Iza zamiast niedzielnego rosołu

W studenckich mieszkaniach, dniem postawionym na głowie jest niedziela. To postawienie polega na tym, że studencka niedziela, przebiega inaczej, niż niedziela w domach powiedzmy zwyczajnych. Najpierw wstają rodzice: poranna toaleta, śniadanko; później wstają dzieci. Jeśli nieco starsze to odsypiają gorączkę sobotniej nocy. Młodsze odpoczywają od szkolnych trudów. W konserwatywnych rodzinach zalicza się niedzielny kościół, i każdy chciwie łapie ostatnie wolne chwile wolnego czasu. Gdzieniegdzie pojawia się niedzielny obiad u dziadków. To  zjawisko nazwałbym polską niedzielą. Inaczej jest w  mieszkaniach studenckich. Największą różnicą jest to, że nikt nie powiedział, że niedziela jest jedynym dniem wolnym. Bo w wielu przypadkach wolne może być jeszcze trzy następne dni. I to powoduje, że nikt nie przestrzega niedzielnego rytuału. Niektórzy chwiejnym krokiem wracają, mijając idące na msze babcie, inni budzą się i właśnie otwierają poranne piwo. Ktoś uśmiechnięty wraca, bo zawarł i skonsumował sobotnią znajomość. Scenariusze są różne.

Ja nie jestem tu wyjątkiem. Też postawiłem na głowie porządek społeczny. Leniwie się przeciągnąłem. Sobotni wieczór przeminął bez uniesień. Kino z Karoliną, później impreza z chłopakami. Kapitan Planeta chciał pokazać się z nową panną. Z Renatą, która była cudownie nieletnia i tym samym pociągająca, przynajmniej dla Kapitana. O dziwo, skończyło się kulturalnie i bez żadnej draki.

Rozglądam się po pokoju i leżę, po prostu leżę. Nie wstydzę przyznać się do tego, że jestem leniem. W ciągu godziny umyłem się i ubrałem. Kilka skibek chleba z szynką i serem wystarczyło na śniadanie. Mijam na przedpokoju Miszę, który wrócił z marketu z porcją rosołową, bukietem warzyw i kilkoma drobiazgami. Chociaż on zachowywał pozory normalności.

– Jesz obiad? – Misza, mimo opinii twardziela i lubiącego burdy zadymiarza, był dobrym człowiekiem i dobrym  kolegą.

– No mogę się załapać.

– To pomagasz mi, nie ma kurwa opierdalania.

– No, ok.

W sumie, nic nie mam do roboty. Siedzimy w kuchni, wszystko przygotowujemy. Rozmawiamy o wszystkim i niczym, Głównie o dziewczynach, seksie i układach towarzyskich. Tak już jest, pewne tematy nie nudzą się nigdy. Po prostu. Zanim się zorientowałem, prawie przygotowaliśmy obiad. Pozostał do zrobienia kurczak. Z tego Misza mnie zwolnił. Zawsze on przygotowywał kurczaka według swojego tajnego przepisu i trzeba przyznać kurczak był świetny. Wiedział o tym i mimo, że zawsze pomstował, że nie będzie karmił darmozjadów, to wszyscy wiedzieliśmy, że lubił robić kurczaka. Lubił też, jak każdy kucharz, widzieć, że smakuje. W miarę jak po mieszkaniu rozchodzi się zapach jedzenia. Zaczyna mnie ssać. Głód, ale nie głód wywołany pustką w żołądku. Głód za czymś niezidentyfikowanym. Ssanie, które tak dobrze znam, a jednocześnie nic o nim nie wiem, w pewnym sensie jestem przed nim bezbronny. Ubieram się.

-A ty gdzie? – Misza z kawałkiem skóry z kurczaka w ręku, wygląda nieco komicznie.

– Skoczę po fajki.

– U mnie leżą, bierz, jak chcesz.

Kręcę głową, na znak, że nie. Nie pyta, on wie, że lubię wychodzić. Niecałą minutę później jestem na klatce schodowej. Zbiegam po schodach. Ciepły miesiąc, ciepły, ale nie gorący. Chodzę po mieście, kupiłem papierosy i tak naprawdę nie wiem co dalej robić. Powinienem wrócić do mieszkania i zjeść obiad, ale nie robię tego. Chcę czegoś. Chyba najprościej byłoby powiedzieć: „baby mi się chce”, ale czy tak jest do końca? Telefon w kieszeni zaczyna przypominać rozżarzony węgiel. Myśli niczym poboczne strumyki, tworzą jeden, główny nurt. Forum, Strona, nowe cipki, cycki, nowe doznania. Iza – młoda gruba dziwka. Czytałem, recenzja Szwagrów krótka: dla amatorów rubensowskich kształtów. To coś nowego. Nigdy nie dymałem naprawdę grubej laski.

To, co się dzieje w następnych minutach, jest poza mną. Krótka rozmowa przez telefon. Adres i cena. Krótko i na temat. Działam na autopilocie, niczym przyciągany magnesem zmierzam w kierunku nowych doznań. Bo nie ma czegoś takiego jak uczucia, są tylko doznania. Jednocześnie, jakaś część, głęboko we mnie mówi mi, że czegoś szukam.

Pukam delikatnie trzy razy. Jedna z zasad w tym świecie głosi, że nie można za głośno wchodzić na mieszkaniówkę, bo nadmiar hałasów może zdenerwować sąsiadów, a tego byśmy nie chcieli. Otwiera mi jakaś postać, w ciemnym przedpokoju. Wchodzę. Już wiedzę, gdzie mam się udać. Pokój, drugi po lewej. Drugie piętro, naliczyłem cztery pokoje. Kolejna masówka. To by tłumaczyło dlaczego otwarte w niedzielę. Nie każda kurewka przyjmuje w niedzielę. Jeśli jakaś diva ma odpowiednią pozycję, czyli pracuje sama na mieszkaniu, to często bywa tak, że wyznacza sobie godziny pracy i na ten przykład weekendy ma wolne. Nie trzeba tu wcale nie wiadomo jakiej pozycji w piramidzie, wystarczy robić swoje. W niedzielę i święta przyjmują dwie kategorie prostytutek. Pierwsza, to stare kurwy, które dosłownie przepierdoliły życie, nie mają rodzin mają tylko świat w którym wszyscy się kręcimy. Kolejna kategoria, to masówki, czyli mieszkania, gdzie przyjmuje kilka dziewczyn. Takie miejsca pracują często niemal dwadzieścia cztery godziny. Zawsze ktoś tam jest. Jak wyznała mi kiedyś pewna diva, rodzinie mówi, że pracuje w kontroli jakości, dlatego czasem chodzi na noce. Cyrk.

Wchodzę do pokoju. Łóżko, jakaś wykładzina na podłodze, stare meble przy ścianie. Standard. Iza jest młodą dziewczyną, na oko dwadzieścia sześć, maks dwadzieścia osiem lat. Jest gruba. Okrągła twarz i zwalista figura, czynią z niej umiarkowany towar, albo deficytowy towar. Chwila rozmowy. Rozmowa nie bardzo nam wychodzi. Powoli się rozbieram. Diva poszła się przygotować. Powraca po kilku minutach, które wystarczyły, żebym stwardniał. Kładziemy się na łóżku. Jej cyce i brzuch rozlewają się. Nie bardzo wiem, co z tym zjawiskiem zrobić, to na razie tylko miętoszę i ugniatam wielkie cyce. Ona leży na plecach, nic nie mówi. Ja macam ją po całym ciele, niczym archeolog, doskonale zachowanego mamuta. Pyta, czy już założyć gumę. Potwierdzam, jednocześnie w głowie rodzi mi się pytanie jak pokonam przeszkodę w postaci jej dużego brzucha. Przypominam sobie powiedzonko: „wejść za trzecią falą”, wszystko wskazuje na to, że ja też będę musiał wejść za trzecią falą. To wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Zauważa to Iza, nasze spojrzenia spotykają się. Nieoczekiwanie na jej twarze również pojawia się uśmiech. Nie jest to uśmiech przesycony rutyną, ani wymuszony. Jest pogodny i miły. Nie wiem, co o tym sądzić. Podobno grube dziewczyny mają bardziej pogodne oblicze od szczupłych koleżanek, ale ja nie do końca się z tym zgodzę. Guma idealnie przylega do mojego przyjaciela. Diva odwraca się tyłem. Wypina monstrualny zad i spiera się na łokciach. Rękami rozchylam tłuste uda. Jej srom jest duży, sprawia wrażenie wielkiej sakwy. Kilka razy pocieram ją palcami. W końcu whodzę. Przyjemne, kojące ciepło. Zaczynam posuwać, równomiernie. Olbrzymie zwały tłuszczu przede mną poddają się rytmicznym pchnięciom. Moje ruchy stopniowo stają się szybsze i bardziej sprężyste. W końcu szybkim zdecydowanym pchnięciem dobijam do końca. Dalsze pchnięcia nieco lżejsze, ale równie szybsze. Zwalniam. Ręce z bioder wędrują na jej plecy i pośladki. Gładzę ją, jednocześnie, powoli penetrując. Po kilku, może kilkunastu minutach czuję, że niebawem trysnę. Łapię za szerokie biodra i dobijam do końca raz, drugi, trzeci, kolejny. Słyszę lekkie sapanie i pojękiwanie. Dochodzę, jeszcze raz dobijam do końca. Kilka słów pożegnania i już mnie nie ma. Kiedy idę wolnym krokiem, dostaję sms: „Nie masz już jedzenia, był Mareczek i Kamil” – Misza. „Ok.” – odpisuję. Wchodzę do najbliższego fastfooda, zamawiam paszę. Jest w tym pewna symbolika. Prawdziwe, domowe jedzenie zamieniłem na śmieciową papkę. Znów odzywa się ssanie. Poszukiwanie czegoś innego  Prawdziwej miłości, innego scenariusza na życie? Wiem, że burdelowo, nie jest odpowiedzią, już nie. Więc co jest?

To pytanie dręczyło mnie długo…..

Smak patologii

Mijały tygodnie i kolejne  miesiące w burdelowie. Dzień za dniem, dziwka za dziwką. Bardzo powoli, wszystko stawało się takie samo. Nic mnie nie szokowało, nic nie przynosiło nowych impulsów.

Ja powoli płynąłem tym, co by nie powiedzieć, mętnym nurtem. Zobojętniałem. Nawet przestałem dać o siebie. Burdelowo pochłaniało sporo pieniędzy. Z sentymentem wspominałem pierwsze lata studiów, kiedy co sezon wymieniałem, a przynajmniej uzupełniałem garderobę. Dziś, przejrzałem się w lustrze. T-shirt sprzed dwóch sezonów. Nieco sprany, troszkę rozciągnięty. Koszula, jeszcze ładna, ale z ubiegłego sezonu. Kurtka też średnia. Zobojętniałem.

Kiedy Kapitan Planeta spytał, czy jedziemy brygadą na weekend, odparłem, że nie mam pieniędzy.

– No jak to, chłopaku? Przecież mamy kaskę z firmy. – Tak, mieliśmy pieniądze z małej handlowej firemki, która masowo przerzucała studentów ekonomii i finansów. Jak kazała tradycja, my też dumnie rozpoczęliśmy karierę buchalterów.

– Przejebałem, dosłownie. – Spokojnie odpowiedziałem.

– No tak, imprezy. – Kapitan pokiwał głową.

– Imprezy. – Odpowiedziałem.

Jakie to dziwne. Jedno słowo, a jak różnie je rozumiemy. Biedny Kapitan. Nie zrozumiał, nie był świadomy, że dosłownie przejebałem te pieniądze. Wymieniłem je, za jebanie. Dla niego impreza to wódka, może trawa, trochę muzyki, kluby, dziewczyny. Dla mnie też, z tym, że mój słownik znacznie poszerzył znaczenie imprezy. Dla mnie imprezy, to też kilkudniowe ciągi, w czasie których eksplorowałem moją krainę. Już wtedy zauważyłem, że zaczynam żyć swoim matriksem. Już nawet nie udawałem przed sobą. Kiedyś, na początku, doszukiwałem się pewnej burdelowej filozofii, chciałem wytyczyć pewien szlak. Później uznałem, że nie ma tu filozofii, ale za to są nowe doznania. Szukałem, cipki idealnej. Teraz nawet tego nie poszukiwałem. Ile odcieni w końcu może mieć seks. W końcu, to tylko seks. Po prostu brnąłem, bo żaden inny scenariusz na życie nie przychodził mi do głowy.

Przerwa świąteczna. Pora ruszyć do domu. To, co lubiłem w świątecznych przerwach, to fakt, że nabiorę dystansu. Te kilka dni świąteczne albo wręcz świętej atmosfery pozwalały nabrać dystansu. Choć na chwile mogłem uciec od skurwionej rzeczywistości, którą sam sobie utkałem. Nigdy w domu nie otwierałem wrót burdelowa. Rodzinne strony były święte. Nie szukałem, nie zadawałem pytań i nie chciałem drążyć tematu burdelowa. Bywało, że po powrocie z takiej przerwy kilka długich dni zaspakajałem wywołany głód, ale w domu pozostawałem czysty. Tak miało być również teraz. Tylko nie oszacowałem kilku czynników. Nie wziąłem pod uwagę kilku zmiennych w tym równaniu. Świat, wokół nas, jest widziany naszymi oczami. To my czynimy go pięknym lub szkaradnym. Niezwykłość domowego miru i świąteczna atmosfera, to też pewien wytwór naszych zmysłów. Kiedy oddalimy się od dziecinnych obłoków, cholernie trudno je odnaleźć. Święta minęły, ot tak, po prostu. Ze zgrozą, a może ze zdziwieniem zauważyłem, że to coś, czego oczekiwałem po prostu się nie pojawiło. Dorosłem. A może oślepłem na pewne sygnały. Skończyło się. Przerwa między świętami, a sylwestrowym szaleństwem, to dla studenta dziwne miejsce w czasoprzestrzeni. Mijają święta i większość ludzi zapierdala do pracy. Być może niewielu szczęśliwców może sobie pozwolić na długie wolne, ale większość po prostu zapierdala. Do szczęśliwców, zaliczają się ci z ciała pedagogicznego, na każdym szczeblu edukacji. Najprawdopodobniej każda uczelnia w tym kraju nie pracuje, przynajmniej, jeśli chodzi o wykłady w przerwie między świątecznej. I tu pojawia się pole obserwacji dla studentów, którzy wracają do domów na święta. Same święta, to takie słodkie czary mary. Po świętach, zaczyna się zwyczajny czas. I tu, spostrzegawczy student widzi, co się zmieniło w domowej rzeczywistości podczas jego nieobecności.

Ze mną, problem był taki, że już drugi dzień przygniótł mnie nudą. Myśl, o tym, żeby sprawdzić burdelowo w rodzinnych stronach, przyszła z nudów. Nie, nie było nic na Stronie, ale jest jeszcze Forum, są Szwagrowie. I oni przyszli z pomocą. Kliknięcie, góra dwa i już mam numer. Jest diva, podobna cienizna, ale co mnie to obchodzi. Nuda rozpłynęła się niczym mgła w górach.

Spotkanie z kuzynem skończyłem szybciej. Musiałem wziąć głęboki oddech. Spokojnie, robiłem to tyle razy. Wybieram zdobyty numer. Sygnał, drugi, trzeci. „Słucham” – głos typowej rutyniarskiej kurwy.

Szybka rozmowa, co gdzie i za ile. Odpowiedź na pytanie „gdzie?” Bezcenna. Hotel, tu i tu. Ojoj, pomyślałem. Nazwanie hotelem, obskurnego robotniczego motelu, to zdecydowanie przegięcie. Byłem tam dawno, dawno temu. Koleżanka z technikum przeprowadziła się tam, do poznanego na meczu robotnika. Jej rodzina i nauczyciele nie byli zachwyceni, ale my, młodzi gniewni, niepokorni Julkę wspieraliśmy i często tam bywaliśmy.

Najlepsze, diva zostawiła na koniec.

– Kup po drodze prezerwatywy, bo ja nie mam. – Zatkało mnie. Po raz pierwszy od kilku długich miesięcy zatkało mnie. Niewątpliwie to było coś nowego. Zdobyłem się tylko na krótkie „ok.” Przejazd po mieście zajął mi nie dłużej niż kwadrans. Po drodze, zatrzymałem się przy kiosku. Poprosiłem tanie „NewCaress”. Zawsze lubiłem moment kupna prezerwatyw. Najprawdopodobniej każdy chłopiec na tej planecie, no może z wyjątkiem Afryki, poznaje termin „prezerwatywa” różnie na „to” mówią. Guma, kalosz, condom, ubranko robotnicze, etc. etc. Pojawia się moment w życiu faceta, bardzo młodego faceta, kiedy kupuje pierwsze opakowanie i …. Nie bardzo wie, co z tym zrobić. No, ale wyobraźnia chłopców nie ma granic, toteż, zastosowanie gumiaków jest najróżniejsze. Klamki, ręce, proca na skoble, bomby wodne, a to nie wszystko. Moda, na zakładanie gumy na klamki minęła, kiedy kolegę sąsiad przyłapał na rozwijaniu bananowej prezerwatywy na swoją klamkę.

Kolejny etap, to kupowanie prezerwatyw, „bo coś może być”. Ten etap jest jeszcze bardziej komiczny, niż pierwszy. Najczęściej to „coś”, to utrata terminu ważności w portfelu pryszczatego jebaki. Będąc na akademickiej imprezie zobaczyłem gumkę w wytartym opakowaniu i usłyszałem o podpitego kolesia: „od liceum”. Nigdy się nie dowiedziałem, czy to był sentyment, czy po prostu nigdy nie bzykał. Ja nie miałem tych problemów. Dlatego lubiłem ten moment zakupu condomów. To o czymś świadczyło. O drodze sukcesu, jaką przebyłem. Od inteligentnego dziwaka w szkole średniej, do prawdziwego okurwieńca, kilka lat później. Miałem dziewczynę, popychałem na boku inną, a oprócz tego bzykałem kurwy. Byłem, doprawdy, degeneratem. I wiecie co? Napawało mnie to dumą.

No, ale wszystko ma swoje granice. Nawet ja nie kupowałem prezerwatyw kurwie. Coś nieprawdopodobnego.

Zaparkowałem pod obskurnym peerelowskim obiektem. Motel robotniczy, stojący na równi z blokiem socjalnym. Ponownie dzwonię. Słyszę numer pokoju, czwarte piętro. Wnętrze motelu jest przygnębiające. Zielonoszare ściany, wręcz muszą przypominać lokatorom, że chyba, gdzieś przegrali. Czapkę zimową naciągam na głowę, głęboko. Rozglądam się dyskretnie. Żółta firanka częściowo zasłania śpiącego recepcjonistę. Mijam go szybko i wchodzę na klatkę schodową. Brudna klatka, stalowy kolor barierek i odrapane ściany. Wszystko sprawia, że mimo iż idę do góry odnoszę wrażenie, jakbym schodził w dół, gdzieś w przytłaczającą otchłań. Na szczęście włączył się autopilot i mknę przed siebie. Dotarłem na właściwe piętro. Patrzę na granatowe numery, które ktoś niestaranie, szablonowo namalował na drzwiach. Pierwszy od numer, jest dosyć odległy od docelowego. Powoli przemierzam korytarz, w stronę zakurzeni szyby czołowego okna. Stary rower, wózek dziecięcy, duże kawałki tapety, ubrudzone buty. Nieciekawa sceneria. Doszedłem do numeru, za którym miałem ujrzeć kolejną odsłonę burdelowa. Nie zdążyłem zapukać po raz drugi, kiedy zdarzenia same się potoczyły. Najpierw ujadanie psa. Nie szczekanie, ale ujadanie. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy motelu wyskoczą, jak oparzeni ze swoich pokoi. Przez głowę, lotem błyskawicy przemknęła mi myśl: „zwiewaj”. Niemal w tym samym momencie otworzyły się drzwi i instynktownie wszedłem do środka. Mały pokoik z aneksem kuchennym . Tanie, jednoosobowe łóżko na pierwszym planie, jakieś akademickie meble. Obraz nędzy i rozpaczy. Spojrzałem w lewo. W aneksie stał pies, przywiązany do zlewu. Żadna bestia, typ małego ciapka. Z tym, że zwykły ciapek, raczej radośnie obszczekuje gości, a ten bydlak szczekał wściekle. Pierwsze, co usłyszałem, po słowie „cześć”, było uspokajanie psa. Taka atrakcja, zupełnie mnie zaskoczyła. Jednak to też było burdelowo, tyle, że nieco inne.

– Nie bój się. Jest przywiązany. – Skinąłem głową, na znak, że wierzę, widzę i rozumiem. Szybko dobiliśmy targu. Ile dostanie, za udostępnienie swojej szpary. Co ciekawe, mimo, iż stałem w pokoju kilka minut, pies, nie przestawał szczekać. Dramat. Kiedy przywykłem do szczekania, bliżej przyjrzałem się divie. Niska szatynka, wiek między trzydzieści pięć, a czterdzieści. Raczej mało atrakcyjna. O ile znam się na takim typie, to z jej twarzy wyczytałem rutynę i zobojętnienie. Bardzo podobne do mojego.

– Masz prezerwatywy? – Zapytała.

– Mam. – Odpowiedziałem, wyciągając czerwony kartonik z kieszeni. Wyciągnęła rękę.

– Dobrze, że mamy te prezerwatyw ki. – Powiedziała z namysłem. Ja już się nie odezwałem. Rozpiąłem kurtkę, ściągnąłem wełniany sweter i zacząłem rozpinać pasek. T-shirt zostawiłem. Ściągnąłem spodnie i slipy. Diva, ubrana w sztruksowe spodnie i bluzkę, miała nieco mniej do ściągnięcia. Otworzyła opakowanie i urwała listek z gumką. Kiedy była naga, położyła się na jednoosobowym łóżku. Zrobiłem krok w jej stronę. Była niska, z lekką nadwagą. Miała pokaźne, charakterystyczne, dla wieku i budowy ciała cycki. Podszedłem do łóżka i złapałem ją za pierś. Palcem zrobiłem kilka okrążeń wokół sutka. Zrobiłem to z przyzwyczajenia. Nie potrzebowałem dodatkowych impulsów, bo mój sprzęt sterczał w gotowości od kilku minut. Chwilę ugniatałem jej cycki, mechanicznie, mnie też dopadła rutyna. Powoli przesuwałem wzrokiem po jej ciele. Cycki, na plus, nieco za duży brzuch, z rozstępami, troszkę zwaliste uda. Przy tym wzroście, była po prostu normalna. Zatrzymałem się na jej kroczu. Cipka obrośnięta burymi włoskami, które dziwnie przypomniały mi o Oli z akademika. Podobne, pomyślałem. Ręka niskiej dziwki zaczęła coś na kształt pieszczot. Pogłaskała mnie po jajach, jej palce kilkukrotnie przesunęła się wzdłuż mojego instrumentu. Ewidentnie, to spotkanie można było zdefiniować jednym słowem: „rutyna”. Niczym zakup bułek w osiedlowym sklepie o poranku.

Podała mi sreberko z prezerwatywą, pytając, czy założę. Pokiwałem głową. Szybko, sprawnie i płynnie założyłem gumę. Klęknąłem przed jej lekko rozchylonymi nogami. Złapałem je pod kolanami i przycisnąłem do cycków. Dynamicznie wszedłem. Lekkie stęknięcie i rozpocząłem posuwanie, niczym tłok w silniku. Kilka, może kilkanaście głębszych, raczej łagodnych pchnięć. Łapię ją za uda i przyciągam do siebie. Moje pchnięcia stają się sprężyste, mocniejsze. Kilka minut jednostajnych pchnięć i ostatnie trzy razy dobijam mocniej. Dochodzę. Szybko sprawnie. Bez komplikacji. Ściągam ubranko robotnicze z penisa. Słyszę, że kosz jest niedaleko drzwi, żebym wyrzucił. Z chwilą, kiedy wyrzucam kalosza, pies na nowo dostaje szału. Ubieram się czym prędzej. Gospodyni stara się go uciszyć, ale nic z tego. Jeszcze raz omiatam spojrzeniem pokój. Nie jestem do końca pewien, czy tak miał wyglądać mój świat. Zakurzony, ciasny pokój z podrzędną prostytutką. To chyba zły omen. Wychodzę. Lekkim krokiem schodzę po schodowej klatce. No tak, więc rozdziewiczyłem rodzinne strony. Taak. W końcu moja ciemniejsza strona, nawet tu mnie znalazła.

Siadam wieczorem przed komputerem. Piszę na Forum. Tej divy nie ma w ogłoszeniach. To cichodajka, jej numer funkcjonuje w pewnych kręgach. Zabawne, jak awansowałem w strukturach, nie jestem tylko userem, jestem kimś, kto ma coś do powiedzenia. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym, który zaliczył turnus letni, terapii dla uzależnionych od alkoholu. Poznał tam koleżkę. Pół roku później koleżka wprowadził go na miejscówę, gdzie spożyli alkohol. Na prawdziwą melinę, rodem z ciężkiego prylu. Czy zemną było tak samo? Już wtedy powinienem przewidzieć, że ja również niebezpiecznie zbliżam się do krawędzi.

Ciężarna blondynka cz. 2

Skąd mam. Dobre pytanie, sam nie wiem. Nie znam odpowiedzi, ale odpowiedź jest nieistotna. Liczy się wiedza. Wiedza, że ten numer to lustro. Po drugiej stronie kryje się tajemna kraina – burdelowo. Dzieli mnie od tej krainy nie więcej niż siedemdziesiąt metrów. Do głosu dochodzi napalenie i erekcja. Odwieczny związek, na dobre i na złe. Szybka akcja: pytanie czy mogę przyjść, odpowiedź – tak. Idę szybko pod dobrze znany blok. Po drodze zanoszę modły do Boga, do losu, do samego siebie: – Proszę, żeby to nie była prawda, żeby mnie puściło. To zdanie powtarzam jak mantrę , idąc krok za krokiem. Kiedy brzęczenie domofonu oznacza, że mogę wejść. Wahanie ustępuje. Ogarnia mnie pożądanie, które wywiera słodki ucisk na wnętrzności. Wsiadam do windy. Przyciskam kawałek plastiku z numerem 5. Kiedy winda jedzie w górę, oddech staje się szybszy, nieznaczenie szybszy. Szczęk mechanizmu windy. Otwieram drzwi i wychodzę na klatkę. Białe drzwi, do ukrytego burdelowa wydają się zapraszać. To już. Pukam. Otwiera młoda brunetka, taką ją zapamiętałem. Ma na sobie szlafrok. Krótka wymiana zdań. Daję jej pieniądze i powoli ściągam ubranie. Zostawiam skarpety. To podobno polski znak firmowy – seks w skarpetach na stopach. Mam to w dupie, nie zamierzam tu zostać długo. Kładę się na łóżku. Dziewczyna krząta się po pokoju. Ściąga szlafrok. Mam atrakcyjne ciało. Kobieca, ani gruba, ani chuda. Cycki coś na kształt c70. Jest ładna. Podchodzi do łóżka. Tworzymy ciekawą instalacje. Ja leżę na plecach. Leżę tak, że nogi, mniej więcej w połowie łydki zwisają mi z łóżka. Ładna dziwka klęczy na podłodze i pochyla się w taki sposób, że jej usta atakują mojego bata. Obciąga fachowo i dynamicznie. Dobrze obciąga. Głębokie gardło – zupełnie jak kiedyś, trzy razy pod rząd niemal połyka kutasa. Powraca do dynamicznych, krótkich ruchów głową. Zaczyna bawić się jajami. Ostatnich kilka ruchów i jej język wędruje po jajach i całej okolicy, aby za chwilę znów cały kutas utonął w jej ustach. Kiedy jej nos znajduje się

na moim podbrzuszu przytrzymuje jej głowę. Pulsujący kutas w jej krtani uwalnia mnie od białego balastu. Bez zbędnych formalności. Ubieram się i kieruję do drzwi. Przy drzwiach słyszę:

– Ty chyba już u mnie byłeś?

– Mhm. – Uśmiecham się i wychodzę.

 

Kiedy jestem na klatkowskiej, coś się zmienia.

 

Coś ulega zmianie. We mnie, w otaczającym mnie świecie. Niby wszystko jest takie samo jak było przed godziną. Jednak nie. Tylko lodzik, niby nic złego.

Przez ostatnie dni zamknąłem swój mały światek, zwany burdelowem, w szafie. Nie do końca zamknąłem drzwi od tej szafy. Pozwoliłem, aby pozostały delikatnie uchylone. To wystarczyło. Wytrysk w ustach dziwki otworzył je. Znów jestem sobą, znów szukam doznań, które zapełnią pustkę. Nie chcę tego robić, jednak to pozostaje poza moją wolą. Kiedy wyszedłem z klatki, już miałem pewność, że to nie koniec, to była uwertura do prawdziwego koncertu. Powoli kroczę przed siebie, Nie wiem, gdzie dotrę, ale wiem, że punktem końcowym będzie nowe doznanie. Mijam ludzi, mijam świat. Cała moja uwaga skupia się na Stronie i ogłoszeniach (o boginio poszukiwaczy zaginionej szpary, dzięki ci za Internet w telefonie). Strona to nie wszystko, są inne miejsca. Jeśli eksplorujesz ten świat wystarczająco długo, to wiesz, gdzie szukać.

„Blondynka 22 lata, ciężarna” – patrzę, jak zahipnotyzowany. Chciałem coś wyjątkowego i znalazłem. Oral, anal, fisting, to wszystko się chowa. Połączenie tych dwóch stanów…

Macierzyństwo, wynik miłości fizycznej. Efekt najintymniejszego zbliżenia, jakiego może doświadczyć istota ludzka. Początek ewolucji, miłości zmysłowej w miłość macierzyńską, w miłość dojrzałą. Ciąża, stan błogosławiony, najbardziej święty, ze świętych stanów, w jakim może być kobieta.

Prostytucja, kurestwo, jedna z niewielu rzeczy, która nieodwracalnie odbiera godność. Podobno nie ma większego upodlenia dla kobiety, niż oddawanie własnego ciała za pieniądze. Stąd określenie, kobieta upadała.

Połączenie tych dwóch stanów wydaje się być niemożliwe. Błogosławiony stan, przy jednoczesnym skurwieniu, wydaje się być granicą perwersji.

Celowo napisałem „stanów”. Ciąża, to niewątpliwie „stan”, ale kurestwo, to też stan. Niektórzy pseudo-znawcy życia mówią: „kurwa, to charakter, nie profesja”. Otóż nie. To coś znacznie więcej, niż zawód. To stan, stan ciała, umysłu i ducha. Coś nieuchwytnego, jeśli się tego nie doświadczyło. I właśnie ten awers i rewers monety zwanej kobiecością pcha mnie do przodu. Wiem, że nie cofnę się dopóki tego nie doświadczę.

Mój oddech się zmienia. Muszę zapalić żeby opanować emocje. Umysł przełącza się na inny tryb. Skoro wróciłem,po krótkich wakacjach do tego świata, to nie może być to powrót byle jaki.

Dzwonię i pytam, czy można podejść. Można. Adres, który słyszę nie jest daleko. Niecały kilometr. Idę przyspieszonym krokiem. Kiedy docieram do przejścia dla pieszych biję się z myślami. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby żeby potrącił mnie samochód. Nie, nie mam myśli samobójczych, ale jakaś część mnie mówi, że to co robię, jest złe i chore. Nic się nie dzieje. Przechodzę przez dwa pasy, wyspę i kolejne dwa pasy. Docieram do osiedla, gdzie znajduje się docelowy wieżowiec. Znam to osiedle. Wspomnienia z nim związane zostawię na inny wpis. Ponownie wybieram telefon. Pada numer mieszkania. Nic nie ma znaczenia, muszę jak najszybciej dotrzeć do klatki. Plac zabaw, szara płyta, z której zbudowany jest dziesięciopiętrowy kloc. Patrzę na to wszystko, jakbym przeglądał komiks. Połowicznie jestem w innym wymiarze.

Dźwięk domofonu. Podchodzę do windy. Dziwna sprawa, w większości przypadków, winda zawsze jest na parterze. Wysiadam. Patrzę na białe drzwi. Pukam. Otwiera kobieta. Szczupła, niska, farbowane kasztanowe włosy. Szefowa, znam ją. Zaprasza mnie do środka. Kiedy jestem w przedpokoju, wskazuje pokój.

– Zaraz przyjdzie. – Mówi, jakby instruowała turystę, jak dojść.

Wchodzę do niewielkiego pokoju. Żaluzje w oknie, rozkładana wersalka i regał obok drzwi. Umeblowanie mieszkaniówek jest bliźniaczo podobne.

Wchodzi diva. Na oko, jakieś dwadzieścia kilka lat. Farbowana blondynka, ładna twarz, nieco tępawe spojrzenie. Ubrana w króciutką bluzeczkę i jeansy. Pod bluzeczką wyraźnie zarysowany brzuch.

-Cześć. – Mówi naturalnie, bez większych emocji.

-Cześć.

– To na ile zostajesz? Uzgadniamy cenę i czas, jaki mi poświęci. Bierze pieniądze i kładzie na regale. Podchodzi do łóżka. Wyciąga z wersalki koc i prześcieradło. Kiedy kończy ścielać, bez słowa rozbiera się. Również zaczynam pozbywać się garderoby. Patrzę na jej ciało. Młode, zgrabne. Pasuje jej ciąża. Cycki większe, jakby nabrzmiałe. Nie pasują do szczupłej figury. Pewnie efekt ciąży. Blond diva kładzie się na placach, rozchyla nogi i lekko ugina je w kolanach. Siadam na brzegu łóżka. Zaczynam delikatnie ją dotykać. Powoli. Przesuwam ręką od kostek, do połowy wewnętrznej strony uda. Kilka razy w jedną i drugą stronę. Ma miłą skórę. Po krótkiej chwili koncentruje się na wewnętrznej stronie ud. Moja ręka wędruje w stronę krocza. Jej cipka jest ciepła, przytulna. Zaczynam gładzić jej brzuch. Skóra na nim jest napięta. Większość ludzi gładzi w ten sposób brzuch swojej żony, dziewczyny, narzeczonej. Ja robię to z dziwką, w burdelu. Z pewnością odwiedziłem krainę szaleństwa. Odwiedziłem? A może dawno temu się do niej przeprowadziłem, i jestem jednym z jej mieszkańców? Przestaje ją dotykać, to znak, że czas na jej pracę.

– Chcesz lodzika na początek? – Pyta tym samym bezbarwnym głosem, którym mówiła :cześć”.

Kiwam głową. Obraca się na bok. Jej usta wyglądają zachęcająco. Zaczyna obrabiać druta. Całkiem, całkiem. Moje ręce zwiedzają jej ciało. Pupa, uda, brzuch, cycki. Ma niespotykanie ciemne brodawki. Sutki twarde, sterczące, sprawiają wrażenie dojrzałych. Przesuwam się nieco do tyłu. Chcę ich posmakować. Kilka kółek językiem wokół nich. I Odsuwam się, jestem nieco zniecierpliwiony. Chcę w nią wejść.

– Zakładamy? – To pytanie zawsze pada. Zabawne. W  burdelowie wszytkie rozmowy mają ten sam schemat. Kto wie może powinienem napisać coś na kształt słownika, albo rozmówek w burdelowie. Condom idealnie pasuje do mojego fiuta. Blondynka ponownie kładzie się na plecach rozchylone, ugięte nogi, zapraszająca cipka, jestem na haju. Przysuwam się na kolanach i delikatnie wchodzę. Posuwam spokojnie, rytmicznie. Moje ręce spoczywają na jej udach. Jedną kładę na jej brzuchu. Patrzę na jej twarz. Jest spokojna, uległa. Nie dostrzegam najmniejszych oznak zniechęcenia, czy obrzydzenia. Przez głowę przechodzi pytanie: o czym myśli? Sam seks jest spokojny, bez fajerwerków. Przyspieszam nieco kilka ostanich ruchów, szybszych, bardziej dynamicznych. Spuszczam się i natychmiast wycofuję. Ściągam gumę. Dostaję kilka kawałków papierowego ręcznika. To też pewien element protokołu. Po napisaniu „rozmówek w burdelowie” powinienem napisać savoir vivre w burdelowie. Kiedy fiut jest suchy, wyrzucam ręczniczek  do plastykowego kubełka i ubieram się. Dziwka robi to samo. Z moich spodni wypada paczka papierosów.

-Palisz?

– Tak…. – chcę powiedzieć, że nie zapalę przy niej, bo nie chcę jej truć.

– Poczęstujesz mnie?

Jestem w szoku. Myślę, co z niej będzie za matka, skoro tak nierozważnie postępuje. Dociera do mnie bezsens i groteska mojego rozumowania. Podaje jej paczkę. Palimy i rozmawiamy. Wychodzę.

Mój głód burdelowa został zaspokojony. Moje samoupodlenie osiągnęło kolejny poziom.

Kilka dni później trawiony pewnym wyrzutem i obrzydzeniem do siebie. Założyłem lipny adres email i napisałem do organizacji zajmującej się kobietami w takiej sytuacji. Napisałem miasto, adres i stan blondynki.

Po kolejnych kilku dniach opisałem wizytę na Forum, nie byłem pierwszy, inni Szwagrowie też dotarli do ciężarnej blondynki.

Ciężarna blondynka cz I

Mam kłopoty z zaśnięciem. Dużo myślę. Chyba dopada mnie starość. Co zrobiłem w życiu? Ukończyłem studia. Moje wielkie plany i marzenia odnośnie kariery były jedną wielką bujdą. Pracuję w średniej firmie.

Przestałem sam przed sobą udawać, że czeka mnie kariera. Moje marzenia o GPW, a później, kto wie, może Wall Street, zostały przygniecione codziennością. Może po prostu dorosłem. Na płaszczyźnie towarzyskiej też sukcesów brak. Nieudane prawie-małżeństwo. Jestem jednym z totalnie przeciętnych ludzi, czyli tkwię w stanie przed którym zawsze chciałem uciec. Jedyne, co mnie wyróżnia, to burdelowo. Moja kraina, mój świat. To mnie niepokoi.

Dla jasności – nie niepokoi mnie samo burdelowo, ale pewna proporcja. Kiedy, dawno temu, zaczynałem przygodę z krainą komercyjnych doznań, towarzyszył temu pewien dreszczyk. Dreszczyk mrocznej tajemnicy, dreszczyk czegoś zakazanego – tylko dla wybranych. Był to promil życia.

Od pewnego czasu, jest inaczej. Proporcje się odwróciły. To nie moje życie definiuje poziom burdelowa. To burdelowo, zaczęło wydzielać mi czas na normalne życie. Co się porobiło? Nie mam pojęcia. Przepadł nawet dreszczyk emocji. Zastąpiła go rutyna, a może pewien przymus. Te myśli nie dają mi spokoju. Musze to przerwać, a przynajmniej nad tym zapanować.

Od kilku tygodni trzymam się z dala od Strony, Forum i całej tej krainy. Konsekwentnie powiedziałem sobie NIE!

 

Trzeba w końcu coś zrobić ze swoim życiem. Od czegoś zacząć.

Nowa praca wydaje się być tym, co zapoczątkuje nową odsłonę życia.

Ambitny cel: spółka Skarbu Państwa. Wieloetapowa rekrutacja. Dwa pierwsze etapy mam za sobą. Jutro kolejny. Jadę pociągiem, dzień wcześniej. Muszę na testach stawić się wypoczęty i zdolny do wysiłku intelektualnego. Kiedy zbliżam się do docelowej stacji, w głowie słyszę głos Marka: – Państwówka  ziomeczku. Pamiętaj, tylko państwówka.- Marek, jedna z bardziej pociesznych osób, jakie poznałem na studiach. Dla niego receptą na nasz runek pracy, a raczej receptą jak sobie poradzić na tym rynku, była państwowa posada, co zawsze podkreślał.  Szkoda, że po studiach wrócił do siebie, na Śląsk i kontakt nam się urwał.

Wysiałem na stacji. Znam to miasto. To tutaj wszystk się zaczęło. Tę ostatnią myśl gaszę, jak papierosa. Podchodzę do Lanosa w kolorze srebrny metalik. Taksiarz chętnie otwiera drzwi. Jadę do hotelu. Jadąc, czuję znajomy ucisk w brzuchu, który rozprzestrzenia się klatki piersiowej. To mój wewnętrzny radar wiem, że burdelowo jest blisko. Docieram do hotelu. Muszę się czymś zająć, muszę rozproszyć myśli. Mój umysł zaczyna przypominać wektor, którego zwrot może  być skierowany, tylko w jedną stronę.

Próbuję czytać, nic z tego. Chodzę po pokoju. Idę wziąć prysznic. Może to mnie odświeży. Woda spływa po mnie, a żel zamienił się w pianę, pokrywającą moje ciało. Doświadczam czegoś specjalnego. Odczuwam temperaturę wody, zapach żelu pod prysznic wypełnia moje nozdrza. Jednak prysznic w ogóle mnie nie odświeżył. Jakbym był w dużym foliowym worku. Tylko moje ciało zostało opłukane, moje wewnętrzne ja jest gdzieś zakopane i woda zdaje się do niego nie docierać.

Wychodzę z hotelowej łazienki owinięty ręcznikiem. Kładę się na łóżku. Nie wycieram się, czekam, aż woda sama wyparuję. Czuję delikatne zimno. Dobrze, to pomoże ukoić zmysły. Kiedy jestem suchy, ubieram się. Dociera do mnie, że jestem głodny. Wychodzę z hotelu. Mam ochotę na coś niezdrowego. Hamburger będzie idealny.

Tak, hamburger będzie idealny. Idealnie puste kalorie, idealnie chemiczne jedzenie.

Wychodzę z hotelu. Idę przed siebie. Znam miasto, więc nie jestem go ciekawy. Patrzę na ludzi. Dlaczego nie jestem jednym z nich? Dlaczego po studiach, nie ożeniłem się z jakimś pasztetem, nie zrobiłem bachora i nie czerpałem smutków i radości (chuj wie, czego jest więcej) z tak zwanego normalnego życia. Czego szukam i dokąd chcę dotrzeć?

Patrzę na mijane kobiety. Ciekawe, która z nich ma konto na Stronie, która z nich zarabia dupą?

Pora na małe wtrącenie. Popkultura wpoiła nam pewien obraz. Dziewczyna, najczęściej studentka w dużym mieście. Szara myszka, która jest kompletnie niezauważana przez facetów, potrzebuje pieniędzy. Szuka pracy albo to ją znajduje pewna profesja. I PSTRYK! Z szarej myszki przeistacza się w wystrzałową kurwę. O przepraszam. W call girl. Kształci się równolegle. Za dnia wciąż szara myszka zdobywająca wykształcenie w trybie dziennym. W nocy pobiera edukacje podziemną. Po kilku latach jest wykształcona, ma wymarzoną pracę (dzięki dziennemu wykształceniu), i kochającego męża (dzięki nocnemu wykształceniu). Mroczny epizod z przeszłości dodaje jej tylko zmysłowości. Takie historie można przeczytać w formie reportaży. I nie mam tu na myśli tabloidów, ale opiniotwórcze tygodniki. Panowie żurnaliści piszecie głupoty. Ktoś wam sprzedał tandetną historyjkę i bez sprawdzenia  opisaliście ją albo piszecie chłam, bo gardzicie czytelnikami. W obu przypadkach nie zasługujecie na miano dziennikarzy.

Mózg, to fascynujący organ. Po kliku latach w burdelowie, przestraja się na zupełnie inną częstotliwość. Ja i one. Ja i burdelowo, poza tym mało co się liczy.

Zjadłem hamburgera. Zostały mi frytki i mniej niż połowa napoju w tekturowym kubeczku. Dokupuję parzystą liczbę kurczaka. Czuję głód, a właściwie ssanie. Pochłaniam zamówione jedzenie, bo muszę zapełnić pustkę, niekoniecznie w żołądku. Na stoliku pojawia się jeszcze deser. Liczba wchłoniętych kalorii eksploduje w  moim organizmie. Wychodzę z sieciówki. Jestem podniecony. Jak to się stało, że śmieciowe żarcie zamieniło się w afrodyzjak. Zaczynam opadać w trans pożądania. Wybieram numer w telefonie.

 

 

Wrzesień

Ciepły mamy jesień.

Wtedy też był wrzesień.

Piękna polska złota jesień. Podobał mi się ten wrzesień. Ciepły, słoneczny, nastrajający romantycznie. Szedłem przez park. Rozmyślałem. Kolejny życiowy zakręt. Gdzie tak naprawdę jestem. Ciągle w grze? Pamiętam inną końcówkę września. Dawno temu. Nie potrafię określić dokładnie daty. Któryś z kolejnych semestrów na studiach. Wrześniowy czas na nadrobienie egzaminowych zaległości. że Jadąc na poprawki, nie sprawdziłem prognozy pogody i dwa tygodnie chodziłem w garniturze, bo nic cieplejszego nie miałem.

Szybko się spakowałem. Podręczny bagaż, notatki, kilka koszulek, bielizna. Niewiele tego było. Zabrałem ze sobą coś jeszcze. Spory zapas niewykorzystanego nasienia i głód. O tak, głód. Po blisko trzymiesięcznej przerwie, tęskniłem za burdelowem, za tym brudnym światem, który tak intensywnie oddziaływał na każdy mój zmysł.

Powoli dopalałem papierosa na dworcu autobusowym. Resztki letniego słońca przyjemnie mnie dopieszczały. Obserwowałem ludzi. Wczesnojesienna pora, to bardzo ciekawy czas na obserwację ubioru. Ci zapobiegliwi dumnie kroczą w jesiennym odzieniu, ci odważniejsi nie wypuszczają wspomnień letnich upałów również dumnie krocząc w letnich koszulkach. I jednym i drugim jesienna pogoda płata figle. Gdy słońce schowa się za jesiennymi chmurami, a wiatr poruszy leżące liście, letniacy chuchają, dmuchają i zaczynają się krzywić ku uciesze tych ubranych. Kiedy znów słońce jeszcze nie da za wygraną i przebije się kilkoma promykami, ci cieplej ubrani zaczynają sapać i krzywić się z dyskomfortu, jaki powoduje przepocone ubranie.

Przed oczami mam prawdziwą mozaikę ubrań. Jesionki, lekkie kurteczki, bluzy, koszulki i wszystko inne. Zastanawiam się nad tym, co bardziej się zmieniło w ciągu ostatnich lat: ja, czy moje rodzinne  miasto? Niewątpliwie zmiany zaszły. Zmiany w mieście, w większości na kredyt. A zmiany we mnie?  Moja zmiana, też jest formą pożyczki, którą trzeba spłacić? Moje rozmyślania przerywa wolno sunący, biały autobus. Nie ma wielu ludzi. To dobrze. Kupuję bilet i zajmuję miejsce lekko za połową pojazdu. Siadam wygodnie. Wiem, co teraz będzie. Przez kilka minut będę obserwował trasę, a mniej więcej za pół godziny usnę. Przez sen będę próbował znaleźć najwygodniejszą pozę, jaką można znaleźć w przestrzeni między siedzeniami autobusu. Nie mylę się. Nie mija czterdzieści minut, a ja zanurzam się w półśnie.

Mija mniej więcej trzy czwarte drogi. Budzę się. Przecieram oczy i rozglądam się po wnętrzu autobusu. Ludzi jest więcej, ale i tak zostało dużo wolnego miejsca. Patrzę za okno. Nie wiem, czy to brudna szyba, czy pogoda zaczyna się psuć. Po kilku chwilach, na szybie dostrzegam maleńką, niemal mikroskopijną kroplę wody. Druga, trzecia, czwarta, piata i tyle, więcej się nie pojawiło. Zerkam na notatki. Zawsze obiecuję sobie, że czas w podróży wykorzystam jeśli nie twórczo, to chociaż pożytecznie. Nigdy mi nie wychodzi.

Mój oddech staje się bardziej ciężki. Wiem, czego to objaw. Tak, jakby mój organizm wyczuwał, że z każdym kilometrem zbliżam się do krainy fantazji u uniesień, o jakich zwykły śmiertelnik może pomarzyć. To głupota, burdelowo, jest jak wszechświat, nie ma końca. To, czego skosztowałem, najprawdopodobniej znalazłbym w innych miastach. Jednak mój mózg tak skojarzył to miasto z seksem, z dziwkami i z całym wachlarzem „tych” emocji, że nawet dziś, kiedy to piszę, miasto kojarzy mi się z „jednym”. Oddaję się przyjemnym wspomnieniom minionego roku. To dziwne. Nie  wspominam balang, poderwanych dziewczyn, czy znajomych. Wspominam świat, który jest zakamuflowany, świata, którego nie widać. Wspomnienia stają się coraz bardziej plastyczne. Ucisk w kroczu dowodzi, że moje wspomnienia odżywają. Ostatni przystanek. Za trzydzieści minut wysiądę na docelowej stacji. Moje myśli, niczym grot strzały zmierzają w jednym kierunku. Jeszcze nie dotarło to do mnie w pełni, ale moje myśli, niczym wypuszczona strzała, zmierzają w jednym kierunku. Nie można tego zatrzymać. Za myślami podążą czyny. Na szybach autobusy ląduje coraz więcej kropel. Są coraz większe. Ochłodziło się, jednak to jesień. Ostatnie minuty podróży napełniają mnie mrowiącym oczekiwaniem. Niczym dzieciak, przed rozpakowaniem bożonarodzeniowego prezentu, nie mogę się doczekać tego, co będzie, gdy dotrę na miejsce.

Wysiadam na dworcu. Na szczęście deszcz nieco zelżał. Ubieram, przezornie zabraną letnią kurtkę adidasa. Muszę załatwić zakwaterowanie w akademiku, na czas zaliczeń. Wiem, że to pilne, dopóki jest administracja, mogę to zrobić. Najchętniej jednak razem z podręczną torbą ruszyłbym na poszukiwania. Po kilku przystankach tramwajowych, docieram do akademika. Sprawy pokoju załatwiam szybko i bez problemu. Kierowniczka informuje mnie, z kim mieszkam. Nie słucham jej. Biorę klucz i idę do swojego pokoju. Zostawiam torbę i wychodzę. To dziwne. Wychodzę na zakupy, kupić coś do jedzenia. Tak przynajmniej sobie mówię. Mimo, iż wiem, że najprawdopodobniej w ogóle nie pójdę do sklepu. W tym momencie mój umysł przypomina soczewkę i skupiony jest na jednym celu.

Na ulicy dopada mnie chłodny, jesienny wiatr. Sprawdzam informacje z burdelowa. Kilkumiesięczna przerwa na pewno przyniosła nowe obiekty. Jest. Dwie ulice od akademików, przyjmuje, młoda z dużymi cyckami. Jeden telefon. Jestem w trybie „on”. Zaczyna padać. Mokre plamy na mojej kurtce są coraz większe. Przyspieszam kroku. Kolejny telefon. Domofon. Stęchły zapach klatki schodowej. Scenariusz sprawdza się co do joty. Pukam do drzwi. Zgodnie z zasadami, drzwi uchylają się, a ja wchodzę do przedpokoju. Wyłożony białymi płytkami. Nowa miejscówa, zaraz po remoncie. Ładnie. Wita mnie lekko pulchna dziewczyna z dużym biustem. Ma beżowe włosy i miłe, raczej łagodne spojrzenie. Ubrana bardzo podobnie, do dziewczyn z akademika. Dresy i bluzeczka. Nigdy nie przestanie mnie to intrygować. Zwykłe dziewczyny, nie zabójczo atrakcyjne, ale zwykłe, pełne mankamentów, są dziwkami. To coś niezwykłego. Przechodzimy do pokoju. Jestem nieco zmarznięty, dlatego, gdy tylko kończymy kwestie finansowe, biorę ręcznik i idę pod prysznic. Strumień gorącej wody powoduje, że zaczynam się czuć dobrze.

Już wtedy powinno zaniepokoić mnie to, że potrafię odnaleźć przytulne ciepło w burdelu. Może zakamuflowanym, ale burdelu. Niewielu dwudziestoparolatków jest tak wykolejonych.

Wycieram się ręcznikiem i wychodzę. Moja lanca już sterczy. Czas na deser. Żeby było ciekawiej, nie pamiętam szczegółów. Zaczęło się od loda, skończyłem od tyłu. To, co utkwiło mi w pamięci, to miła atmosfera. Jak już ściągnąłem gumiaka i ponownie zawitałem pod prysznicem, spokojnie porozmawialiśmy. Była w mieście od dwóch miesięcy, trafiła na wyremontowane mieszkanie, mimo krótkiej kariery zawodowej, już miała stałych klientów. W większości facetów po pięćdziesiątce. Nie miałem powodów jej nie wierzyć. Była miła i spełniała kanony piękna sprzed trzydziestu lat. To musiało działać. Hmmm. Zastanawiające jest to, że genralana zasada brzmi: nie wdawać się w zbyt szczere rozmowy z dziwką. Tutaj każdy kłamie. Jednak, kiedy złapie się pewną nić porozumienia, to można z nimi porozmawiać, chociażby na tematy zawodowe. Oczywiście pisząc zawodowe, mam na myśli ich zawód. Dowiedziałem się, że na wakacjach nieco odświeżono burdelowo i jest kilka nowych dziewczyn.

Kiedy wyszedłem z bloku rozpadało się na dobre. Być może to tylko jesienna plucha, a może to świat płakał nad moim żałosnym losem. Trudno stwierdzić. Szedłem w deszczu. Przypomniałem sobie, jak dawno temu, też wracałem z podobnej akcji w deszczu. Pamiętałem swoje rozdarcie uczuciowe, ten cichy głos, że postępuję niewłaściwie. Dziś nic mnie nie ruszało. Kurtka, całkiem przemoczona przylgnęła do ciała. To niemiłe uczucie, dopiero, popchnęło mnie do przyspieszenia kroku. W kilkanaście minut dotarłem do akademika. Na trzecie piętro wszedłem po schodach. W pokoju, byli już moi współlokatorzy. Informatycy. No cóż, studenckie wrześnie rządzą się swoimi prawami. Nie należy wybrzydzać na współlokatorów, bo zawsze można trafić gorzej. Chwila rozmowy, wymiana informacji: kto i z czego poległ. Pierwsze co, poszedłem pod prysznic. Długi, gorący prysznic zmył ze mnie zziębienie i burdelowo. Wróciłem do pokoju i zacząłem się rozpakowywać. Po rozpakowaniu, najzwyczajniej w świecie, nie miałem co robić. Wszystko było szare i matowe. Nuda. Żeby, choć na chwilę poczuć ten dreszcz, który czułem dwie godziny wcześniej. Po tak długim czasie, jakim były trzy miesiące, bez burdelowa, bez tego cudownego, zakazanego owocu, bez tej słodkiej trucizny. Zdecydowanie, jedna wizyta nie mogła zapełnić głodu.

Niczym robot, wyszedłem z akademika i idąc po ulicach miasta, które po deszczu, zdawało się oddychać, szukałem kolejnych doznań. Kolejny numer telefonu też był nowy, podobno było warto. Gdy zdzwoniłem, okazało się, że adres, to ulica, na której jestem, kilkadziesiąt metrów dalej. Eksplozję w moim organizmie można było nazwać motylami w brzuchu, hajem, podenerwowaniem, napięciem seksualnym. Nie ma słowa, które mogłoby określić, co się wtedy czuję. Idąc, niemal lewituję nad ziemią, tak, jakby coś, jakaś siła pchała mnie w ten sam świat. Czas znika, pozostaje tylko przestrzeń. Jestem. Dzwonię. Słyszę numer, pod który mam zadzwonić. Podchodzę do klatki, i czeka mnie zdziwienie, nie ma tego numeru. Numery mieszkań kończą się na trzydzieści numerów, przed moim docelowym. Czyli musi być kolejna klatka. Ale jej nie ma. Obchodzę blok do wokół, nie ma. Dzwonię jeszcze raz pod numer. Pytam o klatkę, zniecierpliwiony głos tłumaczy mi gdzie jest klatka. – Czekaj, kurwo, zaraz cię zerżnę. – Emocja na kształt gniewu przechodzi mi przez głowę. Podchodzę do bloku. Patrzę i nie wierzę. Ze ściany oblepionej plakatami wychodzi facet. Okazało się, że drzwi od klatki były tak oblepione reklamami, że wtopiły się w tło. Podchodzę, domofon, również zakamuflowany, niczym żołnierz sił specjalnych. Dzwonię, dźwięk otwieranych drzwi. Chyba, już zawsze, ten dźwięk będzie mi się kojarzył z brudną stroną życia. Winda sunie powoli w  górę. Odór brudnej klatki wierci w brzuchu. Pukam do obitych sklejką drzwi.

Schemat jest zawsze ten sam. Otwarte drzwi, ciemny przedpokój i wejście pokoju. Moją uwagę przykuła diva. Młoda, nie więcej niż dwadzieścia trzy lata. Szczupła blondynka, o wyrazie twarzy klubowej suki. Dawno nie widziałem takiej suczy w burdelowie. Wchodzę do pokoju i czekam. Pokój niczym nie różni się od wielu innych pomieszczeń na mieszkaniówce. Kiedy czekam, powoli się rozbieram. Wchodzi blondynka, owinięta ręcznikiem. Twarz, spojrzenie, coś w niej mnie irytuje. Chcę jak najszybciej w nią wejść, chcę ją zdominować. Rozbieram się, ona zdejmuje ręcznik i rozściela prześcieradło. Sposób, w jaki zdjęła ręcznik zdradza rutynę i to, że jest świadoma swojego ciała, że ma świadomość swojej władzy nad facetami. Ona była kurwą na długo przed tym, od kiedy zaczęła brać za to kasę. W jej oczach jestem klientem. Po prostu klientem. Dotarło do mnie, że drażni mnie właśnie ta obojętność. Chcę w nią wejść, chcę żeby poczuła mnie w sobie, to z pewnością zmusi ją to zrzucenia tej obojętności. Delikatnie i starannie kończy ścielić prześcieradło. Mówi, żebym się położył. Kiedy się kładę, zaczyna mechanicznie obrabiać fiuta. Pyta, czy sam francuz wystarczy, czy chcę seksu. Chcę seksu, ale najpierw muszę spróbować jej cipki. Tak, jest atrakcyjna, kształtne cycki, zgrabna dupcia i niezła figura, jej cipka będzie ukoronowaniem urody. Mówię jej, żeby się położyła. Kładzie się plecach i rozkłada nogi. Tak, jak myślałem, jej cipka, jest niemal perfekcyjna. Symetryczna, po prostu piękna. Zawsze hołdowałem zasadzie, że najważniejsza jest cipka. Nie jest to mój pomysł na życie. Usłyszałem to na filmie, kwestia Ala Pacino. Kiedy tylko ją usłyszałem, wiedziałem, że to będzie ważne zdanie w moim życiu. Mimo, że cipka blond-kurewki wygląda mega atrakcyjnie, to kilka mechanicznych ruchów językiem w zupełności mi wystarcza. Chcę być w tej idealnej cipce. Unoszę się na kolana. Blondynka zakłada gumę na sterczącego fiuta. Kładzie się. Wchodzę w nią. Kilka minut posuwam ją klasycznie. Na chwilę wychodzę z niej. Odwraca się i kończę od tyłu. Podaje mi chusteczki. Kiedy ubrałem, padło pytanie: – Ładną mam cipkę? – Patrzę na nią. Jej mina jest zupełnie inna, niż pół godziny temu. Na jej twarzy błąka się nieśmiały uśmiech. Jej spojrzenie przybrało wyraz sympatii. – Jest śliczna, ale przecież wiesz o tym. – Odpowiadam z uśmiechem, niewymuszonym, może nawet szczerym. – Wiem – odpowiada z u śmiechem – ale chcę, żeby była najpiękniejsza. Dobrze, że przynajmniej ona ma jasno określone cele. Kilka minut rozmawiamy. Wychodzę, wracam do akademika. Deszcz, przypomina mi się, jak dawno temu, w podobnej aurze wracałem, po podobnej wizycie. Hehe, byłem wtedy debiutantem. Pamiętam rozdarcie i uczucie zaprzedania duszy. Dziś wracam wypłukany z wszelkich uczuć. Zobojętniałem. Wiem, że wszedłem na pewną drogę, czy kiedykolwiek zawrócę? Nie wiem. Nie wiem nawet, czy chcę.

Spędziłem wtedy trzy tygodnie w akademiku. To były tygodnie, które pamiętam do dziś. Blondynka zniknęła. Kilka lat później, jako weteran burdelowa, dowiedziałem się miała problem z piciem. To powodowało jej niedyspozycję. Jej Al się wkurzył i wlał jej na siłę pół litra czystej. Oczywiście w celu terapii. Podobno nie pomogło. Słuch o niej zaginął.

W labiryncie burdelowa 3.1

Półwiecznik cz. II

Stoję,  stara prostytutka sięga ręką po sreberko leżące na ławie. Sprawnie zakłada gumę. Odwraca się, jej kolana i łokcie zapewniają stabilizację. Wchodzę w nią. Dosyć szybko się poruszam. Patrzę na jej plecy, na jej pośladki, które wydają się być flagą jej wieku. Przychodzi mi do głowy, że muszę być zdrowo wykolejony, skoro decyduję się na seks w takim wydaniu. Zdecydowałem się, a może jakaś nieuchwytna istota, mój własny demon zmusił mnie do tego? Kolejna myśl, to chęć spenetrowania tej obwisłej dupy. Nie wychodzę. Zastygam w miejscu.

– Jest możliwy anal?

– Tylko, jeśli zostajesz na dłużej niż godzinkę.

Dalej posuwam. Dowiedziałem się wszystko czego chciałem. Po kilku minutach kończę. Wyjmuję penisa i ściągam prezerwatywę. Owijam ją papierowym ręcznikiem. Zawiniątko oddaję gospodyni. Kiedy ubieram spodnie słyszę:

– Miłość analna jest możliwa, jak najbardziej, ale minimum w godzinnym spotkaniu. Wtedy jest więcej czasu na przyjemność, na wszystkie rodzaje przyjemności.

– Aha. – Nie słucham jej. Chcę po prostu wyjść. Miłość? Przyjemność? Co za absurd. Tu jest tylko rżnięcie, jebanie, pierdolenie. Nic więcej. Kobieto, jesteś dla mnie tylko substytutem ręki. To wszystko. Tego jednak nie mówię. Chcę jak najszybciej wyjść z obskurnego mieszkania.

Już na zewnątrz oddycham głęboko. Idę na przystanek. Za godzinę przychodzi Kaśka. Pijemy kilka piwek. Idziemy do łóżka. Rano, Kaśka wychodzi. Ja jem śniadanie i wychodzę. Patrzę na zachmurzone niebo i szukam określenia na stan mojego umysłu. Przez dłuższą chwilę nic nie przychodzi mi do głowy. W końcu mam. Aberracja. Tak, to odpowiednie słowo.

Cichodajka nr….

Kolejna cichodajka. Żadnych ogłoszeń, tylko numer telefonu. Załatwiam sprawy służbowe. Urzędy, instytucje finansowe. W gąszczu spraw służbowych do mojej świadomości dociera to, że mam numer telefonu, którego jeszcze nie sprawdziłem. Pali mnie żywym ogniem. Obiecałem sobie, że chociaż miesiąc odetchnę od burdelowa. A raczej, że to Burdelowo zechce mnie wypluć ze swych wnętrzności chociaż na miesiąc. Chociaż na krótką chwilę, żeby odetchnąć. Niestety nikt jeszcze nie wygrał z bestią. Nie można pogrywać z tą bestią, zawsze poniesie się karę. Zawsze się przegra.

W słuchawce słyszę nieco przychrypnięty głos. Jak przystało na prawdziwą cichodajkę przyjmuję w hotelu. Tanim hoteliku nad Wisłą. Podjeżdżam samochodem w okolicę. Parkuję przy supermarkecie (…)

Miała diastemę i miała niewiarygodną technikę zakładania gumy ustami. Śmieszne, bo legenda głosi, że takie cuda tylko w najlepszych agenturach . Kiedy po wszystkim wychodziłem, postawiłem kołnierz. Z jakiś irracjonalnych powodów boję się, że ktoś mnie rozpozna. Śmieszne. Wychodząc do drzwi, zerkam na portiera, siedzi i nic nie widzi. Pewnie w takich miejscach, wynagrodzenie płacone jest właśnie za to, żeby nie wiedzieć. Każdy, czy to goście, czy to personel jest wierny zasadzie trzymania się swoich spraw. Co do samej bohaterki. Jej zamiłowanie do piwa w puszkach spowodowało, że kilka lat później mieszkała u jakiejś dalekiej rodziny. Dorabiała lodami robionymi samochodach. Tak wyszło.

Calineczka

Nie wiem dlaczego używała zawodowego pseudonimu „Calineczka”. Nie przypominała Calineczki w żadnym calu. Blondynka, zadbana, miła. Można powiedzieć, atrakcyjna. Z wyjątkiem piersi. Miała najbardziej pomarszczone cycki, jakie widziałem. To dziwne, nie była najstarszą kobietą, jaką widziałem nagą, ale miała najbardziej naruszone czasem cycki. Zastanowiło mnie, jak, przy tak nieatrakcyjnych cyckach jeszcze się utrzymuje. Kiedy wypięła przede mną pośladki, zrozumiałem. Okazało się, że jest właścicielką niemal perfekcyjnej dupci. Jej pączek wręcz zapraszał do igraszek. Mimo lubrykatu, rozprowadziłem palcem trochę śliny. Wsunąłem palec, później drugi. W końcu wszedłem. Potrafiła tak wyeksponować tyłek, że sam widok o mało nie przyprawił mnie o szczyt. To było dobre rżnięcie. Kiedy się ubierałem, wspomniała o tym, że jest prawnikiem, a „tym” para się z nudów. Udałem, że wierzę. W końcu, cały ten świat, to jedna ściema.

I znowu blondynka

Wietrzny wrzesień. Stoję pod klatką.

-Cześć, ty do mnie? – Uśmiechnięta, blond, troszkę za dużo kilogramów na udach, ale całkiem, całkem.

– No tak. – Uśmiecham się. Wchodzimy do klatki, idziemy po schodach na pierwsze piętro. Dzwoniłem do niej kilkanaście minut wcześniej. Musiałem jakoś uczcić przyjęcie do pierwszej pracy. Miała intensywnie czerwoną cipkę. Jak wnętrze przepołowionej brzoskwini. Przez monet pomyślałem o krwistym kawałku mięsa, to spowodowało, że wolałem od tyłu.

Pewnie nie zapamiętałbym tej jednej z wielu wizyty, ale…

Dwa lata później, odwiedziłem larwy. Larwy, nieładnie określane dziewczyny, koleżanki, a raczej znajome ze studiów, które czasem sypały się po mieszance alkoholu, muzyki i niewyszukanego bajeru. Tym razem, była jeszcze koleżanka, blondynka o imieniu Bożenka. Dziwnie znajoma, choć nigdy jej wcześniej nie widziałem. Kilka razy wymieniliśmy spojrzenia. Potraktowała mnie jak powietrze. Coś niesamowitego, jakbym nie istniał. Nie jestem mega fajnym kolesiem, którego każdy musi pokochać, ale grzecznościowe dwa zdania z każdym potrafię zamienić, teraz było inaczej. Może nie tylko ja uznałem, że gdzieś już się widzieliśmy.

Gruba blondyna cz. 2

Wstałem z ławki i dalej ruszyłem przed siebie. Świat widziany z perspektywy kaca, jest inny, niż na trzeźwo. Czasem lepszy, czasem gorszy, ale zawsze inny. Kolory, dźwięki, wszystko niby jest normalne, ale dziwnie inne. W cudownym otępieniu dotarłem na wiadomą ulicę. Miałem poszukać odpowiedni numer lokalu i zadzwonić. Wszystko poszłoby po mojej myśli gdyby nie mały drobiazg. Blok, w którym miało się znajdować burdelowo, okazał się mieszanką peerelowskiego bloku i kamienicy. Dziwny, budowlany twór, w kolorze żółtym. Pięciopiętrowy w kształcie litery C. Naliczyłem około sześciu klatek. Na domiar złego, ponad trzy czwarte budowli pokryte było rusztowaniami – trwały prace ociepleniowe. Podszedłem do najbliższej klatki. Żadnego spisu, żadnej numeracji, poszedłem do kolejnej, również nic. Zadzwoniłem do divy, prosząc o wskazówkę. Jej wskazówka okazała się na tyle niekonkretna, że obszedłem blok dwukrotnie i za nic  nie mogłem znaleźć odpowiedniej klatki. Kolejny telefon, podaje numer ten i ten. I znowu moje badanie każdej klatki. Zapytałem jednego z ekipy remontowej, ale nie potrafił mi odpowiedzieć. Kolejny telefon, diva z cierpliwością tłumaczy. Chodzę od klatki, do klatki. Zaraz się zdenerwuję. Kolejny telefon, tłumaczenie divy, która cierpliwie tłumaczy, która to klatka, niewiele daje. Nie wiem, czy mój mózg, który jeszcze nie przetrawił wódy, czy może jej umiejętności klarownego tłumaczenia, ale coś szwankuje. Zaczynam myśleć, że może to znak. Znak, żeby zawrócić, żeby odejść. Żeby odpuścić. Nie. Jeszcze nie, jeszcze jeden telefon.

– Wiesz co, podejdź do tej zielonej budki, blaszanej, widzisz?

– Tak.

– To podejdź.

Podchodzę do budki. Otwiera się okno na pierwszym piętrze. W oknie pojawia się pucułowata twarz, z blond prostymi włosami.

– To ta klatka, numer mieszkania…

Owładnął mnie amok. Tak to moja rzeczywistości, to mój świat. I jua chciałem odejść? I gdzie iść. Nie ma innego świata, jest tylko burdelowo. Podchodzę do drzwi, brzęk domofonu, wchodzę na ciemną, obszerną klatkę schodową, charakterystyczny swąd takich klatek wypełnia moje nozdrza. Wchodzę po schodach, na pierwsze piętro, w zaciemnionej części, są drzwi z magicznym numerem. Pukam, otwierają się, wchodzę. Patrzę, na postawną, młodą kobietę. Szeroka twarz, sympatyczna, z uśmiechem, który niewiele zdradza. Pyta mnie, na ile chcę zostać, biorę „kwadransik”, który oznacza tylko jeden numerek albo „lodzik”. Wchodzimy do pokoju, który jest nieco zagracony, pod oknem stoi coś, na kształt tapczanu. Blondyna ubrana jest w przydługą koszulkę. Siada na tapczanie, ściąga koszulkę, ja łapczywie łapię za duże, dorodne cyce, jej dłonie nie pozostają dłużne i moje gacie lądują na moich stopach.

– Chcesz lodzika, czy seks?

– Seks. – Zawszę biorę seks, lodzik raczej nie jest moim ulubionym „małym co nieco”

Jestem gotowy. Postawna diva, zakłada prezerwatywę. Przechyla się do tyłu, kładzie na plecach i unosi nogi. Wyprostowane, w kształcie litery V. Przybliżam się, pochylam i energicznie wchodzę. Cały kat jest szybki, energiczny. Kończę szybko. Zmęczony wczorajszym aktem pijaństwa, wycofuję się, jestem oszołomiony, lekko zawirowało mi w głowie. Blondynka, rozpoczyna higieniczny proces, za pomocą jednorazowego wilgotnego ręczniczka. Ubieram się, żegnam i wychodzę. Słońce, po wyjściu z klatki wydaje się wdzierać we mnie ze zdwojoną siłą. Dobrze, że kilkadziesiąt metrów dalej jest sklep spożywczy. Zimna cola przywraca mi moc. Nie myślę, o tym co się przed chwilą stało. Jestem znieczulony, wręcz otępiony. Z marazmu wyciąga mnie dzwonek telefonu.

– Gdzieś ty jest? Coś ty kurwa wczoraj odpierdolił?! – Jego powitanie, brzmi niepokojąco. – Marta powiedziała Edycie, a Edyta dalej. Wszyscy już wiedzą, że chcesz się jej spuścić na uśmiech. Na początku cię broniłem, że na pewno tak nie powiedziałeś, ale pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że w końcu to ty. Przychodź kurwa. – Koniec rozmowy, cały Misza. A więc powiedziałem. Telefon od Miszy rozwiał moje wątpliwości.

Wieczór, kolejna biba, kolejne litry, jeśli nie hektolitry alkoholu. Te same roześmiane twarze, te same osoby, ta sama niesamowita atmosfera. W końcu ten sam klub. Wszystko jest takie samo. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, pojawia się zmienna, której nie brałem pod uwagę. Czas na ułamek sekundy staje w miejscu. Przestrzeń ogranicza się do jednego punktu. ONA. Jest tu, bawi się ze swoimi znajomymi, jest jakby z innej planety, poza moim układem planetarnym, poza moim wszechświatem. Zaczynam czuć tęsknotę. Dlaczego nie jestem tacy jak inni, dlaczego nie mogę po prostu się zakochać? Dlaczego to akurat mnie trawi ten palący głód nowych doznań, pragnienie, żądza, która jest nienasycona. I znowu słyszę głos własnych myśli. Zastanawiam się, czy to moje myśli, czy coś innego.

– Teraz rozumiesz? Ty już dokonałeś wyboru, dawno temu, w pewien wiosenny dzień To twój świat. Będziesz miał więcej kobiet, niż wszyscy twoi znajomi, ale jej nie będziesz miał. Doznania, których tak szukasz będą na wyciągnięcie ręki, ale nie miłość. Zrozumiałeś?

Idę do baru, po kolejne piwo.

 

 

 

W labiryncie burdelowa cz. 3.0

 

 

Półwiecznik

Ją odwiedziłem pewnego chłodnego wieczora. Byłem u znajomych. Pracowaliśmy nad prezentacją dotyczącą nowych modeli w zarządzaniu. Nie pamiętam, Kiedy odpłynąłem myślami. Chyba w połowie naszej pracy. Tak po prostu. Dźwignia w mojej głowie sama się przestawiła. Co mogło być tego przyczyną? Wdzierająca się do mojej głowy nuda, czy piersi Justy, które, tak jakby postawiły sobie za cel, cały czas prześladować moje oczy. Uwięzione w czarnym wełnianym sweterku zdawały domagać się wolności. Justa pojawiła się kiedyś na imprezie. Chciałem ją zaliczyć, ot tak dla sportu. Chyba nie była zainteresowana. Nią z kolei zainteresował się Misza. I tak, Justa przestała być kobietą, została kobietą najlepszego kumpla. Tym sposobem stworzyliśmy jedną z najbardziej pokręconych paczek na studiach.

Z mieszkania Justy wyszedłem po siódmej. Było ciemno. Zimny wiatr zdawał się wyganiać wszystkich z ulic do mieszkań, zupełnie, jakby przestrzeń między budynkami należała do niego. Tylko do niego. Misza został u Justy. To dobrze. Zdzwoniłem do Kaśki, pytając, czy wypije ze mną piwko. Zawsze padało to pytanie. Oboje wiedzieliśmy, że piwo jest najmniej ważne, to pretekst. Lubiliśmy poudawać. Zawsze spotykaliśmy się na piwo i tak jakoś wychodziło, że lądowaliśmy w łóżku. Tak przez ponad rok. Zaczęło się banalnie. Studencki klub. Po pierwszej. Ja zamroczony piwem i oparami papierosowymi, szukający ukojenia dla mojego druha. Niska, raczej o przeciętnej urodzie, biorąc poprawkę na wypite piwo, może być. Podszedłem, rozmowa o niczym, kolejne piwo. Wychodzimy. Łatwizna. Po raz pierwszy, tej nocy doświadczyłem, czym jest przeterminowana prezerwatywa. Poważnie, nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Co jeszcze ciekawsze doznałem wtedy olśnienia. Dziewczyny po dwudziestce, czyli dorosłe kobiety, mogą być cholernie nierozbudzone seksualnie. Kaśka na ten przykład nie wiedziała czy jest podniecona.

– Czuję spięcie w brzuchu i stoją mi suty. To chyba jestem gotowa.  – Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Pewnie, gdyby nie stojący maszt, chętnie bym z nią na ten temat porozmawiał.  – Nigdy nie wiem, czy już jestem podniecona – kontynuowała.

Kilka naszych spotkań i już wiedziała kiedy jej ciało domaga się seksu. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że po kilkunastu miesiącach, kiedy nasza relacja dobiegła końca. Katarzyna była w pełni rozbudzoną, świadomą każdego impulsu płynącego z jej ciała. Z pewnością, zostawiłem ją lepszą niż zastałem.

Trzysta metrów dalej, w szarym bloku, za drzwiami obitymi tandetną sklejką, czekały na mnie doznania. Z Kaśką umówiłem się przed dziesiątą. Mam wystarczająco dużo czasu. Wiatr niemile mnie połaskotał. Zapiąłem kurtkę. Wyjąłem telefon. Zadzwoniłem, pytając, czy mogę podejść za dziesięć minut. Mogę. Świetnie. Wiatr wieje coraz mocniej, jakby mnie poganiał, albo wręcz przeciwnie, jakby mnie stąd wyganiał. Idę znajomą droga po raz, no właśnie ile razy już tędy szedłem. Ile razy przemierzałem tą trasę, drogę po doznania, drogę po przyjemność, po zapomnienie. Przy pięciu blokach, sprytnie umiejscowionymi między wolnostojącymi domami stoi krzyż. Zawsze kiedy go mijam w głowie odradza się pytanie: czy jeśli powiedziałbym kiedyś, że żałuję, będzie mi wybaczone? Czy modlitwa grzesznika ma sens? Jaki sens ma spowiedź, jeśli nie ma żalu za grzechy. Te myśli zajmują kilkanaście sekund, może minutę. Przechodzę obok kolejnych, szarych, kilkupiętrowych bloków. W świetle ulicznych lamp widzę karuzelę i huśtawkę. Mikroskopijny plac zabaw. Mój plac zabaw jest w ostatniej klatce. Pukam do drzwi. Te kilkanaście sekund napełnia mnie seksualnym napięciem. Ciekawe z kim dziś będę. O ile wiem [przyjmuje tu trzy albo cztery divy. Już poza głównym nurtem, ale jeszcze przydatne. Tanie i przydatne. Słyszę chrzęst zamka. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta. Sceneria jest ciągle ta sama. Ciemny przedpokój, dalej, skromnie oświetlony pokój. Dywan, zakurzony, meblościanka i rozkładana wersalka. Obok wersalki ława, na której leży pudełko chusteczek nasączanych, budzik i dwa sreberka – kondomy. Patrzę na kobietę. Jest stara. Po pięćdziesiątce. Wiem, że to mieszkanie ma kilka ogłoszeń. Ta pewnie jest z ogłoszenia: „dystyngowana pięćdziesięcioletnia „. Spod farby na włosach wyłania się siwizna. Twarz, pokryta maską zmęczenia zmieszanego z rutyną, świadczy, że wiele takich chwil jak ta przeżyła. Skóra na jej szyi i ramionach jest pomarszczona. Patrzę na zwykłą, starą bladź. Daję jej pieniądze i zaczynam się rozbierać. Wychodzi z pieniędzmi i wraca po chwili, również ściąga sukienkę na ramiączkach. Zostaje w staniku, który sprawia wrażenie zakurzonego i czarnych pończochach. To pewnie ten atrybut „dystyngowanej”. Zdejmuje stanik, ukazując dwie niewielkie piersi. Dziwne. Ma obwisłą dupę, brzuch też, mimo, że jest szczupła, a cycki jeszcze sterczą, niczym ostatnie wspomnienie lat świetności. Kobiece ciało, nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Stoję tylko w slipach. Zdejmuję je. Podchodzę do wersalki, diva siedzi. Z wprawą bierze mojego miękkiego druha. Zaczyna mnie pieścić. Masować, głaskać, delikatnie odsłania główkę. Obsypuje całe krocze pocałunkami. Druga ręka zajmuje się jądrami. Jest całkiem przyjemnie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że z wiekiem kobiety, a zwłaszcza prostytutki stają się bardzo ckliwe w swych pieszczotach. Młode podchodzą do sprawy technicznie . Bez jakichkolwiek uczuć. Te starsze potrafią niemal z matczyną troską zająć się tym i owym. Oczywiście w trakcie całego aktu potrafią przemieć się w prawdziwe wampirzyce. To wszystko, jednak wymaga lat warsztatu.

CDN

Gruba blondyna

Zawsze pod powłoką imprezowego lifestylu, gdzieś na samiutkim dnie duszy pozostałem romantykiem. Nieporadnym, chłopcem, marzącym o wielkim uczuciu. Uczuciu na dobre i na złe. Moja eksploracja i celebracja mrocznej, jak i pociągającej krainy – burdelowo, była jakby innym uniwersum.

 Nigdy nie odkryłem, czy moje obsesyjne pragnienie Dagny, było gorącym, niczym wulkaniczna lawa uczuciem, czy raczej obsesją, schorzeniem, które chłodna ocena psychologii zakwalifikowałaby jako objaw psychpatologiczny ICD ileś tam.

           Ten epizod też zaczął się od balangi. Wóda, znajomi, jakieś lachony. Standardowy akademicki wieczór. Było świetnie, dobra zabawa, uśmiechnięci ludzie, nieco obskurne ściany akademickiego klubu, nadawały klimat. Było kilka dobrych godzin po północy, kiedy każdy poszedł spać, zmorzony ciężkim imprezowym etatem.

Będąc jednym ze Szwagrów, a uważam, że na takie miano zasłużyłem, kontrolowałem na bieżąco Stronę i ogłoszenia. Zawsze, moją uwagę przykuwało jedno. Ogłaszała się jako „pulchna blondynka”. Nie jestem wielbicielem „aż tak” pulchnych kobiet. Faktem, jednak jest, że pewien odsetek grubasek jest pociągający. Jest, kilka procent kobiet z nadwagą, które mają śliczną twarz, nieziemskie cycki, bądź cokolwiek innego. Stawiam pół pensji, że każdy, kiedyś, czy to w pracy, czy to w szkole, spotkał taką dziewczynę. Dziewczynę, która, byłaby super dobra, gdyby, „nie ta monstrualna dupa”, gdyby, „nie te biodra, szerokości SUVa”, mnożyć można takie przykłady. Intrygowała mnie ta diva. Zdjęcia, tajemnicze, nic nie ukazujące, lakoniczne ogłoszenie. Moje myśli krążąc, po przeżartej burdelowem mózgownicy, układały się w jedno zdanie: muszę w niej być.

         Po przebudzeniu, jeszcze lekko podchmielony, pomyślałem właśnie o niej. Być może się powtarzam, ale seks na kacu, ma swój urok. A co do uroku, to jest on wiele większy, z płatną divą, niż z przysłowiową „normalną dziewczyną”. Nie bujam, tak jest, przetestowałem oba warianty.

Przetarłem, zaspane oczy. Była końcówka kwietnia albo początek maja. Piękny czas. Dla studentów, nie ma piękniejszego czasu. Każdy, nawet najbardziej opieszały student zaliczył braki z sesji zimowej, a do letniej pozostają długie tygodnie. Świat wydawał się nie mieć szarych barw. Nie brałem prysznica, umyłem tylko zęby i jeszcze, nieco chwiejnym krokiem poszedłem na spacer. Słońce. Słońce, to rzecz magiczna. Nie dziwię się ludom pierwotnym, że wyznawali bóstwa solarne. Słońce, to nie tylko promyk, jasno i ciepło. Jest coś tak magicznego w słonecznej pogodzie, że nie da się tego uchwycić. Czasami, jeden promień słońca, któremu uda się przebić przez chmury, potrafi dać nadzieję, tchnąć w nas optymizm i „zapewnić”, że będzie dobrze.

Tak było dziś. Krok za korkiem, szedłem w stronę dobrego humoru, ciepła, ludzi i dobrego samopoczucia. Nieco osłabiony, z bolącą głową, ale wciąż szukający. Szedłem bez celu, do głowy przyszła mi niewinna myśl, że przecież, jeszcze nie zadzwoniłem do divy, która sama siebie określała, jako „pulchną blondynkę”. To też była część rytuału. Usłyszeć głos. W dobie coraz doskonalszego obrazu, porzuciliśmy zmysł słuchu, tak jakby stracił na ważności. Tym czasem sto procent przyjemności, to działanie na wszystkie zmysły. Burdelowo, w pewnym sensie tak właśnie działało, na wszystkie zmysły. Ten pierwszy krok, wykonanie telefonu do dziwki. Rozmowa. To nauczyło mnie korzystać ze słuchu. Niczym perwersyjna muzyczna szkoła.  Wyobraźnia podpowiadała, co może mnie czekać za bramą tej krainy. Kiedy słyszałem głos divy w słuchawce, zamierałem. Starałem się uchwycić każdą, nawet najmniejszą zmianę uczuć w jej głosie. W pewnym momencie, nabrałem niebywałej wprawy w tym, jeśli mogę użyć tego zwrotu, rzemiośle. Głos zdradzał wiele. Ile czasu pracuje w branży, jaki ma charakter, czy warto zostawiać tam pieniądze.

Po kilku minutach rozmowy, miałem w głowie obraz „pulchnej blondynki”. Nie było w tym obrazie nic, co by mnie zadziwiło lub zaskoczyło. Mimo wszystko, jakaś niewidzialna siła kierowała mnie w kierunku głosu z słuchawki. Nie przeszkadzało mi to, że przyjmowała na drugim końcu miasta.  Zatrzymując się w spożywczych sieciówkach, wzmacniałem organizm ananasowymi jogurtami i napojami izotonicznymi. Przystanek, czy dwa jechałem autobusem, i znów patrząc mętnym spojrzeniem, oblany majowym słońcem parłem naprzód. Szedłem krok za krokiem, ulica za ulicą. Myśli, niczym magnetofon odtwarzały wydarzenia wczorajszej nocy. Było kilka ładnych dziewczyn. Przypomniałem sobie obraz Marty. Szczupłej dziewczyny, z włosami ufarbowanymi, w kolorze ciemnobrązowym. Była roześmiana, sympatyczna i zadziorna z charakteru. Zaraz, zaraz. Alarm! Wspomnienie jej śmiechu, odpaliło alarmową lampkę w mojej głowie. Dlaczego? Siadam na ławce, w cieniu, pod kilkupiętrowym blokiem. Muszę odpocząć i pomyśleć. Chwila zastanowienia. No tak. Wszystko ułożyło się w logiczną całość. Kiedy wszyscy dotarli do momentu, gdy moc jest na wyczerpaniu i trzeba kończyć imprezę piłem piwo (ostatnie) z Martą. Śmiała się, było wesoło i wtedy uznałem, że będzie jeszcze weselej, gdy powiem jej: „masz bardzo sympatyczny uśmiech, chciałbym się na niego spuścić.” Kurwa. Ja to powiedziałem? Nie, nie powiedziałem. Z fragmentów wspomnień staram się stworzyć jeden, choćby krótki film. Nic z tego

W krainie Burdelowo cz. II

Większość facetów swój burdelowy debiut zalicza między dwudziestką, a trzydziestką. Są nieliczni, którzy rozpoczynają wcześniej, do tej grupy należy autor niniejszej publikacji, ale to temat na inny wpis. Typowy facet, debiutuje przy okazji pijackiej imprezy, która się niebezpiecznie przeciągnęła albo któryś z jego kolegów żegna się z kawalerskim życiem. Później w okolicach czterdziestki, delegacja albo zwyczajne znużenie „starą” pcha nieszczęsnego faceta w opary płatnych doznań. Gdzieś, w okolicach starości z wolna kończy się przygoda z burdelowem.

Ale jest też inny scenariusz. Pierwszy raz idzie się z ciekawości, drugi, żeby sprawdzić, czy będzie tak, jak za pierwszym, kolejny, bo jest okazja (a raczej okazją jest brak okazji) i kolejny i pięćdziesiąty i setny. Z czasem tylko po głowie błądzą resztki wspomnień.

Katia

Kłótnia z Emilią.Wychodzę.

To był czas „ruskich” w burdelowie. Krótki telefon. No jasne, ten system nigdy nie zawodzi. Słyszę cudny, wschodni akcent. Kwestia dwudziestu minut i jestem na ulicy. Tu czeka mnie mała niespodzianka. Nigdzie nie mogę znaleźć ulicy. Dzwonię po raz kolejny. Słyszę, żeby obok urzędu przejść obok szlabanu i zauważę blok. Tak robię. Coś niesamowitego. Cała ulica  ukryta przed ciekawskimi. Gdybym był alfonsem i miał dużo siana, wykupiłbym cały blok i zrobił z niego gigantyczny burdel. Dzwonię, w słuchawce słyszę numer mieszkania. Drzwi obite boazerią, to zaskakujące. Raczej przyjęło się, że mieszkania pod dziwki, nie szokują standardem, a tu jednak. Drzwi otwierają się. W przedpokoju widzę blondynkę, tuż po trzydziestce. Uśmiechnięta, w zwiewnej, fioletowo-czarnej haleczce. Zaprasza mnie do pokoju. Małe mieszkanko, klimat, jak nie z burdelowa. Po szybkim prysznicu idę do pokoju uciech. Za chwilę przychodzi blondyneczka. Mówi, że ma na imię Katia. Hmm może ma, może nie. Mało istotne, bardzo miła. Oboje lądujemy na łóżku. Jej ciało, smukłe, o przyjemnej w dotyku skórze staje się enklawą, gdzie zapominam o niepowodzeniach dnia. Jej piersi, nie za duże, nie za małe duże, lekko obwisłe jabłka. Lekkie poddanie się grawitacji, zapewne związane z wiekiem, czynią z tych cudownych krągłości gigantyczny, erotyczny wabik. Sutek znalazł się w moich ustach, jej dłonie nie pozostają dłużne. Delikatne drapanie moich ud powoduje, że jeszcze więcej krwi znajduje się w penisie. Moje usta wędrują, z piersi, w stronę szyi. Łapię ją za pośladki, dwie gładkie półkule oszałamiają mnie. Zespoleni w uścisku, obsypujemy się pieszczotami. Wszystko odbywa się naturalnie. Jej usta zaczynają obejmować pulsującego fiuta, dłonie w tym czasie, sprawnie masują uda. Jest niesamowicie przyjemnie. Wyciągam się niczym struna od gitary i delikatnie pomrukuję. Nie pamiętam, kiedy tak się odprężyłem u dziwki. Kiedy mój kutas został oblizany, wylizany, i wyssany wprost koncertowo, nastała zmiana ról. Rosjanka leży, z rozłożonymi nogami, które lekko ugięła w kolanach. Ja zataczam kręgi po jej wargach, obsypuję pocałunkami jej uda, tuż przy zgięciu. Moja ręka gładzi jej podbrzusze, wyczuwam lekki zarost, pozostałość, po goleniu maszynką. Rozchylam wargi i koncentruje się na łechtaczce. Nie wiem, ile to trwa, ale po dwóch dreszczach, które wstrząsnęły ciałem dziwki, delikatnie wsuwam palec, jest obwicie wilgotna, po chwili dołączam kolejny i jeszcze jeden. Tyle wystarczy -  słyszę. Poruszam dosyć szybko palcami. Słyszę kolejne pojękiwania. Wygina się. Mam świadomość, że prostytutki, to mistrzynie w oszukiwaniu facetów, te najlepsze, potrafią wykreować takie przedstawienie, że każdy facet wychodzi spełniony w stu procentach, niczym seksualny heros. Zawsze mnie jednak interesowało, czy można doprowadzić dziwkę do wrzenia, a w końcu do orgazmu. W pierwszych latach burdelowa to, miedzy innymi było moim celem. Później zobojętniałem. Dziś na nowo to poczułem. Po solidnej lekcji francuskiego, condom ląduje na kindybale. I rozpoczyna się jazda. Klasycznie, wolno, szybko, wolno i znów szybko. Wychodzę z niej i przechodzę za jej plecy. Rozumiemy się bez słów, unosi nogę wchodzę. Później na jeźdźca. Ujeżdża mnie niczym nastolatka, żeby za chwilę, w sposób dostojny, niczym hrabianka z dziewiętnastowiecznej powieści delikatnie unosić się na moim korzeniu. Kończę od tyłu. Oboje patrzymy na siebie z uśmiechem. Chwila miłej rozmowy. Wychodzę.

W mieszkaniu, chwila rozmowy z Emilą. Pogodziliśmy się. Położyliśmy się po dwudziestej pierwszej. Pieprzyliśmy się całą noc. Do białego rana. Tak, jakbyśmy oboje chcieli wypieprzyć cały syf z naszego związku. Nie wiem, co mnie tak cholernie kręciło, chyba to, że czułem bliski koniec tego związku. Nie myliłem się. Niecały miesiąc później zrezygnowaliśmy ze wspólnego mieszkania i wspólnych planów na przyszłość.

Rosjanek ciąg dalszy.

Po zakończeniu związku z Emilią, miałem mocne postanowienie, żadnych głębszych relacji. Bez komplikacji, bez nadmiernych emocji. Zamieszkałem u znajomych. To był dosyć nerwowy czas, to znaczy ja w tamtym okresie czasu byłem nerwowy. Wystarczyła jedna głupia uwaga i byłem nabuzowany. Niestety pomieszkiwałem u znajomych, dlatego musiałem hamować złość. Wentylem było burdelowo.

Siadłem w samochód, i jeżdżąc po mieście wybrałem numer. A właściwie ktoś go wybrał za mnie, po prostu. Samo się zrobiło. Zanim się spostrzegłem już pukałem do drzwi. Otwarła kobieta ze wschodnim akcentem. Wysoka, przed trzydziestką, nawet zgrabna. Wystarczyło skrzyżowanie spojrzeń i już wiedziałem, że nie polubimy się. Spytałem co ma w repertuarze. Chciałem w dupkę, jakoś tak uznałem, że anal pozwoli złapać mi oddech. Warknęła, że nie. Pozostało na seksie. Chciała od razu przejść do rzeczy, ja odparłem, że jeszcze nie. Chwilę ugniatałem jej cycki, które niczym się nie wyróżniały, ale były odpowiednie. Widząc zniecierpliwienie na jej twarzy, celowo to przedłużyłem. Kiedy założyła kalosza, chciała od tyłu. Przez lata, wiele rozmawiałem z dziwkami i można powiedzieć, że znam dziwkarskie strategie. Jedną z nich jest strategia na „odpierdol się”, którą można tak scharakteryzować: „poruchaj i spadaj”. Dziwka nadstawia szparę, w sposób tak zlewczy, że facet musi zrozumieć, że jest nie mile widziany. Według relacji jednej z dam mojego…fiuta, takie podejście ma niemal magiczną moc. Znacznej części facetów odechciewa się seksu albo miękną. Ja jednak byłem za bardzo obyty na tych salonach. Powiedziałem, że chcę od przodu. Zgodziła się. Kiedy w nią wszedłem, oboje doświadczyliśmy czegoś, co można nazwać niechętnym seksem. Ona patrzyła na mnie z niechęcią, ja na nią również, a mimo wszystko właśnie odbywaliśmy akt miłosny, jak powiedzieliby romantycy. Porąbane. Wyszedłem bez słowa.

Kolejna niedziela

Dotarło do mnie, że mój tryb życia, w ostatnich latach był troszkę wykolejony. Zaczęło do mnie docierać..no właśnie co? Głupota postępowania, żal za grzechy, strach? Spojrzałem na Stronę, przeczytałem kilka ogłoszeń. Swoje zrobiłem – powiedziałem sam do siebie. – Dosyć. Tak po prostu. W tym miejscu miało się to skończyć.  Odetchnąłem z ulgą. Było już ciemno. Jesienny wieczór nastrajał do przemyśleń. Byłem przed półmetkiem studiów. Poza uczelnią, również odebrałem edukację. Nie wiem, czy ktokolwiek inny, z moich znajomych tak mocno spenetrował ten mroczny i upajający świat. Pomyślałem o Kamilu. Znawca trawy i sposobów palenia. Pokazał mi ze cztery sposoby palenia trawy, o których nie widziałem. Autorytet w tym temacie. Kiedy ostatnim razem robiliśmy zrzutę na imprezę, Kamil zaproponował kupno za całą kwotę zielska i wypalenie go, w ramach imprezy. Kapitan Planeta uznał wtedy, że Kamil żyje w swojej rzeczywistości. Im dłużej chodziłem, tym więcej myśli kłębiło się mi w głowie. Czy ja też zacząłem żyć w swojej własnej rzeczywistości?              Powrót do mieszkania nieco nie wyciszył.  Mocno postanowiłem skończyć z tym. Nigdy więcej dziwek i tego świata. Swoje zdziałałem w tym temacie. Wystarczy. Siedząc przed komputerem, jeszcze raz popatrzyłem na Stronę, na Forum. Mimo chorej rzeczywistości, w pewien sposób zżyłem się z tymi Nickami na Forum. W końcu to Szwagrowie. No cóż, wystarczy. Usunąłem zakładki wraz z hasłami.

W niedziele, kiedy się ocknąłem, wciągałem spodnie. Sam nie wiem jak tu trafiłem. Na łóżku siedziała trzydziestokilkuletnia szatynka. Ładna, szczupła. Miała zastanawiająco inteligentny wyraz twarzy. Seks był zwyczajny, przyjemny. Pożegnałem się i wyszedłem. Kiedy ziemne powietrze wywietrzyło mi odór burdelowa zadałem sobie pytanie, co się stało. Ile warte jest moje postanowienie? Nie wiedziałem, jak to rozumieć. Czyżbym z wyznawcy Erosa i poszukiwacza zaginionej szpary, przepoczwarzył się w niewolnika cipy? Powoli, niczym walec drogowy, z takim ciężarem, zaczęła przygniatać mnie myśl, że coś wymknęło się spod kontroli i to coś, będzie bardzo trudno opanować.