Kolejna odsłona początku cz. 2

Minął pierwszy dzień. Zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego. Dopiero od następnego dnia rozpocząłem nowy etap w życiu. Nowi ludzie, nowy budynek, wszystko nowe. Nie wiem dlaczego, ale dziwnie nie przypasowali mi moi nowi znajomi. Jakoś tak po prostu, byłem na „nie”. Nie nawiązaliśmy kontaktu. Pierwsze zajęcia, również mnie odstraszyły. Jak się okazało, z największą „zgagą” na wydziale. Teraz mnie to bawi, ba, mam nawet duży sentyment do tamtych czasów. Wtedy jednak rzeczywistość, która mnie otaczała, zdawała się być nieprzyjazna. Czułem się dziwnie obcy. Życie poza wydziałem też nie miało jakoś kolorowych odcieni. Mieszkanie z obcymi ludźmi, wszystko nowe i nie takie, jakie miało być. W wyobraźni to wszystko miało być inne, bardziej kolorowe, lepsze. Tak, jak w amerykańskich komediach, nie było. – A miało być tak pięknie. – z ironiczną goryczą podśpiewywałem w trakcie porannego prysznica. Elementem, który w jakiś sposób osładzał mi ten gorzki czas były rozmowy telefoniczne z B. która również zaczynała studiować na drugim końcu kraju.   Tkwiła we mnie licealna, nieudolna „miłość” do koleżanki, która nigdy nie dała mi najmniejszego sygnału, że „coś” może między nami być. Tak minęły dwa pierwsze tygodnie. Ekscytacja studiami niepostrzeżenie zamieniła się w rozczarowanie. Utwierdziłem się, że nasze rodzime warunki studiowania to nie komedia „Wieczny student”. Nikt nie porusza się po kampusach golfowymi wózkami, nie ma imprez  gdzie fitneski paradują w bikini. Jest za to polska złota (i chłodna) jesień.

Zobowiązany jestem w tym momencie nadmienić, że z czasem wszystko ruszyło naprzód. Pojawiły się dziewczyny, imprezy i najpiękniejsze lata w moim życiu.  Początek nie był jednak wesoły.

Nie mogąc odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości chodziłem po mieście. Wieczorne długie spacery miały, można powiedzieć, terapeutyczne działanie. Chodziłem spokojnie, bez pośpiechu. Odwiedzałem centra handlowe, sklepy, knajpki i wszystko, co mijałem po drodze. W natłoku nowych doświadczeń, nowej rzeczywistości, zapomniałem nawet o zakazanej krainie, którą niedawno odkryłem. Nie, nie zapomniałem –  bardziej trafnym sformułowaniem będzie: zepchnąłem burdelowo gdzieś, nieco dalej, w dalsze obszary świadomości. Ale, ile można trzymać część własnej osobowości, gdzieś w niezdefiniowanej oddali.

Zadzwoniłem do Młodego. Poprosiłem o numer do „tego miejsca”. Z tego, co pamiętałem, miał taki numer, chociaż nigdy nie miał zamiaru skorzystać.

– Ale..? Do, do burdelu chcesz numer? – Był uroczo zaskoczony. Jego przyciszony głos zdradzał mieszankę zakłopotania i niedowierzania.

– No tak. – Odpowiedziałem spokojnie.

Dał numer. To był pierwszy raz kiedy w moim telefonie pojawił się taki gorący numer. Numer do miejsca, gdzie pieniądze można wymienić na dowolną dawkę przyjemności. Gdybym się zastanowił, potrafiłbym określić ile modeli telefonów od tamtej pory zmieniłem. Ale nawet gdybym zaczął medytować, nie potrafiłbym określić ile takich gorących numerów przewinęło się przez moje telefony. Z pewnością dużo, ale ten pierwszy zawsze będzie obecny w moich wspomnieniach. Według Młodego agencja znajdowała się nieco w bok od centrum, na spokojnej, ale nieco zaniedbanej i  podejrzanej uliczce. Nacisnąłem zieloną słuchawkę i czekałem na połączenie. Po kilkunastu sekundach usłyszałem przyjemny, kobiecy głos. Usłyszałem wszystko, co chciałem wiedzieć. W jakiś dziwny sposób mimo, że to była pierwsza taka rozmowa w moim życiu wiedziałem o co pytać, zupełnie jakbym rozmawiał ze starą znajomą. Serio, tak jakbym od zawsze to w sobie miał. Podziękowałem  za informację i zakończyłem połączenie. Nie wiedziałem co zrobić. Kwota, którą usłyszałem była ponad pięćdziesiąt procent wyższa od kwot, które płaciłem wcześniej. Co prawda, jako biedny student, byłem zasilany przelewami od rodziców, którzy ostatnią koszulę oddaliby  byle tylko ich latorośl wyszła na ludzi. Wahałem się co zrobić. Jesień zapanowała nad miastem w zupełności. Chłód i wiatr  szybko zmieniły popołudnie w wieczór.  Ta sceneria pomogła mi podjąć decyzję o powrocie do mieszkania.

W mieszkaniu przekąsiłem kabanosa, zamieniłem kilka słów z Miszą (wtedy docieraliśmy się, toteż zbyt wielu słów nie wymienialiśmy). Czułem chęć zrobienia czegoś, taki dziwny rodzaj motywującego niepokoju. Chęć ruszenia do przodu. Nie do końca wiedziałem czego chcę. Ubrałem kurtkę i wyszedłem, było kilka minut przed dwudziestą drugą. W osiedlowym bankomacie wypłaciłem kilka stuzłotowych banknotów. Ruszyłem dalej przed siebie. Kilkadziesiąt metrów dalej był postój taksówek. Zapytałem czy da radę podjechać na wspomnianą przez Młodego uliczkę. Żaden problem, tak jak myślałem. Po niecałej minucie siedziałem w Lanosie i podziwiałem panoramę miasta zza szyby samochodu. Częściowo znałem miasto, jednak tej części nigdy nie odwiedziłem.

– Czegoś konkretnego pan szuka? Jakiś dokładny adres?

– Nie znam dokładnego adresu. Znajomi mają tu mieszkanie, mają po mnie wyjść.

Uwierzył? Nie wiem, ale jakie to miało znaczenie. Co jego albo mnie to obchodzi.

– No to tutaj. Jesteśmy.

Uregulowałem rachunek. Wysiadłem na niezbyt dobrze oświetlonej uliczce. Taksówka nawróciła i pojechała dalej. Zrobiło się jakby chłodniej. Nieco zasyfiona, słabo oświetlona uliczka, bo z pewnością nie ulica, mogła z całą pewnością posłużyć za tło powieści Conan Doyle`a. Niepewnie rozejrzałem się po okolicy. Co ja tu robię? Po co ja tu przyjechałem? Nawiedziły mnie wątpliwości. Wiedziałem, a raczej czułem, że nie mogę zrobić kroku wstecz. Mogę iść tylko do przodu.

Co by było, gdybym wtedy zawrócił? Czy ten wieczór zatarłby się w mojej pamięci? Gdyby tak było, to kim bym był teraz? Kolejne pytanie, z kim bym był teraz? Z Maskotką? Anią, Martą, Magdą? Czy tak wyglądałby ten scenariusz?  Oklepany i powszedni. No właśnie.  Ja nigdy nie chciałem iść szlakiem wszystkich. Swojej drogi chciałem szukać sam, nawet jeśli miałaby wieść przez niezmierzone i mroczne krainy . Coś we mnie mówiło mi, że ta zapyziała uliczka jest mi w jakiś sposób bliższa niż cały zewnętrzny świat, jest czymś w rodzaju etapu, który przeznaczenie przygotowało na długo przed tym, zanim w ogóle pomyślałem o pobycie w tym mieście. Baśniowy bohater zawsze znajduje się w takim czasie i miejscu, które zdaje się być złowrogie i nieprzyjazne, a wszystko to po to, żeby na końcu bajki być w zamku, ze złotem i w towarzystwie księżniczki. Podobnie postrzegałem siebie. Stałem w tym miejscu, bo gdzie niby miałem stać?  Tak było, bo tak miało być. Uniosłem głowę i spojrzałem przed siebie. Przestałem czuć chłód, poczułem ciepło niczym po wypiciu kielicha. Na kamienicy przede mną umocowany był prostokątny, duży  neon, witały mnie białe litery na czerwonym tle: „night club”.

Neon zdawał się zapraszać. Kontury liter na czerwonym tle były obietnicą, były pokusą. Za nimi kryło się to wszystko, o czym przyzwoici ludzie mówili półgębkiem, a co mnie fascynowało od niepamiętnych czasów. Zrobiłem kilka kroków do przodu, przeszedłem na drugą stronę ulicy. Stałem pod neonem. Przede mną stała kamienica, dwupiętrowa, w socrealistycznym stylu. Drewniane drzwi, z niewielką szybką w kształcie wąskiego prostokąta sprawiały wrażenie masywnych. Mały, biały przycisk umiejscowiony po prawej stronie, na wysokości wzroku, był jedynym sposobem na dostanie się do środka. A więc wszystkie burdele z zewnątrz wyglądają podobnie – pomyślałem. Wszystko w dziwny sposób przypominało moją pierwszą wizytę w tej krainie. Nacisnąłem przycisk. Drzwi otworzyły się, a ja ujrzałem uśmiech ciemnowłosej kobiety.

– Dobry wieczór. – Starałem się nadać swojemu głosowi, a także wyrazowi twarzy wyraz pewnego znużenia i pewnej rutyny, abym mógł wyglądać na bywalca. Nie wiem, z jakim skutkiem, ale pewnie mizernym.

– Dobry wieczór. Zapraszam. – Uśmiech kobiety pozostawał niezmiennie profesjonalnie miły.

Wszedłem do środka. To, co ujrzałem, nie przypominało burdelu jaki znałem.  Od razu dało się zauważyć, że ten lokal znajduje się co najmniej oczko wyżej w hierarchii. Niedaleko drzwi były dwa schodki w dół. Po prawej znajdował się bar,  za którym stała kobieta w wieku trudnym do określenia. Przy barze siedziały trzy dziewczyny i jeden zwalisty, łysogłowy misio, któremu biceps rozciągał, rękaw koszulki. Reszta pomieszczenia wypełniona była stolikami i sofami. W centralnym punkcie, na podeście,  zainstalowana była błyszcząca rura. Całość skąpana w niebieskiej poświacie, wszystko jakby lekko przydymione chociaż nigdzie nie widać dymu. Gustowny lokal. Robiłem szybki rekonesans czując na sobie spojrzenia. Ich lekko uśmiechnięte miny nieco odebrały mi i tak nadwątloną pewność siebie. Wtedy nie bardzo rozumiałem. Dopiero z czasem zrozumiałem, że byłem wtedy dwudziestoletnim szczylem, którego fizjonomia z pewnością nie wskazywała na to, bym był bywalcem takich miejsc, co dla ludzi będących częścią tej krainy było komicznym elementem.

Doświadczenie, choć niewielkie, nauczyło mnie, że najlepiej przejść od razu do sedna, bez zbędnych rozmów i kurtuazji, bo akurat w takich miejscach kurtuazja kosztuje. Z trzech kobiet przy barze, moją uwagę przykuła blondynka. Wysoka, ładna, w sukience, która w tym oświetleniu sprawiała wrażenie turkusowej. Wszystko to: moje spostrzeżenia, przemyślenia, rekonesans, trwały niecałą minutę, czas, który poświęciłem na pokonanie dwóch stopni i dojście do baru. Bardzo chciałem pokazać, jak bardzo obyty jestem w takich miejscach, (a nie za bardzo mi to wychodziło). Podszedłem do blondynki.

– Można panią prosić? – Nie wiem, czy istnieje bardziej głupi tekst, ale nic mądrzejszego nie miałem pod ręką. Blondynka z lekkim uśmiechem patrzyła na mnie.

– Mnie? – Spytała wciąż się uśmiechając. Jej koleżanki były bardziej rozbawione. Pani za barem, wydawała się najbardziej rozbawiona. – Ale pan szybki i zdecydowany – mówiła to, a jej twarz wyrażała szczery ubaw i odrobinę kpiny. – Idź. Uregulowałem należność, z góry. Blondynka wstała z barowego stołka. Okazało się, że jest odrobinę wyższa ode mnie. Jeszcze raz rzuciłem na nią okiem. Tak, zdecydowanie wybór był przedni. Wysoka, z ładną twarzą, częściowo zakryte sukienką ładne, długie nogi. Spojrzałem na dekolt, zarysowania kształtów na tkaninie, zdawały się obiecać, że niedługo moim oczom ukażą się ładne, spore piersi.

Jak to się wszystko zaczęło. Kolejna odsłona początku.

Studia. Mało kto dziś wie, że studia  wyższe z założenia mają być czasem rozwoju.  Adept dowolnej dziedziny ma czas na  zgłębienie jej. Jeśli taki żak ma wystarczająco sprawny intelekt, to oprócz swojej podstawowej dziedziny dowie się dużo o świecie, zrozumie kim jest i jaki system wartości reprezentuje.  Po okresie studiów wychodzi człowiek inteligentny, obyty, mający własne zdanie, nie wstydzący się go i umiejący go obronić. A przede wszystkim wychodzi specjalista w danej dziedzinie. Tak było kiedyś, tak powinno być.

 Dziś studia to symbol pijaństwa, chamstwa i zdziczenia obyczajów. W kwestii kwalifikacji, po ukończeniu dowolnej uczelni, w przygniatającej większość przypadków student to nieudacznik, cymbał, i głupek. Głupek, który nie tylko nie wie nic o świecie (poza newsami z serwisów plotkarskich), ale co gorsze nie wie kompletnie nic w dziedzinie, z której nadano mu tytuł. Stąd kolejni ludzie określani kapitałem ludzki sprawnie operują na zmywakach w UE.

       Nie wiem, czy ze mną było tak samo. Częściowo na pewno, a częściowo nie. Dostałem się na wymarzony kierunek w mieście, gdzie miałem znajomych. Jak u większości młodzieńców głowa nie mogła pomieścić moich wszystkich marzeń. Skoro byłem na ekonomii, to moja przyszłość musiała być związana z GPW, a może nawet z Wall Street. Szeroko wtedy opisywane fundusze inwestycyjne z Nowego Jorku pobudzały zmysły. Kiedy czytałem o tłustych premiach, jakie otrzymywali moi przyszli koledzy po fachu za oceanem utwierdzałem się w przekonaniu, że wybór kierunku mojej edukacji z pewnością był słuszny. Nie przyszło mi do głowy, że najpoważniejsza przeszkoda jaką będę musiał pokonać, to przeszkoda we mnie. Wizja nowojorskiego brokera zawładnęła mną tak bardzo, że zapomniałem o drodze jaką do wymarzonej pozycji muszę pokonać. Drodze, która zaczynała się tu, w tym momencie. Mimo całego entuzjazmu nigdzie nie mogłem odnaleźć w sobie zainteresowania studiami. Owszem interesowało mnie wiele rzeczy, ale najmniej edukacja. Zupełnie, jakby mi ktoś obcy wybrał przypadkowy kierunek studiów. Ponieważ byłem typowym dwudziestolatkiem, byłem głodny wszystkiego, co mnie otacza. Młodzieńcza ciekawość, tak pazerna, bezkompromisowa ciekawość, nie jednego młodziana wyprowadziła na manowce. Jedni zostali tam tylko jakiś czas, a innym całe życie zleciało na manowcach.

Ciekawość i wiara w dwa dogmaty: „wszystko jest możliwe” i „świat jest mój”, to najlepiej charakteryzuje ten okres w życiu człowieka. Tak, to jest ten czas. Jeżeli zapamiętamy choćby najmniejszą jego cząstkę, to uczyni z nas na starość optymistów.

       Ja sam byłem kolejnym egzemplarzem, takim właśnie radośnie naiwnym egzemplarzem. Tylko ten egzemplarz miał pewną skazę. Gdzieś obok tej młodzieńczej świeżości i urzekającej ciekawości świata, nosiłem w sobie cień. Inny rodzaj ciekawości. Mroczną ciekawość. Skosztowałem pewnego owocu. Owocu nie tyle zakazanego, co owocu nadgnitego. Owocu zepsucia, doznań, nieczystości. Jeśli same doznania można porównać do owocu, to z pewnością świat do doznań za pieniądze, jest swego rodzaju nadpsuciem tego najsmakowitszego owocu.  To właśnie kraina rozkoszy za pieniądze, sprawiła, że owoc doznań zaczął fermentować, a jego smak odurzył mnie, niczym przednie wino. Moje pierwsze wizyty w krainie burdelowo  zostawiły ślad, zostawiły uchylone drzwi. To właśnie przez te drzwi zacząłem nieśmiało zaglądać i zadawać sobie pytanie co mnie za nimi czeka. A może to kraina b… wyjrzała zza tych drzwi i kiwnęła na mnie zachęcająco? Nie wiem.

       Pierwsze trzy dni w nowej, studenckiej rzeczywistości to lawina nowych spraw. Wprowadzenie do wynajętego mieszkania. Poznanie współlokatorów, rozeznanie w topografii miasta. To stawienie czoła nowej rzeczywistości. Teoretycznie miałem nieco łatwiej. W bloku naprzeciwko mieszkali znajomi z mojego rodzinnego miasta. Zawsze ktoś przetrze szlak.  Była niedziela, następnego dnia uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego miało dać początek czemuś nowemu. Ja w towarzystwie znajomych przechylałem kolejne butelki słuchając niestworzonych historii. Od butelek odlatywały kolejne  kapsle, podważane łyżkami, zapalniczkami, bądź czymkolwiek. Wspominać za bardzo nie mieliśmy co, bo stosunkowo nie dawno widzieliśmy, ale tematów i tak znalazło się pod dostatkiem. Studia, niedawno matura, życie, perspektywy, plany i marzenia. To wszystko, wtedy wydawało się takie poważne i takie namacalne. Nikt nie przypuszczał, że za kilka lat wszystko się pozmienia i każdemu życie napisze swój scenariusz. Tematem, którego nie mogło zabraknąć, były oczywiście dziewczyny. Okazało się, że Młody, ma prawie dziewczynę, Luki, jak sam określił, nie spotkał takiej, która spełniałaby standardy. Adaś, coś tam potakiwał, ale zrozumiałem, że argument tłumaczący, dlaczego nikogo nie ma, zabrał mu Luki, dlatego nie wypowiadał się zbyt wiele. Nikt nie wiedział skąd pojawił się temat dziwek. Co ciekawe, według relacji chłopaków ktoś TAM był. Jak się okazało, chłopaki wiedzieli, że są takie przybytki, co istotne było ich więcej niż u nas w rodzinnym mieście. Według relacji chłopaków  jacyś ich znajomi po mocno zakrapianej imprezie wybrali się, i już prawie skorzystali z oferowanych usług, ale nie mieli kasy i  nieco się spietrali. Słuchałem, alkohol mnie opuścił moje zmysły wyostrzyły się. Moja twarz pokryta leniwym uśmiechem, nieco zamroczona piwem, była doskonałym kamuflażem żywego zainteresowania wspomnianym tematem. No i Młody nawet wziął od nich numer do burdelu, jarzysz? – Zakończył relację Luki. Młody swoim zwyczajem uśmiechnął się nieśmiało. Przyjrzałem mu się. Tak. Z całej trójki tylko Młody, jako jedyny, miałby na tyle jaj, żeby odwiedzić krainę Burdelowo. Jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem całą trójkę. Adaś z Lukim, to takie małe chujki, dosłownie i w przenośni.

Dosłownie dlatego, że jeszcze w czasach liceum, kiedy często piątkowe popołudnia spędzało się na posiadówach w naszym pubie, miało miejsce wypowiedzenie stwierdzenia, którego na nieszczęście nadawcy i adresata zapamiętali wszyscy przy stole. Nikt nie wie dlaczego, ale nagle z ust Lukiego padło do Adasia: – nie martw się Paweł (Paweł, bo Adaś, to ksywa), obaj mamy małe chuje, ale jakieś dupy sobie znajdziemy. – Na moment czas się zatrzymał. Wszyscy spojrzeli na chłopaków, na siebie i na chłopaków. Mina Młodego wskazująca na zaskoczone rozbawienie, była bezcenna. Troszkę pośmialiśmy się, ale nikt nie gnębił chłopaków z powodu wyznania Lukiego.  

Dużo mają do powiedzenia, ale w rzeczywistości, mało by zrobili. Co innego Młody. Młody, był zawsze spokojny i cichy. Niewiele mówił, ale za to mądrze. Nie był teoretykiem, jak się za coś zabierał to na serio. Jeśli zaczynał czytać jakąś książkę, to choćby miała osiem tomów, nie robił przerw i nie odpuszczał. Teraz, w „tych” sprawach, też wiedziałem, że jeżeli podjąłby decyzję, że idzie do burdelu, to nie cofnąłby się. Ale nie poszedł. Nawet nie zbliżył się do takich miejsc. On sam pewnie stwierdziłby, że może ze strachu, może z innych powodów. W rzeczywistości, był na to zbyt porządny. Był po prostu przyzwoitym człowiekiem, z jasno wykreślonymi granicami. A w jego kodeksie, przyzwoity człowiek nie chadzał do takich miejsc. Koniec, kropka.

Mieliśmy się udać do knajpy z piłkarzykami, tam spotykali się studenci z wydziału chłopaków. Tam spotkaliśmy się z ich koleżankami. Rozmowa o niczym, partia przy stole z nabitymi na ruszt plastykowymi sportowcami. Nawet kompletnie pijany zrozumiałem,że nikt z nas nie porucha w tym odcinku. Relacje chłopaków z dziewczynami, w żadnym wypadku nie mogły doprowadzić do, jak to Adaś ładnie określił „dupconka”. Pozostało dalej pić.

Do swojego mieszkania dotarłem bardzo późno. Rano zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego, niby nic nie znaczące wydarzenie, ale dziwnie chodziło za mną uczucie, że ten pierwszy, w gruncie rzeczy, nic nie znaczący występek jest wróżbą mojej kariery studenta. Następnego dnia zaczęły się już zajęcia i tak rozpoczął się nowy rozdział. Ale czy na pewno w pełni się rozpoczął się dla mnie?

CDN

Z pamiętnika dziwkarza cz. 2 nie zawsze jest kolorowo

Opisała się jako Lena. Dwie fotki typu akt na przedpokoju, zweryfikowane jako prawdziwe. Dwadzieścia trzy lata, blond włosy o średniej długości. Duża stawka w porównaniu do innych, bo doznania też z pierwszej ligi.

Myśli zaczęły mną kołatać. Pozostało jeszcze nie więcej niż piętnaście minut do końca mszy. Nie wytrzymałem. Wyszedłem. Jeszcze będąc pod kościołem, zadzwoniłem. Pięć minut później byłem w dosyć ładnie urządzonej kawalerce. Otwarła nieco zmanierowana blondynka. Procedura poszła w ruch. Kasa, prysznic i ruchanko. Ciekawy byłem, cóż takiego ma w ofercie owa Lena. Lodzik bez gumy, mechanicznie i bezpłciowo. Seks okazał się również bezpłuciowy. Nie rusz, nie dotykaj, tego nie robię, tamtego nie robię. Po kilku minutach sterylnego seksu dobrnąłem do finału. Nieco na siłę, bologia w tym wypadku uległa mechanice. Ubierając się spytałem czy długo przyjmuje. Odpowiedziała, że drugi miesiąc. Zapytana o wrażenia, odpowiedziała, że jest zadowolona. – Wiesz, świadczę usługi na wysokim poziomie, więc nie każdego na mnie stać. Przychodzą tylko ludzie na pewnym poziomie. Jest ich niewielu, dlatego mam nawet sporo czasu. Słuchałem i nie wierzyłem. Ta diva wykreowała taki Matrix, że nawet Gośka z jej koleżankami nie mogły się z nią równać.

Wróciłem pod kościół. Już po mszy, Gośka akurat kończyła rozmowę ze znajomymi. Podeszła do mnie.

– Gdzie zniknąłeś?

– Trochę się znudziłem, to wyskoczyłem po fajeczki.

– Oj, nie ładnie, nie ładnie. – Uśmiechając się pogroziła mi palcem. Poszliśmy na herbatę. Cały wieczór przegadaliśmy o życiu, studiach i perspektywach. Patrzyłem na nią i nie wiedziałem, czy pogardzać nią za totalny brak życiowej wiedzy, czy zazdrościć tego, że nie umazała się tym cały gównem.

Po powrocie nie omieszkałem wstawić odpowiedniego wpisu na Forum. Byłem drugą osobą, o takich odczuciach. Po moim wpisie w ciągu dwóch tygodni pojawiło się jeszcze dwa. W ciągu dwóch miesięcy diva zniknęła z miasta. Któryś ze Szwagrów natknął się na nią osiemdziesiąt kilometrów dalej, podziękował z usługę i wyszedł. Prawa rynku.

Cwana blondynka

Centrum miasta. Blok jakich wiele, pewnie nikt nie kojarzy anonimowego mieszkanka z burdelem. Ruch uliczny, dziesiątki ludzi, którzy w zamyśleniu idą przed siebie. Anonimowe mieszkanie, jedno z wielu. Czasem jak patrzę na ten podziemny, na wpół mityczny świat i ludzi w nim egzystujących myślę o Ameryce z czasów prohibicji. Jesteśmy niczym pijacy znający adresy i hasła, po usłyszeniu których barman podaje butelkę po oranżadzie wypełnioną wódką. Albo jak hazardziści, którzy znają tajny świat karcianych melin. Znają inny wymiar, inną topografię w każdym mieście i miasteczku. Do tej grupy należę również ja.

Zbliża się godzina wyjścia z pracy. Rząd cyferek, dane osobowe, wszystko zbliża się do końca.

Chłodne powietrze owija się wokół mnie. Stoję przed wejściem do firmy. Mój mózg przełącza się. Tak jakby działo się to poza mną.  Neurony przekazują dziesiątki informacji o ewentualnych adresach w pobliżu. Mam. Szybka rozmowa przez telefon. Co i za ile. Pięć minut później już wciskam odpowiedni numer na domofonie. W tym całym procesie nie chodzi o seks, nie chodzi o samą biologię. To coś znacznie więcej. To cały proces, inna kraina. Inna rzeczywistość.  Jedną z rzeczy, która mnie niesamowicie kręci w tym świecie jest możliwość natychmiastowej realizacji niemal wszelkich zachcianek. I to właśnie się dzieje. W tym procesie właśnie uczestniczę.

Drzwi otwiera blondynka, raczej przeciętna. Przypatruję się jej zaledwie chwilę, to wystarcza. Jest kobietą o przeciętnej urodzie, która stara się zwiększyć atrakcyjność farbowaniem włosów i makijażem. Jak zawsze w takich miejscach i sytuacjach. Makijaż jest niechlujny, farba do włosów jest albo tania albo nie umiejętnie nałożona. Wydziera się spod niej prawdziwy kolor włosów, kolor nieokreślony. Zadymiony przedpokój, obity boazerią przypomina mi w ilu takich mieszkaniach już byłem. Tak, jakbym krążył w zaklętym czasoprzestrzennym kręgu. Z przedpokoju można wejść do jednego z trzech pomieszczeń. W prawo, lewo lub prosto. Na lewo jest łazienka, na prawo coś na kształt pokoju stołowego, nieco mniejszy znajduje się naprzeciwko drzwi wejściowych. Diva wprowadza mnie do pokoju na wprost. Stary tapczan, w pomalowanym na seledynowo pokoju wydaje się zapraszać. Mówię, że biorę opcję najtańszą, tak jak ustalaliśmy przez telefon. „Kwadransik” mówiąc żargonem Szwagrów. Kiwa głową i wyciąga rękę po pieniądze. Wręczam jej wyliczoną kwotę. Siadam wygodnie na tapczanie, Powoli zdejmując spodnie. Diva klęka przede mną jej usta zbliżają się do mojego krocza.

– Połóż się wygodnie. – Kładę się na wysłużonym tapczanie. Patrzę w zabrudzony sufit. Moje myśli krążą wokół nowego projektu. Jeśli poprawki KNFu faktycznie wejdą w życie, będzie ciężej. Błogie uczucie rozchodzi się od mojego krocza po całym ciele. Na krótką chwilę nie myślę o firmie, o życiu. Koncentruję się tylko na impulsach, które dostarcza blondynka. Mijają chwilę, w mojego fiuta wpompowana została wystarczająca ilość krwi. Zerkam na nią. Ciekawe, mało div dobrowolnie klęczy, wręcz nie ma tego w zestawie, albo za taki rodzaj poniżenia bądź dominacji trzeba zapłacić dużo więcej. Nie tym razem.

– Połóż się. – Chcę w nią wejść. Bez szaleństw, bez wymyślnych pozycji. Po prostu kilka dynamicznych pchnięć zakończonych orgazmem.

– W kwadransiku masz tylko francuza. – Co? No przecież co innego słyszałem dwadzieścia minut wcześniej. Trudno. Nie będę teraz wyjaśniał, bo jednak to ona ma mojego kutasa między zębami. Ok. – spuszczę się w pyszczku. Też może być. Dalej leżę myśląc o niczym. Dziwka obrabia mnie, co raz częściej wspomagając się ręką. Czuję, że powoli nadchodzi biała fala. Zastanawiam się, czy połknie, czy wypluje. Nagle przestaje ssać. Jej nadgarstek pracuje nad wyraz sprawnie. Zaczynam szczytować. Cały ładunek znalazł się na moim brzuchu. Co to ma być? – Moje oburzone myśli pozostają w mojej głowie, gdyż nie bardzo wiem co powiedzieć. Cwana z niej bestia.

– Trzymaj chusteczkę. – W moim kierunku zostaje wyciągnięta dłoń z kawałkiem papierowego ręczniczka. Odwraca się i zaczyna sprawdzać wiadomości w telefonie. To się nazywa łatwa kasa. Jestem zniesmaczony. Wycieram resztki nasienia z brzucha i rzucam papierowy ręcznik na koc. Coś mi się wydaje, że zostałem wydymany. Wychodzę z mieszkania, jeszcze na klatce schodowej nie mogę się nadziwić, jak bardzo to spotkanie było „nie tak”. Trudno, czasem też tak bywa.

Paranoja ufarbowana na blond

Od kilku tygodni nie zaglądam w zakazane rewiry. Koncentruje się na aktywności fizycznej, chciałbym przed czterdziestką zobaczyć kaloryfer na moim brzuchu. Zawsze odnosiłem wrażenie, że jestem indywidualnością, ale w kwestii ostatnich trendów również popadłem w zachwyt nad wyrzeźbionym brzuchem. To nie tylko piękne zjawisko estetyczne, ale również wyraz uporu i ciężkiej pracy. Właściciel, czy też właścicielka pięknie wyrzeźbionego brzucha udowadnia sobie i innym, że potrafi o coś zawalczyć, coś wypracować. To o czymś świadczy.

Ćwiczenia fizyczne mają mi pomóc w poskładaniu umysłu i duszy. Gdzieś, na gruzach mojej psychiki, niczym statek widmo pojawia się D. Moja sercołamaczka, moja obsesja. Minęło już ponad dwa lata, a ja wciąż tkwię mentalnie w miejscu naszego wspólnego spaceru. Najłatwiej jest doradzać w sytuacjach sercowych: „zamień na lepszy model”, „znajdź sobie kogoś innego”. Te starte niczym dżinsy banały są czymś w rodzaju złotych myśli. Problem zaczyna się, kiedy to my jesteśmy bohaterami sercowej historii. Wtedy możemy się przekonać, że wymienione wyżej porady możemy swobodnie nawinąć na rolkę papieru toaletowego. Z dnia na dzień, czuję jak żądza we mnie wzbiera. Znam ten mechanizm. Można pracować nad silną wolą, nad samokontrolą, nad dyscypliną. Ponad tym wszystkim jest jednak jedno, nadrzędne prawo. Żądza zawsze zwycięży. Nie ma bardziej prawdziwego prawa. Tak po prostu jest. Kiedy napisał mi o tym jeden ze Szwagrów, byłem sceptyczny. Teraz jednak wiem: żądza zawsze zwycięży – tak będzie, bo tak musi być.

Wieczór. Po gimnastyce, która zajęła mi nie więcej jak siedemdziesiąt minut słucham nagrań hipnotycznych, które mają sprawić, że nie będę palił papierosów. Wiem, że powinienem wyłączyć komputer. Wyjść na spacer, pójść na piwo, na zakupy, gdziekolwiek. Zadzwonić do Iwony z działu reklamacji, umówić się na kawę i później…albo po prostu zmarszczyć Freda pod prysznicem. Nie robię tego. Dlaczego? Bo wiem, wiem co się stanie. Moje palce same przesuwają się po klawiaturze. Strona. Nowe ogłoszenia. Wszystko dzieje się automatycznie. Blondynka dwadzieścia osiem lat. Kilkukilogramowa nadwaga czyni z niej odrobinę zbyt postawną dzidzię. Może być. Samochód, bankomat. Po drodze telefon, z ustaleniami co i za ile. Ósme piętro, spokojna dzielnica. Lekko pukam do drzwi. Otwiera dziewczyna, od razu widać, że to ta sama, co na zdjęciach. Wchodzę, do całkiem schludnego mieszkania. Zaprasza mnie do sypialni. Jest ciemno, jedynym oświetleniem jest telewizor, w którym leci „3.10 do Yumy” z dwa tysiące któregoś. Idę pod prysznic. Wracam z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Diva idzie się odświeżyć. Rzuca mi badawcze spojrzenie.

Coś jesteś dziwny. – Nie wiem jak odpowiedzieć na to stwierdzenie. Siadam na łóżku. Czekam, oglądając perypetie biednego farmera, który chce coś udowodnić synowi, zuchwałemu bandziorowi, a może przede wszystkim sobie. Wraca blondynka. Ręcznik chyba zielony, czyni z niej całkiem ponętną istotę. Znowu to dziwne spojrzenie.

To co brałeś? – O co chodzi? – Słucham? – Jej spojrzenie było z gatunku tych spojrzeń, które mnie najbardziej drażnią. Spojrzenie istoty głupiej, która w danym momencie jest przekonana o swojej mądrości.

– No, co brałeś? Jaką pigułę? Słuchaj, mnie nie nabierzesz. – Zaniemówiłem . Kwęknąłem coś od niechcenia. Sięgnąłem ręką do wnętrza jej uda. Liczyłem na to, że przejście do rzeczy zakończy jej durne dochodzenie. Odsunęła się.

– Jak tak chcesz grać, to nie ze mną.

– Co? – Zaczynałem się denerwować.

– Mówisz co brałeś, przecież widzę twoje źrenice. – Miałem ochotę huknąć na nią. Albo roześmiać się. Ty głupia kretynko, jesteśmy w ciemnym pomieszczeniu. Jedynym oświetleniem jest telewizor. Więc, kurwa, jakie mam mieć źrenice. Kilkuminutowy beznamiętny seks z ulgą powitałem finał tej transakcji. Ubrałem się i bez słowa wyszedłem. Głupia cipa.

Jadąc samochodem, zadałem sobie pytanie, a co jeśli ona miała rację? Być może ten podziemny świat jest moim narkotykiem, moim nałogiem i nie będąc tego świadomym zachowuję się jak ćpun. Jaka jest różnica między mną, a menelami skamlącymi o dwa złote. Czy mój wraz twarzy, kiedy siedzę na FORUM jest podobny do wyrazu twarzy żula patrzącego przez witrynę sklepu monopolowego?  Ile razy robiłem mocne postanowienie poprawy, ile razy znajdowałem się na zakręcie? Czy kraina burdelowo, okazała się otchłanią? Otchłanią, która mnie wessała i wobec której miałem okazać się bezsilny? Na to pytanie miałem uzyskać odpowiedź w niedalekiej przyszłości.

Nie zawsze jest kolorowo (z pamiętnika dziwkarza)

Mariki, Leny, Jole, Wiki, Anastazje, Oliwki. Spotkałem ich wiele. Zawsze te same imiona, zawsze ten sam wyraz twarzy. Znaczna część moich przygód sprawiła mi frajdę. Zobojętnienie, a w końcu swego rodzaju niechęć przyszły dużo później.

Od samego początku bywały też przygody, które pozostawiały niesmak lub poczucie oszukania. Lekkie zdenerwowanie, później recenzja do Szwagrów. Ehhh, takie to były dobre złego początki.

Miała na imię Lena. Jej burdelowe alter-ego. Szczupła, atrakcyjna blondynka. Zadbana, wydepilowana. Niewielkie cycki. Jej pewność siebie pozostała dla mnie tajemnicą. Nie rozgryzłem, czy faktycznie ma tak duże mniemanie o sobie, czy dobrze udaje.

A wszystko zaczęło się od flirtu z Gosią. Gosia była średnio atrakcyjną dziewczyną z akademickiego duszpasterstwa. Na ekonomii szukała drogi do dobrze płatnej pracy, która byłaby w zgodzie z Dekalogiem. Swoją postawą wywoływała śmiech albo irytację. Lubiłem ją i szanowałem właśnie za to, że była niezłomna. Nasza znajomość była nieco dziwnym towarzyskim tworem, który nazwałem flirtem koleżeńskim. Nigdy nie poczyniliśmy żadnych kroków do tego aby coś się wykluło, ale okazje typu pożegnania, życzenia, powitania załatwialiśmy pocałunkiem w usta. Intuicyjnie czułem, że gdybym wykazał nieco inicjatywy zostalibyśmy parą. Nie chciałem tego. Była w niej pewna cząstka przyzwoitości, jakiś pierwiastek który zdawał się promieniować. Coś niezidentyfikowanego, co pokazywało wszystkim wokół, że Gośka jest ze szlachetniejszego kruszcu. Kolejny problem z Gośką, podobnie jak z jej koleżankami, był taki, że wszystkie one były cholernie apodyktyczne.

Dał się zauważyć pewien mechanizm. Dziewczyny, młode kobiety, które wychowały się w tradycji chrześcijańskiej  z naciskiem na aktywność w różnych przykościelnych organizacjach są irytująco nieustępliwe. Najprawdopodobniej bierze się to stad, że przez całe życie słyszały, jakimi są grzecznymi dziewczynkami i jak bardzo postępują właściwie. To wytworzyło w ich głowach pewną iluzję. Obraz po tytułem „Idylla”. Taka kobieta, w późnej młodości, czy też u progu dorosłości ma wszystko poukładane. Wie jak zachowywała się mama (to na przyszłość), wie jaki jest tato, to na teraz, aby szukać męża według szablonu. I najważniejsze –  wie jak ma się sama zachowywać, tj. jak do tej pory, bo zawsze była za to chwalona. Tak chce Siła Wyższa. Koniec i kropka. Nie ma pola do dyskusji, jak wyznała mi jedna takich dziewcząt: wie, że postępuje właściwie. Po prostu wie.

Nieco inaczej jest z dziewczynami, które nie są tak krystaliczne i pewne grzeszki, mniejsze lub całkiem duże, mają na sumieniu. Przede wszystkim są bardziej życiowe. Niekoniecznie postępują właściwie, ale postępują tak, żeby było dobrze.

Mimo takiej postawy nie unikałem Gośki lubiłem wypić w jej towarzystwie herbatę z goździkami. Niespodziewanie na zajęciach ogłosiła, że jest post i należy iść wieczorem do kościoła. Jak można było się domyśleć, spotkała się ze ścianą śmiechu. Uznałem, że nie mam nic do roboty i mogę godzinę wieczorem poświęcić na wizytę w kościele. Nigdy nie byłem ultra katolikiem, ale drażnił mnie też prymitywny antyklerykalizm. Oczywiście poszedłem. Punktualnie o osiemnastej byłem na mszy. Spojrzałem przed siebie, kilka rzędów dalej, z przodu, siedziała Gośka. Obejrzała się i wymieniliśmy zdawkowe uśmiechy. Pewnie była zadowolona, że przyprowadziła owieczkę. Nie wiedziała tylko jednego. To był czas mojej szczytowej aktywności w burdelowie. Byłem na bieżąco. Dorabiałem jako początkujący finansista i moje zarobki w połączeniu z finansową kroplówką rodziców pozwalały na dosyć wygodne życie. Duża część tych pieniędzy została wessana przez burdelowo. Miałem przeskanowane całe miasto. Dzielnice, ulice, wszystko. Gdziekolwiek szedłem, jechałem, cokolwiek robiłem, zaczynałem od Strony i Forum. Seks miałem w zasięgu ręki. Zawsze. Była w tym niesamowita moc. Moc, niemal natychmiastowej realizacji każdej zachcianki. I tym razem tak było. Dosłownie kilkanaście metrów dalej była ona.

Muzyka i seks

Muzyka łagodzi obyczaje, tak mówią. Seks też łagodzi obyczaje, dlaczego tego nie połączyć? Wykorzystałem ostatnio moment w poczekalni u dentysty i szybko przejrzałem „babskie pisemko” sprzed kilku miesięcy. O przepraszam, przymiotnik „babskie” mógł sugerować komuś, że to pismo dla bab. A jak wiadomo, baba to ta około pięćdziesiątki z włosami na plecach, niewykształcona, mieszkająca na wschodzie i głosująca na PIS. Nie, ja rzuciłem okiem na pismo dla kobiet, młodych, ładnych, seksownych, wykształconych, z dużych ośrodków miejskich.

Zainteresował mnie artykuł o muzyce w sypialni. Autorka, też wykształcona, wyzwolona i jeszcze do tego mająca możliwość podzielić się swoimi przemyśleniami zaproponowała kilka utworów do sypialni, nie będę się rozpisywał ani polemizował, dla zainteresowanych podaje trzy przykładowe linki poniżej

https://www.youtube.com/watch?v=VMNaO9jcd0Q

https://www.youtube.com/watch?v=JdPV4yO7LKQ

https://www.youtube.com/watch?v=Epgo8ixX6Wo

Czytając porady mądrej pani przypomniałem sobie dwie inne piosenki.

Pokój w akademiku, młody mężczyzna (to ja) i młoda kobieta, (to ona). Po kilku miłych słowach, zalążku flirtu i wspólnej kawie nadeszła pora na prawdziwą randkę. Na trzecią randkę. Według amerykańskiego systemu towarzyskiego to TA randka na której no, hmmm, sami wiecie. Wszystko było zorganizowane w najdrobniejszych szczegółach. Pokój w akademiku tylko dla nas, zmysłowo – romantyczne oświetlenie, którego źródłem była nocna lampka i światło bijące z laptopa, butelka wina i dwie młode osóbki, lekko podenerwowane, bo każde z nich wyczuwało atmosferę nadciągającego seksu.  Były śmieszne opowiastki z dzieciństwa, było zahaczenie o plany na przyszłość, a wszystko to okraszone było intensywnym kontaktem wzrokowym. Nie wiadomo skąd na romantycznej składance, która sączyła się z głośników usłyszałem kawałek Liroya: LINk

Nie tylko ja to usłyszałem, moja towarzyszka również…Kiedy raper (a później polityk) coraz głośniej informował słuchaczy, że „czegoś mu się chce”, taktownie nieco głośniej kończyłem opowieść. E. również nieco głośniej zaczęła się komunikować. Ze wszystkich sił staraliśmy się zignorować dźwięki z głośników. W końcu nie wytrzymaliśmy. Na chwilę oboje zamilkliśmy, po czym wybuchnęliśmy śmiechem.

To nie była „TA” randka, TĄ była następna, ale ta pozostała w moich wspomnieniach.

Nie pamiętam czego było więcej, ludzi przy stole, czy butelek po piwach, które stojąc na każdym możliwym meblu tworzyły niezapomniany cud designu. Mijały godziny, w końcu zostało nas czworo. Ja, Kapitan Planeta, Aleks i Judyta. Piwo otworzyło w  nas nowe horyzonty. Śmiech wymieszany z mądrościami życiowymi, głoszonymi przez pijanych młokosów,  tworzył mieszankę która niemal wprowadzała w trans. Nie było nic poza chwilą obecną, atmosfera, której nie da się zdefiniować, można ją tylko poczuć, a poczuć mogą ją tylko ludzie młodzi. W końcu nadszedł czas koncertu życzeń. Każdy mówił literę z alfabetu, a Kapitan Planeta puszczał utwór o tytule lub wykonawcy, którego nazwa rozpoczynała się od wypowiedzianej litery. Kapitan Planeta, którego wzrok był coraz bardziej mętny puścił kawałek, który już wcześniej przewijał się na baletach. Z głośnika zaczęły wybrzmiewać rytmiczne uderzenia. Kapitan w takt poruszał głową, do ruchów głową doszły niezgrabne ruchy biodrami, wypity alkohol zaczął być widoczny na jego twarzy.

– Dobry bit do ruchania – Kapitan ze skupieniem na twarzy wykonywał osobliwe ruchy na krześle – I teraz ruchasz.

Popatrzyliśmy z Judytą i Aleksem po sobie, późnej na Kapitana. W pokoju rozległ się gromki śmiech.

– Co ty odpierdalasz? – Oczy Judyty łzawiły ze śmiechu.

– I te psychodeliczne cymbałki – Kapitan wciąż był zaaferowany własnym odkryciem.

Dopiliśmy alkohol i poszliśmy spać.

Kilka dni później znowu mała bibka.

– Puść piosenkę do ruchania – Judyta ze śmiechem zwróciła się do Kapitana. W głośnikach znowu rozbrzmiały rytmiczne uderzenia i niemiecko brzmiące frazy. Piosenka weszła w skład repertuaru. Wśród znajomych zyskała miano „piosenki do ruchania”. Z czasem wersje się zmieniały. Jedni twierdzili, że ja bzykam przy tej nucie, inni, że Misza albo Kapitan lubią w tle psychodeliczne cymbałki. Po latach usłyszałem opinię, że każdy z naszej paczki lubił seks przy tej muzyce.

Jak było naprawdę, to pozostało tajemnicą naszej paczki.

Dla ciekawskich

Mały Szczebiot cz. II

Sierpniowe, poranne słońce bez skrępowania zaglądało w okno sypialni. Ja zastanawiałem się co teraz. Zaczęliśmy rozmowę o niczym, stanęło na śniadaniu. Ode mnie nikt nie wychodzi głodny – nie bez dumy odrzekł Mały Szczebiot. Kiedy po porannym prysznicu stanąłem w drzwiach kuchni, zobaczyłem ją. Stała naga przy kuchennym blacie i robiła jajecznicę. Chcę z nią być – ta myśl nadeszła tak nieoczekiwanie, że poczułem jak otwieram usta ze zdziwienia. Wciąż patrzyłem na nią i przetrawiałem zrodzoną przez mój mózg, a jeśli wierząc romantykom – serce myśl. To po prostu się zadziało. Myśl, która nie nadeszła nieśmiało, nie kiełkowała dniami i nocami, po prostu dokonała nalotu we jednej chwili. Myśli to okropne byty.  Patrzyłem na nią i przez krótką chwilę ujrzałem wszystkie odpowiedzi, których szukałem przez ostatnie lata.

– Hmmm? – Mały Szczebiot zauważył, że jest obserwowany. Uśmiechnąłem się i pokręciłem głową, na znak, że o nic mi nie chodzi. Zjedliśmy śniadanie i wyszliśmy do pracy. Kiedy jechaliśmy autobusem ukradkiem na nią spojrzałem. Patrzyła z uśmiechem na dziecko w wózku, które obdarowywało ją radosnym uśmiechem. Ciekawe jakby to było mieć z nią dziecko – kolejna myśl, która zbombardowała mnie znienacka. Kurwa mać! Co się dzieje? – Byłem zdezorientowany. Wyszło na to, że moje myśli wymknęły mi się z pod kontroli. Trajkocząc o wszystkim i niczym dotarliśmy do pracy. Tego dnia nie potrafiłem się skupić. Miałem w głowie mętlik.

W końcu nadszedł czas urlopów, każde z nas pojechało w rodzinne strony. Urlop dał mi możliwość dystansu, czas na przemyślenia. Musiałem wziąć głęboki oddech. Wciąż nurtowała mnie pewna myśl: to tylko jedna noc, nic więcej. Zbyt wiele takich przeżyć doświadczyłem, żeby tworzyć bajkową scenerię na miarę Walta Disneya, ale coś nie dawało mi spokoju. 

Urlop dobiegł końca. Wróciłem do pracy. Uznałem, że najlepiej będzie poczekać na znak od niej. Uznałem, że jeśli zechce to się odezwie. Już pierwszego dnia spotkaliśmy się na korytarzu. Wymiana sympatycznych fraz i każde z nas poszło w swoją stronę. Przelotnie spotkaliśmy się jeszcze kilka razy aż pewnego dnia, po prostu dostała na mnie alergii. Zdawkowe „cześć” i przyspieszała kroku. Dwa razy próbowałem nawiązać rozmowę, jej kwęknięcie od niechcenia było jednoznacznie. Zrozumiałem. Szkoda, naprawdę szkoda – pomyślałem – widocznie ten horoskop był zbyt dobry. Nastąpiło coś, czego nie wziąłem pod uwagę, scenariusz, który przeoczyłem. Nastąpiła martwa relacja opierająca się na przelotnym „hej” ze spojrzeniami utkwionymi w martwą przestrzeń, byle tylko nasze oczy się nie spotkały. Tego nie wziąłem od uwagę. Przeszło mi przez myśl, że Mały Szczebiot może nie zechcieć kontynuować tej znajomości, ale wydawało mi się, że jest na tyle pewną siebie i dorosłą  kobietą, że po prostu zakomunikuje mi to. Z pewną nutką żalu przypomniałem sobie, że w podobny sposób zakończyłem relację z Kasią z III b, ale miałem, oboje mieliśmy wtedy po siedemnaście lat. Dramaturgii całej sytuacji dodawał fakt, że o ile w wakacyjnej odsłonie była atrakcyjna i seksowna, to jesienna aura uczyniła z niej zmysłową postać, pełną czegoś nieokreślonego.  He he, to gra, gra dla bohaterów, takie są zasady – z tą myślą usunąłem jej numer z telefonu. Pewnie wszystko umarłoby śmiercią naturalnie towarzyską, gdyby nie felerne zdarzenie. Odwiedzili mnie koledzy z poprzedniej pracy. Mieli szkolnie. Wszyscy, cała ekipa z mojego byłego już korpo. Musieliśmy się spotkać. Prym wiódł Greg. Jedno piwo, drugie, kolejne i jeszcze następne. Później drinki i wódka. Nie pamiętam, kiedy Greg rzucił pomysł: w hotelu zostały dziewczyny, zadzwoń po nie. Zadzwoń do Marzeny. Ale poczekaj, zmieniłeś numer, one nie mają twojego numeru. Zadzwoń i powiedz, że dzwonisz do burdelu, albo z ogłoszeń towarzyskich, tak dla jaj. Salwa śmiechu pokryła nasze towarzystwo. Greg dyktował numer do Marzeny, w magiczny sposób pojawił się w moim telefonie.

– Halo, cześć dzwonię z ogłoszenia, można cię odwiedzić – nawijałem do słuchawki, a otaczająca mnie brygada kryła usta w rękawach.

– Co? Halo? – Mimo wypitego alkoholu alarmowa lampka zapaliła się w mojej głowie – tan głos nie należał do Marzeny. Rozłączyłem się. Okazało się, że Greg nie przedyktował mi całego numeru, numer, który wyświetliłem pojawił się z podręcznej pamięci mojego telefonu. Przeklęte smartfony. To do kogo ja, kurwa zadzwoniłem?  Zacząłem się gorączkowo zastanawiać. W aplikacji sprawdziłem historię połączeń, z uwagą na ile pozwał mi rausz, analizowałem daty połączeń. No nie, usunięcie Małego Szczebiota z kontaktów nie usunęło numeru z pamięci podręcznej. No ładnie, pomyślałem – teraz czort karty rozdaje. Wziąłem głęboki oddech. Nie było sensu tłumaczyć ludziom z którymi byłem, co zaszło. Salwy śmiechu skutecznie wszystko stłumiły. Piliśmy dalej. Skończyliśmy nad ranem. Nie poszedłem do pracy, to nawet przyjąłem z ulgą. Gdy pojawiłem się w pracy, spodziewałem się dyskretnego opierdolu, albo kategorycznego stwierdzenia, że jestem beznadziejny. Nic takiego nie nastąpiło.

Mijały kolejne tygodnie. Rok dobiegł końca. Wraz z nowym rokiem przestaliśmy się w ogóle zauważać. Tak było chyba lepiej.  

Powoli z słupów znikały plakaty filmów, na które miałem ją zaprosić. Wszystko zaczęło toczyć się swoim rytmem. I pewnie dalej by się potoczyło, gdyby nie jedno zdarzenie. Zawsze jest jakieś jedno zdarzenie. Od czasu do czasu widywałem ją w firmie. Raczej nie wzbudzało to u mnie wielkich emocji, ale nie potrafiłem nie rzucić ukradkowego spojrzenia za nią. I to mnie zgubiło. Nie wiem jaki wyraz miało to spojrzenie, ale nie uszło uwagi osoby trzeciej. I to był błąd. Dałem się przyłapać.

– Nie ty pierwszy, nie ostatni. – Tylko tyle wystarczyło, żebym zaczął analizować całą sytuację. Co ciekawe stwierdzenie to padło z ust osoby, po której nie spodziewałem się takiego komentarza. Zawsze lubiłem towarzyskie łamigłówki i nie chwaląc się, dobry w tym byłem. Teraz, usłyszany komentarz odebrałem jak policzek, ale też jako pojawienie się niewiadomej w równaniu. Z dnia na dzień chęć rozwiązania tej dosyć pasjonującej łamigłówki rozpalała mnie coraz bardziej i bardziej. Wiedziałem, że to nie będzie łatwe. Byłem tu stosunkowo nowy, wszyscy s znali się, mieli za sobą chwile dobre i nieco gorsze, Każdy z każdym miał jakieś sekrety. Zdałem sobie sprawę, że znowu muszę stanąć na towarzyskiej szachownicy i ostrożnie przesuwać się do przodu.

Na rozwiązanie biurowych intryg jest tylko jedna droga, nie ma więcej. Ale ważniejsze od tego co trzeba robić jest to, czego robić nie wolno, pod żadnym pozorem, nie wolno pytać. Nie można zadawać jakichkolwiek pytań.       Trzeba tylko słuchać. Tak też zrobiłem, przez szereg mniej lub bardziej zażyłych relacji nie robiłem nic poza słuchaniem. I tak tydzień po tygodniu, kawałek po kawałku tworzyłem pejzaż rozwiązania. Kiedy wszystkie kawałki zostały dopasowane mozaika, którą zobaczyłem wywołała u mnie pusty śmiech. Śmiech, ale też pewien rodzaj rozgoryczenia. Gdybym spotkał się po prostu z odrzuceniem, pewnie nie byłoby to miłe, ale zrozumiałbym. Z wiekiem, gdy sami musimy odrzucać, potrafimy akceptować to, że sami jesteśmy odrzucani. Ot, prawa rynku. Tu jednak było inaczej. Okazało się, że na towarzyskiej szachownicy byłem po prostu pionem. Od początku przesuwanym. A kiedy stałem się zbędny, jednym pstryknięciem usunęła mnie z szachownicy. Pstryk i już. Poczułem złość, a raczej pogardę skierowaną do siebie. Jakim cudem tak bardzo wyzbyłem się towarzyskiego instynktu? Gdzie się podział ten wybitny towarzyski gracz? Co się stało z moimi towarzyskim szóstym zmysłem? Starzeję się, czego oznaką jest nadmierny sentymentalizm – myślałem z gorzkim uśmiechem.

Aż mnie olśniło. Dotarło do mnie, że ja na jej miejscu zrobiłbym dokładnie to samo. Ba, nawet więcej, spojrzałem kilka lat wstecz i musiałem przyznać, że ja właśnie tak robiłem Wychodziło no to, że spotkałem samego siebie w wersji żeńskiej. Coś nieprawdopodobnego.

Nie czułem do niej nawet odrobiny żalu. Po prostu przez pewien krótki czas byliśmy sobie potrzebni. Poczułem natomiast pogardę do siebie. Teraz, z perspektywy czasu umiałem spojrzeć już na swój chłodny sposób. Epizod w pracy, najbardziej oklepany banał z podręcznika towarzyskich manewrów. No, nie możliwe. Zawsze pogardzałem banałem i dążyłem do relacji i doznań wykraczających poza codzienną szarzyznę. A tu taka historia. Z niedowierzaniem kręciłem głową i pogardzałem sobą.

Co dniej.  Czułem do niej respekt. Duży respekt. Nie jest łatwo sprawić, żebym o kimś dużo myślał. Nie jest. Jeszcze trudniej jest sprawić, żebym był kimś szczerze zauroczony. Jej się to udało, w rekordowo krótkim czasie. Tak było, i nie mogłem temu zaprzeczyć.

Równo rok później, patrząc na ciemno rubinowy kolor wina w kieliszku, uśmiechnąłem się sam do siebie. Każdemu na koniec jego własny dowcip. Rozegrała mnie jak dzieciaka.  

Tego dnia rzuciłem palenie.

Mały Szczebiot

Pory roku mijały niepostrzeżenie. Miesiące, lata. Zmieniłem postrzeganie czasu. Niczym okręt utkwiłem na mieliźnie w postaci  administracyjnego etatu. Stałem się urzędasem. Gdzieś po drodze zostawiłem marzenia, ambicje i plany. Towarzysko też gdzieś utkwiłem, chyba w ślepej uliczce. Kraina b…., kraina, która kiedyś definiowała moje jestestwo teraz przypominała lej po bombie. Pustą dziurę w ziemi, która poza tym, że jest, nie wnosi absolutnie nic. Dzień przemija za dniem, noc za nocą. W prawdzie nie budziłem się sam, ale czegoś w tej układance brakowało. Dzień za dniem, dni płodzą tygodnie, tygodnie zamieniają się w miesiące i tak bez końca.

Dotrwałem do kolejnych wakacyjnego czerwca. Sezon urlopowy, żółto-szary budynek administracji publicznej zaczyna pustoszeć. Coraz mniej ludzi, urlopy. Ja swój zostawiłem na wrzesień i tak nie mam co robić z tym czasem. Komfort ludzi zawieszonych w pustce – nam jest wszystko jedno.

Ten dzień też był zwyczajny, i miał taki pozostać. Fala gorąca zdawała przenikać wszystko. Mury, szyby, otwarte okna. Bezmyślnie stukałem w klawiaturę służbowego laptopa. Lato przestało mnie w jakikolwiek sposób inspirować. Popadłem w letarg. Kiedyś przeczytałem, że w życiu faceta liczą się pewne momenty – granicznie, ten po przekroczeniu dwudziestki, ten po przekroczeniu trzydziestki i kilka następnych. Tego po dwudziestce nie zauważyłem, byłem tak spragniony nowych doznań, że w tym  pędzie umknęło mi, kiedy skończyłem lat dwadzieścia. Trzydziestka minęła pod znakiem uporczywych myśli o przegranej.  Kiedy te myśli przeminęły zobojętniałem, po prostu było mi doskonale wszystko jedno.

   Niestety, wszystkiemu zawiniło jedzenie. Tak to już jest w różnej maści zakładach pracy. Gdzieś jest mały paśnik –  zakątek, gdzie ludzie jedzą. U nas taki zakątek był nieopodal mojego pokoju.

 Siedziałem z pustym wzrokiem utkwionym w komputer, mierząc się ze stertami dokumentów, które choć nikomu nie potrzebne musiały być. Usłyszałem charakterystyczne „klap” –  drzwi na korytarzu. Odgłos kilku kroków na podłogowych płytkach i skrzypnięcie szafki. No tak, kolejna osoba do paśnika – pomyślałem i na chwilę odwróciłem głowę. Nastroszona fryzura i letnia jasna sukienka, która umiejętnie podkreślała kobiecą figurę właścicielki. Schyliła się i włożyła talerz do mikrofali.

– Hmmmm – wyrwało mi niespodziewanie – odpowiedział mi perlisty śmiech.

– Oj dzieciaku, żeby tak zaczepiać starszą panią. – i znów radosny śmiech.

Kilka minut, które cząsteczki wody w jedzeniu potrzebowały do nabrania temperatury minęło na przyjemnym przekomarzaniu. Po chwili żegnał mnie radosny śmiech i wróciłem do swojej stery papierów. Co ciekawe, moje „hmm”, które zostało odebrane jako zaczepka, nie miało takiego podtekstu. Był to raczej sposób wyrażenia aprobaty dla jej gibkości. Większość ludzi, którzy przychodzili do naszego paśnika i to bez względu na wiek czy płeć niezdarnie się pochylało do mikrofali, stękając i sapiąc. Ona zrobiła to inaczej, z gracją godną gimnastyczki. I to właśnie tego dotyczyło moje „hmm”.

 Jeśli chodzi o pracę, miała jedną zaletę, jak każdy państwowy i urzędniczy moloch, gdzie przy odrobinie szczęścia można było pozostać anonimowym. I oto mi chodziło. Nie potrzebowałem i nie zamierzałem z nikim bratać się ponad służbowe potrzeby. Jeśli zaś chodzi o kobiety, to oddzieliłem się  emocjonalnym spiżowym murem. Moja towarzyska obecność w pracy zaczynała się i kończyła na kilku uprzejmościach względem mijanych ludzi. Tyle.

Po kilku dniach znowu spotkaliśmy się przy mikrofali i znowu przyjemna wymiana zdań. Tym razem nieco dłuższa. Nie mogę powiedzieć, ze nie sprawiła mi ta konwersacja przyjemności, było w tym coś sympatycznego. Po naszej drugiej rozmowie dotarło do mnie, że nie wiem jak ma na imię i czym się zajmuje. Przy kolejnej rozmowie zacząłem się jej bacznie przyglądać. My faceci, jeśli chodzi o weryfikację kobiecej  urody jesteśmy nieskomplikowani. Generalnie, niemal na każdej szerokości geograficznej obowiązuje tak zwany rating, skala od 1 do 10. Wiadomo, 6 – 7 to potocznie zwana średnia krajowa; 5 to nieco poniżej, ale jeszcze w polu zainteresowań (do puknięcia, jak mawia klasyk) 8 – 9, to kobiety wyróżniające się urodą, te, za którymi oglądamy się na ulicach. I w końcu 10, perfekcyjne 10 czyli piękności, kobiety poza zasięgiem przeciętnego faceta. Patrząc na nią starałem się ją sklasyfikować. Nie potrafiłem. Problem z nią był taki, że jej nie potrafiłem umieścić w żadnym rankingu. To mnie zaniepokoiło.

W końcu przypadkowo odkryłem, że pracuje piętro niżej, a tabliczka na drzwiach oświeciła mnie jej imieniem. Zupełnie nieoczekiwanie moja praca zaczęła wymagać wizyt na trzecim piętrze. Każda wizyta kończyła się w jej pokoju na miłej rozmowie. Cały czas w głowie miałem mentalny mur, który jasno określał granicę zwaną pracą. Granicę, którą sam sobie wyznaczyłem, granicę, której twardo strzegłem przez ostatnie dwa lata. Relacje w pracy były relacjami służbowymi, nic ponad to. Okłamałbym sam siebie twierdząc, że zachowywałem zimną obojętność i nie miałem żadnych emocji. Nie było tak. Polubiłem część ludzi. Część kobiet w pracy darzyłem szczerą sympatią i lubiłem z nimi rozmawiać, choć były to jedynie służbowe, sympatyczne relacje. W tym przypadku było inaczej. Nie mogłem udawać, że nasza relacja nie jest  flirtem. W pracy, ale flirtem. Cóż a banał –w myślach ganiłem sam siebie. I chociaż staram się e wszystkich sił unikać banału,  musiałem przyznać, że lubię przebywać w jej towarzystwie.  Wywoływała mój szczery śmiech. A to nie jest łatwe. Mam w sobie coś takiego, że zawsze posiadałem swój wewnętrzny świat, pewien filtr, który nader aktywnie działał w sytuacjach towarzyskich. Gdy poznaję kobietę, potrafię aktywnie rozmawiać, potrafię wyrazić zainteresowanie, sprawić by czuła, że jestem z nią. I choć może poczuć ciepło mojej skóry, może nawet odnieść wrażenie, że coś nas łączy, to w mojej głowie trwa nieprzerwana analiza. Ja już ją zakwalifikowałem. Już trafiła do odpowiedniej przegródki. Jeśli celem jest łóżko, to potrafię iluzje bliskości utrzymać wystarczająco długo. Z wiekiem dojrzałem, dotarło do mnie, że łóżko czasami  trzeba okupić ceną zbyt wysoką. Nie warto jej płacić. Wtedy znajomość zaczyna wkraczać na kurs koleżeństwa. Rozmawiając z nią starałem się zmusić do jakiejkolwiek kwalifikacji. Nie potrafiłem. Lubiłem z nią przebywać, sprawiało mi to  przyjemność. Podobała mi się, była zabawna, inteligentna i nieznośna w dokładnie takim stopniu, jakim powinna być.  Dodatkowo lubiła czytać, i nie poprzestała na Grey`u

 Zupełnie jakby pewne rzeczy działy się poza moim analitycznym umysłem.

Nie mogłem temu zaprzeczyć. Nasza relacja wyszło poza ramy flirtu w pracy. Uśmiechy, wpatrywanie się w oczy, przypadkowe odwiedziny na piętrach. Wszystko wskazywało na to, że chyba coś między nami iskrzy. Nie dowierzałem. Wydawało mi się, że świat uczuć i doznań spenetrowałem i wszystko mam pod kontrolą. A jednak, mała istota w okularach, nastroszonej fryzurze i szczebiotliwym głosem, który słychać było na pół piętra skradła mi rzeczywistość.

Kiedy wracałem, nad ranem, po pijaństwie zakończonym seksem w kiblu, z dziewczyną, której imienia nawet nie starałem się zapamiętać pomyślałem o Małym Szczebiocie  i poczułem jakiś niezidentyfikowany wyrzut. W myślach zadrwiłem sam z siebie  Po pierwsze, nie byliśmy w najmniejszym stopniu  w jakiejkolwiek relacji określanej słowem „razem”, po drugie, równie dobrze ona teraz mogła pojękiwać w innym klubie, po trzecie i po czwarte i tak dalej. Mimo to, nie ważne ile racjonalnych argumentów bym wynalazł czułem coś na kształt wyrzutu. Poczułem niemiłe ukłucie z odległej przeszłości. Zacząłem się zastanawiać, jaki scenariusz los przygotował dla mojej znajomości z Małym Szczebiotem. Czy jeśli jutro spotkałbym się z zimnym prysznicem obojętności, to przeszedłbym nad tym do porządku, czy w jakiś sposób poczułbym się źle. Czy jeśli…. Nowe pytania pojawiały się z minuty na minutę. Z głową pełną rozmyślań poszedłem spać. Ostatnią myślą było niedowierzanie jak wiele o niej myślę.

Następne dni niosły ze sobą ciąg dalszy towarzyskich podchodów. Niech się dzieje wola nieba – stwierdziłem za Fredrą. Z dziecinnym zaskoczeniem odkryłem, że mimo wytarzania się w niezliczonych doznaniach, zatopienia w pewnej, niewidocznej dla normalnych ludzi rzeczywistości wciąż jestem podatny na takie proste gesty, jak podłożenie na biurko babeczki, czy przelotny uścisk dłoni na korytarzu. Czyżby mimo wszelkich starań pewna część mojej osobowości nigdy nie obumarła? Dziwne, tak zwany czynnik ludzki zawsze sprawi, że temat relacji między ludźmi będzie się wymykał psychologom, pisarzom, poetom i wszelkiej maści badaczom.

Do mojego urlopu zostało niewiele ponad tydzień. Żeby móc z czystym sumieniem na dwa tygodnie opuścić moje miejsce pracy musiałem zostawać po godzinach. Nie narzekałem, taka jest rzeczywistość administracji publicznej. Mały Szczebiot skończył wcześniej pracę. Pozostał nam kontakt telefoniczny. Wymiana wiadomości tekstowych wypełniała mi godziny pracy. Pojawił się temat ukołysania do snu. Kolejna wiadomość zawierała jej adres. Stało się jasne, że tę noc spędzę u niej. Kiedy po pracy wsiadłem w autobus dotarło do mnie, że się denerwuje. Rozejrzałem się dokoła. Co się ze mną działo?  Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek się denerwował przed spotkaniem z kobietą. To była kolejna rzecz, która mnie zdziwiła w tej relacji. W jakiś przemyślny sposób wszystko było postawione na głowie, a ja nie umiałem nad tym zapanować. Po kilkudziesięciu minutach pukałem do jej drzwi. Otworzyła mi czarnej koszulce na ramiączkach i szortach. Typowy domowy strój nadawał jej nowego odcieniu, znowu nie potrafię jej zdefiniować – pomyślałem. Mimo uroczego podenerwowania czułem przy niej dziwne ukojnie. Kiedy zobaczyłem jej duże łóżko w sypialni przez głowę przemknęła mi myśl – ile przestrzeni potrzebuje ta mała istota… ���+���@

Jak to się wszystko zaczęło cz. IV

Minęły miesiące.

Wakacje spędziłem na ogórkach. Początki wielkiego exodusu naszych. Szlaki jeszcze nie przetarte, robota nie pewna. Przez blisko dwa miesiące dosyć ciężko tyrałem. Każdy ból w stawach, każdy odruch przypominający torsję, kiedy rano opuszczałem swój barak, miał cel – duży kamper. Biały, idealny na podróż po Europie. Podróż miała być za rok. Po maturze. Wiedziałem, że nie dam rady sam sfinansować tej podróży, dlatego zawarłem pakt z rodzicami. Jeśli zdam maturę i dostanę się na studia, dołożą. I dobrze, ale część środków musiałem zebrać sam, stąd wyjazd. Klasyczny schemat: kolega kolegi, który ma brata, któremu załatwił wujek. Ostatecznie znalazłem się w kraju, którego nazwy nie wymienię, wśród hołoty, która bardziej pasowałaby na piracki statek, niż na prace sezonowe. Kiedy wróciłem do domu z ułamkiem kwoty, jaką pierwotnie miałem przywieść, byłem i tak zadowolony. Zakupy, imprezy zaowocowały  zapomnieniem o kamperze.

Kiedy wracałem od znajomego, w głowie pojawiła się myśl. Na skrzyżowaniu, zamiast przejechać prosto skręciłem na pas dla skręcających w lewo. Skręciłem i ruszyłem za miasto. Była pierwsza po południu. Szanse na to, że magiczny domek na przedmieściach będzie otwarty wynosiły naprawdę niewiele. A jednak postanowiłem spróbować. Nie przeszkadzało mi to, że jest dzień i pora taka, że wielu znajomych może przejeżdżać. Sierpniowe słońce dodawało energii i śmiałości. Zaparkowałem za tujami rosnącymi przy ogrodzeniu. Wysiadłem i energicznym krokiem zmierzyłem wprost do drewnianych drzwi. Po raz pierwszy byłem tu za dnia. Dzienne światło obnażało niechlujne wykończenia. Zdrapana farba na framudze dopominała się pędzla. Przycisnąłem nieco poszarzały symbol dzwonka. Raz, policzyłem do pięciu i kolejny raz. Obiecałem sobie, że postoję tylko trzy minuty i odjadę. Nie musiałem czekać trzech minut. Po dwóch drzwi otworzyły się.

– Dzień dobry, zapraszam.

Ta sama kobieta, ten sam uśmiech i ten sam lokal. Ależ on inaczej wyglądał. Nigdy nie byłem w knajpie po zamknięciu. Zasłonięte okna i jedyne światło to otwarte drzwi i szpary w żaluzjach. Całe pomieszczenie z barem i stolikami wyglądało na uśpione. Na schodach zobaczyłem blondynkę, moją debiutantkę. Od razu podszedłem do niej.

– To może pani?

– O, szybki wybór. – Gospodyni, która  otworzyła była wyraźnie rozbawiona moim zdecydowanym podejściem.

Uśmiech blondi nie zmienił się od ostatniego spotkania. Właściwie nic się w niej nie zmieniło. Znałem scenariusz. Prysznic, wejście do pokoju. Byliśmy w pokoju, gdzie obsługiwała mnie szczuła, jasna szatynka. Kiedy oboje położyliśmy na łóżku….Szybki to był zryw. Klasycznie wszedłem w nią. Kilka ruchów, może dwie minuty, a może jedna. Zalała mnie fala rozkoszy. Wyskoczyłem opłukać się tam gdzie trzeba, kiedy usłyszałem z sąsiedniego pokoju, gdzie poszła sprawczyni mojej eksplozji?

-Ty golasie! To już??

Niedowierzanie w głosie, było tak ironiczne i pełne chichotu, że dziś poczułbym się odrobinę zakłopotany. Wróciliśmy do pokoju, chwilowa rozmowa i od nowa. Kolejna runda była już tak jak należy. Kiedy wyszedłem za drzwi magicznego domku, ja nie szedłem, ja unosiłem się pięć centymetrów nad podłożem. Niczym bańka mydlana. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Po drodze pojechałem do szkoły językowej zapytać o kurs. To na tym kursie poznałem moją wielką licealną miłość, tak przynajmniej wtedy to widziałem. Może nawet dziś tak to widzę.

 Tak się zaczął pokrętny piruet –  burdelowo pchało mnie w rozpostarte ramiona romantycznych miłości, każda z tych miłości wygnała mnie z powrotem do krainy zwanej burdelowo. Tak widocznie miało być.

Takie były tego wszystkiego początki. �������(94��P

Jak to się wszystko zaczęło część III

– Życzy pan sobie towarzystwo pani?

Kilka dni później.

 Wieczór, ten sam lokal. Zabawne, zachłyśnięcie nowymi doznaniami wystarczyło mi zaledwie na kilka dni. A może to nie było zachłyśnięcie, a jedynie skosztowanie czegoś nowego. Tak, epizod sprzed kilku dni to było skosztowanie, które zaostrzyło apetyt. Ten wieczór też miał być wieczorem kosztowania. Czasy kompulsywnego obżarstwa miały dopiero nadejść.

Scenariusz był identyczny. Dwie ostatnie godziny lekcyjne spędziłem przed maszyną z wirującymi owocami. I znowu wygrałem. Nieco mniej, ale wciąż sporo na kieszeń licealisty. To było po południu. Wieczorem upajałem się atmosferą nowoodkrytego lokaliku. O towarzystwo pań zapytał ochroniarz. Jego ton głosu był spokojny, niczym kelner pytający o przystawkę. Wysoki blondyn w szarej bluzie i niebieskich jeansach. Krótko ostrzyżony o twarzy bez wyrazu. Zrozumiałem, że to nie ja miałem się go bać. Ja miałem czuć się tu bezpiecznie dzięki niemu. Ja oraz dziewczyny. Bać się mieli ci, którzy chcieliby rozrabiać.

Potwierdziłem i skinąłem nieznacznie w stronę baru. Bramkarz pokiwał głową i podszedł do baru. Szczupła dziewczyna, obejrzała się w moją stronę. Nie mogłem stwierdzić, jakie miała spojrzenie, fioletowe okulary skutecznie to uniemożliwiły. Jednak z jej postawy wywnioskowałem, że jest nieco wyniosła, śmiała. Czyli była moim przeciwieństwem. I znowu jakoś dziwnie, niczym szal owinęło mnie skrępowanie. Podeszła do stolika i usiadła. Zamieniliśmy kilka zdań. Nauczony poprzednią wizytą nie szarżowałem ze swoim szarmanckim podejściem i nie proponowałem nic do picia. Zapytałem o górę (również nieśmiało). Wszystko bez problemu. Cena ta sama. Jedna trzecia dla dziewczyny, dwie trzecie dla lokalu. Znowu znalazłem się na górze. W innym pokoju. Ten cały sprawiał wrażenie przyciemnionego w kolorach niebieskim i fioletowym. Na ścianie, ponad łóżkiem wisiało olbrzymie prostokątne lustro. Stojąc w samych gatkach, czekając na moją divę rozglądałem się po pokoju. Zastanawiało mnie, czy to lustro weneckie, jak na filmach. Dużo było tych niepokojących elementów, ale jakoś pasowało mi to wszystko do tej układanki.

Weszła owinięta w ręcznik. Kiedy go odrzuciła, zobaczyłem smukłe opalone ciało. Szczupłe uda, lekko sterczące niewielkie piersi, płaski brzuch. Tak, była atrakcyjna. Kiedy znaleźliśmy się na łóżku, jej delikatne ręce, umiejętnie pieściły moje ciało. Spokojnie błądziłem po jej ciele. Co ciekawe, nie zdjęła okularów. Zapytałem dlaczego.

– Okulary muszą zostać. – Powiedziała z uśmiechem, ale stanowczo.

Leżała na plecach, rozsunęła nogi. Wszedłem w nią klasycznie. Moje ruchy były chaotyczne. Tak, jakbym chciał tym jednym zbliżeniem osiągnąć i zakosztować wszystkiego. Po kilku, a może kilkunastu minutach szarżowania w szczupłej dziewczynie i jednoczesnym obłapianiu jej ciała. Zatrzymałem się. Co teraz? Musiałem przyznać, że jednostajne ruchy nieco mnie znudziły. I to jest cały ten seks? – Pomyślałem zdezorientowany. Jak większość nastolatków, seks od losu dostawałem sporadycznie i trzeba było każdą okazję skwapliwie wykorzystywać. Dzięki wygranej i dowadze przekroczenia pewnych drzwi, mogłem sięgnąć po delicje nieco częściej. Ale nie przewidziałem, że po kilkunastu minutach mnie znudzi. Klęknąłem obok divy. Zapytałem, czy możemy spróbować od tyłu. Bez oporu się zgodziła. Odwróciła się, i znajdując w pozycji „na pieska” zaprezentowała szczupłą pupę. Umiejscowiłem się za nią, przystępując do szturmu. Jednak nie mogłem wejść. Najzwyczajniej w świecie nie mogłem znaleźć wejścia. Dźgając ją penisem w pośladki i okolice krocza, nieporadnie szukałem drogi do spełnienia. Nie wiedziałem, jak się zachować. Po raz pierwszy w życiu chciałem spróbować tej pozycji i jakoś nie wychodziło. Dziewczyna, która cierpliwie eksponowała dupę, chciała mi pomóc, sięgając ręką po mój organ. Jakoś operując niczym drążkiem  samolocie umiejscowiła mnie w sobie. Niewygodnie i jakoś dziwnie. Z rozczarowaniem uznałem, że pozycja od tyłu jest za trudna. Cały spektakl zakończyliśmy leżąc obok siebie, szczupła prostytutka kończyła swe dzieło dłonią. Zakończyła. Kiedy ubierałem się padło pytanie.

– Dlaczego taki chłopak jak ty przychodzi do agencji? Nie masz dziewczyny? Spokojnie mógłbyś sobie znaleźć.

Nie pamiętam, co odpowiedziałem. Pewnie nic mądrego. Do dziś nie umiałbym dobrać słów, które stworzyłyby sensowną odpowiedź. Nie chodzi o brak seksu, czy towarzystwa kobiet. Nie chodzi o lekarstwo na samotność ani dowartościowanie się.

 Kiedyś rozmawiałem ze znajomym pijakiem, który poprosił mnie o złotówkę. Kiedy dałem mu złotówkę, wyjął plik banknotów. Pożyczenie monety było czymś innym, niż mogło się wydawać. Znajomy tłumacząc mi to, skwitował: „bo to nie o to chodzi”. Za tym wyrażeniem kryło się to wszystko, czego nie umiał wyrazić. Zrozumiałem go.

Miałem podobnie, ale w innej dziedzinie. Pewnie dziś odpowiedziałbym na tak zadane przez nagą, szczupłą divę pytanie odpowiedziałbym: „to nie o to chodzi”. Nie sądzę, aby ktokolwiek mógł zdefiniować o co chodzi, skoro nie o „to”, ale na tym właśnie polega hipnotyczny mrok zakazanych przez społeczeństwo, dobry obyczaj, kościół i wszystkich strażników moralności uciech. Nie tylko, chodzi o mrok w nas samych, o tę część, którą najchętniej schowalibyśmy przed sobą. Nie wielu ma odwagę przyjrzeć się jej, a jeszcze mniej osób odważy się wyciągnąć ją na światło dzienne. Chodzi o coś zupełnie innego. Jakiekolwiek podacie powody, jakichkolwiek będziecie dopatrywać się przyczyn, tego, że ktoś tkwi w niezdefiniowanej rzeczywistości, jakie byście nie zalecali recepty na uleczenie ducha, zawsze padnie jedna odpowiedź. T o   n i e   o    t o   c h o d z i. To prawda, nie o to chodzi. Myślę, że tamta dziewczyna, o ile jeszcze pracuje w tym biznesie, nie zadała by takiego pytania. Ona też z pewnością zrozumiała, że nie o to chodzi. Spokojnie jechałem samochodem, powoli zbliżając się do świateł. Ja sam chyba jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że taki równoległy, choć niewidoczny świat istnieje. Co ciekawe, powiedziałem sobie wtedy za kierownicą, że więcej tam nie pójdę. Zaspokoiłem ciekawość. Wystarczy. Nie poszedłem tam więcej. Za resztę gotówki kupiłem jakieś książki. Przez jeden wieczór byłem jak panisko w pubie, gdzie cała moja brygada piła za moje. Mijały tygodnie i miesiące. Domek ze spadzistym dachem za miastem pozostał w tylko w moich myślach.

Jak to się wszystko zaczęło cz. II

Niczym po nitce przeznaczenia ruszam przed siebie. Tak jakby wszystko było zaplanowane. Tak będzie, bo tak musi być. Pewnie wyjeżdżam na główne skrzyżowanie, później kolejne i kolejne. Wyjeżdżam z miasta. Kilkadziesiąt metrów za miastem, przy drodze stoją domy. To właśnie tu, wśród nich, nad furtką wisi napis: „erotic dance”. Kiedy do zjazdu pozostało kilka metrów zwalniam. Pozwalam aby samochód jadący za mną wyprzedził mnie. Jadący z naprzeciwka również szybko przejechał. Przez chwilę zostaję sam w mroku na drodze. Kierunkowskaz, i już jestem na posesji. Parkuję pod tujami, żeby nikt nie zobaczył samochodu. Nie wiem skąd ta obawa, przecież jest ciemno. W końcu to jesień. Na podwórku stoi taksówka. Spokojnie podchodzę do trzech betonowych stopni. Jestem zaciekawiony i lekko spięty, ale co dziwne – nie zdenerwowany. Jakaś dziwna siła pcha mnie do przodu. Krok za krokiem. Białe drzwi ze szklanym, wąskim prostokątem na środku. Jak w domu na amerykańskim przedmieściu. Przyciskam dzwonek. Słyszę zza drzwi klasyczne „dzyyyyyń”. Drzwi otwierają się, pojawia się w nich kobieta. Ciemnowłosa, wtedy wyglądała na kobietę w okolicy trzydziestki, ale mogłem źle ocenić.

– Dobry wieczór. – Grzecznie wymawiam słowa powitania. Nie jestem onieśmielony, raczej bardzo, ale to bardzo zaciekawiony.

– Dobry wieczór – ładny, wręcz czarujący uśmiech. – Zapraszam.

Wchodzę, przy wejściu mijam faceta, który wychodzi. Pewnie to na niego czeka taksówka. Rzucamy sobie przelotne spojrzenia. Chyba dostrzegam delikatne zdziwienie. Dopiero po wielu latach dotarło do mnie, że miałem osiemnaście lat i z pewnością wyróżniałem się wśród ludzi odwiedzających tego typu lokale. W pomieszczeniu na dole stoją stoliki, jak w knajpce albo kawiarni. Okrągłe, przy każdym po trzy krzesła. Na piętro prowadzą dosyć strome schody. Prostopadle do schodów bar. Za barem półki z napojami. Na ścianach frywolne, śmieszne freski, rodem ze sklepu, ze śmiesznymi rzeczami. Siadam przy stoliku. Przy barze siedzi trzy kobiety. Szczuplutka blond-szatynka, w okularach, których szkła mają leciutko fioletowy odcień. Nie wiem, jak to zauważyłem w dosyć ciemnym pomieszczeniu. Nieco tęższa londynka z pokaźnym biustem. I Ciemno ruda, a może wręcz kasztanowowłosa, najstarsza. Kobieta, która mnie witała, stoi za barem. Wszystkie patrzą na mnie. Z boku, na krześle siedzi łysol, kawał chłopa. Nie za bardzo wiem, co i jak, ale skoro jestem w lokalu, to podchodzę do baru, zamawiam colę. Cena pięciokrotnie większa niż moim ulubionym pubie. Siadam przy stoliku i powoli sączę. Śmieszna sytuacja. Zakładam, że wiem, gdzie jestem i teoretycznie wiem co powinienem zrobić. Jednocześnie wcale nie jestem taki pewien. Kobiety przy barze rozmawiają cicho, czuję, że chyba o mnie. Sporadycznie któraś na mnie zerka. W końcu, najstarsza odchodzi na górę. Szczupła blond zagaduje do łysola na krzesełku. Przy barze została biuściasta blondi. Następuje chwila z gatunku „teraz albo nigdy.” Podchodzę do baru.

– Mogę pani postawić drinka?

– Jasne. – Uśmiecha się. Może nie tak pięknie jak barmanka, ale też ładnie.

Moja rozmówczyni życzy sobie rum z colą. Zamawiam. Cena jest, fiu, fiu, ale dziś nie robi na mnie większego wrażenia. Siadamy przy stoliku. Wszystko jest zwyczajne. Rozmawiamy. Nie pamiętam szczegółów rozmowy. Nikt nigdy nie napisał przewodnika po burdelach, ani tym bardziej poradnika dotyczącego etykiety w takich przybytkach. Rozmawiałem z biuściastą blondi i zastanawiałem się, jak skierować rozmowę na bardziej mnie interesujące tematy. A może to zwykły lokal i ta kobieta jest po prostu gościem, jak ja – przeszło mi przez myśl. Zagrałem w otwarte karty.

– Jestem po raz pierwszy w takim lokalu. – Powiedziałem to bez skrępowania. Po prostu.

– I jak wrażenia. – Uśmiech blondynki z zalotnego zmienia się w zalotno opiekuńczy.

– Sympatycznie. – Nie wiem skąd taki przymiotnik. Po prostu nauczyłem się, że załatwia on wiele spraw.

Rozmowa pewnie trwałaby jeszcze długo i brnęłaby w jakimś niesprecyzowanym kierunku. Dzięki temu, że wyznałem prawdę o mojej pierwszej wizycie, sprawy przybrały nieco szybszy obrót. Profesjonalistka zorientowała się, że rozmawia ze świeżakiem i przeszła do sedna.

– Chcesz może iść na górę?

– A ile to kosztuje?

Padła kwota, spodziewałem się takowej. Szybko moja rozmówczyni wyjaśniła, że dwie trzecie „do baru”, czyli, jak się domyśliłem dla lokalu, a jedna trzecia dla niej.

– Dobrze. – Odpowiedziałem i sięgnąłem ręką do kieszeni.

– To chodź.

Uśmiechnięta blondynka gestem głowy wskazała bar i schody obok. Pieniądze dałem miłej kobiecie za barem. Otaczały mnie same uśmiechnięte twarze. Poszliśmy na górę. Górę stanowił mały korytarzyk i trzy albo cztery pokoje, do tego łazienka. Wszystko przyciemnione, nastrojowe.

– Chcesz skorzystać z łazienki?

Pokręciłem głową. Dziwne, ale jakoś nie miałem zaufania do tego lokalu i wizja siebie pod prysznicem. Nagiego, bezbronnego, napawała mnie pewną obawą. Było to śmieszne, bo przecież szedłem uprawiać seks z kobietą, a to czynność, podczas której byłem o wiele bardziej bezbronny. No, ale wtedy logika jako taka ustąpiła miejsca logice mojej, pokrętnej. Kiedy podeszliśmy na sam koniec korytarza, moja gospodyni otworzyła drzwi i pstryknęła włącznik. Pokój był średniej wielkości, z biurkiem, dwoma półkami i dużym łóżkiem.

-Poczekaj. Odświeżę się i zaraz wracam.

Zostałem sam w pokoju. Nie bardzo wiedziałem, co mam robić. Stałem w rozpiętej kurtce i patrzyłem w małe prostokątne okienko. Po dosyć krótkiej chwili weszła blondynka, owinięta ręcznikiem. Na jej twarzy widać było pozostałości po uśmiechu, ale coś ledwo zauważalnie uległo zmianie. Pojawił się profesjonalizm, rutyna.

– Rozbierz się. – Uśmiech miał mnie ośmielić. Wciąż sympatyczny, jednak mógłbym przysiąc, że „rozbierz się” było niczym „co podać” w dowolnym barze.

Powoli ściągam kurtkę, bluzę i tak dalej. Blondyneczka ściąga koc z łóżka, zostaje tylko fioletowe prześcieradło. Kiedy zostaje w slipach dociera do mnie, że jestem w burdelu. Zaczynam czuć lekkie oszołomienie. W głowie przepływa coraz więcej myśli. Co ciekawe, w natłoku myśli, nie pojawia się myśl: ubieraj się i uciekaj czym prędzej”. Nie, taka myśl nigdy nie przyszła mi do głowy. Ściągnąłem majtki. Blondynka zrzuciła ręcznik. Zacząłem pochłaniać jej ciało wzrokiem. Nieco masywna budowa ciała. Obwite piersi, lekko odstający brzuch, szersze, ale bez przesady, biodra. Uda, masywne, ale jednocześnie smukłe. Stoimy naprzeciw siebie. Zatrzymuję wzrok na jej łonie. Ogolone, ze śladami odrastających włosków. Widok nagiej kobiety nie był mi obcy. Seks, też był czymś czego doświadczyłem. Tego jednak nie doświadczyłem nigdy. To doświadczenie, tak intymne i jednocześnie mroczne, zakazane. Sam nie wiem, co mnie bardziej upoiło. Naga kobieta, fakt, że to prostytutka, a może fakt postępowania niewłaściwego, a może nawet złego. Nie wiem. Ze stuprocentową erekcją podszedłem do łóżka. Oboje, jednocześnie, spokojnie położyliśmy się na filetowym prześcieradle. Jej palce przyjemnie błądziły po moim ciele. Starałem się zrewanżować pieszczotami piersi i brzucha. Pieszczotami łakomymi, subtelnymi, na ile mogą być subtelne macanki napalonego licealisty. Jej ciało zapamiętałem  jako ciepłe, gładkie i dosyć apetyczne. Szybko jej dłoń zaczęła igraszki z moim przyrodzeniem. Ja zamknąłem oczy i położyłem się na wznak. Jestem zwolennikiem teorii, że są takie chwile w życiu, które na zawsze już będą z nami. Co ciekawe, nie chodziło o cielesne doznania, ale o całokształt czasu, miejsca i w ogóle.

Wszedłem do pewnego świata, do pewnej krainy. Posunąłem się dalej, niż wszyscy moi rówieśnicy. Już wtedy, w jakiś dziwny sposób poczułem, że w tym temacie, będę się ścigał sam ze sobą. Po prostu, tak będzie.

Nie zauważyłem kiedy na moim penisie znalazła się prezerwatywa. Blond kurewka dosiadła mnie i zaczęła ujeżdżać. Wolno, bardzo wolno, nieco szybciej, znowu wolno, bardzo sybko. Ciepło jej wnętrza podziałało na mnie jak melisa. Zanurzyłem się w nim, odpłynąłem.

– Przyjemnie ci? – Pytanie dżokejki, przywołało mnie do rzeczywistości. I wtedy, niespiesznie, ale konsekwentnie zaczęło do mnie docierać, że jestem tak oszołomiony sytuacją, że praktycznie z seksu nie odczuwam większej przyjemności. Po prostu pozwalam się ujeżdżać i to wszystko. Domyślam się, że profesjonalistka na moim kiju zauważyła to i stąd takie pytanie.

– Możemy zmienić pozycję? – Nieśmiało zapytałem, choć gdzieś z tyłu głowy słyszałem maksymę: „klient nasz pan”. \

– Jasne. Jak chcesz?

Spróbowaliśmy klasycznie. Jakoś nie podobało mi się. Ogólnie jestem nawet zwolennikiem klasyki, ale wtedy, jakoś nie podeszło mi. Bawiliśmy się sobą nawzajem jeszcze około pół godziny. W końcu, blondyneczka ściągnęła mi gumę i zaczęła brandzlować. Wróciliśmy do początku. Brandzlowanie trwało dobrych kilka minut. Poczułem, że ręka mojej towarzyski zaczyna słabnąć. Wzięła głęboki oddech. Na kilka sekund przestała, poczym jeszcze raz przystąpiła do szturmu na moją oporną pałę.

– No, spuuuszczaj się!! – Wystękała.

Zamknąłem oczy. Zalała mnie fala gorąca. Doszedłem. Wszystko później potoczyło się z automatu. Dostałem chusteczki, wytarłem fiuta, ubrałem się, grzeczne pożegnałem i wyszedłem. Nawet przed wyjściem zamieniłem kilka słów z blondynką. O pogodzie (o ironio), o tym, że było mi dobrze (w co chyba wątpiła) i o lokalu (chyba, a nawet na pewno jedynym w mieście). Na zewnątrz było chłodno i ciemno. Podszedłem do samochodu, wsiadłem, przekręciłem kluczyk i odjechałem. Mijałem pomarańczowe światła lamp miejskich i powoli układałem doświadczenia ostatniej godziny w swojej świadomości. Coś niesamowitego. W domu jestem z lekkim opóźnieniem. Nic w tym dziwnego, zawsze po lekcji angielskiego, zostawałem ze znajomymi chwilę porozmawiać. Nie jem kolacji, wciąż jestem zbyt naładowany przeżytymi doświadczeniami. Poszedłem się wykapać. Już miałem iść spać, ale jeszcze jedno. Wystukuję kontakty w telefonie.

– Siema, byłem w burdelu…

– O…