Zasady na szlaku

Kraina burdelowo.

Przemierzając krainę, podobnie jak na szlakach górskich trzeba przestrzegać zasad. Burdelowo, niczym najwspanialsze ośmiotysięczniki, może dostarczyć niezapomnianych wrażeń, ale na nierozważnych czyha wiele niebezpieczeństw.

Przez lata, spędzone na dziwkarskim szlaku wypracowałem pewne reguły. Spis zasad.

Zawsze w gumie

Zasada kardynalna. Bo grać można długo, ale trzeba grać bezpiecznie. O ile obciąganko bez gumiaka można zaakceptować, to seks tylko „w”. Co do francuskich zabaw, znam przypadki z forum, gdzie Szwagier został „draśniety” nieumytym zębem i skończyło się na antybiotykach. Najdziwniejsze jest to, że wiele osób ignoruje tę zasadę.  Co do dziewczyn, bywa różnie. Jedne są głupie i nieodpowiedzialne, inne chcą zarobić (jednocześnie będąc głupimi i nieodpowiedzialnymi) i za seks „bez” biorą więcej. Czasem dziwka wiedząc, że jej organizm jest trawiony przez chorobę celowo poszerza ofertę, mszcząc się na anonimowych okurwieńcach. Później w mediach, co jakiś czas wypływa, że jakaś prostytutka zarażała celowo. Na Forum, jednak każdy rozsądny Szwagier przestrzega reguł i zachęca do tego innych.

To tylko handel

Seks to jedna z najintymniejszych dziedzin życia. Trzeba jednak pamiętać,  że seks  za pieniądze, to tylko wymiana handlowa, usługa. Nic więcej, nic mniej. Przynosimy do burdelowa pieniądze, przynosimy i zostawiamy. W zamian dostajemy wrażenia estetyczne, sporą dawkę doznań i kilka innych rzeczy, np. terapeutyczną rozmowę, odprężenie, chwilę zapomnienia. Pod żadnym względem nie należy przekraczać tej handlowej granicy i wchodzić w jakieś układy towarzyskie. A już skrajną głupotą jest inwestycja emocjonalno-uczuciowa. Film „Pretty Women” jest świetny, ale to film.

Nie prowokować

Jeśli chcemy z gry wyjść cało, nie możemy prowokować głupich sytuacji. Do najbardziej powszechnych głupot należy odwiedzanie burdelowa po pijaku. Nie wiedzieć czemu wśród facetów utarło się, że po mordzie można dostać tylko w agencjach, a na mieszkaniówkach panuje luz, bluz. Otóż nie. Mieszkania, to też burdele i też mają opiekunów. Jestem w stanie postawić duże pieniądze, że niemal każde mieszkanie jest obstawione. Medialny kit, o studentkach dorabiających cichaczem w wynajmowanych mieszkaniach. jest po prostu…medialnym kitem. To marketingowy trick, pomagający podreperować ego niektórym klientom. W końcu nie idą na dziwki, tylko zaliczają studentkę (jakby studentka nie mogła być kurwą).  Kolejna sprawa. Często jesteśmy świadkami kampanii edukacyjnych: jak obronić się przed kieszonkowcami. Podstawowa zasady brzmi nie prowokować łatwo dostępnym portfelem. W burdelowie jest podobnie. Nigdy nie wyjąłem portfela przy dziwce. Przez telefon ustalam co i za ile. Na miejscy wyjmuję z kieszeni wyliczoną kwotę. Niby burdelowo, nieco się ucywilizowało i niw ma już krojenia klientów, ale lepiej na zimne dmuchać.

Żadnych imion, żadnych nazwisk

Punkt będący pochodną punktu drugiego. Oczywiście, tu panuje pewna dowolność, ale ja trzymam się swoich zasad. Nie mówię jak mam na imię, tz. mówię, ale kłamię. Co do profesji, też kłamię. Ktoś powie kłamca, paranoik. Być może, ale wchodzimy w światek, który tak do końca nigdy nie będzie zgłębiony i pewne sprawy zostawiamy na zewnątrz, podobnie z doznaniami, pewne zostawiamy wewnątrz. Do tego dodać należy jeden fakt – burdelowo, to siłą rzeczy kontakt z ludźmi, nigdy nie mamy pewności, jak ktoś może wykorzystać wiedzę, o naszej, nazwijmy to, pozalekcyjnej aktywności.

Burdelowo, to dodatek, nie danie główne

Dziwka, to rodzaj seksualnego fast fooda. Burdelowo „tak”, ale tylko wtedy, gdy mamy seks w formie towarzyskiej. Jeśli byłoby inaczej, jesteśmy desperatami. Wiem, że wielu Szwagrów nie uznaje tej zasady, ale dla mnie jest ważna, może nawet najważniejsza. Zawsze (chyba) będę zwolennikiem i aktywnym uczestnikiem burdelowa, ale tylko na moich zasadach. To będzie usługa dodatkowa, a nie jedyna alternatywa.

Podziel się ze Szwagrami

Po pierwszym haju. ( o tym w następnym wpisie) Przychodzi czas, na chwilę zadumy. Trzeba się zastanowić, czy warto tracić czas i pieniądze. Tu przychodzi Forum, Szwagrowie. Najpierw czytamy, później sami piszemy. Dostosowujemy się do porad, sami udzielamy i tak się wchodzi  w  hermetyczny światek.

 

 

Odpieprzcie się od seksu

W zatęchłym PRLu, przynajmniej tak to sobie wyobrażam, z przemysłem seksualnym było kiepsko. Sprawa seksu przedstawiała się w systemie 0 – 1. Bzykasz, albo nie.  Nie było półśrodków w postaci porno materiałów i wszelkiej maści masturbacyjnych wspomagaczy. Być może, gdzieś zza granicy komuś udało się przemycić jakiegoś „świerszcza”, który był gdzieś przechowywany, niczym rodzinne precozja.

Podobno (wg relacji słynnego polskiego seksuologa) kilkadziesiąt lat temu ludzie więcej współżyli, niż obecnie. Nie było to spowodowane rozwiązłością, a zwykłym popędem, któremu nadano odpowiedni wektor. Dziś popęd zostaje rozmieniony na drobne przez pornografię i bombardowanie seksem.  Seks nas otacza i każdy wszystko wie na jego temat. No właśnie, wie, zamiast po prostu….podupczyć, pieprzyć, bzykać, pokochać się, jebać, walić, współżyć.

Deficyt wszelkich pomocy dla marszczyfredziów, miał   pewną zaletę. Ludzie pozbawieni zamienników, musieli być otwarci. Jak mawiał Paradys w „Seksmisji”: „natury nie oszukasz”.  Dotyczyło to zarówno facetów, jak i kobiet.  Faceci musieli przełamać ewentualne opory i mniej lub bardziej umiejętnie poderwać jakąś dziewoję. No, bo ile można tarmosić mrówkojada, trzeba oszczędzać nadgarstki. Kobiety, też za bardzo nie mogły grymasić. Jak zjawiał się jakiś w miarę ogarnięty, to, a i owszem, czemu nie. Innymi słowy, mamy pewien paradoks. W rzeczywistości, gdzie zdawać by się mogło, brakowało luzu i wyzwolenia, seks miał się bardzo dobrze.

Zróbmy mały przeskok w czasie. Lata dziewięćdziesiąte, czyli napływ wolności, również w sferze seksu. Pojawiają się czasopisma porno, gadżety, śmieszne rzeczy przesycone erotyzmem. Za mały byłem, żeby z tych dobrodziejstw korzystać, ale do dziś działa mi na wyobraźnię opowiastka mojej znajomej, która zwinęła rodzicom prezerwatywę w kształcie Myszki Miki. Nie spotkałem czegoś takiego, jeśli ktoś zna temat, to proszę dać znać w komentarzu. Zalew erotycznego przemysłu szybko się rozrastał. Kulminacją stała się eksplozja internetowej pornografii. Do czego to wszystko doprowadziło? Dziś każdy wie wszystko o seksie. Niemal każdy gimbus wie, co to znaczy blow job, co to jest „anal”, a w Internecie ogląda sceny, które mogłyby zadziwić jego rodziców. W kobiecych pisemkach, niemal w każdym numerze pojawiają się porady dobrej cioci albo dobrego wuja, którzy tłumaczą jak będzie nalej, co przyniesie najwięcej orgazmów. Jeśli komuś mało, może czytać tajemnicze trakty dotyczące tao i tantry, które ukryte przez tysiące lat, dziwnym zbiegiem okoliczności zostały odkryte w ostatniej dekadzie.

I co? I weszliśmy w błędne koło. Im więcej teorii, tym ludzie są bardziej zagubieni w praktyce. Wiemy wszystko o anatomii, przyjemności, seksie, orgazmach, czy psychologii społecznej. Jednocześnie wraz z naszą wiedzą rośnie liczba kursów: podrywu, inteligencji emocjonalnej, sztuki seksu oralnego, analnego, w księgarniach spotkać można nawet poradniki całowania. To jak to jest? Edukacyjny napalm został na nas zrzucony i nadal potrzeba edukacji? Coś tu nie gra. A może to jest właśnie problem? Rozbijanie na atomy, i sztuczne tworzenie nadmiernej dyskusji nad tematami, z którymi ludzie doskonale sobie radzą sami. Akademickie dyskusje, pozostawmy seksuologom, ludziom niech zostanie tylko przyjemność z seksu, myślę, że to im wystarczy.

Dla wszystkich złaknionych wiedzy odnośnie relacji damsko męskich i seksu, polecam poniższy czterowiersz.

Rączka w rączkę

Toto w rączkę

Rączką w toto

Toto w toto

(nie mojego autorstwa)

I cała filozofia. A wszelkiej maści edukatorom seksualnym stanowczo mówię: odpieprzcie się od seksu.

 

Rozwódki vs stare panny

Blogerka ….. poruszyła temat, który bardzo mnie zaintrygował. Otóż zastanawia się, kto wypada lepiej w lidze towarzyskiej: rozwódki, czy tzw. Stare Panny?

Jak sama przyznaje, jako rozwódka, niekiedy odnosi wrażenie, że jest traktowana jako trędowata, lub używając modnego określenia: ktoś gorszego sortu. Jednocześnie jest zdania, że status rozwodnika facetom w ogóle nie przeszkadza.

Zastanówmy się.

Zacząłbym od tego, że zbiór kobiet, który możemy umownie nazwać singielkami, zawiera pewne podzbiory:

– singielki z odzysku: rozwódki, wdowy i wszystkie kobiety, które są po poważnych związkach

– singielki, czyli wolne kobiety, które nie związały się z nikim, bo wierzą w Miłość, robią karierę, lubią urozmaicony seks z różnymi partnerami lub z jakiegokolwiek innego powodu, ich sprawa

– stare panny, kobiety, które nie znalazły nikogo, bo są dziwne.

Pozwolę sobie na małe wtrącenie. Na studiach podyplomowych miałem w grupie trzy kobiety, które miały dwie cechy wspólne. Były „pod czterdziestkę” i były same. Jak grupa oceniła, te trzy kobiety, to dwie stare panny i jedna singielka. Różnice były zasadnicze. Singielka uśmiechnięta, nie robiąca sobie nic ze swojego stanu, potrafiąca porozmawiać na każdy temat. Dwie pozostałe: dziwolągi, chcące naprawić świat, które wszystko wiedzą lepiej. A już najlepiej znają się na związkach.

I teraz zasadnicza sprawa, jak, my faceci, patrzymy na zbiór singielek. Przede wszystkim, dziś nie ma znaczenia, aż takiego, czy kobieta jest wolna, bo coś nie wyszło w poprzednim związku, czy jest sama, bo jakoś nie starczyło czasu na związek. Powiem więcej. Jeśli patrzymy na rozwódkę, to sprawa jasna: coś „nie pyknęło” w związku i już. Ale, jeśli obiektem jest kobieta wolna, w pewnym wieku i w dodatku atrakcyjna, to sprawa się komplikuje. W głowie pojawia się pytanie: skoro jest atrakcyjna, inteligentna i tak dalej, to dlaczego jest sama? CO Z NIĄ NIE TAK? Tak tak, droga ROZWÓDKO, stare panny wcale nie stoją wyżej w rankingu od rozwódek.

Ewentualne skierowanie wzroku na starą pannę może być pewną pozostałością po czasach ludzi pierwotnych. W pewnym sensie to terytorium jeszcze nie zdobyte, ale nie traktowałbym tego zbyt poważnie , ot niegroźna symbolika.

Autorka porusza również sprawę kobiet, nie tylko z bagażem doświadczeń, ale również z pociechą lub pociechami. Czy takie kobiety mają gorzej? Powiem tak, jeśli odpowiedzialny facet jest zainteresowany kobietą, która do układu wnosi dziecko, to musi sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Po pierwsze relacje z nieswoim dzieckiem są relacjami znaczenie trudniejszymi niż z własnym potomkiem i, tak uważam, wypracować partnerskie relacje, to sztuka. Nie wiem, czy na ten przykład, ja bym potrafił. Kolejna sprawa, to ekonomia, nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mówię do kobiety: „twoje dziecko, twoja sprawa”, dlatego trzeba sobie jasno powiedzieć pracująca para dorosłych ludzi to jedno, a para z dzieckiem, to nieco inna bajka. Powtórzę, odpowiedzialny facet, dwa razy pomyśli, zanim zdecyduje się na taki układ. Jeśli uzna, że nie da rady, to należy docenić to, że potrafił przyznać się do własnej słabości. Nie musi to oznaczać, że nie chce: „kobiety z dzieckiem”.

Kolejna sprawa, to kwestia poradzenia sobie z sytuacją po rozwodzie. Naprawdę, to nie jest tak, że społeczeństwo tylko kobiety rozlicza z rozgrywek towarzyskich. I tylko na kobiety działa presja czasu. Uwierzcie, drogie panie, że my faceci też jesteśmy pod obstrzałem. Ja sam na progu trzydziestki kilkukrotnie usłyszałem pytanie: co ze mną nie tak? Co ciekawe usłyszałem też możliwe odpowiedzi. Oto co ciekawsze przypuszczenia niektórych znajomych:

– prawdopodobnie gej

-impotent albo onanista

-maminsynek, który nigdy nie wyszedł spod skrzydeł mamusi

-wieczne dziecko, niezdolne do dorosłej relacji

-towarzyski niedorozwój

Jak widzicie, nikomu nie jest łatwo. Co do sytuacji porozwodowej, mój dobry kolega borykał się z tym problemem. W końcu znalazł damę serca, która na pytanie, czy nie przeszkadza jej, że jest po rozwodzie, odpowiedziała: „każdy zasługuje na miłość i drugą szansę”.

I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć.

(P)o pewnej drabinie

Warto sobie zadać takie pytanie: czy świat płatnych doznań i przyjemności, a może i płatnej miłości ma swoją hierarchię? To środowisko, podobnie zresztą, jak każde inne zbiorowisko ludzi, ma swoją drabinę. Drabina ta, jest o tyle specyficzna, że przesuwanie się po niej, odbiega od norm i zasad, które rządzą podobnymi drabinami.

Dowolna, społeczna drabina, po której ludzie wspominają się z mozołem wygląda mnie więcej tak samo. Startujesz od dołu, od samego dołu. Z punktu zero zaczyna każdy. Człowiek jest młody, nabywa doświadczenia, powoli i systematycznie, szczebel za szczeblem pnie się w górę. Dochodzi się do pewnego szczebla.

Jeśli masz wolę, jesteś zdeterminowany, to pniesz się dalej, szczebel, po szczeblu. W końcu wchodzisz na sam szczyt tej drabiny. Jesteś autorytetem w danej dziedzinie. Wejście na sam szczyt tej drabiny kosztowało. Największą daninę zapłaciłeś w jednej walucie. Ta waluta, to czas. Podobnie wygląda niemal każda drabina, dojście na szczyt kosztuje, z reguły – czas.

W krainie doznań za pieniądze jest nieco inaczej. Nowicjuszka, załóżmy, że zaczyna po dwudziestce, już jest nieco powyżej połowy, powiedzmy, że jest gdzieś na wysokości trzech czwartych takiej drabiny. Wszystko zależy od niej. Jeśli zainwestuje w siebie, jest dobra w łóżku (tak, zdarzają się prostytutki kiepskie w łóżku), to w przeciągu trzech, może czterech lat, jest w stanie dojść na sam szczyt albo w jego pobliże. Może też być inaczej, dziewczyna będzie ładna i uzna, że to wystarczy. Bardzo szybko zacznie schodzić z tej drabiny, do poziomu 30-40 procent. I tak już zostanie. Drabinę kariery w prostytucji, od innych drabin odróżnia, oprócz startu, mniej więcej z połowy, jeszcze jedno, bardzo ważne, prawo. Tu czas jest wrogiem. Z biegiem czasu, każda dziewczyna, czy kobieta zarabiająca własnym ciałem dojdzie do tego, że zaczyna tracić na wartości, i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Czynnikiem, który przyspiesza ten stan, jest też tryb życia. Niestety, w tej profesji alkohol, papierosy, a czasem, narkotyki, to coś powszedniego, a to wszystko się odbija.

Przyjrzyjmy się tej drabinie

Na samym dnie plasują się uliczne prostytutki i tirówki. Jeśli chodzi o panie, które zwane są potocznie ulicznicami, to najczęściej, niestety, panie, które dobijają do wieku emerytalnego w tym fachu. Do tego dochodzi problem z alkoholem i ogólne zmęczenie materiału. Oczywiście są młodsze, ale prawie zawsze towarzyszy im jakiś defekt. Najczęściej jakaś patologia, narkotyki, konflikt z prawem, różnie. Wśród Szwagrów panuje przekonanie, że w tych przypadkach najczęściej złapać jakiegoś kalafiora. Ja uważam, że to działa w obie strony. Do takich kobiet i dziewczyn przychodzą różni śmierdziele i tak koło się zamyka. Spotkać je można raczej tylko w większych miastach. Wskazówka: uważać, lepiej uważać.

Tirówka, nie wiem, czy termin ten występuje poza językiem polskim. Grzybiarki, jagodziany, dziewczyny przydrożne, różnie je nazywają. Jeśli ktoś pragnie zasmakować w obcym ciasteczku, to jak najbardziej. Nie znam statystyk, ale najwięcej jest Bułgarek, młode, stare, ładne, brzydkie, co, kto lubi. Radziłbym uważać na „nasze” tirówki. Według reguł, na trasę wydalane są te, które miały pecha, albo po prostu były głupie i z jakiegoś względu znacząco straciły na wartości rynkowej, na przykład są zarażone. Nie oznacza to, oczywiście, że inne narodowości są odporne na różne świństwa, ale dla dziewczyn „ze Wschodu”, praca przy drogach, to pewien sposób na życie i wiedzą, że wszelkie niechciane „przygody”, mogą je wyautować z biznesu.

Kolejny szczebel, to grupa, którą roboczo można nazwać „dziwki i burdele”. Ktoś może powiedzieć, że przecież tirówka, ulicznica, dziwka, prostytutka, to synonimy i chodzi o to samo. Jednak nie. Wszystko wyjaśnię, zostańmy na razie przy dziwkach. Dziwka, konkretnie tania dziwka, w hierarchii stoi wyżej od tirówki, czy ulicznej kurwy, ale z racji urody, bądź wieku, już jest, niejako poza głównym obiegiem, dlatego utrzymuje się w branży dzięki cenom. Takie dziwki, mogą urzędować w prywatnych mieszkaniach – najczęściej to tanie nory, gdzie czas zatrzymał się na piecyku gazowym i meblościance z Polski Ludowej. Mogą też grupować się w stada i tworzyć coś, na kształt burdelu. Uwaga ! Nie tylko wiek jest tu narzędziem pomiarowym. Chodzi o całokształt: urodę, zadbanie, umiejętne zaprezentowanie się. Spotkałem kilka młodych, tanich dziwek. Pamiętam, jak Przemo, jeden z kumpli, łkał miesiącami, po rozstaniu z dziewczyną. Jestem dobrym człowiekiem, dlatego postanowiłem, że pomogę mu, tak jak potrafię najbardziej. Zabrałem go na dziwki. Taksiarz zabrał nas do dzielnicy peerelowskich kamienic. Na samym końcu uliczki duży sześcian oknami. I nazwa przybytku na tandetnej tabliczce ze sklejki. W środku, lichy bar, obdarte sofy i kilka dziewczyn do wyboru. W wieku do trzydziestu kilku lat. Obraz nędzy i rozpaczy. Przepite, zaniedbane w pogniecionych ciuchach. Zamglonym wzrokiem błądziły po nas. Wyszliśmy stamtąd jak oparzeni. To był typowy, tani burdel.

         Kolejny stopień, to tak zwane prostytutki i agencje towarzyskie. Wiadomo, że w agencjach towarzyskich pracują też prostytutki, ale pojawienie się mieszkań z paniami lekkich obyczajów spowodowało pewien rozłam. Tak zwane agencje towarzyskie, night cluby to lokale, gdzie można wypić drinka, porozmawiać z panią (po uprzednim postawieniu drinka), w końcu pójść na górę. Mała ciekawostka: większość takich agencji, chce uchodzić za night cluby(takie jak w Ameryce), gdzie dziewczyny „tylko tańczą”, mamy też takie, ale o tym za chwilę, większość lokali, to po prostu burdele, ale w lepszej scenerii. Czasem jest jacuzzi.

Mieszkania to wymysł dwudziestego pierwszego wieku. Nie pamiętam, aby wcześniej, coś takiego bywało. Mieszkania, to iluzja. Jedna wielka iluzja. Po pierwsze klient, który idzie do takiego mieszkanka, ma o wiele większe szanse pozostania anonimowym. Gdyby wybrał się do agencji i zobaczył tam kogoś znajomego byłby spalony. Tu, w razie czego, zawsze może coś ściemnić. Obalić należy jeszcze jeden mit. Mit dziennikarski o studentkach dorabiających sobie własnym ciałem. Idzie sobie taki jeleń, jeden z drugim, na mieszkaniówkę i okłamuje SAM siebie, że dziwki nigdy ni posuwał, ale studentkę, prawie wyrwał, no bo w końcu, był u niej w mieszkaniu. Biedni naiwniacy.

Obok mieszkań, klasą średnią (w tej społeczności) są agencje towarzyskie. Najczęściej lokale określane mianem „night club”,albo salon masażu lub jeszcze inaczej (mnie urzeka określenie klubu dla dżentelmenów). Idea jest taka. Miejsce mające sprawiać wrażenie ekskluzywnego. Drogie alkohole, dziewczyny atrakcyjne, przynajmniej atrakcyjniejsze od tych w burdelach niższej ligi. To, co odróżnia agencję towarzyską od night clubu, to podejście do seksu. W agencjach, rozmowa, czy taniec (przy róże, lub jakkolwiek), ograniczone są do minimum. Ma to być, tylko grzecznościowy wstęp, żeby tylko iść na górę. W night clubach jest inaczej. Cała zabawa polega na tym, że dziewczyny tańczą, ładnie, powabnie i profesjonalnie. Zagadują, namawiają na drinki, pokazują cycki. Kiedy jeleń, ogłupiony cyckami i drinkami, staje się niczym plastelina, dziewczyna składa propozycję. Pokój dla VIPów. Z reguły, taki jeleń, bywał w podobnych przybytkach i VIP pokój, kojarzy tylko z jednym. Z posuwaniem. Kładzie kasę na ladę i chodu, do góry. A tu, niemiła niespodzianka. Bardzo często okazuje się, że w pokoju dochodzi do tańca (tylko?!). Tak, tylko. Jeleń się awanturuje, ochrona reaguje i mamy niemiłą sytuację, gdzie nie wiadomo, kto tak naprawdę winien. Dziewczyna, twierdzi, że tylko zmysłowo opisała, jak wykona taniec, klient, twierdzi, że liczył chociaż na lodzika. Awantura, szkoda gadać. Oczywiście, to nie jest reguła, są dziewczyny w takich klubach, które  dadzą, ale za wielokrotność stawki, jak obowiązuje.

Taką rozrywką dla bogatszych, na miarę night clubu, ale nieco bardziej kameralną są call girl, świadczące usługi na wysokim poziomie. Kilka lat temu, w prasie pojawił się artykuł, gdzie dziennikarze starali się dociec, co oznacza ten nowy, w branży termin. Przypuszczali, że to po prostu kolejny, ugrzeczniony synonim słowa „kurwa”. Tak jednak nie jest. Dziewczyny na telefon (oczywiście, z burdelu też można zamówić lalkę na telefon, ale to nie to samo), to dziewczyny z czołówki. Bardzo atrakcyjne, mające zadatki na modelki. Zgrabne, jeśli nie posiadają wykształcenia formalnego, to nadrabiają osobowością i życiowym doświadczeniem. Jednym słowem towarzystwo takiej kobiety, to sama przyjemność. Gustowna, jej bielizna, to coś ekskluzywnego, nie fatałaszek kupiony na straganie, powabna. Cechą charakterystyczną call girl jest to, że raczej nie umawia się na numerki, czyli godzinkę, dwie. Raczej noc lub wieczór plus noc.

Oczywiście to nie wszystkie gatunki i rodzaje pań do towarzystwa. Jest jeszcze cały przemysł seksualny. Sex shopy, peep showy, gdzie za mniejszą lub większą kwotę można skorzystać z kabiny life. Nie zapominajmy o hotelowych kurwach lub cichodajkach. Nie zapomniałem o sponsoringu, który w pewnym filmie został nieco przeinaczony. Gimnazjalistki chodzące po galeriach handlowych i proponujące loda za spodnie, to ewenement, margines. O wiele bardziej rozpowszechnione są relacje, które można nazwać układem (bez podtekstów politycznych). Starszy albo dobrze sytuowany facet jest w relacji (bo raczej związkiem tego nie można nazwać) z kobietą, którą obsypuje podarkami. Mogą to być drobne kwoty albo coś innego. Kolega, pracujący w salonie jednej z sieci komórkowej opowiadał mi, jak przyszła do niego pewna dziewczyna mniej więcej w wieku dwudziestu lat, z facetem pod pięćdziesiątkę.

Najpierw rozmowa z laseczką. Wypytała mnie o telefony, abonamenty. Co będzie miała i za ile. Popatrzyła na w miarę drogi telefon i pyta mnie w jakim abonamencie będzie tak do dwóch stów. Wszystko jej wyjaśniłem. Jak już obejrzała telefon, to mówi, że ok i kiwa na faceta, który stał przed salonem. Wchodzi i nic nie mówi. Nie wiedziałem, o co chodzi, to proszę laskę o dowód. A ta odpowiada, że nie na nią będzie umowa, pytam na kogo. Trzy sekundy kłopotliwego milczenia i pada odpowiedź: na wujka. Patrzę, więc na faceta. Kolejne pięć sekund kłopotliwego milczenia, w końcu młoda warczy: „daj dowód.” I facet zrozumiał, że jest wujkiem….

 Bardziej zaawansowaną formą sponsoringu jest instytucja utrzymanki. To relacja podobna do relacji rodzic – dziecko, gdzie jedna ze stron przejmuje rolę rodzica, w stu procentach finansując tę drugą stronę. Ta druga strona, niczym dziecko, w stu procentach opiera swoje (finansowe) jestestwo, na ekonomiczny rodzicu. Nie muszę dodawać, że od układu rodzicielskiego odróżnia się to jednym szczegółem – rżnięciem.

Legendy, legendy, legendy

Tu, w tym i tak na wpół tajemnym świecie również krążą legendy. Nie będę opowiadał bajek rodem z filmów pt. „Hostel”, bo z czymś takim się nie spotkałem. W środowisku Szwagrów, krąży jednak legenda o domku pod miastem. To zwyczajny dom. Nie ma tam zarejestrowanej działalności. Wtajemniczeni wiedzą. Dostać się tam można tylko poprzez kogoś. W domku tym żyją kobiety. Każda o urodzie modelki bądź aktorki i figurze instruktorki fitness. Obok walorów fizycznych, każda posiada wykształcenie i nie mówimy tu o kursie dla pielęgniarek (nie ujmując pielęgniarkom), ale o gruntownym, uniwersyteckim wykształceniu, które poparte jest wiedzą i obyciem. Towarzystwo takich kobiet można sobie kupić. Na weekend, na jeden event, na tydzień wakacji lub ferii. Zasady są proste. Płacimy wynagrodzenie dzienne (słyszałem o stawkach powyżej średniej krajowej – mam na myśli miesięczne zarobki) oprócz tego, musowo trzeba zabrać taką dziewczynę na zakupy: kreacja, biżuteria, czy perfumy, to dodatek, bonus.

Czy tak jest, czy nie, trudno powiedzieć, nigdy tam nie byłem, ale o tym słyszałem. I jako Wasz oddany kronikarz z burdelowa, o tym piszę.

W pogoni za Amorem

Walentynki, dzień zakochanych, dzień kiedy dajemy wyraz swoim uczuciom. W postaci kwiatów, kartek, smsów i wielu innych. Są też tacy, którzy nie dostaną chociaż jednej wlane tynki albo nie mają komu jej podarować, czy też wysłać. Ci z reguły, choć przybierają pokerowy wyraz twarzy i głośno twierdzą, że nie potrzebują takich „świąt”, to sami sobie przyrzekają, że za rok będą mieli z kim pójść do kina.

W większości przypadków kogoś więcej niż znajomego poznaje się w szkole, w pracy, w gronie przyjaciół. Są jeszcze miejsca, które mają ułatwić towarzyskie manewry: kluby, puby, knajpy i kawiarnie.  Mimo tych wszystkich możliwości, są tacy, którzy szukają jeszcze innych dróg do serca potencjalnego ukochanego bądź ukochanej. I właśnie te alternatywy postanowiłem sprawdzić.

Profesjonalizm i tradycja

   Biuro matrymonialne, to pewien archaizm.  Kilkanaście lat temu, przed nastaniem ery Internetu tego typu instytucje były nieco bardziej rozpowszechnione. Właściwie obok kącików towarzyskich w czasopismach, był to jedyny sposób  na zawarcie znajomości drogą niekonwencjonalną. Biura matrymonialne były, ale czy są nadal? Z biegiem czasu, rozwój portali randkowych w znacznym stopniu wyeliminował tradycyjne biura. Dziś nie ma śladu po takich instytucjach. Nie znaczy to jednak, że tego typu działalność zniknęła na dobre. Pozostały te największe. – Kiedyś mieliśmy filie w każdym regionie kraju. Dziś z przyczyn ekonomicznych ograniczyliśmy siedziby do dwóch miast: Ustki i Warszawy – mówi pan Henryk, przedstawiciel jednego z biur matrymonialnych o ogólnopolskim zasięgu. – Działalność prowadzimy w całym kraju, tu ułatwieniem jest Internet, który jest pierwszym kontaktem − kontynuuje.  Wchodząc na stronę internetową biura widzimy możliwość wybrania płci, przedziału wiekowego oraz regionu. To nie wszystkie, resztę ofert oraz pełne profile osób z regionu można dostać po zalogowaniu się i co ważniejsze po wniesieniu opłaty członkowskiej. Ta może być różna: od 350 PLN do 200 euro, zależy, jaki wariant wybierzemy. W zamian mamy dostęp do bazy danych z kraju i zza granicy. – Po wniesieniu opłaty i uzupełnieniu swoich danych, klient określa kogo szuka, chodzi o wiek, region albo promień w jakim chce szukać, ewentualnie jakieś inne preferencje. My wtedy pomagamy szukać i wysyłamy dokumentacje z profilami osób, które mogą pana lub panią zainteresować. Przesyłka dostarczona jest emailem lub listem poleconym. Na kopercie nic nie wskazuje, że to korespondencja pochodząca z biura matrymonialnego. Gwarantujemy pełną anonimowość – mówi pan Henryk. Na pytanie o cenę opłaty członkowskiej przedstawiciel biura odpowiada: − Z definicji nasze biuro jest skierowane do osób poważnych. Kwota jest wysoka, to prawda, ale to pozwala nam oddzielić ludzi poważnych, którzy naprawdę kogoś szukają, od nieodpowiedzialnych ludzi szukających tylko przygody. Tacy częściej zakładają profile na różnych portalach internetowych. Ponadto zawsze staramy się weryfikować osoby, które się do nas zgłaszają, jeśli zdarzają się oszuści, bo tacy też się zdarzają, to natychmiast eliminujemy ich z bazy danych.  Pytam, o jakich oszustów konkretnie chodzi. – Przede wszystkim pilnujemy, żeby w profilu takiej osoby była prawda, jeśli dochodzą do nas sygnały, że coś się nie zgadza z informacjami, które są wpisane, prosimy o natychmiastowe wyjaśnienie. Zdarzało się, że ktoś pisał, że jest wolony, a w rzeczywistości miał żonę, albo miała męża. Z czymś takim walczymy. Wszystko zależy, jaki kaliber ma kłamstwo, jeśli pani odejmie sobie 3 kilogramy podając wagę, a pan doda sobie 3 centymetry w rubryce wzrost, to można wybaczyć – tłumaczy profesjonalny swat. Wydawać by się mogło, że czaty i portale randkowe są konkurencją dla tego typu działalności. Jednak okazuje się, że nie do końca tak jest.

– Na rynku jesteśmy od ponad dziesięciu lat. Możemy pochwalić się sukcesami w tej materii. Są pary, dziś małżeństwa, które poznały się dzięki nam. Nie jestem przekonany, czy powstałe w Internecie portale zagrażają nam. Chyba swoją działalność kierujemy do innej grupy osób. Oni stawiają na ilość założonych kont, my na jakość. Oczywiście nie gwarantujemy nikomu małżeństwa, czy związku, bo jak podkreślam, my tylko pomagamy szukać. Co z tą znajomością zrobią nasi klienci, to już ich sprawa – wyjaśnia p. Henryk. Jak twierdzi mój rozmówca większość ludzi jest zadowolona, bo prędzej, czy później znajduje sobie kogoś przez biuro. Ciekawostką jest fakt, że na tego typu krok nie decydują się wyłącznie ludzie starsi. Najliczniejszą grupą jest grupa 30 – 40 lat. – Zdecydowanie więcej młodszych jest pań.  Panowie decydują się na naszą pomoc po trzydziestce, najczęściej przed czterdziestką. Natomiast panie wcześniej myślą o tych sprawach. Najmłodsze w naszej bazie mają dwadzieścia cztery lata. Pracują, albo są na ostatnim roku studiów. Z reguły jest tak, że nie znalazły nikogo przez okres studiów ani w swoim środowisku zawodowym, to na wszelki wypadek zgłaszają się do nas. To oczywiście nie przesądza sprawy, z reguły tacy młodzi ludzi po kilku miesiącach rezygnują z naszych usług, bo znaleźli sobie kogoś.

Wirtualny @mor

  Następcami biur matrymonialnych stały się czaty oraz portale społecznościowe i randkowe. Największy boom  dawno minął i niektórych portali już nie ma, a pokoje czatów świecą pustakami, ale można jeszcze kogoś poznać w wirtualnym świecie. Wchodzę na czat regionalny. Około siedemdziesięciu  osób. Rozpoczynam korespondencję.

MalaMI okazuje się być maturzystką, której rodzice każą siedzieć i się uczyć, przez co ograniczają wyjścia. Jej zemsta jest słodka, zamiast się uczyć klika na czacie. Marta06 pracuje w jednym z urzędów, czat to forma relaksu, nie traktuje go poważnie. Po kilku minutach, to do mnie piszą obcy: Mark24 pyta, czy jestem bi, czy homo? Nie nawiązuję korespondencji. Ładna/Słodka za doładowanie konta w telefonie komórkowym oferuje pokaz na skypie. Zaznacza, że widać wszystko i mogę wydawać polecenia. Czat jednak nie był dobrym pomysłem, zamykam okno czym prędzej.

  Zakładam profil na jednym z najstarszych portali randkowych.  Kiedy wpisuję cechy poszukiwanej przeze mnie osoby (wiek, miasto) wyskakuje mi kilkadziesiąt profili. Przeglądam poszczególne strony. Członków tej społeczności można podzielić na trzy grupy:

-ludzi stanu wolnego, klikających z nudów i w formie zabawy, ale nie wykluczających poznania kogoś

-ludzi wolnych, ale starających za wszelką cenę zmienić istniejący stan, chociażby za pomocą sieci.

Ostania grupa składa się z ludzi „z przeszłością” i „po przejściach” dla których Internet ma być źródłem drugiej towarzyskiej lub miłosnej szansy. Wiedziony ciekawością nawiązuję kontakt.

Pierwszą osobą jest Angel, trzydziestopięcioletnia właścicielka sympatycznego uśmiechu. Rozwiedziona. Jak zaznacza w profilu, nie szuka przygód, a w ludziach szuka inteligencji, odwagi i szczerości. Jak pisze, portalu nie traktuje w stu procentach na poważnie, ale liczy, że może kogoś znajdzie.

Inaczej swoją obecność na portalu widzi Nadzieja. Ma dwadzieścia jeden lat, pasjonuje się fotografią, jak sama mówi nie jest do końca przekonana, co do tej formy znajomości. Portal traktuje bardziej jako społecznościowy niż randkowy i nie jest na nim szczególnie aktywna. Poznała kilku wirtualnych znajomych, ale znajomość ogranicza do portalu, jak twierdzi, nie widzi powodu zawierania bliższej znajomości.

Dla Ani Internet to sposób na znalezienie wymarzonego faceta, wymarzonego, czyli wysokiego i takiego, który co dzień będzie kochał mocniej i mocniej, z którym będzie „nadawać na tych samych falach”. Grażyna48 to rozwódka, po rozpadzie małżeństwa postanowiła iść z duchem czasu i w sieci poszukać kolejnej uczuciowej przystani. Jak twierdzi, mało jest miejsc, gdzie ludzie w jej wieku mogliby wyjść pobawić się i poznać. Poza tym portal, to duża oszczędność czasu. Kilka korespondencji i wiadomo, czy dalsza znajomość ma sens, czy nie. Niestety portal zawiódł jej oczekiwania. Jak sama mówi początkowo wyglądało to zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o facetów, to uważa, że nie ma w sieci facetów szukających normalnych relacji: − Większość szuka tu seksu, bo nie stać ich na prostytutki – pisze.

Wszelka działalność mająca na celu kojarzenie par zawsze będzie budzić różne emocje. Dla jednych to wyraz nieporadności w pewnej płaszczyźnie życia, dla drugich coś normalnego – znak czasów. Po części jedni i drudzy mają rację. – Ludzie zakładają konta na takich portalach, bo jest deficyt fajnych facetów, a taki portal zawsze daje nadzieję – mówi Agata, studentka  na trzeciego roku inżynierii środowiska. Nie do końca zgadza się z nią Przemek, przyszły inżynier budownictwa: − Kiedyś się bawiłem w takie wirtualne randki, ale dałem spokój, jednak najlepiej jest wyjść do ludzi. W necie, nigdy nie wiadomo, z kim się klika.