.

– Usiądź sobie i poczekaj, ja zaraz wrócę.

– Ok.

Kiedy zostałem sam, rozejrzałem się po pokoju. Stolik, dwa fotele i duże, wysokie łóżko, lustro na ścianie zdawało się być uzupełnieniem pokoju płatnych uciech. Pokój pomalowany był na kolor ciemnoczerwony, co dawało nieco agresywny wydźwięk. Tak właśnie wyobrażałem sobie pokój w przyzwoitej agenturze. Owinięty ręcznikiem siedziałem na łóżku, emocje przepływały przeze mnie falami.  Stan oczekiwania podniecał mnie, ale przede wszystkim dominowało we mnie zaciekawienie. Zaciekawienie eliminowało strach, czy obawy. Coś we mnie mówiło mi, że jestem tu, gdzie i tak bym trafił. Jestem tu, gdzie jestem, bo tak po prostu musi być. Nie można uciec od przeznaczenia, a moim był właśnie ten pokój. To doświadczenie nasycało każdą molekułę mojego ciała.

Jednocześnie tak, jakby wszystko to odbywało się poza mną. Wróciła blondynka, owinięta w jasny ręcznik.

– Zaraz zrobię odpowiednią atmosferę.

Podszedłem do niej. Ręcznik sięgał do połowy opalonych smukłych, ale jednocześnie umięśnionych i opalonych ud.  Opuszki moich palców zaczęły chaotyczny taniec po jej skórze, powoli wsuwałem rękę pod ręcznik. Skóra jej ud podziałała jak reklamowane teraz wszędzie środki na potencję, byłem gotowy natychmiast.

– Ej, ej, jeszcze nie. Siadaj sobie.  – Jej głos był nadal miękki i przyjazny, jednak pojawiła się w nim nutka apodyktyczności. Wyłączyła światło i pstryknęła przełącznik przy łóżku. Zapaliły się niebieskie lampki zamontowane przy łóżku i nad stolikiem, który stał pod ścianą. Faktycznie klimat był  niczym na planie Playboy Club. Blondi przykucnęła przy odtwarzaczu z małymi kolumienkami, który leżał na podłodze. Kiedy znajdowała się w tej pozycji ręcznik podwinął się ukazując większość jej uda. Patrzyłem jak zahipnotyzowany, ponownie podszedłem i zacząłem gładzić jej udo. Byłem złakniony jej ciała.

– Wiesz, jak wymienić tu baterie? To masz, wymień. –  Nie czekała na moją odpowiedź, tylko wręczyła mi dwa paluszki. Ewidentnie wiedziała jak zająć moje ręce. Przemknęło mi przez głowę, że być może dałem się oskubać, bo dałem już kasę, a akcji żadnej nie było. Jeśli tak miało być rzeczywiście, to faktycznie byłaby to jedna z bardziej kosztownych lekcji. Wymieniłem baterie. Nie bardzo wiedziałem co dalej dlatego ograniczyłem się do krótkiego „już”.

– Ok dzięki, to usiądź sobie.

Posłusznie usiadłem na łóżku. Blondynka podeszła do odtwarzacza i wcisnęła ”play”. Z dwóch kolumienek zaczęły rozbrzmiewać jakieś dancowe przeróbki. Ściągnęła ręcznik i rzuciła go na fotel. Była w samej bieliźnie. Nie jakieś przesadnie skąpej, ani wyzywającej, ale gustownej, zalotnej. Odwróciła się do ściany, stanęła w lekkim rozkroku opierając się o ścianę. Kiedy popatrzyłem na jej pośladki, miedzy którymi znikał sznurek stringów, zapadłem w trans. Tymczasem moja gospodyni w rytm muzyki przykucnęła, rozkosznie wypinając tyłek. Patrzyłem jak urzeczony. Jej wijące się ruchy spowodowały, że praktycznie krew z całego układu znalazła się w jednym miejscu. Odwróciła się, jej dłonie zaczęły błądzić po jej ciele, co w połączeniu z jej ruchami jeszcze bardziej mnie nakręcało. Jej spojrzenie stało się inne, nieco bardziej wulgarne, nienaturalne. Jakby założyła maskę. Nie przestając się dotykać, zdjęła stanik. Dobrze mieć rację. Jej cycki były anatomicznym kunsztem. Nie za duże, nie za bardzo sterczące, w sam raz. Ekstra. Powoli podeszła do mnie i zaczęła tańczyć niecały centymetr od moich kolan. Widząc moje zbliżające się ręce, delikatnie dała mi po łapach. Obróciła się tyłem. Widząc jej wirującą dupcię, nie mogłem się powstrzymać i zanurkowałem miedzy jej pośladkami. Odwróciła się i pogroziła palcem.

Jeszcze nie.

Jej palec pozostał  jeszcze kilka chwil w powietrzu, nie wiem ile konkretnie. Nie zauważyłem też, kiedy zsunął mi się ręcznik, którym byłem owinięty. Uzmysłowiła mi to diva, która co jakiś czas, niby niechcący,  trącała sterczący korzeń.

– Wstań. – Zaciekawiony co będzie dalej, podniosłem się z łóżka. Zamieniliśmy się miejscami. Teraz ja stałem, a ona siedziała. Sięgnęła pod poduszkę, jej ręka powróciła z małym kwadratowym sreberkiem. Niespiesznie rozerwała opakowanie i wyciągnęła prezerwatywę. Spokojnie nakładała na mój nabrzmiały organ. Fiut powoli zniknął w jej ustach, jej głowa wykonywała minimalne ruchy, ale usta sprawiły, że musiałem stawić czoło (no może niekoniecznie czoło) nowej fali doznań. Przestała.

– Chcesz mnie zerżnąć, czy… – Ta..k. – chciałem odpowiedzieć – czy chcesz się ze mną kochać – dokończyła pytanie.

– Kochać – odpowiedziałem. – Zalotnie podniosła brwi – zerżnąć – poprawiłem się. Zaśmiała się. Zorientowałem się, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, nie w tym miejscu, nie w tym czasie. Przysunęła się na brzeg łóżka, uniosła nogi i ściągnęła majtki. Chciałem rzucić się na jej cipkę, chciałem ją pożreć. – My my – pokręciła przecząco głową. Uniosła nogi i wyprostowała je tak, że tworzyły literę V. Wszedłem w nią. Moje ruchy, początkowo chaotyczne, z czasem stały się miarowe niczym krok janczarów. Było po prostu nieziemsko. Oddech blondynki stawał się głębszy, głośniejszy. Posuwałem szybko i sprężyście, byłem w amoku. Zatrzymałem się na chwilę. Dziewoja sprawnie wysunęła mojego fiuta z siebie i odwróciła się na brzuch. Teraz od pasa w górę leżała na łóżku, a jej nagi swobodnie opadały na podłogę. Wszedłem w nią od tyłu. Teraz zacząłem spokojnie, ale każda minuta naszego stosunku pchała mnie w stronę chaosu. Moje ruchy coraz szybsze, coraz bardziej chaotyczne, pełne pasji. Oddech blondyny początkowo głęboki, stawał się krótszy, urwany,  w końcu zamienił się w pojękiwanie. Przez moment nasz akt tak nas pochłonął, że odeszło w zapomnienie gdzie jesteśmy, że każde z nas ma swoją rolę do odegrania. Liczyło się tylko, co było w chwili obecnej – ładunek doznań, który nieuchronnie musiał wybuchnąć. Nasze wyprostowane ręce złączyły się, uścisnąłem jej dłoń, oddała uścisk. Jej biodra zdawały się odpowiadać moim pchnięcium. Fala ekstazy nadciągała i nic nie mogło jej powstrzymać. Doszliśmy razem w akompaniamencie naszych urwanych krzyków. Poczułem jej skurcze na swoim…. Kiedy wstrząsnął nami ostatni dreszcz. Przywarliśmy do siebie. Pocałowałem ją w miejsce, gdzie szyja przechodzi w ramiona. Powoli uniosłem się i z niej wyszedłem. Spojrzałem na mojego najwierniejszego przyjaciela i nie wiedziałem co powiedzieć. Z mojego fiuta zwisał strzęp lateksu. Condom pękł. Diva odwróciła się i zobaczyłem przerażenie na jej twarzy. Usiadła okrakiem i zobaczyłem resztki mojego nasienia wypływającego z jej pochwy.

– O Jezu, o nie. – Jej głos zaczął się łamać. Zaczęła pochlipywać.

Jak to się stało? – Mój głos, może się nie łamał, ale sam słyszałem w nim panikę. Pierwszy raz w życiu pękła mi prezerwatywa i to jeszcze w takiej sytuacji. Owładnęły mną tysiące czarnych scenariuszy. Nie wiedziałem co zrobić. Chciałem stąd jak najszybciej uciec.

– Fuck, lałeś we nie i nie czułeś? – Wyrzut w głosie dziwki, dolał oliwy do ognia.

I co teraz? Czy za to jest jakaś dopłata? – Nie wiem skąd przyszło mi do głowy tak kretyńskie pytanie. Szybko się ubrałem i zacząłem nerwowo chodzić po pokoju, zerknąłem na okno, którego do tej pory nie zauważyłem. Nie jest wysoko, w razie czego… – pomyślałem.

– Co? Nie. Ale..Boże!? Nie jesteś na nic chory?

Nie.

Na chwile zapadło milczenie. Oboje dokończyliśmy ubieranie.

– Czy z powodu tego wypadku będziesz miała jakieś nieprzyjemności? – Nie wiedziałem co powiedzieć, było mi jej szkoda, choć siebie było mi szkoda bardziej. Nieciekawa sytuacja.

– Nie, mamy okresowe badania, jeśli którejś wyjdzie coś nie tak, to musi odejść. Jeśli pojawiłaby się ciąża, dostajesz adres lekarza i tyle. Na pewno nic nie masz?

Na pewno.

Okazało się, że to jej pierwszy tydzień w pracy. To tłumaczyło dlaczego jej zachowanie sprawiało wrażenie nakładania maski. Wymiana kilku zdań, otworzyło się między nami pewne okno porozumienia, zaczęliśmy rozmowę. Jedyną w swoim rodzaju. Coś więcej niż rozmowa przyjacielska, coś więcej niż wizyta u terapeuty, czy spowiedź. Ktoś, kiedyś powiedział, że to u dziwki mają miejsce najbardziej szczere i terapeutyczne rozmowy, to prawda. Opowiedziała mi o sobie, jak trafiła tu za pośrednictwem koleżanki, że jej się jak na razie podoba, że rzuciła policealną szkołę farmaceutyczną. Ja opowiedziałem jej o tym, że zaczynam studia, że jestem zakochany w koleżance z liceum i w związku z tym jestem nieco bezradny. Dziwne, ale była pierwszą i jedyną osobą, której przyznałem się do mojej bezradności uczuciowej, przyznałem się do tego, że tak w głębi serca boję się, tego, że zostanę odtrącany. Na rozmowie minął czas, jaki nam pozostał. Jej diagnoza była wygłoszona ciepłym przyjacielskim głosem, ale nie brzmiała dla mnie pocieszająco. Udzieliła mi wtedy lekcji, prawdziwej i przydatnej, choć wtedy ją zanegowałem.

Jeśli dziewczyna nic do ciebie nie czuje, to nie będziecie razem i nic na to nie poradzisz. Musisz się z tym pogodzić. – Jej spojrzenie było koleżeńskie, nie było w niej nic z profesjonalnej kochanki. Powiedziała to tak po prostu, ot koleżeńska rada.

Przyznałem się jej, że tak naprawdę nie wiem co tutaj robię. Dla mojej rozmówczyni sytuacja była prosta, moje zafascynowanie burdelowem, było moją pokrętną drogą na znalezienie miłości.

Dopiero zaczynasz życie, jesteś sam.  Teraz jesteś zakochany w tej dziewczynie z liceum, ale zobaczysz, poznasz inną, w której się zakochasz równie mocno i wtedy nie będziesz chciał odwiedzać agencji.

Nie wiem ile rozmawialiśmy, dziesięć, może piętnaście minut. Stukanie do drzwi było sygnałem, że już czas.

Oboje wstaliśmy, coś się zmieniło. Popatrzyliśmy sobie w oczy. Zbliżyła się do mnie pocałowała mnie w policzek.

Było mi z tobą dobrze. Pa.

Cześć.

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, musiałem ochłonąć. Do mieszkania miałem spory kawałek, ale nie brałem taksówki. Nie przerażała mnie już nieciekawa okolica ani długa droga do mieszkania.  To był jeden magicznych  momentów w życiu, gdy nic nie może się stać. Otaczała mnie niewidzialna aura niczym bańka mydlana, która chroni. Dotarłem do mieszkania sporo po północy.

Dopierdolą ci na mieście i tak rozpoczniesz studiowanie. – Misza okazał mi swoją troskę.

Za jakieś dwa tygodnie spotkałem chłopaków.

I jak byłeś w tym burdelu? – To pytanie było pierwsze.

Byłem – odparłem tak po prostu

Taa, byłeś – drwiąca mina Lukiego nie zrobiła na mnie wrażenia. – Wziął numer, żeby przyszpanować, jakie ma kontakty w mieście.

Nic nie odpowiedziałem, uśmiechnąłem się tylko. Wiedziałem, że jesteśmy z różnych planet i nic tego nie zmieni.

Co do licealnej miłości, miała rację…

Kolejna odsłona początku cz. 2

Minął pierwszy dzień. Zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego. Dopiero od następnego dnia rozpocząłem nowy etap w życiu. Nowi ludzie, nowy budynek, wszystko nowe. Nie wiem dlaczego, ale dziwnie nie przypasowali mi moi nowi znajomi. Jakoś tak po prostu, byłem na „nie”. Nie nawiązaliśmy kontaktu. Pierwsze zajęcia, również mnie odstraszyły. Jak się okazało, z największą „zgagą” na wydziale. Teraz mnie to bawi, ba, mam nawet duży sentyment do tamtych czasów. Wtedy jednak rzeczywistość, która mnie otaczała, zdawała się być nieprzyjazna. Czułem się dziwnie obcy. Życie poza wydziałem też nie miało jakoś kolorowych odcieni. Mieszkanie z obcymi ludźmi, wszystko nowe i nie takie, jakie miało być. W wyobraźni to wszystko miało być inne, bardziej kolorowe, lepsze. Tak, jak w amerykańskich komediach, nie było. – A miało być tak pięknie. – z ironiczną goryczą podśpiewywałem w trakcie porannego prysznica. Elementem, który w jakiś sposób osładzał mi ten gorzki czas były rozmowy telefoniczne z B. która również zaczynała studiować na drugim końcu kraju.   Tkwiła we mnie licealna, nieudolna „miłość” do koleżanki, która nigdy nie dała mi najmniejszego sygnału, że „coś” może między nami być. Tak minęły dwa pierwsze tygodnie. Ekscytacja studiami niepostrzeżenie zamieniła się w rozczarowanie. Utwierdziłem się, że nasze rodzime warunki studiowania to nie komedia „Wieczny student”. Nikt nie porusza się po kampusach golfowymi wózkami, nie ma imprez  gdzie fitneski paradują w bikini. Jest za to polska złota (i chłodna) jesień.

Zobowiązany jestem w tym momencie nadmienić, że z czasem wszystko ruszyło naprzód. Pojawiły się dziewczyny, imprezy i najpiękniejsze lata w moim życiu.  Początek nie był jednak wesoły.

Nie mogąc odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości chodziłem po mieście. Wieczorne długie spacery miały, można powiedzieć, terapeutyczne działanie. Chodziłem spokojnie, bez pośpiechu. Odwiedzałem centra handlowe, sklepy, knajpki i wszystko, co mijałem po drodze. W natłoku nowych doświadczeń, nowej rzeczywistości, zapomniałem nawet o zakazanej krainie, którą niedawno odkryłem. Nie, nie zapomniałem –  bardziej trafnym sformułowaniem będzie: zepchnąłem burdelowo gdzieś, nieco dalej, w dalsze obszary świadomości. Ale, ile można trzymać część własnej osobowości, gdzieś w niezdefiniowanej oddali.

Zadzwoniłem do Młodego. Poprosiłem o numer do „tego miejsca”. Z tego, co pamiętałem, miał taki numer, chociaż nigdy nie miał zamiaru skorzystać.

– Ale..? Do, do burdelu chcesz numer? – Był uroczo zaskoczony. Jego przyciszony głos zdradzał mieszankę zakłopotania i niedowierzania.

– No tak. – Odpowiedziałem spokojnie.

Dał numer. To był pierwszy raz kiedy w moim telefonie pojawił się taki gorący numer. Numer do miejsca, gdzie pieniądze można wymienić na dowolną dawkę przyjemności. Gdybym się zastanowił, potrafiłbym określić ile modeli telefonów od tamtej pory zmieniłem. Ale nawet gdybym zaczął medytować, nie potrafiłbym określić ile takich gorących numerów przewinęło się przez moje telefony. Z pewnością dużo, ale ten pierwszy zawsze będzie obecny w moich wspomnieniach. Według Młodego agencja znajdowała się nieco w bok od centrum, na spokojnej, ale nieco zaniedbanej i  podejrzanej uliczce. Nacisnąłem zieloną słuchawkę i czekałem na połączenie. Po kilkunastu sekundach usłyszałem przyjemny, kobiecy głos. Usłyszałem wszystko, co chciałem wiedzieć. W jakiś dziwny sposób mimo, że to była pierwsza taka rozmowa w moim życiu wiedziałem o co pytać, zupełnie jakbym rozmawiał ze starą znajomą. Serio, tak jakbym od zawsze to w sobie miał. Podziękowałem  za informację i zakończyłem połączenie. Nie wiedziałem co zrobić. Kwota, którą usłyszałem była ponad pięćdziesiąt procent wyższa od kwot, które płaciłem wcześniej. Co prawda, jako biedny student, byłem zasilany przelewami od rodziców, którzy ostatnią koszulę oddaliby  byle tylko ich latorośl wyszła na ludzi. Wahałem się co zrobić. Jesień zapanowała nad miastem w zupełności. Chłód i wiatr  szybko zmieniły popołudnie w wieczór.  Ta sceneria pomogła mi podjąć decyzję o powrocie do mieszkania.

W mieszkaniu przekąsiłem kabanosa, zamieniłem kilka słów z Miszą (wtedy docieraliśmy się, toteż zbyt wielu słów nie wymienialiśmy). Czułem chęć zrobienia czegoś, taki dziwny rodzaj motywującego niepokoju. Chęć ruszenia do przodu. Nie do końca wiedziałem czego chcę. Ubrałem kurtkę i wyszedłem, było kilka minut przed dwudziestą drugą. W osiedlowym bankomacie wypłaciłem kilka stuzłotowych banknotów. Ruszyłem dalej przed siebie. Kilkadziesiąt metrów dalej był postój taksówek. Zapytałem czy da radę podjechać na wspomnianą przez Młodego uliczkę. Żaden problem, tak jak myślałem. Po niecałej minucie siedziałem w Lanosie i podziwiałem panoramę miasta zza szyby samochodu. Częściowo znałem miasto, jednak tej części nigdy nie odwiedziłem.

– Czegoś konkretnego pan szuka? Jakiś dokładny adres?

– Nie znam dokładnego adresu. Znajomi mają tu mieszkanie, mają po mnie wyjść.

Uwierzył? Nie wiem, ale jakie to miało znaczenie. Co jego albo mnie to obchodzi.

– No to tutaj. Jesteśmy.

Uregulowałem rachunek. Wysiadłem na niezbyt dobrze oświetlonej uliczce. Taksówka nawróciła i pojechała dalej. Zrobiło się jakby chłodniej. Nieco zasyfiona, słabo oświetlona uliczka, bo z pewnością nie ulica, mogła z całą pewnością posłużyć za tło powieści Conan Doyle`a. Niepewnie rozejrzałem się po okolicy. Co ja tu robię? Po co ja tu przyjechałem? Nawiedziły mnie wątpliwości. Wiedziałem, a raczej czułem, że nie mogę zrobić kroku wstecz. Mogę iść tylko do przodu.

Co by było, gdybym wtedy zawrócił? Czy ten wieczór zatarłby się w mojej pamięci? Gdyby tak było, to kim bym był teraz? Kolejne pytanie, z kim bym był teraz? Z Maskotką? Anią, Martą, Magdą? Czy tak wyglądałby ten scenariusz?  Oklepany i powszedni. No właśnie.  Ja nigdy nie chciałem iść szlakiem wszystkich. Swojej drogi chciałem szukać sam, nawet jeśli miałaby wieść przez niezmierzone i mroczne krainy . Coś we mnie mówiło mi, że ta zapyziała uliczka jest mi w jakiś sposób bliższa niż cały zewnętrzny świat, jest czymś w rodzaju etapu, który przeznaczenie przygotowało na długo przed tym, zanim w ogóle pomyślałem o pobycie w tym mieście. Baśniowy bohater zawsze znajduje się w takim czasie i miejscu, które zdaje się być złowrogie i nieprzyjazne, a wszystko to po to, żeby na końcu bajki być w zamku, ze złotem i w towarzystwie księżniczki. Podobnie postrzegałem siebie. Stałem w tym miejscu, bo gdzie niby miałem stać?  Tak było, bo tak miało być. Uniosłem głowę i spojrzałem przed siebie. Przestałem czuć chłód, poczułem ciepło niczym po wypiciu kielicha. Na kamienicy przede mną umocowany był prostokątny, duży  neon, witały mnie białe litery na czerwonym tle: „night club”.

Neon zdawał się zapraszać. Kontury liter na czerwonym tle były obietnicą, były pokusą. Za nimi kryło się to wszystko, o czym przyzwoici ludzie mówili półgębkiem, a co mnie fascynowało od niepamiętnych czasów. Zrobiłem kilka kroków do przodu, przeszedłem na drugą stronę ulicy. Stałem pod neonem. Przede mną stała kamienica, dwupiętrowa, w socrealistycznym stylu. Drewniane drzwi, z niewielką szybką w kształcie wąskiego prostokąta sprawiały wrażenie masywnych. Mały, biały przycisk umiejscowiony po prawej stronie, na wysokości wzroku, był jedynym sposobem na dostanie się do środka. A więc wszystkie burdele z zewnątrz wyglądają podobnie – pomyślałem. Wszystko w dziwny sposób przypominało moją pierwszą wizytę w tej krainie. Nacisnąłem przycisk. Drzwi otworzyły się, a ja ujrzałem uśmiech ciemnowłosej kobiety.

– Dobry wieczór. – Starałem się nadać swojemu głosowi, a także wyrazowi twarzy wyraz pewnego znużenia i pewnej rutyny, abym mógł wyglądać na bywalca. Nie wiem, z jakim skutkiem, ale pewnie mizernym.

– Dobry wieczór. Zapraszam. – Uśmiech kobiety pozostawał niezmiennie profesjonalnie miły.

Wszedłem do środka. To, co ujrzałem, nie przypominało burdelu jaki znałem.  Od razu dało się zauważyć, że ten lokal znajduje się co najmniej oczko wyżej w hierarchii. Niedaleko drzwi były dwa schodki w dół. Po prawej znajdował się bar,  za którym stała kobieta w wieku trudnym do określenia. Przy barze siedziały trzy dziewczyny i jeden zwalisty, łysogłowy misio, któremu biceps rozciągał, rękaw koszulki. Reszta pomieszczenia wypełniona była stolikami i sofami. W centralnym punkcie, na podeście,  zainstalowana była błyszcząca rura. Całość skąpana w niebieskiej poświacie, wszystko jakby lekko przydymione chociaż nigdzie nie widać dymu. Gustowny lokal. Robiłem szybki rekonesans czując na sobie spojrzenia. Ich lekko uśmiechnięte miny nieco odebrały mi i tak nadwątloną pewność siebie. Wtedy nie bardzo rozumiałem. Dopiero z czasem zrozumiałem, że byłem wtedy dwudziestoletnim szczylem, którego fizjonomia z pewnością nie wskazywała na to, bym był bywalcem takich miejsc, co dla ludzi będących częścią tej krainy było komicznym elementem.

Doświadczenie, choć niewielkie, nauczyło mnie, że najlepiej przejść od razu do sedna, bez zbędnych rozmów i kurtuazji, bo akurat w takich miejscach kurtuazja kosztuje. Z trzech kobiet przy barze, moją uwagę przykuła blondynka. Wysoka, ładna, w sukience, która w tym oświetleniu sprawiała wrażenie turkusowej. Wszystko to: moje spostrzeżenia, przemyślenia, rekonesans, trwały niecałą minutę, czas, który poświęciłem na pokonanie dwóch stopni i dojście do baru. Bardzo chciałem pokazać, jak bardzo obyty jestem w takich miejscach, (a nie za bardzo mi to wychodziło). Podszedłem do blondynki.

– Można panią prosić? – Nie wiem, czy istnieje bardziej głupi tekst, ale nic mądrzejszego nie miałem pod ręką. Blondynka z lekkim uśmiechem patrzyła na mnie.

– Mnie? – Spytała wciąż się uśmiechając. Jej koleżanki były bardziej rozbawione. Pani za barem, wydawała się najbardziej rozbawiona. – Ale pan szybki i zdecydowany – mówiła to, a jej twarz wyrażała szczery ubaw i odrobinę kpiny. – Idź. Uregulowałem należność, z góry. Blondynka wstała z barowego stołka. Okazało się, że jest odrobinę wyższa ode mnie. Jeszcze raz rzuciłem na nią okiem. Tak, zdecydowanie wybór był przedni. Wysoka, z ładną twarzą, częściowo zakryte sukienką ładne, długie nogi. Spojrzałem na dekolt, zarysowania kształtów na tkaninie, zdawały się obiecać, że niedługo moim oczom ukażą się ładne, spore piersi.

Jak to się wszystko zaczęło. Kolejna odsłona początku.

Studia. Mało kto dziś wie, że studia  wyższe z założenia mają być czasem rozwoju.  Adept dowolnej dziedziny ma czas na  zgłębienie jej. Jeśli taki żak ma wystarczająco sprawny intelekt, to oprócz swojej podstawowej dziedziny dowie się dużo o świecie, zrozumie kim jest i jaki system wartości reprezentuje.  Po okresie studiów wychodzi człowiek inteligentny, obyty, mający własne zdanie, nie wstydzący się go i umiejący go obronić. A przede wszystkim wychodzi specjalista w danej dziedzinie. Tak było kiedyś, tak powinno być.

 Dziś studia to symbol pijaństwa, chamstwa i zdziczenia obyczajów. W kwestii kwalifikacji, po ukończeniu dowolnej uczelni, w przygniatającej większość przypadków student to nieudacznik, cymbał, i głupek. Głupek, który nie tylko nie wie nic o świecie (poza newsami z serwisów plotkarskich), ale co gorsze nie wie kompletnie nic w dziedzinie, z której nadano mu tytuł. Stąd kolejni ludzie określani kapitałem ludzki sprawnie operują na zmywakach w UE.

       Nie wiem, czy ze mną było tak samo. Częściowo na pewno, a częściowo nie. Dostałem się na wymarzony kierunek w mieście, gdzie miałem znajomych. Jak u większości młodzieńców głowa nie mogła pomieścić moich wszystkich marzeń. Skoro byłem na ekonomii, to moja przyszłość musiała być związana z GPW, a może nawet z Wall Street. Szeroko wtedy opisywane fundusze inwestycyjne z Nowego Jorku pobudzały zmysły. Kiedy czytałem o tłustych premiach, jakie otrzymywali moi przyszli koledzy po fachu za oceanem utwierdzałem się w przekonaniu, że wybór kierunku mojej edukacji z pewnością był słuszny. Nie przyszło mi do głowy, że najpoważniejsza przeszkoda jaką będę musiał pokonać, to przeszkoda we mnie. Wizja nowojorskiego brokera zawładnęła mną tak bardzo, że zapomniałem o drodze jaką do wymarzonej pozycji muszę pokonać. Drodze, która zaczynała się tu, w tym momencie. Mimo całego entuzjazmu nigdzie nie mogłem odnaleźć w sobie zainteresowania studiami. Owszem interesowało mnie wiele rzeczy, ale najmniej edukacja. Zupełnie, jakby mi ktoś obcy wybrał przypadkowy kierunek studiów. Ponieważ byłem typowym dwudziestolatkiem, byłem głodny wszystkiego, co mnie otacza. Młodzieńcza ciekawość, tak pazerna, bezkompromisowa ciekawość, nie jednego młodziana wyprowadziła na manowce. Jedni zostali tam tylko jakiś czas, a innym całe życie zleciało na manowcach.

Ciekawość i wiara w dwa dogmaty: „wszystko jest możliwe” i „świat jest mój”, to najlepiej charakteryzuje ten okres w życiu człowieka. Tak, to jest ten czas. Jeżeli zapamiętamy choćby najmniejszą jego cząstkę, to uczyni z nas na starość optymistów.

       Ja sam byłem kolejnym egzemplarzem, takim właśnie radośnie naiwnym egzemplarzem. Tylko ten egzemplarz miał pewną skazę. Gdzieś obok tej młodzieńczej świeżości i urzekającej ciekawości świata, nosiłem w sobie cień. Inny rodzaj ciekawości. Mroczną ciekawość. Skosztowałem pewnego owocu. Owocu nie tyle zakazanego, co owocu nadgnitego. Owocu zepsucia, doznań, nieczystości. Jeśli same doznania można porównać do owocu, to z pewnością świat do doznań za pieniądze, jest swego rodzaju nadpsuciem tego najsmakowitszego owocu.  To właśnie kraina rozkoszy za pieniądze, sprawiła, że owoc doznań zaczął fermentować, a jego smak odurzył mnie, niczym przednie wino. Moje pierwsze wizyty w krainie burdelowo  zostawiły ślad, zostawiły uchylone drzwi. To właśnie przez te drzwi zacząłem nieśmiało zaglądać i zadawać sobie pytanie co mnie za nimi czeka. A może to kraina b… wyjrzała zza tych drzwi i kiwnęła na mnie zachęcająco? Nie wiem.

       Pierwsze trzy dni w nowej, studenckiej rzeczywistości to lawina nowych spraw. Wprowadzenie do wynajętego mieszkania. Poznanie współlokatorów, rozeznanie w topografii miasta. To stawienie czoła nowej rzeczywistości. Teoretycznie miałem nieco łatwiej. W bloku naprzeciwko mieszkali znajomi z mojego rodzinnego miasta. Zawsze ktoś przetrze szlak.  Była niedziela, następnego dnia uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego miało dać początek czemuś nowemu. Ja w towarzystwie znajomych przechylałem kolejne butelki słuchając niestworzonych historii. Od butelek odlatywały kolejne  kapsle, podważane łyżkami, zapalniczkami, bądź czymkolwiek. Wspominać za bardzo nie mieliśmy co, bo stosunkowo nie dawno widzieliśmy, ale tematów i tak znalazło się pod dostatkiem. Studia, niedawno matura, życie, perspektywy, plany i marzenia. To wszystko, wtedy wydawało się takie poważne i takie namacalne. Nikt nie przypuszczał, że za kilka lat wszystko się pozmienia i każdemu życie napisze swój scenariusz. Tematem, którego nie mogło zabraknąć, były oczywiście dziewczyny. Okazało się, że Młody, ma prawie dziewczynę, Luki, jak sam określił, nie spotkał takiej, która spełniałaby standardy. Adaś, coś tam potakiwał, ale zrozumiałem, że argument tłumaczący, dlaczego nikogo nie ma, zabrał mu Luki, dlatego nie wypowiadał się zbyt wiele. Nikt nie wiedział skąd pojawił się temat dziwek. Co ciekawe, według relacji chłopaków ktoś TAM był. Jak się okazało, chłopaki wiedzieli, że są takie przybytki, co istotne było ich więcej niż u nas w rodzinnym mieście. Według relacji chłopaków  jacyś ich znajomi po mocno zakrapianej imprezie wybrali się, i już prawie skorzystali z oferowanych usług, ale nie mieli kasy i  nieco się spietrali. Słuchałem, alkohol mnie opuścił moje zmysły wyostrzyły się. Moja twarz pokryta leniwym uśmiechem, nieco zamroczona piwem, była doskonałym kamuflażem żywego zainteresowania wspomnianym tematem. No i Młody nawet wziął od nich numer do burdelu, jarzysz? – Zakończył relację Luki. Młody swoim zwyczajem uśmiechnął się nieśmiało. Przyjrzałem mu się. Tak. Z całej trójki tylko Młody, jako jedyny, miałby na tyle jaj, żeby odwiedzić krainę Burdelowo. Jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem całą trójkę. Adaś z Lukim, to takie małe chujki, dosłownie i w przenośni.

Dosłownie dlatego, że jeszcze w czasach liceum, kiedy często piątkowe popołudnia spędzało się na posiadówach w naszym pubie, miało miejsce wypowiedzenie stwierdzenia, którego na nieszczęście nadawcy i adresata zapamiętali wszyscy przy stole. Nikt nie wie dlaczego, ale nagle z ust Lukiego padło do Adasia: – nie martw się Paweł (Paweł, bo Adaś, to ksywa), obaj mamy małe chuje, ale jakieś dupy sobie znajdziemy. – Na moment czas się zatrzymał. Wszyscy spojrzeli na chłopaków, na siebie i na chłopaków. Mina Młodego wskazująca na zaskoczone rozbawienie, była bezcenna. Troszkę pośmialiśmy się, ale nikt nie gnębił chłopaków z powodu wyznania Lukiego.  

Dużo mają do powiedzenia, ale w rzeczywistości, mało by zrobili. Co innego Młody. Młody, był zawsze spokojny i cichy. Niewiele mówił, ale za to mądrze. Nie był teoretykiem, jak się za coś zabierał to na serio. Jeśli zaczynał czytać jakąś książkę, to choćby miała osiem tomów, nie robił przerw i nie odpuszczał. Teraz, w „tych” sprawach, też wiedziałem, że jeżeli podjąłby decyzję, że idzie do burdelu, to nie cofnąłby się. Ale nie poszedł. Nawet nie zbliżył się do takich miejsc. On sam pewnie stwierdziłby, że może ze strachu, może z innych powodów. W rzeczywistości, był na to zbyt porządny. Był po prostu przyzwoitym człowiekiem, z jasno wykreślonymi granicami. A w jego kodeksie, przyzwoity człowiek nie chadzał do takich miejsc. Koniec, kropka.

Mieliśmy się udać do knajpy z piłkarzykami, tam spotykali się studenci z wydziału chłopaków. Tam spotkaliśmy się z ich koleżankami. Rozmowa o niczym, partia przy stole z nabitymi na ruszt plastykowymi sportowcami. Nawet kompletnie pijany zrozumiałem,że nikt z nas nie porucha w tym odcinku. Relacje chłopaków z dziewczynami, w żadnym wypadku nie mogły doprowadzić do, jak to Adaś ładnie określił „dupconka”. Pozostało dalej pić.

Do swojego mieszkania dotarłem bardzo późno. Rano zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego, niby nic nie znaczące wydarzenie, ale dziwnie chodziło za mną uczucie, że ten pierwszy, w gruncie rzeczy, nic nie znaczący występek jest wróżbą mojej kariery studenta. Następnego dnia zaczęły się już zajęcia i tak rozpoczął się nowy rozdział. Ale czy na pewno w pełni się rozpoczął się dla mnie?

CDN

Z pamiętnika dziwkarza cz. 2 nie zawsze jest kolorowo

Opisała się jako Lena. Dwie fotki typu akt na przedpokoju, zweryfikowane jako prawdziwe. Dwadzieścia trzy lata, blond włosy o średniej długości. Duża stawka w porównaniu do innych, bo doznania też z pierwszej ligi.

Myśli zaczęły mną kołatać. Pozostało jeszcze nie więcej niż piętnaście minut do końca mszy. Nie wytrzymałem. Wyszedłem. Jeszcze będąc pod kościołem, zadzwoniłem. Pięć minut później byłem w dosyć ładnie urządzonej kawalerce. Otwarła nieco zmanierowana blondynka. Procedura poszła w ruch. Kasa, prysznic i ruchanko. Ciekawy byłem, cóż takiego ma w ofercie owa Lena. Lodzik bez gumy, mechanicznie i bezpłciowo. Seks okazał się również bezpłuciowy. Nie rusz, nie dotykaj, tego nie robię, tamtego nie robię. Po kilku minutach sterylnego seksu dobrnąłem do finału. Nieco na siłę, bologia w tym wypadku uległa mechanice. Ubierając się spytałem czy długo przyjmuje. Odpowiedziała, że drugi miesiąc. Zapytana o wrażenia, odpowiedziała, że jest zadowolona. – Wiesz, świadczę usługi na wysokim poziomie, więc nie każdego na mnie stać. Przychodzą tylko ludzie na pewnym poziomie. Jest ich niewielu, dlatego mam nawet sporo czasu. Słuchałem i nie wierzyłem. Ta diva wykreowała taki Matrix, że nawet Gośka z jej koleżankami nie mogły się z nią równać.

Wróciłem pod kościół. Już po mszy, Gośka akurat kończyła rozmowę ze znajomymi. Podeszła do mnie.

– Gdzie zniknąłeś?

– Trochę się znudziłem, to wyskoczyłem po fajeczki.

– Oj, nie ładnie, nie ładnie. – Uśmiechając się pogroziła mi palcem. Poszliśmy na herbatę. Cały wieczór przegadaliśmy o życiu, studiach i perspektywach. Patrzyłem na nią i nie wiedziałem, czy pogardzać nią za totalny brak życiowej wiedzy, czy zazdrościć tego, że nie umazała się tym cały gównem.

Po powrocie nie omieszkałem wstawić odpowiedniego wpisu na Forum. Byłem drugą osobą, o takich odczuciach. Po moim wpisie w ciągu dwóch tygodni pojawiło się jeszcze dwa. W ciągu dwóch miesięcy diva zniknęła z miasta. Któryś ze Szwagrów natknął się na nią osiemdziesiąt kilometrów dalej, podziękował z usługę i wyszedł. Prawa rynku.

Cwana blondynka

Centrum miasta. Blok jakich wiele, pewnie nikt nie kojarzy anonimowego mieszkanka z burdelem. Ruch uliczny, dziesiątki ludzi, którzy w zamyśleniu idą przed siebie. Anonimowe mieszkanie, jedno z wielu. Czasem jak patrzę na ten podziemny, na wpół mityczny świat i ludzi w nim egzystujących myślę o Ameryce z czasów prohibicji. Jesteśmy niczym pijacy znający adresy i hasła, po usłyszeniu których barman podaje butelkę po oranżadzie wypełnioną wódką. Albo jak hazardziści, którzy znają tajny świat karcianych melin. Znają inny wymiar, inną topografię w każdym mieście i miasteczku. Do tej grupy należę również ja.

Zbliża się godzina wyjścia z pracy. Rząd cyferek, dane osobowe, wszystko zbliża się do końca.

Chłodne powietrze owija się wokół mnie. Stoję przed wejściem do firmy. Mój mózg przełącza się. Tak jakby działo się to poza mną.  Neurony przekazują dziesiątki informacji o ewentualnych adresach w pobliżu. Mam. Szybka rozmowa przez telefon. Co i za ile. Pięć minut później już wciskam odpowiedni numer na domofonie. W tym całym procesie nie chodzi o seks, nie chodzi o samą biologię. To coś znacznie więcej. To cały proces, inna kraina. Inna rzeczywistość.  Jedną z rzeczy, która mnie niesamowicie kręci w tym świecie jest możliwość natychmiastowej realizacji niemal wszelkich zachcianek. I to właśnie się dzieje. W tym procesie właśnie uczestniczę.

Drzwi otwiera blondynka, raczej przeciętna. Przypatruję się jej zaledwie chwilę, to wystarcza. Jest kobietą o przeciętnej urodzie, która stara się zwiększyć atrakcyjność farbowaniem włosów i makijażem. Jak zawsze w takich miejscach i sytuacjach. Makijaż jest niechlujny, farba do włosów jest albo tania albo nie umiejętnie nałożona. Wydziera się spod niej prawdziwy kolor włosów, kolor nieokreślony. Zadymiony przedpokój, obity boazerią przypomina mi w ilu takich mieszkaniach już byłem. Tak, jakbym krążył w zaklętym czasoprzestrzennym kręgu. Z przedpokoju można wejść do jednego z trzech pomieszczeń. W prawo, lewo lub prosto. Na lewo jest łazienka, na prawo coś na kształt pokoju stołowego, nieco mniejszy znajduje się naprzeciwko drzwi wejściowych. Diva wprowadza mnie do pokoju na wprost. Stary tapczan, w pomalowanym na seledynowo pokoju wydaje się zapraszać. Mówię, że biorę opcję najtańszą, tak jak ustalaliśmy przez telefon. „Kwadransik” mówiąc żargonem Szwagrów. Kiwa głową i wyciąga rękę po pieniądze. Wręczam jej wyliczoną kwotę. Siadam wygodnie na tapczanie, Powoli zdejmując spodnie. Diva klęka przede mną jej usta zbliżają się do mojego krocza.

– Połóż się wygodnie. – Kładę się na wysłużonym tapczanie. Patrzę w zabrudzony sufit. Moje myśli krążą wokół nowego projektu. Jeśli poprawki KNFu faktycznie wejdą w życie, będzie ciężej. Błogie uczucie rozchodzi się od mojego krocza po całym ciele. Na krótką chwilę nie myślę o firmie, o życiu. Koncentruję się tylko na impulsach, które dostarcza blondynka. Mijają chwilę, w mojego fiuta wpompowana została wystarczająca ilość krwi. Zerkam na nią. Ciekawe, mało div dobrowolnie klęczy, wręcz nie ma tego w zestawie, albo za taki rodzaj poniżenia bądź dominacji trzeba zapłacić dużo więcej. Nie tym razem.

– Połóż się. – Chcę w nią wejść. Bez szaleństw, bez wymyślnych pozycji. Po prostu kilka dynamicznych pchnięć zakończonych orgazmem.

– W kwadransiku masz tylko francuza. – Co? No przecież co innego słyszałem dwadzieścia minut wcześniej. Trudno. Nie będę teraz wyjaśniał, bo jednak to ona ma mojego kutasa między zębami. Ok. – spuszczę się w pyszczku. Też może być. Dalej leżę myśląc o niczym. Dziwka obrabia mnie, co raz częściej wspomagając się ręką. Czuję, że powoli nadchodzi biała fala. Zastanawiam się, czy połknie, czy wypluje. Nagle przestaje ssać. Jej nadgarstek pracuje nad wyraz sprawnie. Zaczynam szczytować. Cały ładunek znalazł się na moim brzuchu. Co to ma być? – Moje oburzone myśli pozostają w mojej głowie, gdyż nie bardzo wiem co powiedzieć. Cwana z niej bestia.

– Trzymaj chusteczkę. – W moim kierunku zostaje wyciągnięta dłoń z kawałkiem papierowego ręczniczka. Odwraca się i zaczyna sprawdzać wiadomości w telefonie. To się nazywa łatwa kasa. Jestem zniesmaczony. Wycieram resztki nasienia z brzucha i rzucam papierowy ręcznik na koc. Coś mi się wydaje, że zostałem wydymany. Wychodzę z mieszkania, jeszcze na klatce schodowej nie mogę się nadziwić, jak bardzo to spotkanie było „nie tak”. Trudno, czasem też tak bywa.

Paranoja ufarbowana na blond

Od kilku tygodni nie zaglądam w zakazane rewiry. Koncentruje się na aktywności fizycznej, chciałbym przed czterdziestką zobaczyć kaloryfer na moim brzuchu. Zawsze odnosiłem wrażenie, że jestem indywidualnością, ale w kwestii ostatnich trendów również popadłem w zachwyt nad wyrzeźbionym brzuchem. To nie tylko piękne zjawisko estetyczne, ale również wyraz uporu i ciężkiej pracy. Właściciel, czy też właścicielka pięknie wyrzeźbionego brzucha udowadnia sobie i innym, że potrafi o coś zawalczyć, coś wypracować. To o czymś świadczy.

Ćwiczenia fizyczne mają mi pomóc w poskładaniu umysłu i duszy. Gdzieś, na gruzach mojej psychiki, niczym statek widmo pojawia się D. Moja sercołamaczka, moja obsesja. Minęło już ponad dwa lata, a ja wciąż tkwię mentalnie w miejscu naszego wspólnego spaceru. Najłatwiej jest doradzać w sytuacjach sercowych: „zamień na lepszy model”, „znajdź sobie kogoś innego”. Te starte niczym dżinsy banały są czymś w rodzaju złotych myśli. Problem zaczyna się, kiedy to my jesteśmy bohaterami sercowej historii. Wtedy możemy się przekonać, że wymienione wyżej porady możemy swobodnie nawinąć na rolkę papieru toaletowego. Z dnia na dzień, czuję jak żądza we mnie wzbiera. Znam ten mechanizm. Można pracować nad silną wolą, nad samokontrolą, nad dyscypliną. Ponad tym wszystkim jest jednak jedno, nadrzędne prawo. Żądza zawsze zwycięży. Nie ma bardziej prawdziwego prawa. Tak po prostu jest. Kiedy napisał mi o tym jeden ze Szwagrów, byłem sceptyczny. Teraz jednak wiem: żądza zawsze zwycięży – tak będzie, bo tak musi być.

Wieczór. Po gimnastyce, która zajęła mi nie więcej jak siedemdziesiąt minut słucham nagrań hipnotycznych, które mają sprawić, że nie będę palił papierosów. Wiem, że powinienem wyłączyć komputer. Wyjść na spacer, pójść na piwo, na zakupy, gdziekolwiek. Zadzwonić do Iwony z działu reklamacji, umówić się na kawę i później…albo po prostu zmarszczyć Freda pod prysznicem. Nie robię tego. Dlaczego? Bo wiem, wiem co się stanie. Moje palce same przesuwają się po klawiaturze. Strona. Nowe ogłoszenia. Wszystko dzieje się automatycznie. Blondynka dwadzieścia osiem lat. Kilkukilogramowa nadwaga czyni z niej odrobinę zbyt postawną dzidzię. Może być. Samochód, bankomat. Po drodze telefon, z ustaleniami co i za ile. Ósme piętro, spokojna dzielnica. Lekko pukam do drzwi. Otwiera dziewczyna, od razu widać, że to ta sama, co na zdjęciach. Wchodzę, do całkiem schludnego mieszkania. Zaprasza mnie do sypialni. Jest ciemno, jedynym oświetleniem jest telewizor, w którym leci „3.10 do Yumy” z dwa tysiące któregoś. Idę pod prysznic. Wracam z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Diva idzie się odświeżyć. Rzuca mi badawcze spojrzenie.

Coś jesteś dziwny. – Nie wiem jak odpowiedzieć na to stwierdzenie. Siadam na łóżku. Czekam, oglądając perypetie biednego farmera, który chce coś udowodnić synowi, zuchwałemu bandziorowi, a może przede wszystkim sobie. Wraca blondynka. Ręcznik chyba zielony, czyni z niej całkiem ponętną istotę. Znowu to dziwne spojrzenie.

To co brałeś? – O co chodzi? – Słucham? – Jej spojrzenie było z gatunku tych spojrzeń, które mnie najbardziej drażnią. Spojrzenie istoty głupiej, która w danym momencie jest przekonana o swojej mądrości.

– No, co brałeś? Jaką pigułę? Słuchaj, mnie nie nabierzesz. – Zaniemówiłem . Kwęknąłem coś od niechcenia. Sięgnąłem ręką do wnętrza jej uda. Liczyłem na to, że przejście do rzeczy zakończy jej durne dochodzenie. Odsunęła się.

– Jak tak chcesz grać, to nie ze mną.

– Co? – Zaczynałem się denerwować.

– Mówisz co brałeś, przecież widzę twoje źrenice. – Miałem ochotę huknąć na nią. Albo roześmiać się. Ty głupia kretynko, jesteśmy w ciemnym pomieszczeniu. Jedynym oświetleniem jest telewizor. Więc, kurwa, jakie mam mieć źrenice. Kilkuminutowy beznamiętny seks z ulgą powitałem finał tej transakcji. Ubrałem się i bez słowa wyszedłem. Głupia cipa.

Jadąc samochodem, zadałem sobie pytanie, a co jeśli ona miała rację? Być może ten podziemny świat jest moim narkotykiem, moim nałogiem i nie będąc tego świadomym zachowuję się jak ćpun. Jaka jest różnica między mną, a menelami skamlącymi o dwa złote. Czy mój wraz twarzy, kiedy siedzę na FORUM jest podobny do wyrazu twarzy żula patrzącego przez witrynę sklepu monopolowego?  Ile razy robiłem mocne postanowienie poprawy, ile razy znajdowałem się na zakręcie? Czy kraina burdelowo, okazała się otchłanią? Otchłanią, która mnie wessała i wobec której miałem okazać się bezsilny? Na to pytanie miałem uzyskać odpowiedź w niedalekiej przyszłości.