Ostatnia odsłona początku

Wydarzenia letnich miesięcy, eskapady po ulicach obcego miasta, w pewien sposób nasyciły mnie. Przestałem odczuwać głód nowych doznań i czegoś nowego. Po powrocie do siebie, kilka tygodni później odwiedziłem divę, która zmasakrowała mojego fiuta, (linki). Przez kilka dni oglądałem poharatanego ptaka. To było za dużo. Zdecydowanie poczułem przesyt tymi wszystkimi doświadczeniami. Trzeba przysiąść, przystopować, dać na luz. Bilans i tak nie wyglądał źle. Na tle innych dwudziestolatków mogłem się poszczycić całkiem sporą listą pokręconych przeżyć. O! I właśnie ta refleksja popchnęła mnie do dalszych przemyśleń. Przecież chciałem normalnej relacji, zakochania, uczucia. Wciąż zakochany w Beacie, nie mogłem nie zauważyć Maskotki z wydziału . Jak każdy młody człowiek przeplatałem marzenia z codziennością.

Co ciekawe, wyrzuciłem z głowy wszystko co było. Byłem młody, a świat miał tyle do zaoferowania. Uznałem, że jest ok., zakazany świat ukazał mi  nieco swojej gęstej od doznań krainy. Wystarczy. Zdecydowanie, należało wrócić do normalnego świata.

Znowu byłem normalnym młodym człowiekiem. Moje wakacje minęły na wędrówkach po dziewiczych łąkach i strumykach. Chłonąłem piękno i dobroć natury każdą porą skóry. Byłem wolny. Rok akademicki, już kolejny, zacząłem z olbrzymim kopem energetycznm. Całą jesień, zimę i wiosnę żyłem studenckim życiem. Chodziłem na zajęcia, imprezowałem, żyłem. Z Miszą, zmieniliśmy status ze współlokatorów, na kolegów. Grupa osób, która trzymała się razem na wydziale i poza nim, w końcu wykrystalizowała się na kształt paczki. Zacząłem relacje, zwane studenckimi przyjaźniami (nie wiem, czy na całe życie, ale część z nich wciąż trwa). To chyba w tamtym okresie, po raz pierwszy na horyzoncie pojawiła się D. Na uczelni zaczął się niewinny flirt z Iwą. Do tego wszystkiego, nawet początkowo nielubiona ekonomia przyjęła nieco bardziej znośną formę. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Pewnie i, co ważne, radośnie kroczyłem, twardą, bo ubitą tysiącami stóp przede mną drogą młodości. Problem w tym wszystkim był taki, że gdzieś w samym środku mojego „ja”, tak naprawdę nie lubiłem tej ubitej drogi. Koniecznie chciałem iść po swojemu. Bez względu na cenę i ofiarę swojej prawdy chciałem szukać sam. Inaczej byłoby nie w porządku. Wobec losu, Boga, czy natury. Nie po to istniejemy, żeby przeżyć swoje życie pasywnie i asekurancko. Nawet, jeśli nasze życie okaże się pasmem przegranych, a nasze szlaki, zamienią się w wielki nic, pozostanie uczucie, że do końca byliśmy czemuś wierni. Być może ten pogląd  nie spotka się z pochlebnym przyjęciem w dobie mody na łatwe recepty i wprost wymuszonego poczucia szczęścia i spełnienia, ale nie ma łatwej gry.  To stek bzdur, że każdy może poprawić swój los. Co najwyżej możemy oprawić swój los, oprawić w ramki niby szczęścia, niby spełnienia, niby uśmiechu.

         Minął prawie rok. W odwiecznej sztafecie  lato zaczęło odbierać pałeczkę wiośnie.  Ciepło za oknem rozleniwiało coraz bardziej i bardziej. Zostało tylko trzy godziny wykładu, co w porównaniu, do pogody na zewnątrz wyglądało blado. Trzy godziny z panią profesor Danutą. Niektórzy śmiali się, że najpierw była Danuta, a później wokół nie zaczęli budować wydział. Tęga starsza kobieta, posiadająca wiedzę, ale nie potrafiąca tej wiedzy ani zareklamować, ani sprzedać. Stoimy pod ścianą, czekamy na psorkę, jak na pluton egzekucyjny. Pojawia się, profesjonalnie pochmurne „dzień dobry”, zaprasza nas do sali. Informuje, tytułem wstępu, że w najbliższej przyszłości przepadnie nam wykład i musimy tę godzinę odrobić. Dziś, innymi słowy zamiast trzech godzin, siedzimy cztery godziny. Opadają nie tylko ręce. Rozglądam się po ludziach z grupy, miny są grobowe, tylko Iwa zachowuje twarz pokerzysty. Jest nieprzejednana.

Cycatka cz. I

Miała nick „cycatka”, nigdy nie spytałem skąd pomysł na taki właśnie, powiedzmy, pseudonim artystyczny. Jej piersi niczym się nie wyróżniały, raczej średniej wielkości, lekko obwisłe, może po porodzie albo po prostu, ugniecione przez tysiące rąk. Może jej cycki nie były czymś wyjątkowym, ale ona sama była na swój sposób inna niż reszta. Oliwkowa cera, naturalnie kręcone włosy, które zawsze lekko w nieładzie dawały do zrozumienia, że ich właścicielka jest na tyle pewna swej urody, że nie musi się pindrzyć przed lustrem godzinami. I oczy, oczy w kolorze mlecznej czekolady Wedla dopełniały zjawiska. Jeśli dodać jej średniej wielkości cycuszki i odrobinkę za szerokie biodra to ujrzymy kobietę o nad wyraz egzotycznej urodzie. Była jedną z pierwszych div, które odwiedziłem po odkryciu magicznego świata Strony i Forum. Była jedną z pierwszych, którą odwiedziłem nie jako debiutant, ale jako Szwagier. Gdy w pamiętny wieczór przejrzałem Stronę, wiedziałem, że nie będzie to długo trwało, gdy wejdę w ten świat. I nie trwało. Dwa dni później spacerowałem po mieście, kiedy nieudolne zakupy zaczęły mnie nużyć, sięgnąłem telefon i wybrałem w pamięci numer. Było to dla mnie tak oczywiste, jak czynność oddychania. Skoro odkryłem tę krainę, nie mogłem odejść obojętny, to się nie mogło tak skończyć. Każdy ma swoje przeznaczenie, każdy ma to coś, drogę, szlak cel. Moim było burdelowo, i choć brzmi to nierealnie, ja od zawsze wiedziałem, że to jest mój świat, po prostu, jakbym z tą myślą przyszedł na świat.

Idąc spokojnie po szarej, chodnikowej kostce, słuchałem kolejnych sygnałów w telefonie, w końcu odezwał się głos, który niczym szczególnym się nie wyróżniał, po prostu, należał do kobiety.

– Halo? – odezwał się w końcu kobiecy głos.

Szybko rozejrzałem się wokół, czy nikt nie idzie zbyt blisko mnie i grzecznie powiedziałem w jakiej sprawie dzwonię. Odpowiedziała gdzie przyjmuje, ile liczy sobie za spotkanie i czego mogę oczekiwać za te pieniądze. Nawet się ucieszyłem, bo okazało się, że mieszka, czy też pracuje niedaleko adresu, gdzie razem z Miszą wynajmowaliśmy mieszkanie. Los sprzyja gotowości umysłu. Idąc do mieszkania zawitałem na ulicę, którą podała mi diva. Byłem zadowolony. Zawróciłem o sto osiemdziesiąt stopni i radosnym korkiem rozpocząłem marsz w kierunku nowych doznań. Mijani ludzie zdawali się być mniejszymi niż byli, moje pole widzenia ograniczyło się tylko jednego celu, adresu z divą. Chodnik przybrał kształt aerodynamicznego tunelu, na jego końcu już widziałem otwierający się świat. Szedłem około pół godziny. Gdy już znalazłem się w pobliżu ulicy zadzwoniłem. Wszystko w porządku, mogłem ją odwiedzić. Podała numer bloku. W końcu znalazłem się na wymarzonej ulicy. Uważnie szukałem podanego numeru. Jeden blok, kolejny, dotarłem do skrzyżowania. Kolejny blok, sklep. Popatrzyłem na numer który widniał na przerdzewiałej, odrapanej tabliczce. Za daleko zaszedłem. Wróciłem się, ostatni blok przed skrzyżowaniem opisany był numerem za małym. Uważnie rozejrzałem się po osiedlu, no przecież musi gdzieś być – pomyślałem. Jeszcze raz przeszedłem przez przejście, obszedłem sklep dookoła, nic z tego. Za niewielkim zieleniakiem była mała uliczka, a wręcz uliczyna, to już inna ulica. Poszedłem wzdłuż głównej alei cały czas prosto, numery rosły, rosły, a po „moim” bloku nie było śladu. Zawróciłem. Po raz kolejny wyciągnąłem telefon. Usłyszałem, że to bardzo duży blok, w pobliżu skrzyżowania, na pewno znajdę. Nigdzie, jakby wyparował albo zapadł się pod ziemię. Niewinne odwiedziny u kurewki zaczęły przypominać jakąś szaloną wyprawę po złote runo. Do pewnego stopnia sprawiało mi to frajdę, takie szukanie adresu, zupełnie jak zuch zdobywający sprawność tropiciela śladów albo tajny agent (wiem, że pisałem o tym wcześniej, ale naprawdę, sprawiało mi to nieziemską frajdę). Kilkanaście metrów dalej stały blaszane budki, stragany, pomyślałem, ze tam mi ktoś podpowie. Siwa kobieta o żywym uosobieniu, była przekonana, że to po przeciwnej stronie ulicy, jaj łagodny mąż nie był pewien.

– A co tam jest? – Zapytała kobieta.

– Nic, koleżanka tam mieszka. – odparłem szybko. – przez moja głowę przemknęła mi figlarna myśl, żeby odpowedzieć: – zakamuflowany burdel, idę poruchać – ciekawe jakby zareagowali.

– To niech koleżanka wyjdzie po kawalera. – Kobietę nie opuszczał dobry nastrój.

– No niestety, leniwa jest. – Odpowiedziałem z uśmiechem i poszedłem z powrotem na przejście dla pieszych. W ciągu godziny przeszedłem to przejście tyle razy, że ludzie stojący na przystanku obok, zaczęli na mnie zerkać, jak na jakiegoś cudaka. Chyba za piątym połączeniem Cycatka naprowadziła mnie na właściwy trop. Za sklepem przy skrzyżowaniu był tunel, trzeba było nim przejść i dopiero wtedy zrozumiałem, basen, biurowiec i sklep, a za nimi sprytnie ukryły mrówkowiec, którego od godziny szukałem. Szara płyta, połączona w monstrualnie długi budynek mieszkalny, typowo socjalistyczny twór. Twory takie można było spotkać wszędzie, w każdym mieście. Pierwsza klatka, patrząc na plakat reklamujący szkołę tańca, po raz kolejny podniosłem słuchawkę do ucha. Wcisnąłem przycisk domofonu, drugie piętro, drzwi obite boazerią, która swój kolor przegrała w starciu z czasem. Pukam, dźwięk, jaki słyszę każe mi przypuszczać, że deseczki na drzwiach nieco wyschły, przez co wytworzyła się pewna przestrzeń między nimi, a właściwymi drzwiami. Otworzyły się drzwi, w ciemnym przedpokoju zobaczyłem kobiecą sylwetkę, która zaprosiła mnie do środka. Zaprowadziła mnie do pokoju, w którym stało łóżko, a okna choć miały firanki uzbrojone były w żaluzje. Rozebraliśmy się i zaczęliśmy figle w łóżku. Nie pamiętam tego pierwszego seksu z Cycatką, ale tak właśnie poznałem Cycatkę.

Kaja cz.2

Kiedy znaleźliśmy się w pokoju, ciekawość jej ciała przeobraziła się w niewyobrażalne napalenie. Jej zgrabna figura w połączeniu z wulgarną opalenizną i makijażem, była jednym wielkim afrodyzjakiem, erotycznym wabikiem. Zacząłem łapczywie obmacywać jej ciało. Tak jak przypuszczałem, była wydepilowana. Jej cipka, nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale gdy złapałem w dłonie jej zgrabny tyłeczek, dotarłem niemal do granicy. Poczułem, że zaraz nastąpi szczyt. Odsunąłem się. Kaja, nie próżnowała. Jej zgrabne dłonie w sekundzie nałożyły  gumę. Subtelnie położyła się na łóżku i rozchyliła nogi. Gdy zacząłem się w niej poruszać. Popatrzyłem na jej twarz, cycki, niewielkie i mocno opalone, płaski brzuch. Uświadomiłem sobie, że posuwam pewien rodzaj Barbie, może nie ten najbardziej na topie, ale jednak. Nie mam pojęcia, co było punktem zapalnym, ogólna sytuacja, jej uroda, paranormalne właściwości jej krocza. Poczułem nadchodzącą falę. Błagam nie – pomyślałem- nie tak szybko. Chciałem delektować się jej ciałem, posuwać we wszystkich możliwych konfiguracjach. Nie zdążyłem, doszedłem. Całość trwała może dwie minuty. Nie dowierzałem. Patrzyłem na nią i niedowierzałem, że to już. Delikatnie zsunęła prezerwatywę i zawinęła w płatek jednorazowego ręcznika. Podała mi następne trzy listki. Niedowierzanie było tak duże, że nawet nie zostawiło miejsca na zakłopotanie. Jesteś niesamowita – bąknąłem

– To miłe, dzięki. – Jej twarz nie zradzała większych emocji, na ułamek sekundy, dosłownie ułamek kąciki jej ust minimalnie drgnęły. Nie był to grymas szyderstwa. Przede wszystkim była to mina, jaką robi starszy brat, który po raz setny pokazuje młodszemu trik, a młodszy wciąż nie wie o co tak naprawdę chodzi. Dopiero na klatce schodowej zrozumiałem. To był jej stały numer. Cały ten scenariusz, z bielizną, szybkim założeniem kalosza. I rozłożeniem nóg. Doskonale wiedziała jak działa na facetów i jak to wykorzystać. Rozkładała szybko nogi i jeszcze szybciej je z powrotem składała. Dałem się wyruchać, choć niby to ja ruchałem. Wprost, nie do uwierzenia.

Poszedłem do chińskiej knajpki, zamówiłem ich firmowego kurczaka i przeżuwając kęs, za kęsem, rozmyślałem o tej cwanej divie. Wiedziałem, że muszę tam wrócić. Nie nasyciłem się nią. Obmyślałem plan rewanżu. To, co było godzinę temu, to była zaledwie uwertura. Koncert miał nadejść. Rozejrzałem się po nieco obskurnej knajpce. Nie wiem co mnie w tej ruderze tak bardzo urzekło, że z reguły chińszczyznę tam właśnie jadałem. Może to, że była praktycznie przy osiedlu, na którym mieszkałem? Odniosłem talerz i odszedłem w siną dal.

Kilka dni później znów odwiedziłem to mieszkanie. Tym razem wziąłem nieco pulchniejszą divę, ze szczerym uśmiechem. Miły był z niej przytulas. Sam seks zatarł się już w mojej pamięci, więc nie było fajerwerków, ale było przyjemnie. Kiedy było już po i ubierałem spodnie, spojrzałem na nią, leżącą na łóżku. Jak na dziwkę, wyglądała, nieprofesjonalnie. Zastanowiłem się, co się stało, że jest dziwką. Wyglądała na zwyczajną dziewczynę, powinna mieć zwyczajnego chłopaka i uprawiać z nim zwyczajny seks. Nie zadałem takiego pytania, takich pytań się nie zadaje, po prostu. (…)

Moja ręka porusza się coraz szybciej, biała substancja opuszcza moje ciało. I ląduje na muszli klozetowej, płytkach i spłuczce. Rwę kawałek papieru toaletowego i sprzątam po sobie. Wskakuję pod prysznic. Dwadzieścia minut później jestem ubrany. Kapitan wciąż śpi. Zamykam go w mieszkaniu i wychodzę. Wykonuję telefon, wszystko idzie zgodnie z moim planem. Prysznic pozwolił mi nieco dojść do siebie, ale wciąż czuję wczorajsze promile. Głowa ciąży mi nieco bardziej, ale wiem, że lepszego momentu nie będzie.

Kaja otwiera w koszulce i majteczkach. Widocznie niedawno wstała. Pyta, czy chcę skorzystać z prysznica, kręcę głową. Przechodzimy do pokoju. Rozbieram się. Kaja ściąga koszulkę i majteczki. Naga kładzie się na łóżku. Widok jej nagiego ciała pobudza. Dotyk jej piersi, wyprostował mój korzeń, ale do wystrzału było daleko. Zacząłem pocierać ją palcem.  Rozsunęła uda i nie pozostała dłużna, jej dłoń zaczęła regularne ruchy. Przysunąłem się i wyeksponowałem kutasa bardziej. Jej ręka przyspieszyła. Teraz moje kąciki ust lekko drgnęły. Zatopiłem palec w jej rozkosznej jamce, która była cieplutka i rozkosznie miękka.

– Chcesz francuza? – Oho, nasza partia seks-szachów nabiera rozpędu. – Pomyślałem.

– Jasne.

Jej głowa zaczęła rytmicznie pracować. Z satysfakcją patrzyłem na jej buźkę. Lubię te klocki, ale zdecydowanie nie jest to forma aktywności seksualnej, która miałaby doprowadzić mnie do orgazmu. Ale Kaja tego nie wiedziała. Gładziłem jej ciało zatrzymując się na zgrabnej półkuli pośladka. Faktycznie miała niezłe ciało. Dawałem jej dwa, do trzech lat w takiej formie, później przejdzie do okręgówki. Po kilku minutach dała za wygraną.

– Zakładamy? – Pokiwałem przecząco głową.

– Jeszcze nie. Połóż się, chcę cię posmakować. – Położyła się na plecach i rozsunęła lekko ugięte nogi. Położyłem się miedzy nimi i z niekłamaną rozkoszą patrzyłem na jej płaski brzuch, delikatnie wypukły wzgórek, jej szczupłe uda, wszystko skupiało się w jej wydepilowanej norce. Mój język rozpoczął taniec z jej wargami, po chwili lizania jej szparki, zanurkowałem językiem w jej wnętrzu. Jej cipka pachniała różanym żelem pod prysznic. Takiego używała Paulina. Kiedy nasyciłem nią swe zmysły, założyła condom. Powoli, centymetr po centymetrze wjeżdżałem w nią. Nie spieszyłem się, wiedziałem, że tę godzinkę wykorzystam sumiennie. Powoli w niej pracowałem. Spojrzałem na jej twarz, profesjonalistka, bez zbędnych emocji. Napawałem się jej ciałem, powoli, ale zdecydowanie pierdoliłem ją i patrzyłem z zachwytem na ten żywy pomnik sztuczności. Co z tego, że pod tą powłoką najprawdopodobniej kryje się pusta istota, którą ukształtowały rubryki z serii: „mój pierwszy raz”. Mojego chuja, to nie obchodzi. W pewnych kwestiach, my faceci, jesteś wręcz banalni.

Zgiąłem jej nogi w kolanach i złączyłem. Sam znajdując się na kolanach sparłem jej złączone stopy o swoją klatkę piersiową. Zabawa nabierała tempa. Teraz moje ruchy były szybsze, ręce położyłem na jej udach, zaczęła oddychać nieco głośniej. Jej zmieniony oddech spowodował, że z nową mocą naparłem na jej cipkę. Rozłożyła nogi, a ja mocno w nią wjechałem. Klasycznie, z boku, na jeźdźca, od tyłu. Co chwile zmieniałem pozycje, chcąc być w niej na każdą głębokości i pod każdym możliwym kątem. Kiedy klęknęła z wypiętą dupcią, złapałem za biodra i mocno pchałem, dobijając brzuchem do jej pośladków, czułem, jak moje jądra odbijają się od jej cipki. Wreszcie poczułem zmęczenie. Kiedy ponownie ją odwróciłem i natarłem między jej rozłożone nogi, poczułem, że niedługo nadejdzie kres tej zabawy. Trzymając w dłoniach jej rozłożone uda, pogalopowałem szaleńczym tempem. W końcu, moje działo wystrzeliło po raz drugi dzisiejszego dnia. Na moment, zawirowało mi wszystko przed oczami. Ale jazda. Popatrzyłem na twarz opalonej dziwki, oddychała szybciej, też nieco dostała w kość. No to remis – pomyślałem.

Chłodny, przedpołudniowy wiatr zamiast mnie orzeźwić, osłabił mnie.  Procenty dnia wczorajszego i dzisiejszy orgazm, sprawiły, że szedłem zataczają się lekko. Seks na kacu, to jednak swego rodzaju narkotyk. Wróciłem do mieszkania. Kapitan dopiero się budził. Nic mu nie mówiłem. Nie sądzę, żebym zrobiło to na nim wrażenie. W końcu wszyscy żyliśmy wtedy w krainie absurdu.

Kaja była jeszcze, tak jak przewidywałem, kilka lat w branży, później zniknęła. Nie pamiętam, czy byłem jeszcze kiedykolwiek u niej. Może? Kto  by to wszystko spamiętał. Z relacji Szwagrów dowiedziałem się, że lata mocnej opalenizny odbiły się na jej urodzie. Co ciekawe, ceny zostawiła te, z lat świetności. Dlatego z czasem zaczęły przeważać opinie, że nie warto za taką kwotę korzystać. Ot, prawa rynku.

Kaja

Powoli podnoszę się z łóżka. Niezdefiniowany ciężar w głowie nakazuje ponowne położenie się na wygniecionym wyrku. Wiem, że to nic nie da. Siłą woli trzeba wstać. Alkohol nie chce opuścić organizmu i dopiero teraz dopełnia reszty spustoszeń.  Mój mózg wciąż wysyła impulsy, które świadczą, że wypiłem za dużo. Leżę na jednoosobowym tapczanie, leniwie unoszę powieki. Jest to o tyle uciążliwe, ba nawet bolesne, że z każdym ruchem powiek w mojej głowie na przemian odbywał się chór diabolicznych dźwięków i tętent przypominający galop stada koni. Jeden z najgorszych poranków. Kiedyś poratowałem menela piątką. Zrobiłem to, bo ujął mnie szczerością obwieszczając, że kac morderca nie ma serca.  Patrzę na swój pokój, gdzie butelki i kartony po sokach o smaku jabłkowo-brzoskwiniowym tworzą instalację na miarę Pollocka.  Było grubo. Na kanapie, tuż przy ławie śpi Kapitan Planeta. Jest sobota. Właściwe nie było w tym nic nadzwyczajnego, ani w sobocie, ani w poranku. Wczorajsza noc i wieczór, a właściwie wieczór i noc, to też kolejny szablon. Scenariusz filmu klasy b, który jest do przewidzenia.

Zawsze zaczyna się od telefonu. Telefon Kapitana, odwiedziny z butelką wódki i szybki rajd do nocnego po kolejne butelki. Ostatnie, co nastąpiło, to moje zaciśnięte powieki i niema modlitwa o szybki sen. Mimo, że leżałem nieruchomo, to żołądek wariował zupełnie, jakbym leżał na gigantycznym hamaku. Pijacko-nadludzkim wysiłkiem wstaję. Na tekturowym talerzyku leżą nieco już przywiędłe ogórki konserwowe z pobliskiego dyskontu. Siadam przy stole. Palcem dociskam żółte okruszki po chipsach, które zostały na arcorocowym talerzu. Podnoszę palec do ust. Słony, chemiczny smak chipsa zdaje się pobudzać. Przełykam ślinę. Boli. Jednak nie pomogło. Wczoraj, siadając do pierwszej flaszki z Kapitanem miałem nadzieję, że przepłukanie gardła czystą, pomoże. Jednak nie pomogło. No właśnie, co z Kapitanem? Kapitan leży przykryty beżową narzutą. Usłyszał mnie i odwrócił się, patrzy na mnie nieprzytomnym wzrokiem.

– Nie dam rady się podnieść, niezła banioszka była.

– Leż chłopaku, leż. – Wierzę, że zaniemógł, niech leży. Wracam do siebie. Patrzę w okno. Słońca gdzieś przepadło, tylko chmury i kołysane zimnym wiatrem gałęzie, które o tej porze roku bardziej przypominają kikuty chromych olbrzymów. Hełm utkany z bólu skutecznie tkwi zatknięty na mojej głowie. Zapowiada się letarg, tak charakterystyczny dla pijackich poranków, tak nieskutecznie odstraszający od ponownych pijackich wieczorów. Dosłownie przez ułamek nanosekundy pojawia się myśl.

(dwa tygodnie wcześniej)

Strona dostarczyła nowych ogłoszeń. Z zainteresowaniem śledziłem nowinki i opinie Szwagrów. Szczupła dziewczyna na fotografii  wykonanej jakby w studiu fotograficznym. Bez niepotrzebnej golizny, be niepotrzebnej obsceny. Jedynie zarys szczupłej figury na ciemnym tle. Wybór padł na nią. Odwiedzę ją kiedyś, przy okazji, ale będzie to na pewno. Według relacji Szwagrów, przyjmuje niedaleko mojego wydziału.  Jak się okazało kiedyś, przy okazji nastąpiło wcześniej, niż myślałem. W trakcie przerwy w zajęciach zadzwoniłem, Istotnie, diva o pseudonimie banalno-artystycznym Kaja, przyjmowała niedaleko.

Po zajęciach, niezdarnie próbowałem walczyć z zimnym wiatrem. Zawsze tak jest. Co roku. Nie potrafię dobrać odzieży do pogody. Moja kurtka jest albo za cienka albo za gruba. Teraz była za cienka. W dodatku, nie miałem czapki, walczyłem jak mogłem. Pochylony, z głową do przodu parłem na przód, starałem się przebić głową niewidzialne, wietrzne ściany. Moja ręka powędrowała do kieszeni, musiałem sięgnąć po chusteczkę, bo zacząłem coraz częściej i głośniej pociągać nosem. Kiedy zwolniłem kroku, żeby móc skorzystać w końcu z chusteczki, dostrzegłem dziewczynę idącą w moją stronę. Również zwolniła i wyciągnęła chusteczkę. Okazało się, że w smarkaniu jesteśmy w stu procentach kompatybilni. Zauważyliśmy to oboje, nasze spojrzenia spotkały się. W naszych oczach zagościły iskierki uśmiechu. Trwało to może trzy sekundy. Minęliśmy się, każde z nas poszło w swoją stronę. Udało mi się dotrzeć do tunelu. Korzystając z chwilowej ciszy i braku przenikającego wiatru, ponownie zadzwoniłem do divy. Mogłem bez problemu przyjść. Blok, gdzie miała swoją pracownię był trzysta metrów dalej. Postawiłem kołnierz kurtki, choć i tak wiedziałem, że nie ma szans, aby ochronił mnie przed zimnem, wyszedłem z tunelu i poszedłem dalej. Przeciąłem plac zabaw i wszedłem między bloki. Szedłem wzdłuż bezbarwnego teraz żywopłotu i za chwilę zobaczyłem numer na bloku. Metaliczny brzęczek domofonu, odliczenie kasy, jeszcze na klatce i szybka wspinaczka na drugie piętro.

W ciemnym przedpokoju, który oświetlony był tylko światłem docierającym z okien dwóch pokoi, bo bokach, przywitały mnie dwie młode divy. Pierwsza, z delikatnym nadmiarem kilogramów, w żółtej bluzeczce i chyba granatowych dresach, była ładna. Ciemne włosy, sympatyczny, szczery uśmiech. Druga była divą ze zdjęcia, poznałem po figurze. Kaja. Szczupła, wiotka, o brązowych oczach, stała tylko w bieliźnie.  Fioletowy stanik, i różowe figi.  Fotografia to zadziwiająca dziedzina. Zdjęcie, które uruchamiało wyobraźnię i kierowało w stronę wyrafinowanego smaku, okazało się arcyoszustwem. Stał przede mną symbol kobiety określanej jako dyskotekowa szmata. Dziewczyna, która każdy chce zerżnąć, ale nie każdemu jest to dane.  To dziwne połączenie wyobrażenia i realizmu tworzyło wabik. W Kai nie widziałem niczego szczerego, jej uśmiech był sztuczny, podobnie, jak cała ona. Twarz pod makijażem, skóra, szczelnie pokryta solaryjną opalenizną.  Trudno określić rodzaj jej atrakcyjności. Z pewnością daleko jej było do czarującej, zmysłowej, czy uroczej. Emanowała wulgarnością. Była tym typem dziwki, której obraz, najczęściej pojawia się w zbiorowej wyobraźni. Żeby było ciekawiej, to istotnie działało.

Na haju cz. 2

Trzydziestokilkuletnia kobieta o  przeciętnej twarzy i włosach blond, które stwarzały wrażenie nieco przykurzonych. To dosyć ciekawe, że w takich miejscach kobiety noszą znamiona zmęczenia. Zapewne ma to związek z trybem życia i profesją, która zapewne może wyczerpywać. Niekiedy to kwestia dbania o siebie. Kobieta, która otworzyła mi drzwi jest zadbana. Jej włosy w kolorze blond są starannie farbowane, ale mimo wszystko sprawiają wrażenie przykurzonych.

Oboje patrzymy na siebie. Moje oględziny są typowo konsumenckie. Patrzę na jej figurę, która jest dosyć pełna, ale nie pozbawiona kobiecości. Pokaźne piersi przykryte czarnym kostiumem  są zapowiedzią bliskiej rozkoszy. Mimo kompletnego upalenia moje napalenie staje się coraz silniejsze. Czuję na sobie spojrzenie gospodyni. Patrzy na mnie z zaciekawieniem. Zastanawia mnie, czy marihuana aż tak bardzo jest widoczna. Okazuje się, że nie o to chodzi.

– Jesteś młody. – Jej spojrzenie wyraża szczere zdziwienie. – Nie jestem dla ciebie za stara? Może chcesz młodszą dziewczynę?

– Nie, jest ok. – Mówię to obojętnym głosem, nie jestem stanie zdobyć się na jakiekolwiek emocje. Chcę się tylko pieprzyć. Nic więcej.

Blondynka uśmiecha się i wprowadza mnie do malutkiego pokoju, którego dwie trzecie podłogi zajmuje rozłożone łóżko. Powoli zdejmuję kurtkę i resztę odzienia. Blond diva rozściela prześcieradło na łóżku, jest pochylona, czarny kostium unosi się nieco w górę, odsłaniając całe uda i fragment pośladków. Czuję ucisk w podbrzuszu. Jestem w samej bieliźnie, podchodzę do niej o delikatnie przesuwam dłońmi po udach i pośladkach. Właścicielka cielesnych walorów kończy ścielenie łóżka. Odwraca się i przesuwa ręką po moim torsie. Przez chwilę błądzi dłonią po brzuchu, kreśląc palcem pętle po mojej skórze. Jej dłoń spoczywa na wypukłości w moich slipach. Delikatnie masuje, wydając z siebie pomruk aprobaty, który jest formą skryptu sprzedażowego. Prostytucja, podobnie jak każda inna działalność z pogranicza sprzedaży i marketingu ma swoje schematy i skrypty. Jednym z podstawowych chwytów jest zachwyt penisem klienta. Każda kobieta, która zawodowo zajmuje się nierządem wie, że nie sprzedaje tylko swojego ciała i czasu. Sprzedaje wiele więcej. Musi sprzedać nieuchwytny substancje, która zapełni naczynie męskiego ego. A można to zrobić na dwa najprostsze sposoby: pochwalić organ i dobrze wykonaną robotę. Każdy facet jest dziecinnie łatwowierny jeśli chodzi o te dwa stwierdzenia. I znawczynie tego tematu, bez względu na to, czy są komercyjne, czy nie, doskonale o tym wiedzą. Dopiero z czasem nabiera się właściwego podejścia, spojrzenie i zmysły stają się wyostrzone na marketingowe zachowania div.

Moje palce również zaczęły przesuwać się po jej ciele. Ramiona, biodra, uda, pośladki, standartowy szlak. Dłoń blondynki wsunęła się pod moje slipy, co sprawiło jeszcze szybsze krążenie krwi w tych okolicach. Złapałem ją za pośladki, uśmiechnęła się.

– Chodź.

Oboje osunęliśmy się na łóżko. Mieszanina macania, dotykania i czegoś na kształt obustronnego masażu nie sprawiała wrażenia uwertury przed aktem seksualnym. Ja pozbyłem się bielizny, moja towarzyszka czarnego, roboczego stroju. Po kilkuminutowych manualnych zabiegach na moim przyrodzeniu znalazł się dopasowany produkt firmy Conamore. Wszystko przebiegało według znanego i utartego schematu. Scenariusz zakładał kilka minut śmiesznych ruchów i finał. Leżałem na trzydziestokilkulatce i spokojnie, rytmicznie pracowałem. Uległem czemuś na kształt zawieszenia, odpłynąłem myślami w niebyt. Nie wiem ile to trwało, ale gdy wróciłem do rzeczywistości, popatrzyłem na eksplorowaną kobietę. Stwierdziłem, że już mi się nie chce, przyspieszyłem licząc na szybszy finał. Nie pomogło. Nastąpił maraton. Klasycznie z nogami w każdym wariancie, ona na mnie, ja na niej. Z przodu, z tyłu, z boku. Na siedząco, na klęcząco. Zabawa biustem przy jednczesnej stymulacji ręką, lodzik, mineta. Tu zatrzymałem się na dłużej. Smak jej najintymniejszych części ciała niemal przyspawał mnie do jej krocza. W sumie naliczyłem kilka skurczów i trzy wygięcia do tyłu przy jednoczesnym głębokim westchnięciu. Czy udawała? Nie sądzę. Przerwał nam telefon w moich spodanich. Podszedłem, odebrałem, okazało się, że to Kamil nr 2. Nie wiem ile czasu minęło, ale wszyscy się już ocknęli i impreza powoli zmierzała ku końcowi. Zaniepokojeni moją nieobecnością dzwonili. Ja rozmawiając z Kamilem podszedłem do blondyny, która symulowała mnie na przemian ręką i ustami. Kiedy skończyłem rozmowę z Kamilem, założyła mi nowy condom.

– Jesteś, no – tu się uśmiechnęła – bardzo wytrzymały.

Powróciliśmy do pozycji klasycznej. W końcu osiągnąłem upragniony finisz. Kiedy się ubierałem, moja gospodyni patrzyła na mnie. Jej twarz pokrywał uśmiech i zaciekawienie podobne do ludzi obserwujących goryla w zoo, który akurat zaczął się nieładnie bawić sam ze sobą. – Naprawdę mnie wymęczyłeś – stwierdziła.  Kiedy odprowadzała mnie do drzwi, spojrzeliśmy na siebie. Pokręciła głową, uśmiechnęła się, jakby chciała coś powiedzieć.

– Cześć. – Powiedziała jedynie

– Cześć. –  Drzwi  zamknęły się, a ja powoli wracałem do mieszkania. Stan dziwnego uniesienia zdawał się ulatywać. To było dziwne przeżycie.

Na haju

Od początku mojej edukacji wyższej minęły lata. Trzy, a może cztery. Było tak wesoło, tak intensywnie, że nikt nie liczył. To był magiczny czas, który zdawał się nigdy nie skończyć. Nasza, tak zwana, ekipa wykrystalizowała się. Byłem ja i Misza, był Przemo, Kamil nr 1 i Kamil nr 2. Byli też pozostali, ale my byliśmy czymś na kształt wewnętrznego składu. W tamtym czasie nasza egzystencja opierała się na wspólnym piciu, imprezach, niekończących się rozmowach, mniej lub bardziej udanych podrywach, krótszych lub dłuższych relacjach damsko męskich, ale przede wszystkim byliśmy MY. I choć z perspektywy czasu, muszę to stwierdzić, byliśmy po prostu jedną z wielu paczek znajomych, to byliśmy przeświadczeni o naszej wyjątkowości. Każdy z nas, choć nigdy tego nie wypowiedział, traktował NAS jako ekipę niczym słońce w układzie planetarnym, wokół którego kręcą się inne, mniej istotne ciała niebieskie. To były studia. Studia. Studia? Nauka, studiowanie, to był drugi plan naszego życia. Nigdy nie rozwiązałem tej zagadki: byliśmy bandą ignorantów, czy po prostu byliśmy typowym produktem systemu edukacji w naszym kraju. Wtedy nikt nie zawracał sobie tym głowy. Mimo totalnego nie uczenia się, każdy był przekonany, ze ma jakiś sposób na życie, że posiadł klucz, który zapewni mu wszystkie upragnione dobra. Ja przestałem sam siebie oszukiwać, że moje studia to etap prowadzący na Wall Street, do krainy wielomilionowych premii i drogich garniturów. Co ciekawe, mimo odpuszczenia tych marzeń, tkwiła we mnie jakaś niezidentyfikowana myśl, rodzaj przekonania, że będzie dobrze, że jestem niejako skazany na sukces. Kilka lat później, kiedy opadł kurz młodzieńczej zawieruchy, dotarło do mnie, że to wszystko było czymś na kształt bańki mydlanej. Bańki, w której wszyscyśmy żyli dzięki pieniądzom rodziców. Nasza wyjątkowość była cechą widoczną tylko w tej mydlanej bańce. Gdy bańka pękła, okazało się, że świat rzeczywisty jest nie tylko mniej kolorowy, jest wręcz szary, a my swoją szarością, i niewielką skalą przypominamy raczej wróbla niż orła. Szkoła życia, można by rzec. To wszystko: przemyślanie, gorzkie doświadczenia, było później, wtedy, w tamtym czasie nikt o tym nie myślał.

W naszym świecie od pierwszego roku obecna była marihuana. Trawa, ziele pokoju, ganjia, zioło, zielone. Taki rozkoszny bufor miedzy porządnymi ludźmi, a narkołykami. No bo wiadomo – twardsze narkotyki, lub inne narkotyki, to środki dla tych, którzy przekroczyli granicę, ale trawka, przecież to nic złego. Kamil nr dwa wiódł prym w zielarstwie. Lubił to, miał kontakty i rozeznanie. Być może swoją wiedzę i rozmiłowanie w trawce zawdzięczał kuzynowi, który mieszkał w Holandii, a może po prostu trawa była „czymś dla niego”. Popalaliśmy sporadycznie, czasem częściej, czasem rzadziej. Zawsze podobne ilości, czyli sztukę zakupioną od zaprzyjaźnionego dila.

Tego dnia było inaczej. Kamil nr dwa miał skręta. Poczęstował. To było mało. Pojawił się plan zakupienia czegoś więcej. Kamil wykonał telefon, po niespełna minucie obwieścił propozycję: dwie sztuki w cenie półtorej. Chwila wahania, zgoda. – Ale się upierdolimy. – Z tymi słowami Kamil poszedł po stuff.  Niedługo wrócił. Popatrzyliśmy na brunatno zielony susz. Kamil zaczął czynić honory. Rozkruszył część papierosa i wymieszał towar z tytoniem. Nabiliśmy lufę, która zrobiła rundę. Następnie skręcił kilka buntów. Do takiej ilości nie byliśmy przyzwyczajeni. Głupawka śmiechu zaczęła ustępować otępieniu i senności. W końcu nadeszła faza głodu. Kamil zamawiał pizze. Urocza pani zapytała o składniki. Każdy z nas mówił co lubi, Kamil przekazywał składniki miłej pani, jak skończył składać zamówienie popatrzył na nas.

– No to, kurwa, nas policzą za to zamówienie.

Misza popatrzył na niego z rozbawieniem, później na mnie. Zrozumiałem bez słów, wstałem.

– No, miło było. Zasiedzieliśmy się.

Wstałem, za mną wszyscy oprócz Kamila. Kamil mimo okupującego jego mózg THC myślał nad wyraz trzeźwo. Dopadł drzwi.

– Gdzie kurwa?! Nikt nie wychodzi dopóki nie przyjedzie pizza. Nie zostanę z gigantycznym zamówieniem jak głupi ciul.

Salwa gromkiego śmiechu, która zawstydziłaby odgłosy wojskowego poligonu, wypełniła mieszkanie. Oczywiście nie zostawilibyśmy kolegi, ale spontaniczny, żart wydawał się pyszny. Oczekiwanie na jedzenie spędziliśmy wciąż paląc i rozprawiając, czy dostawca pizzy do tylko dostawca, czy można go nazwać ekspedientem. Po kilkudziesięciu minutach dostarczono pizze. Właśnie resztki trawy ginęły w naszych płucach. To było nieco za dużo jak dla nas. Okazało się, że mimo potwornego głodu, zjedzenie pizzy było nie lada wyzwaniem. Rozkoszny nastrój po zjedzeniu kawałka pizzy ustąpił zamuleniu i senności tak wielkiej, że nikt nie mógł się jej oprzeć.

Po pierwszej fali senności każdy znalazł kąt w którym rozkosznie usnął. Mnie też opanowała senność, ale na krótko. Nieoczekiwanie poczułem taki skok libido, że nie potrafiłem popaść w odrętwienie. Co ciekawe mogłem zadzwonić do Emilii, do Kaśki albo do Karoliny. Z dużym prawdopodobieństwem gdzieś znalazłbym ujście dla swej chuci. Ja jednak potrzebowałem czegoś więcej. Byłem totalnie upalony, jednak coś we mnie działało o wiele mocniej niż THC. Jakaś siła kazała mi wyjść na zewnątrz. To było coś, czego nie potrafiłem opanować, coś, co mnie opanowało, opanowało i władało mną niepodzielnie. Ubrałem się szybko i wyszedłem na zewnątrz. Jesienna aura nie pomogła w otrzeźwieniu. Byłem jak w akwarium. Kilka numerów w telefonie i skrawek papieru z ogłoszeniami towarzyskimi. Szedłem przed siebie i trzęsącymi się rękoma wybierałem kolejne numery. Ciągle to nie to. Adresy były za daleko, a ja potrzebowałem tego teraz. Ręce nie przestawały się trząść, cały zacząłem drżeć. Pomyślałem, że jestem jak menel, który prosi o dwa złote, bo go rwie i choć inni patrzą na niego z rozbawieniem lub pogardą, to on cierpi i choć świadom swojego upodlenia, to nie może inaczej. Naszła mnie fala refleksji na swój temat. Popatrzyłem na plakat szkoły tańca. Miałem się tam zapisać. Trzy lata temu. W ogóle, zaczynając studia miałem same ambitne plany, nie tylko związane z karierą, ale z szeroko pojętym samodoskonaleniem. Miałem zapisać się na tańce, języki obce, siłownię, jakiś sport walki. Nic z tego nie wyszło. Żeby było śmieszniej ja na to wszystko miałem fundusze i czas. Jedynym elementem brakującym były moje chęci i konsekwencja. Nic z tego nie wyszło. Gdzieś to wszystko się rozmyło. Spojrzałem na swoje odzienie. Nie zmieniałem go do dwóch sezonów. Kupowałem coraz tańsze rzeczy, a jeszcze nie tak dawano temu każdy sezon zaznaczał się czymś nowym w mojej szafie. Czemu się to skończyło – odpowiedź jest prosta. Seks. Seks potrafi być napędem, motorem, który pcha ku lepszej wersji siebie. Problem pojawia się wtedy, gdy już ma się seks. Człowiek, który…A tam kurwa człowiek?! Ja. Będąc przysłowiowym, mówię przysłowiowym, bo nigdy nie miałem problemów z cerą, pryszczatym małolatem, który bzykał raz na rok, szukałem przyczyny. Dlaczego tak mało? Może złe ubranie? Kupmy nowe. Może nie jestem wystarczająco przystojny, zbudowany, elokwentny? Zapiszę się na języki, siłownię itd. Słowem braki w życiu seksualnym czyniły mnie lepszą jednostką w społeczeństwie. Problem pojawił się, gdy seksu było pod dostatkiem. Zaczęło do mnie dochodzić, że ta cała otoczka jest nie tylko nie potrzebna, ale wręcz zbędna. Powoli rezygnowałem ze wszystkiego. No po co mi cokolwiek, skoro wiem, że zarucham? I w ten oto sposób miałem na sobie wszystko sprzed dwóch sezonów. Błędnym spojrzeniem ogarnąłem krajobraz, kolejny telefon. Okazało się, że to Aleja…nie tak znowu daleko. Ruszyłem jak w transie. Nie pamiętam ile szedłem, ani jak dotarłem. Trzy białe bloki oddalone skwerem od głównej jezdni, stalowe niebo i ja mijający z czymś na kształt obłędu w sobie ludzi wokół. Tak wyglądała miejska sceneria. Kiedy znalazłem się w klatce, wziąłem głęboki oddech, nie poczułem zapachu klatkowej stęchlizny, który z reguły towarzyszył takim wyprawom. Windą wjechałem na właściwe piętro. W mieszkaniu otworzyła mi kobieta ubrana w coś pośredniego  między czarną halką, a nocną koszulą.

Podręcznik podrywania

Zawsze mnie zastanawiała gałąź usług zwana szkoleniami z podrywania i uwodzenia. Jakby nie patrzeć  relacje damsko-męskie, czy te ulotne, czy zwane miłościami na całe życie, od wieków przysparzały problemów myślicielom, poetom, artystom i chyba każdemu. Aż tu naraz na progu XXI wieku pojawia się grupa osób, która za (wcale nie drobną) opłatą jest w stanie pomóc.

Jeden taki internetowy miglanc oferuje nawet, że wyśle darmowego ebooka, który ma być bardzo pomocny w  naprawie swojej nieudolnej osobowości, na osobowość filmowego amanta. Za darmo? Pewnie, że biorę.

Na skrzynkę mejlową przyszedł dokument w pedeefie, krótki, bo raptem 17 stron. Książka (czy raczej plik tekstowy) zawiera 10 zasad, które mają zmienić moje życie.

Drżącymi z wrażenia palcami klikałem strona za stroną.

Po pierwsze – rób co chcesz. Kilkuzdaniowa analiza psychologiczna mówiąca o tym, że faceci są tak skonstruowani, że analizują, okazuje się, że to błąd – pewny siebie facet nie analizuje – robi, co chce. Tacy faceci są cenieni przez kobiety. Ciekawe czy można pod tę wskazówkę podciągnąć potrzeby fizjologiczne?

Po drugie – miej cel. Co ciekawe, to nie może być byle jaki cel, na przykład żona dzieci i praca – według autora to pójście po najniższej linii oporu. Cel to np. „otwarcie firmy, która będzie na nas zarabiać, a my będziemy tylko wydawać kasę”. Ostatecznie nie zrozumiałem, co jest dla kobiet atrakcyjniejsze ta firma, czy cel.

Po trzecie bądź sobą (zawsze) – tu ważne ostrzeżenie – nie udawać bycia sobą, bo kobiety to wyczują. A co znaczy być sobą? Przykład z książki: chcesz ją pocałować, to pocałuj. Zapamiętałem i wykorzystałem, tylko dlaczego mąż ekspedientki w lokalnym sklepie za mną wybiegł? Nie wiem.

Po czwarte – ulepszaj siebie każdego dnia. W porządku, do tego nie mogę się przyczepić, bo  to dobry zwyczaj. Zgadzam się, ze poznanie jednego nowego słowa, czy zrobienie jednej pompki więcej, da jakiś efekt.

Po piąte – nie trać energii na kogoś, kto na to nie zasługuje. Kurwa mać, wchodzi na to, że muszę się zwolnić z pracy.

Po szóste – ty wybierasz. To wskazówka dotycząca kobiet. No, to prawda,  faceci wybierają…..z gorna kobiet, które ich wcześniej wybrałyJ

Po siódme – bądź nagrodą. Nie wiesz o co chodzi, po prostu myśl o sobie jak o nagrodzie, jeśli myślisz inaczej uległeś społecznej iluzji.

Po ósme – intryguj kobiety. Tu muszę przytoczyć przykład, który najwierniej odda definicję intrygi według trenera podrywu:

Podrywacz: muszę ci coś powiedzieć.

Kobieta: co takiego?

Podrywacz: pewnie nie chcesz wiedzieć, powiem ci jutro J

Koniec przykładu.

No kurwa, ale intryga – pomyślałem.

Po dziewiąte – mierz wysoko. Innymi słowy twoim celem mają być najpiękniejsze kobiety – z rozkładówek. W tym miejscu, gdybym był złośliwy (a nie jestem) uznałbym, że twierdzenie mierz wysoko donosi się do efektu końcowego masturbacji i plakatu na ścianie.

Po dziesiąte – kobiety (piękne) są dla ambitnych, pozostawię bez komentarza.

Całość też pozostawię bez komentarza.

Ulicznice w wielkim mieście cz. 2

Kuba z Edytą wrócili. Radośnie przywitanie, w ruch poszły piwa i chipsy. Nareszcie! Nasze spotkanie doszło do skutku. Cieszyłem się szczerze i bardzo. Oni też. Nie na darmo wiek dwudziestu lat jest wspominany w wierszach, piosenkach i prozie. To jest, to jest po prostu szczęście. Składową tego szczęścia są takie właśnie relacje – młodzieńcze przyjaźnie. I choć życie weryfikuje je najczęściej negatywnie, to w tym konkretnym czasie człowiek wierzy w te relacje. Poszedłem razem z Kubą i Edytą na domówkę. Morze piwa. Śmiech, flirty, nowe twarze, nowi znajomi, każdy młody  i na swój sposób ujmujący. Każda chwila była miła. Co chwila  uścisk dłoni z kimś nowopoznanym, wypity kieliszek wódki pod nową znajomość.  Z głośników podpiętych do stacjonarnego komputera na przemian leciały nowe hity ze starymi, sprawdzonymi szlagierami. Dopiero na studiach wyedukowałem się muzycznie. Wstyd się przyznać, ale wcześniej nie odróżniałem „Autobiografii” Perfektu od „Marchewkowego Pola” Lady Pank. W mieszkaniu było coraz więcej ludzi, Benny Benassi ze swoimi basami zdominował eter w mieszkaniu. Gdzieś po północy przyjechała policja. Do domu wróciliśmy nad ranem. Nie, nie poszliśmy spać, jeszcze rozmawialiśmy, Boże, jacy byliśmy wtedy szczęśliwi. Przed pójściem spać uścisnęliśmy się we trójkę, padło solenne przyrzeczenie: za rok albo jeszcze wcześniej znowu się spotkamy. I tak po wsze czasy.

Pobudka przed południem. To były te czasy, kiedy wódka szybciej wyparowywała, a energia życiowa pojawiała się zaraz po otwarciu oczu. Śniadanie, szklanka soku i kierunek miasto. Edyta pokazywała mi galerie handlowe, Kuba knajpy. Galerie mimo, że niby jedne z największych w kraju, to jednak nie zrobiły na mnie wrażenia. W końcu, to tylko obraz zubożenia duchowego człowieka. gdziekolwiek by nie były wybudowane, wszędzie wyglądają tak samo. Tak samo jak dzisiejszy człowiek, wszędzie tak samo marny. Edyta i Marcin mięli po raz kolejny drugą zmianę. Po obiedzie moja dwuosobowa ekipa zaczęła przygotowania do pracy. Zanim się zorientowałem, pijąc ich firmową colę, życzyłem im szybko lecącego czasu w pracy. Wracałem sam, nieco dokładniej przyglądałem się wystawom sklepowym, kiedy dotarłem do mojej kwatery. Było chłodniej. Wieczór rozpoczął swe panowanie nad krajobrazem. Położyłem się na wygniecionym, akademickim łóżku. Zamknąłem, oczy i zapadłem w lekką drzemkę. Nie był to głęboki sen, raczej coś w rodzaju czuwania. Nie wiadomo skąd znalazłem się w autobusie. Jechałem tym samym autobusem, co przed wczoraj. Tylko obrazy za oknem były inne. Jechałem przed pustkowie, może nawet pustynię. Nikogo nie wiedziałem, ale wyczuwałem, że autobus jest wypełniony podróżnymi choć dla mnie byli niewidoczni. Wiedziałem, że gdzieś zmierzam i cel mojej podróży zdawał się przysłaniać wszystko inne.

Otwarłem oczy. Potrząsając głową, starałem się pozbyć niemiłego uczucia, jakie mi towarzyszyło po przebudzeniu. Spojrzałem na zegarek w telefonie. Spałem półtorej godziny, za oknem niebo było granatowe i zdawało się z każdym kwadransem zmieniać na czerń. Opłukałem twarz i wyszedłem. Pora na moją podróż.

Dziś z daleka potrafiłem zauważyć ulicznice. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Już nie przejmowałem się ludźmi na ulicy, to tylko tło. Dziś wiedziałem czego chcę, finał mógł być tylko jeden. Podszedłem do wysokiej brunetki w pończochach, które znacznie bardziej przykuwały uwagę niż reszta jej garderoby. Pierwsze zderzenie.

– Hotel albo auto. Inaczej nie ma opcji.

Podziękowałem i poszedłem dalej. Nie dalej niż pięćdziesiąt metrów dalej stały dwie. Przeszedłem dalej. Nie chciałem żadnej zranić. No bo, którąś musiałbym wybrać, druga mogłaby poczuć się niedoceniona albo coś podobnego. Nawet w tym nieczystym światku zachowałem dziecinną prostotę i chęć nie robienia innym przykrości. Idąc dalej chodnikiem dotarłem do miejsca, gdzie wczoraj stała blondyna.  Dziś stały dwie, ta druga wyższa, ładna. Chwilę się wahałem. Kiedy starałem się rozstrzygnąć spór między mózgiem, a fiutem przy chodniku zatrzymał się czerwony opel. Wysiadła z niego niska, pulchnawa ciemna blondynka. W tandetnej dżinsowej spódniczce zaczęła się przechadzać tam i z powrotem. Los sprzyja gotowości umysłu. Podszedłem, okazało się, ze brak lokum, to dla niej nie problem.

– Poczekaj tu, Idę zanieść kasę i zaraz wracam.

Wróciła za dwie minuty. Dostrzegłem, że z pieniędzmi poszła do tego samego pojazdu, co jej koleżanka wczoraj. Odwróciłem się w kierunku przejścia dla pieszych, byłem przekonany, że idziemy, na lubieżne schody. Jednak nie.

– Chodź za mną. – Rzuciła z uśmiechem i weszliśmy do klatki, pięć metrów od miejsca, gdzie spacerowała. Nie bardzo wiedziałem gdzie zmierzamy. Może do jakiegoś mieszkania? Może gdzieś w piwnicy. O rany. Moja prywatna paranoja zaczęła podsuwać mi scenariusze godne Kinga. Niska diva z dużymi cycami rozwiała moje domysły.

– Tam z tyłu jest drugie wyjście z klatki, ale jest zamknięte i nikt nie chodzi. – Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Słaba żarówka oświetlała żółtym światłem klatkę o twarz divy. Dopiero teraz, nieco uważniej przyjrzałem się jej. Szeroka twarz, roześmiane oczy. Nie była typem divy, bardzo pasowała do obrazu pustej panienki, z prowincjonalnej dyskoteki, która pod wpływem trzech piw i jednego komplementu jest skora zatopić się w uroku chwili i rozłożyć nogi. Jej fioletowa bluzka ograniczała cycki. Wsadziłem pod nią dłonie i łapczywie ugniatałem całkiem pokaźne melony. Jej ręce zaczęły majstrować przy moim zamku, z którym dosyć łatwo sobie poradziła. Gorzej poszło z guzikiem, który był specyficznie przyszyty i odpięcie go „z drugiej”, strony mogło stanowić problem.

– Kto ci tak przyszył guzik? Pewnie mamusia, żeby niegrzeczne dziewczynki nie mogły się tam dobrać. – Dobry humor jej nie opuszczał.

– Poczekaj. – Sam odpiąłem guzik i moje spodnie opadły na podłożę. Zostałem w bokserkach, które rozciągał mój nabrzmiały organ. Ulicznica podciągnęła dżinsową spódniczkę i opuściła granatowe stringi.

– Poczekaj. – Zobaczyłem, jak urywa kawałek opakowania z condomu, myślałem, że to dla mnie. Opuściłem gacie w dół. Diva tym czasem nie zamierzała nakładać lateksowej peleryny na „mojego”. Wzięła nierozwiniętą gumkę w dłoń, pochyliła się i wsadziła w kroczę dłoń z gumką. Moja mina musiała mówić wszystko, bo popatrzyła na mnie i rzekła: – to takie dodatkowe zabezpieczenia. Sięgnęła po kolejną gumkę, ta wylądowała na korzeniu. Odwróciła się i oparła o ścianę. Ja tym czasem błądziłem dłońmi, po cyckach, brzuchu , udach, tyłku. W końcu wszedłem. Źle obliczyłem kąt i mało fiuta nie złamałem przy pierwszym pchnięciu. Musiałem zgiąć nogi w kolanach. Chwila chaotycznych ruchów i po wszystkim. Doszedłem, wyszedłem. Fachowo ściągnęła gumę i wytarła jeszcze sterczący maszt. Nie mogłem się powstrzymać i przejechałem ręką po jej podbrzuszu, poczym zanurkowałem w niej, wyczułem palcami na samym dnie lateks. Nie jestem jakimś fetyszem, ale tak chciałem po prostu sprawdzić , jak się TAM sprawy mają. Szybko opuściliśmy kamienice i każde poszło w swoją stronę. Wróciłem do akademika, moi się już doprowadzili do ładu po powrocie z pracy.

 – Gdzie się szlajasz? – Edyta wzięła mnie na spytki. Odpowiedziałem wymijająco. Nie było sensu opowiadać ani tłumaczyć. To były dwa różne byty. Moje życie na powierzchni i moje życie w zakazanym świecie.

Kolejna noc minęła na imprezowaniu. Następny poranek to już przejazd na dworzec. Pożegnanie i zajęcie miejsca w autobusie. Niemal całą drogę gapiłem się w szybę. To, czego doświadczyłem na schodach, w świetle przykurzonej żarówki, było niczym otwarcie wrót. Myślałem, że przez kilka miesięcy akademickiego roku – od jesieni do lata- poznałem tę krainę, że ją znam. Okazało się, że wciąż jestem debiutantem. Ta mroczna kraina, kryła jeszcze tyle nieznanego, że obietnica zapuszczenia się tam była silniejsza niż cokolwiek innego. Mroczna kraina wyciągała po mnie szpony. Łatwość, z jaką ulegałem każdemu instynktowi, była bezrefleksyjna. Tak, jakbym wypełniał swoje przeznaczenie. Coś we mnie mówiło mi, że to jeszcze nie koniec, że to nawet nie początek, to zaledwie uwertura, a właściwy koncert dopiero przede mną. To , co przeżyłem na wyjeździe, zapowiadało kolejne przygody. Wiedziałem, że szlak który wybrałem jest niewłaściwym, ale pokusa była zbyt duża, zrobiłem jeden krok  do przodu i to co zobaczyłem, zachęciło mnie do dalszego marszu. Nie wiedziałem, gdzie mnie to zaprowadzi, ale chciałem iść dalej.

Nigdy nie już nie odwiedziłem swoich znajomych. Rozstali się rok później. Jeszcze dobry rok dzwoniliśmy do siebie, później tylko na święta, aż w końcu nadszedł dzień, kiedy uświadomiłem sobie, że nie mam numeru telefonu ani do Kuby ani do Edyty. Edyta podobno wyjechała do Glasgow do siostry, tam założyła rodzinę. Kuba podobno rzucił studia i po powrocie w rodzinne strony rozpoczął pracę w wojsku. I pomyśleć, że kiedyś snuliśmy plany zdobycia świata, mieliśmy jeździć sportowymi furami, posuwać najlepsze laski – świat miał być nasz, tak samo jak miał należeć do setek innych rozmarzonych dzieciaków.

Kilka lat później, gdy już byłe wytrawnym graczem uratowałem Anię, która po seksie z Miszą nosiła w sobie…condom. Oboje spanikowali, bo uznali, że zniknął. Uśmiałem się i powiedziałem Miszy, jak ma zapuścić palce, żeby wyciągnąć gnoja. Dopytywał, skąd u mnie tak specjalistyczna wiedza, tylko się uśmiechnąłem.

Ulicznice w wielkim mieście cz. I

Nie było ciepłej wody. Spływające po mnie strumienie letniej spływały powodowały dyskomfort. Żel pod prysznic w postaci rozwodnionej mazi spływał po moim ciele. Z dużej tuby wycisnąłem dodatkową porcję i zacząłem energicznie pocierać swój korzeń. Musiałem to z siebie zmyć. Jak w ogóle do tego doszło? Czułem niesmak, zrobiłem coś, czego nie było w planie. Przekroczyłem granicę i sam nie wiedziałem dlaczego tak to się skończyło.

A wszystko rozpoczęło się od spaceru, nocnego spaceru po nieznanym mieście. Nie. Wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej. Od rozmowy telefonicznej.

Rok po maturze, to jeden z ciekawszych okresów w życiu młodego człowieka. Po roku czy to w pracy, czy na studiach, posiadamy portfel nowych znajomych i jednocześnie od czasów szkolnej młodości nie upłynęło aż tak wiele, żeby zapomnieć o szkolnych przyjaźniach.  Jeden z nielicznych momentów, kiedy człowiek czuje się szczęśliwy.

Dotarłem do miasta na drugim końcu Polski. Dwoje łobuzów z mojego liceum wybrało się tam na studia. Przez rok akademicki, widywaliśmy się w rodzinnych stronach, przy okazji Świąt i majówki. Zawsze z naszych ust płynęły zaproszenia do naszych „nowych miast”. Tuż przed lipcem z mojego telefonu popłynęły słowa: – to co, zjawisz się w końcu czy nie, bo w połowie lipca spadamy do domu i nie będziesz miał kogo odwiedzić. Musiałem. Nie miałem wyjścia. Dwa dni później w niedzielę siedziałem w autobusie i patrzyłem na coraz bardziej granatowe niebo. Kilka godzin w autobusie, przerwa nad ranem, spowodowana przesiadką i kolejne godziny w autobusie. Lubię podróże, ale tym razem byłem znużony. Gdy zatrzymaliśmy się na kolejnej już stacji benzynowej, na „dziesięciominutowe siusiu i papierosa”, powlokłem się do lodówki po zimną puszkę pepsi. Rozejrzałem się wokół. Płaskie niczym blat stołu pola uprawne. A wśród nich stacja benzynowa z muszlą. Nigdy nie widziałem takiego krajobrazu, nie sądziłem nawet, że u nas są takie równiny. Dalszą trasę spędziłem gapiąc się w szybę i nie mogąc się napatrzeć na niekończące się uprawy. Coś nieprawdopodobnego.

Kiedy wysiadałem na dworcu, z ciekawością rozejrzałem po obcym mi mieście. Nikt na mnie nie czekał –moi gospodarze rozpoczęli karierę w międzynarodowym paśniku. Przez telefon dostałem wskazówki, gdzie jechać. W ich akademiku miał na mnie czekać ich kolega, który został o wszystkim poinformowany. Kilkanaście minut zajęło mi odnalezienie właściwego autobusu. Miasto, zrobiło na mnie wrażenie, nie wiem, czy to efekt letniego miesiąca, czy po prostu zobaczyłem coś nowego. Wszystko zdawało się bardziej tętnić życiem. Dojechałem na miejsce. Okazało się, że akademiki zupełnie nie przypominały znanych mi molochów. Niskie budynki, o arcyciekawej architekturze bard zadziej przypominały międzywojenne kamienice, niż siedziby współczesnych żaków. W pokoju 34 czeka l na mnie Robert, student polonistyki, kolega moich gospodarzy. Porozmawialiśmy, wypiliśmy piwo i na tym nasze poznanie się zakończyło. Wyszedłem na zakupy. Edytę i Marcina miałem spotkać po dwudziestej trzeciej. Wieczór zaczynał się dłużyć. Położyłem się na łóżku i pogrążyłem się w rozmyślaniach. Raczej mogłem być z siebie zadowolony. Rok temu byłem po maturze, w swoim pokoju patrzyłem na plakaty sportowców i marzyłem o karierze i pieniądzach. Może nic z tych rzeczy nie osiągnąłem, ale z pewnością zrobiłem krok do przodu. No i pozostawał mój mały tajemny światek. Niczym Alicja, miałem swoją krainę czarów. Zastanawiałem się, czy mówić o tym Kubie, w końcu to na niego mówili „mały lowelasek”. Jednak nie. Tak będzie lepiej, zostawię to dla siebie.

Po dwudziestej pierwszej na zewnątrz zaczynało się ściemniać. Zaczynałem odczuwać nudę. Nie pomogły wesołe smsy od Edyty. Wyszedłem się przejść. Uzbrojony w ciekawość, pokonywałem ulicę za ulicą. Interesująca wydała się kobieta, która wyraźnie odróżniała się od reszty. Skąpe wdzianko, wręcz wulgarne. Ciekawa moda – pomyślałem. Idąc kilkanaście metrów dalej, znowu ujrzałem zdzirowato ubraną kobietę. Nie wiem kiedy żarówka niczym u Pomysłowego Dobromira, rozbłysła. Dziwki, najprawdziwsze uliczne kurwy! Zawróciłem i cofnąłem się. Pierwsza z oryginalnie ubranych laseczek chodziła tam i z powrotem na dystansie około dwudziestu metrów. O cholera! – Moje myśli eksplodowały. Niewidzialna dźwignia powoli przeskoczyła. Nigdy nie spotkałem ulicznic. Jak dla mnie, ich miejsce było na kartach kronik żółtej prasy albo międzywojennej literatury. Z wyczulonymi zmysłami szedłem przed siebie. Zrobiłem rundę po kwartale, który, jak sądziłem będzie pełen chodzących kurwiszonów. Było ich siedem, przynajmniej tyle zauważyłem. Chciałem podejść, ale nie wiedziałem jak. Sam ze sobą prowadziłem dialog. A jeśli to nie dziwki, może taka moda tu panuje? – Pytałem sam siebie. Spojrzałem na niewysoką blondynkę, ubrana w białą mini i białą bluzeczkę, wyglądała jak wybrakowana świąteczna hostessa. Jej rysy twarzy zdradzały, że raczej nie należy spodziewać się po niej szczególnej subtelności.

Wziąłem trzy głębokie oddechy. Powoli ruszyłem spod kiosku, do żującej gumę blondynki.

– Przepraszam, nie wie pani, gdzie tu się można zabawić? – Jakkolwiek brzmi to dziwacznie, w tamtej chwili, nic innego nie przyszło mi do głowy. Pomyślałem, że słowo „zabawić” w razie czego uratuje sytuacje.

– Hmm, no tu masz klub taki, tam pub, a jest jeszcze pizzeria, na ulicy P.  – Szlag, trafił mi się przewodnik turystyczny. Nie ma wyjścia, trzeba działać na sto procent.

– A z panią? Można się zabawić? – Kńcząc to zdanie, czułem jak się czerwienię. Fatalizm zaczął przytłaczać moją świadomość.

– A, oto ci chodzi, no jasne. – Rzeczowo usłyszałem co i jak. Pokiwałem głową na znak, że rozumiem i się zgadzam. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnąłem pogniecione banknoty.

– Chodź ze mną. – Blnondi ruszyła do przejścia dla pieszych, ja niepewnie spoglądając, to w prawo, to w lewo byłem pół kroku za nią.

Gdy przeszliśmy przez przejście podeszliśmy do czarnego Seicento, diva dała kaskę kierowcy, oprócz wąskich ust, nieprzyjemnego spojrzenia dostrzegłem kawałek ortalionowej kurtki.

– Chodź. Idziemy w bardziej dyskretne miejsce. – Przeszliśmy przez kolejne pasy. Gdy przechodziliśmy, jakiś młokos przejeżdżał na rowerze, widząc ulicznicę krzyknał: – yo siniorita! – Na chwilę mnie zmroziło, wszyscy widzieli, że idę z dziwką, wszyscy wiedzieli po co. W tym momencie w mojej głowie pojawił się gigantyczny spych, wszystkie te myśli zostały zepchnięte, a w ich miejsce pojawił się napis: NO i CO? Za dwa dni mnie tu nie będzie. Diva prowadziła uliczkami i skwerami, w końcu doszliśmy do budynku przypominającego kotłownię. Obeszliśmy budynek . Zaprowadziła mnie na schody prowadzące w dół, da jakichś drzwi.

– To tutaj.

Stanęła dwa stopnie wyżej, podciągnęła spódniczkę i opuściła majtki. Położyłem rękę na jej plecach, dając tym samym znak, żeby się pochyliła. Niczym w amoku dobrałem się językiem do jej pizdy. Cała ta sceneria, wieczór, świadomość, że to wszystko odbyło się spontanicznie, podziałało na mnie jak gigantyczny afrodyzjak. Gryzłem , ssałem i lizałem jej cipę, jakby świat nie istniał. Złapałem rękami jej pośladki i rozsunąłem, przejechałem językiem po jej anusie. Zacząłem chłeptać wokół jej kakaowego oczka. Słony smak podrażnił receptory smaku. Uniosłem głowę. Diva odwróciła się, z mikroskopijnej torebki wyciągnęła condom. Założyła na korzeń, poczym odwróciła się i pochyliła do przodu. Wchodzę i zaczynam pierdolić, jestem w seksualnym transie. Wypięta przede mną dupa jest wszystkim, nie ma nic poza tym.Nie zmieniamy pozycji. Początkowo gładzę ją po plecach. Ręce z pleców poszły pod spód. Pochyliłem się i zacząłem obłapiać jej cycki, niewielkie, ale sprężystość skóry jeszcze łatwo wyczuwalna. W końcu jedna z moich rąk wylądowała na jej kroczu. Kciukiem miziałem podbrzusze, a palce ugniatały fałdy jej warg, niczym plastelinę. Finiszowałem łapiąc ją za biodra i mocno dobijając. Kiedy opróżniłem swoje działo, głęboko odetchnąłem. Kiedy z niej wyszedłem, spojrzałem na fiuta. Pęknięty condom, popatrzyłem na divę.

– Pękł, wiem czułam, ale nic nie mówiłam, żebyś se doszedł. Daj. – Ściągnęła lateksowy strzęp i zawinęła w chusteczkę. Zapinałem zamek w spodniach i przypomniałem sobie sytuację sprzed kilku miesięcy. Oszołomiony nie tak odległym orgazmem, jeszcze nie myślałem.

Kiedy wracaliśmy, porozmawialiśmy o klubach, studenckich imprezach i ogólnie o miastach. Dopiero kiedy sam wracałem do akademika Kuby i Edyty, fatalizm powrócił ze zdwojona siłą. Dotarło do mnie, że zaliczyłem seks z ulicznicą, żeby było zabawniej, zawiódł kalosz. W myślach przeleciały mi kawalerskie choroby, które nie były obce awangardowym twórcą. Scenariusze pełne ponurych wizji stały się przerażająco realne. Niemal wbiegłem do mojej tymczasowej kwatery, wygrzebałem żel pod prysznic i ręcznik. Pobiegłem pod prysznic. Co ja zrobiłem? Czy mi rozum odjęło? Starałem się zetrzeć z penisa potencjalne france, ale także całe zajście.

Sekskac cz. II

Chodzę po mieście. Bez celu. Bez żadnego planu. Odwiedzam księgarnie. Bardzo lubię odwiedzać księgarnie, biblioteki, czytelnie. Świat książek to kraina, gdzie mogę uciec. W świat dziwek uciekam przed otaczającą mnie rzeczywistością, a przed burdelowem uciekam w świat książek. To moja jedyna enklawa, tam jestem bezpieczny. Moi znajomi chodzą po marketach ze sprzętem elektronicznym, ja chodzę po  księgarniach. Kiedyś dorobię się małego domku z pomieszczeniem zaadaptowanym na małą bibliotekę. W prawdzie na pierwszym miejscu jest cipka, ale zaraz po cipce, dobra książka. Gdyby jakiś złośliwy demon miał zniszczyć świat książek albo świat burdelowa, a ja miałbym wybrać, który z nich ma zostać. Byłbym doprawdy w kropce. Z trwogą patrzę jak złowrogie bóstwo cyfryzacji rośnie w siłę, a wolny świat klasycznej literatury kurczy z godziny na godzinę. Jest wiele scenariuszy końca świata. Dzień, w którym zamkną ostanią księgarnie i bibliotekę będzie dniem końca świata. Mojego świata.

Przeglądam albumy podróżnicze w Empiku. Lubię podróże, lubię nowe miejsca, lubię przemieszczający się za oknem krajobraz. Podnoszę wzrok znad książki. Przy półce z romansami stoi dziewczyna. Jest niska, ma miedziano-rude włosy, które kończą się za uchem. Ubrana jest w czarną sukienkę. Nie jest jej gorąco? – Zastanawiam się. Chwila namysłu. Odkładam książkę. Podchodzę do półki z romansami. Rozglądam się.

– Przepraszam. Widzę, że z wprawą przeglądasz książki, możesz mi coś polecić na prezent?

Tekst niewyszukany, ale skuteczny. Rozmawiamy o książkach. Ma na imię Aga. Jest sympatyczna i roześmiana. Pozytywna osóbka. Studiuje politologie i jest dwa lata młodsza. Spacerujemy pół godziny po Empiku. Wędrujemy między książkami, prasą i płytami. Odprowadzam ją na przystanek autobusowy, wymieniamy się numerami.  Kiedy zostaje sam, zastanawiam się, czy mogłem ją pocałować. Pewnie tak, dlaczego więc tego nie zrobiłem. Nie wiem.

Idę do budki z kebabem. Kawałki mięsa, warzywa i sos. To wszystko wciśnięte w bułkę działa jak paliwo. Z każdym kęsem, czuję, jak wracają mi siły. Po raz kolejny w arcymistrzowki sposób zmarnowałem dzień. Kiedy nabieram sił, ogarnia mnie coś nas kształt niepokoju. Zaczynam iść przed siebie. Muszę znaleźć chwilę ukojenia. Jakąś przystań, która da mi chwilę ukojenia. Po prostu idę przed siebie. Patrzę w swój telefon. Numer nowo poznanej dziewczyn. Kto wie, może coś z tego będzie. Nie należy masturbować się przeszłością, nie należy również zbytnio zamartwiać się o przyszłość. Liczy się teraz. Mam też inne numery. Prze oczami staje zakurzone mieszkanko, gdzie przyjmują trzy stare kurwy. Myśl o tym działa niczym środek uspokajający. Niezidentyfikowany niepokój odchodzi. Ogarnia mnie coś na kształt wyciszenia.   Wyszukuję numer. Staram się nie zapisywać :tych” numerów, ale ten jakoś mam. Po prostu. Wszystko dzieje się samo. Telefon, rozmowa, ustawka, co, za ile. Ja to znam.

 Docelowy, szary blok jest oddalony o minimum dwa kilometry. Zastanawiam się, czy wziąć taksówkę. Jednak nie. Idę chodnikiem, chłonę porę dnia, popołudnie bardzo powoli ustępuje miejsca wieczorowi.. Mam do przejścia całą ulicę. Myślę o studiach, życiu, miłości i wszystkim pomiędzy. Dlaczego ze wszystkich ludzi, akurat ja jestem na to skazany. Dlaczego mnie los skazał na poszukiwanie wiecznych doznań. Nie wiem, jak to się stało, ale wiem, że jestem w tym świecie i raczej zawsze w nim będę. Moje zachowanie nie ma zbyt wiele wspólnego z logiką. Z reguły na dziwki chodzą ludzie z kilku powodów. Często zakrapianej imprezie, bo żona albo dziewczyna nie chce zrobić tego albo tamtego. Najbardziej przyziemny powód, to wsadzić kutasa w szparkę ładniejszą niż ta dostępna. Ja tak nie mam. Chyba nigdy nie miałem.

Docieram na mieście. Dzwonię i po chwili wyjmuję z portfela ustaloną kwotę. Drzwi otwiera ciemnowłosa, postawna kobieta. Po czterdziestce, a raczej pod pięćdziesiątkę. Rozmowa ogranicza się do minimum. Kiedy widzę ją nago, jej fizyczność jest spójna Duże cycki, szerokie biodra, dosyć szerokie, jak na kobietę ramiona sprawiają, że sprawia wrażenie dużej kobiety. Krzak nieco przycięty, ale okazały. Chwila pieszczot, fiut stanął mi na rozkaz, bez żadnych ceregieli. Zakłada gumę i kładzie się na plecach. Wchodzę w nią spokojnie. Poruszam się w niej spokojnie. Doznaję czegoś, co jest dosyć dziwne. Jestem podniecony i seks nieuchronnie doprowadzi mnie do szczytu. Jednak każde pchnięcie, działa kojąco, uspokaja. Patrzę na twarz dziwki pode mną. Zwyczajna stara baba. Nie podoba mi się , ale jednocześnie, to właśnie ona idealnie pasuje do układanki. Bez niej ten seks nie były taki kojący. Po kilkunastu minutach dochodzę. Spokojnie, bez fajerwerków. Jak za pstryknięciem, zasłona szaleństwa, żądzy, czy niekiełznanego głodu opada. Dopiero teraz odzyskałem równowagę po wczorajszym pijaństwie. Opuścił mnie kac, moje myśli znowu płyną spokojnie.

Wychodzę z klatki. Jest po osiemnastej. Minął dzień, minął kac