Gruba blondyna

Zawsze pod powłoką imprezowego lifestylu, gdzieś na samiutkim dnie duszy pozostałem romantykiem. Nieporadnym, chłopcem, marzącym o wielkim uczuciu. Uczuciu na dobre i na złe. Moja eksploracja i celebracja mrocznej, jak i pociągającej krainy – burdelowo, była jakby innym uniwersum.

 Nigdy nie odkryłem, czy moje obsesyjne pragnienie Dagny, było gorącym, niczym wulkaniczna lawa uczuciem, czy raczej obsesją, schorzeniem, które chłodna ocena psychologii zakwalifikowałaby jako objaw psychpatologiczny ICD ileś tam.

           Ten epizod też zaczął się od balangi. Wóda, znajomi, jakieś lachony. Standardowy akademicki wieczór. Było świetnie, dobra zabawa, uśmiechnięci ludzie, nieco obskurne ściany akademickiego klubu, nadawały klimat. Było kilka dobrych godzin po północy, kiedy każdy poszedł spać, zmorzony ciężkim imprezowym etatem.

Będąc jednym ze Szwagrów, a uważam, że na takie miano zasłużyłem, kontrolowałem na bieżąco Stronę i ogłoszenia. Zawsze, moją uwagę przykuwało jedno. Ogłaszała się jako „pulchna blondynka”. Nie jestem wielbicielem „aż tak” pulchnych kobiet. Faktem, jednak jest, że pewien odsetek grubasek jest pociągający. Jest, kilka procent kobiet z nadwagą, które mają śliczną twarz, nieziemskie cycki, bądź cokolwiek innego. Stawiam pół pensji, że każdy, kiedyś, czy to w pracy, czy to w szkole, spotkał taką dziewczynę. Dziewczynę, która, byłaby super dobra, gdyby, „nie ta monstrualna dupa”, gdyby, „nie te biodra, szerokości SUVa”, mnożyć można takie przykłady. Intrygowała mnie ta diva. Zdjęcia, tajemnicze, nic nie ukazujące, lakoniczne ogłoszenie. Moje myśli krążąc, po przeżartej burdelowem mózgownicy, układały się w jedno zdanie: muszę w niej być.

         Po przebudzeniu, jeszcze lekko podchmielony, pomyślałem właśnie o niej. Być może się powtarzam, ale seks na kacu, ma swój urok. A co do uroku, to jest on wiele większy, z płatną divą, niż z przysłowiową „normalną dziewczyną”. Nie bujam, tak jest, przetestowałem oba warianty.

Przetarłem, zaspane oczy. Była końcówka kwietnia albo początek maja. Piękny czas. Dla studentów, nie ma piękniejszego czasu. Każdy, nawet najbardziej opieszały student zaliczył braki z sesji zimowej, a do letniej pozostają długie tygodnie. Świat wydawał się nie mieć szarych barw. Nie brałem prysznica, umyłem tylko zęby i jeszcze, nieco chwiejnym krokiem poszedłem na spacer. Słońce. Słońce, to rzecz magiczna. Nie dziwię się ludom pierwotnym, że wyznawali bóstwa solarne. Słońce, to nie tylko promyk, jasno i ciepło. Jest coś tak magicznego w słonecznej pogodzie, że nie da się tego uchwycić. Czasami, jeden promień słońca, któremu uda się przebić przez chmury, potrafi dać nadzieję, tchnąć w nas optymizm i „zapewnić”, że będzie dobrze.

Tak było dziś. Krok za korkiem, szedłem w stronę dobrego humoru, ciepła, ludzi i dobrego samopoczucia. Nieco osłabiony, z bolącą głową, ale wciąż szukający. Szedłem bez celu, do głowy przyszła mi niewinna myśl, że przecież, jeszcze nie zadzwoniłem do divy, która sama siebie określała, jako „pulchną blondynkę”. To też była część rytuału. Usłyszeć głos. W dobie coraz doskonalszego obrazu, porzuciliśmy zmysł słuchu, tak jakby stracił na ważności. Tym czasem sto procent przyjemności, to działanie na wszystkie zmysły. Burdelowo, w pewnym sensie tak właśnie działało, na wszystkie zmysły. Ten pierwszy krok, wykonanie telefonu do dziwki. Rozmowa. To nauczyło mnie korzystać ze słuchu. Niczym perwersyjna muzyczna szkoła.  Wyobraźnia podpowiadała, co może mnie czekać za bramą tej krainy. Kiedy słyszałem głos divy w słuchawce, zamierałem. Starałem się uchwycić każdą, nawet najmniejszą zmianę uczuć w jej głosie. W pewnym momencie, nabrałem niebywałej wprawy w tym, jeśli mogę użyć tego zwrotu, rzemiośle. Głos zdradzał wiele. Ile czasu pracuje w branży, jaki ma charakter, czy warto zostawiać tam pieniądze.

Po kilku minutach rozmowy, miałem w głowie obraz „pulchnej blondynki”. Nie było w tym obrazie nic, co by mnie zadziwiło lub zaskoczyło. Mimo wszystko, jakaś niewidzialna siła kierowała mnie w kierunku głosu z słuchawki. Nie przeszkadzało mi to, że przyjmowała na drugim końcu miasta.  Zatrzymując się w spożywczych sieciówkach, wzmacniałem organizm ananasowymi jogurtami i napojami izotonicznymi. Przystanek, czy dwa jechałem autobusem, i znów patrząc mętnym spojrzeniem, oblany majowym słońcem parłem naprzód. Szedłem krok za krokiem, ulica za ulicą. Myśli, niczym magnetofon odtwarzały wydarzenia wczorajszej nocy. Było kilka ładnych dziewczyn. Przypomniałem sobie obraz Marty. Szczupłej dziewczyny, z włosami ufarbowanymi, w kolorze ciemnobrązowym. Była roześmiana, sympatyczna i zadziorna z charakteru. Zaraz, zaraz. Alarm! Wspomnienie jej śmiechu, odpaliło alarmową lampkę w mojej głowie. Dlaczego? Siadam na ławce, w cieniu, pod kilkupiętrowym blokiem. Muszę odpocząć i pomyśleć. Chwila zastanowienia. No tak. Wszystko ułożyło się w logiczną całość. Kiedy wszyscy dotarli do momentu, gdy moc jest na wyczerpaniu i trzeba kończyć imprezę piłem piwo (ostatnie) z Martą. Śmiała się, było wesoło i wtedy uznałem, że będzie jeszcze weselej, gdy powiem jej: „masz bardzo sympatyczny uśmiech, chciałbym się na niego spuścić.” Kurwa. Ja to powiedziałem? Nie, nie powiedziałem. Z fragmentów wspomnień staram się stworzyć jeden, choćby krótki film. Nic z tego

Rozwódki vs stare panny

Blogerka ….. poruszyła temat, który bardzo mnie zaintrygował. Otóż zastanawia się, kto wypada lepiej w lidze towarzyskiej: rozwódki, czy tzw. Stare Panny?

Jak sama przyznaje, jako rozwódka, niekiedy odnosi wrażenie, że jest traktowana jako trędowata, lub używając modnego określenia: ktoś gorszego sortu. Jednocześnie jest zdania, że status rozwodnika facetom w ogóle nie przeszkadza.

Zastanówmy się.

Zacząłbym od tego, że zbiór kobiet, który możemy umownie nazwać singielkami, zawiera pewne podzbiory:

– singielki z odzysku: rozwódki, wdowy i wszystkie kobiety, które są po poważnych związkach

– singielki, czyli wolne kobiety, które nie związały się z nikim, bo wierzą w Miłość, robią karierę, lubią urozmaicony seks z różnymi partnerami lub z jakiegokolwiek innego powodu, ich sprawa

– stare panny, kobiety, które nie znalazły nikogo, bo są dziwne.

Pozwolę sobie na małe wtrącenie. Na studiach podyplomowych miałem w grupie trzy kobiety, które miały dwie cechy wspólne. Były „pod czterdziestkę” i były same. Jak grupa oceniła, te trzy kobiety, to dwie stare panny i jedna singielka. Różnice były zasadnicze. Singielka uśmiechnięta, nie robiąca sobie nic ze swojego stanu, potrafiąca porozmawiać na każdy temat. Dwie pozostałe: dziwolągi, chcące naprawić świat, które wszystko wiedzą lepiej. A już najlepiej znają się na związkach.

I teraz zasadnicza sprawa, jak, my faceci, patrzymy na zbiór singielek. Przede wszystkim, dziś nie ma znaczenia, aż takiego, czy kobieta jest wolna, bo coś nie wyszło w poprzednim związku, czy jest sama, bo jakoś nie starczyło czasu na związek. Powiem więcej. Jeśli patrzymy na rozwódkę, to sprawa jasna: coś „nie pyknęło” w związku i już. Ale, jeśli obiektem jest kobieta wolna, w pewnym wieku i w dodatku atrakcyjna, to sprawa się komplikuje. W głowie pojawia się pytanie: skoro jest atrakcyjna, inteligentna i tak dalej, to dlaczego jest sama? CO Z NIĄ NIE TAK? Tak tak, droga ROZWÓDKO, stare panny wcale nie stoją wyżej w rankingu od rozwódek.

Ewentualne skierowanie wzroku na starą pannę może być pewną pozostałością po czasach ludzi pierwotnych. W pewnym sensie to terytorium jeszcze nie zdobyte, ale nie traktowałbym tego zbyt poważnie , ot niegroźna symbolika.

Autorka porusza również sprawę kobiet, nie tylko z bagażem doświadczeń, ale również z pociechą lub pociechami. Czy takie kobiety mają gorzej? Powiem tak, jeśli odpowiedzialny facet jest zainteresowany kobietą, która do układu wnosi dziecko, to musi sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Po pierwsze relacje z nieswoim dzieckiem są relacjami znaczenie trudniejszymi niż z własnym potomkiem i, tak uważam, wypracować partnerskie relacje, to sztuka. Nie wiem, czy na ten przykład, ja bym potrafił. Kolejna sprawa, to ekonomia, nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mówię do kobiety: „twoje dziecko, twoja sprawa”, dlatego trzeba sobie jasno powiedzieć pracująca para dorosłych ludzi to jedno, a para z dzieckiem, to nieco inna bajka. Powtórzę, odpowiedzialny facet, dwa razy pomyśli, zanim zdecyduje się na taki układ. Jeśli uzna, że nie da rady, to należy docenić to, że potrafił przyznać się do własnej słabości. Nie musi to oznaczać, że nie chce: „kobiety z dzieckiem”.

Kolejna sprawa, to kwestia poradzenia sobie z sytuacją po rozwodzie. Naprawdę, to nie jest tak, że społeczeństwo tylko kobiety rozlicza z rozgrywek towarzyskich. I tylko na kobiety działa presja czasu. Uwierzcie, drogie panie, że my faceci też jesteśmy pod obstrzałem. Ja sam na progu trzydziestki kilkukrotnie usłyszałem pytanie: co ze mną nie tak? Co ciekawe usłyszałem też możliwe odpowiedzi. Oto co ciekawsze przypuszczenia niektórych znajomych:

– prawdopodobnie gej

-impotent albo onanista

-maminsynek, który nigdy nie wyszedł spod skrzydeł mamusi

-wieczne dziecko, niezdolne do dorosłej relacji

-towarzyski niedorozwój

Jak widzicie, nikomu nie jest łatwo. Co do sytuacji porozwodowej, mój dobry kolega borykał się z tym problemem. W końcu znalazł damę serca, która na pytanie, czy nie przeszkadza jej, że jest po rozwodzie, odpowiedziała: „każdy zasługuje na miłość i drugą szansę”.

I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć.

W krainie Burdelowo cz. II

Większość facetów swój burdelowy debiut zalicza między dwudziestką, a trzydziestką. Są nieliczni, którzy rozpoczynają wcześniej, do tej grupy należy autor niniejszej publikacji, ale to temat na inny wpis. Typowy facet, debiutuje przy okazji pijackiej imprezy, która się niebezpiecznie przeciągnęła albo któryś z jego kolegów żegna się z kawalerskim życiem. Później w okolicach czterdziestki, delegacja albo zwyczajne znużenie „starą” pcha nieszczęsnego faceta w opary płatnych doznań. Gdzieś, w okolicach starości z wolna kończy się przygoda z burdelowem.

Ale jest też inny scenariusz. Pierwszy raz idzie się z ciekawości, drugi, żeby sprawdzić, czy będzie tak, jak za pierwszym, kolejny, bo jest okazja (a raczej okazją jest brak okazji) i kolejny i pięćdziesiąty i setny. Z czasem tylko po głowie błądzą resztki wspomnień.

Katia

Kłótnia z Emilią.Wychodzę.

To był czas „ruskich” w burdelowie. Krótki telefon. No jasne, ten system nigdy nie zawodzi. Słyszę cudny, wschodni akcent. Kwestia dwudziestu minut i jestem na ulicy. Tu czeka mnie mała niespodzianka. Nigdzie nie mogę znaleźć ulicy. Dzwonię po raz kolejny. Słyszę, żeby obok urzędu przejść obok szlabanu i zauważę blok. Tak robię. Coś niesamowitego. Cała ulica  ukryta przed ciekawskimi. Gdybym był alfonsem i miał dużo siana, wykupiłbym cały blok i zrobił z niego gigantyczny burdel. Dzwonię, w słuchawce słyszę numer mieszkania. Drzwi obite boazerią, to zaskakujące. Raczej przyjęło się, że mieszkania pod dziwki, nie szokują standardem, a tu jednak. Drzwi otwierają się. W przedpokoju widzę blondynkę, tuż po trzydziestce. Uśmiechnięta, w zwiewnej, fioletowo-czarnej haleczce. Zaprasza mnie do pokoju. Małe mieszkanko, klimat, jak nie z burdelowa. Po szybkim prysznicu idę do pokoju uciech. Za chwilę przychodzi blondyneczka. Mówi, że ma na imię Katia. Hmm może ma, może nie. Mało istotne, bardzo miła. Oboje lądujemy na łóżku. Jej ciało, smukłe, o przyjemnej w dotyku skórze staje się enklawą, gdzie zapominam o niepowodzeniach dnia. Jej piersi, nie za duże, nie za małe duże, lekko obwisłe jabłka. Lekkie poddanie się grawitacji, zapewne związane z wiekiem, czynią z tych cudownych krągłości gigantyczny, erotyczny wabik. Sutek znalazł się w moich ustach, jej dłonie nie pozostają dłużne. Delikatne drapanie moich ud powoduje, że jeszcze więcej krwi znajduje się w penisie. Moje usta wędrują, z piersi, w stronę szyi. Łapię ją za pośladki, dwie gładkie półkule oszałamiają mnie. Zespoleni w uścisku, obsypujemy się pieszczotami. Wszystko odbywa się naturalnie. Jej usta zaczynają obejmować pulsującego fiuta, dłonie w tym czasie, sprawnie masują uda. Jest niesamowicie przyjemnie. Wyciągam się niczym struna od gitary i delikatnie pomrukuję. Nie pamiętam, kiedy tak się odprężyłem u dziwki. Kiedy mój kutas został oblizany, wylizany, i wyssany wprost koncertowo, nastała zmiana ról. Rosjanka leży, z rozłożonymi nogami, które lekko ugięła w kolanach. Ja zataczam kręgi po jej wargach, obsypuję pocałunkami jej uda, tuż przy zgięciu. Moja ręka gładzi jej podbrzusze, wyczuwam lekki zarost, pozostałość, po goleniu maszynką. Rozchylam wargi i koncentruje się na łechtaczce. Nie wiem, ile to trwa, ale po dwóch dreszczach, które wstrząsnęły ciałem dziwki, delikatnie wsuwam palec, jest obwicie wilgotna, po chwili dołączam kolejny i jeszcze jeden. Tyle wystarczy -  słyszę. Poruszam dosyć szybko palcami. Słyszę kolejne pojękiwania. Wygina się. Mam świadomość, że prostytutki, to mistrzynie w oszukiwaniu facetów, te najlepsze, potrafią wykreować takie przedstawienie, że każdy facet wychodzi spełniony w stu procentach, niczym seksualny heros. Zawsze mnie jednak interesowało, czy można doprowadzić dziwkę do wrzenia, a w końcu do orgazmu. W pierwszych latach burdelowa to, miedzy innymi było moim celem. Później zobojętniałem. Dziś na nowo to poczułem. Po solidnej lekcji francuskiego, condom ląduje na kindybale. I rozpoczyna się jazda. Klasycznie, wolno, szybko, wolno i znów szybko. Wychodzę z niej i przechodzę za jej plecy. Rozumiemy się bez słów, unosi nogę wchodzę. Później na jeźdźca. Ujeżdża mnie niczym nastolatka, żeby za chwilę, w sposób dostojny, niczym hrabianka z dziewiętnastowiecznej powieści delikatnie unosić się na moim korzeniu. Kończę od tyłu. Oboje patrzymy na siebie z uśmiechem. Chwila miłej rozmowy. Wychodzę.

W mieszkaniu, chwila rozmowy z Emilą. Pogodziliśmy się. Położyliśmy się po dwudziestej pierwszej. Pieprzyliśmy się całą noc. Do białego rana. Tak, jakbyśmy oboje chcieli wypieprzyć cały syf z naszego związku. Nie wiem, co mnie tak cholernie kręciło, chyba to, że czułem bliski koniec tego związku. Nie myliłem się. Niecały miesiąc później zrezygnowaliśmy ze wspólnego mieszkania i wspólnych planów na przyszłość.

Rosjanek ciąg dalszy.

Po zakończeniu związku z Emilią, miałem mocne postanowienie, żadnych głębszych relacji. Bez komplikacji, bez nadmiernych emocji. Zamieszkałem u znajomych. To był dosyć nerwowy czas, to znaczy ja w tamtym okresie czasu byłem nerwowy. Wystarczyła jedna głupia uwaga i byłem nabuzowany. Niestety pomieszkiwałem u znajomych, dlatego musiałem hamować złość. Wentylem było burdelowo.

Siadłem w samochód, i jeżdżąc po mieście wybrałem numer. A właściwie ktoś go wybrał za mnie, po prostu. Samo się zrobiło. Zanim się spostrzegłem już pukałem do drzwi. Otwarła kobieta ze wschodnim akcentem. Wysoka, przed trzydziestką, nawet zgrabna. Wystarczyło skrzyżowanie spojrzeń i już wiedziałem, że nie polubimy się. Spytałem co ma w repertuarze. Chciałem w dupkę, jakoś tak uznałem, że anal pozwoli złapać mi oddech. Warknęła, że nie. Pozostało na seksie. Chciała od razu przejść do rzeczy, ja odparłem, że jeszcze nie. Chwilę ugniatałem jej cycki, które niczym się nie wyróżniały, ale były odpowiednie. Widząc zniecierpliwienie na jej twarzy, celowo to przedłużyłem. Kiedy założyła kalosza, chciała od tyłu. Przez lata, wiele rozmawiałem z dziwkami i można powiedzieć, że znam dziwkarskie strategie. Jedną z nich jest strategia na „odpierdol się”, którą można tak scharakteryzować: „poruchaj i spadaj”. Dziwka nadstawia szparę, w sposób tak zlewczy, że facet musi zrozumieć, że jest nie mile widziany. Według relacji jednej z dam mojego…fiuta, takie podejście ma niemal magiczną moc. Znacznej części facetów odechciewa się seksu albo miękną. Ja jednak byłem za bardzo obyty na tych salonach. Powiedziałem, że chcę od przodu. Zgodziła się. Kiedy w nią wszedłem, oboje doświadczyliśmy czegoś, co można nazwać niechętnym seksem. Ona patrzyła na mnie z niechęcią, ja na nią również, a mimo wszystko właśnie odbywaliśmy akt miłosny, jak powiedzieliby romantycy. Porąbane. Wyszedłem bez słowa.

Kolejna niedziela

Dotarło do mnie, że mój tryb życia, w ostatnich latach był troszkę wykolejony. Zaczęło do mnie docierać..no właśnie co? Głupota postępowania, żal za grzechy, strach? Spojrzałem na Stronę, przeczytałem kilka ogłoszeń. Swoje zrobiłem – powiedziałem sam do siebie. – Dosyć. Tak po prostu. W tym miejscu miało się to skończyć.  Odetchnąłem z ulgą. Było już ciemno. Jesienny wieczór nastrajał do przemyśleń. Byłem przed półmetkiem studiów. Poza uczelnią, również odebrałem edukację. Nie wiem, czy ktokolwiek inny, z moich znajomych tak mocno spenetrował ten mroczny i upajający świat. Pomyślałem o Kamilu. Znawca trawy i sposobów palenia. Pokazał mi ze cztery sposoby palenia trawy, o których nie widziałem. Autorytet w tym temacie. Kiedy ostatnim razem robiliśmy zrzutę na imprezę, Kamil zaproponował kupno za całą kwotę zielska i wypalenie go, w ramach imprezy. Kapitan Planeta uznał wtedy, że Kamil żyje w swojej rzeczywistości. Im dłużej chodziłem, tym więcej myśli kłębiło się mi w głowie. Czy ja też zacząłem żyć w swojej własnej rzeczywistości?              Powrót do mieszkania nieco nie wyciszył.  Mocno postanowiłem skończyć z tym. Nigdy więcej dziwek i tego świata. Swoje zdziałałem w tym temacie. Wystarczy. Siedząc przed komputerem, jeszcze raz popatrzyłem na Stronę, na Forum. Mimo chorej rzeczywistości, w pewien sposób zżyłem się z tymi Nickami na Forum. W końcu to Szwagrowie. No cóż, wystarczy. Usunąłem zakładki wraz z hasłami.

W niedziele, kiedy się ocknąłem, wciągałem spodnie. Sam nie wiem jak tu trafiłem. Na łóżku siedziała trzydziestokilkuletnia szatynka. Ładna, szczupła. Miała zastanawiająco inteligentny wyraz twarzy. Seks był zwyczajny, przyjemny. Pożegnałem się i wyszedłem. Kiedy ziemne powietrze wywietrzyło mi odór burdelowa zadałem sobie pytanie, co się stało. Ile warte jest moje postanowienie? Nie wiedziałem, jak to rozumieć. Czyżbym z wyznawcy Erosa i poszukiwacza zaginionej szpary, przepoczwarzył się w niewolnika cipy? Powoli, niczym walec drogowy, z takim ciężarem, zaczęła przygniatać mnie myśl, że coś wymknęło się spod kontroli i to coś, będzie bardzo trudno opanować.

W labiryncie burdelowa cz. I

Cała niecodzienność płatnego seksu przestała istnieć. Stała się częścią codziennego życia. Jak papierosy, jak piwo, jak lektura porannej prasy. Po prostu. Burdelowo stało się częścią mnie, ja częścią burdelowa. Po każdej albo prawie każdej wizycie siadałem na Forum i pisałem. Opinie, recenzje, przestrogi. Dzieliłem  się doświadczeniem i przeżyciami. Nie byłem już anonimowym klikaczem, stałem się częścią społeczności.

Na forum pojawił się wpis. Alfowie* rzucili ruskie dziwki.

Masza

Tak ją nazwałem. Był jesienny wieczór, sam nie wiem, jaki miesiąc, jaki rok. Miałem iść na mecz. To były czasy, kiedy kibicowało się koszykarzom, siatkarkom, każdemu. Naszym. Umówiony byłem z chłopakami, mieliśmy się spotkać pół godziny przed meczem. Piwko, może dwa i na mecz. Wiadomość o nowych obiektach przyćmiła jednak wszystko. Miałem zamiar iść na mecz, ale przed meczem musiałem zahaczyć o jeszcze jedno miejsce.

Scenariusz znany do bólu. Strona, Forum, numer komórki. Od hali sportowej dzieliło mnie nie więcej niż pięćset metrów. Moja droga na mecz wyniosła trzy kilometry. Numer telefonu, który posiadałem w kieszeni palił. Wiedziałem, że wykorzystam go, nie mogło być inaczej. W słuchawce usłyszałem adres. Nigdy tam nie byłem, coś nowego. Zabawa z lat harcerskich wciąż sprawiała radość. Poszukiwanie bloku z numerem, który usłyszałem. Nigdy mnie to nie znudziło, ani nie zmęczyło. Szarówka szybko zamieniła się w wieczór. Po ciemku, coraz trudniej dostrzec numer. Jest. Znalazłem ulicę. O cholera! Jestem o kilkanaście numerów za daleko. Zaczyna być chłodno. Kurtka, którą nosiłem od końcówki sierpnia, już nie chroni przed zimnem. Pojawia się myśl: może zrezygnować? Wziąć taksówkę, jechać do chłopaków na mecz. Nie. Zdecydowanie nie. Jeszcze tylko pięć numerów. Skoro tyle już zainwestowałem, nie można zrezygnować. Pewnie hazardzista, przy stole o suknie w kolorze ciemnej zielni myśli to samo. Skoro tyle przegrałem, tj. zainwestowałem, to trzeba grać do końca. W końcu, kto gra grubo, wygrać musi. Metr, za metrem, posuwam się do przodu. Dotarłem. Pięciopiętrowy blok wzdłuż ulicy. Szara bryła w pomarańczowych barwach ulicznych latarni. Chciałbym napisać, że wyglądało ponuro, strasznie. Nie wyglądało. Gdzieś tam, na tej ulicy, zrozumiałem, że dzień nie jest dla takich jak ja. Taka pora, taka sceneria, to coś, na co się zdecydowałem. Dobrze się tam czułem, . Wyglądało to wszystko banalnie. Banalnie, podobnie, jak szukanie odpowiedniej klatki. Dociśnięcie, palcem przycisku domofonu, odliczenie odpowiedniej kwoty, na klatce schodowej. Banał.

W drzwiach, przywitała mnie ciemnowłosa kobieta tuż po trzydziestce. Sympatyczna, z rosyjskim akcentem, który dodawał jej uroku. Kiedy zaprosiła mnie do pokoju, ujrzałem segment, bardzo podobny, jaki miała moja babcia. Nie wiem, dlaczego o tym akurat pomyślałem, jakoś tak wyszło. Dałem jej pieniądze, zdążyłem dowiedzieć się, że ma na imię Masza i zaraz wróci, tylko się odświeży. Kiedy powoli zacząłem się rozbierać, głęboko odetchnąłem. Ta chwila oczekiwania. To czekanie, w tym obcym pokoju, gdzie wszystko jest obce, na najbardziej intymny akt, jaki może zaistnieć między ludźmi. Co więcej, po tym jak wyjdę, najprawdopodobniej nigdy tu nie wrócę. Totalna obojętność, w połączeniu z czymś tak intymnym jak seks, nie może być normalna. Może nie było to normalne, ale cholernie wciągające. Jakie to jest zajebiste – pomyślałem. Po trzech minutach wróciła moja dzisiejsza szparka. Owinięta marchewkowym ręcznikiem. Podeszła, rozścieliła prześcieradło na łóżku. Posłała mi ciepły uśmiech i zdjęła ręcznik. Oboje podeszliśmy do łóżka. Bez słowa, zacząłem całować jej szyję, moje ręce błądziły po jej ciele. Gładkim, miłym, niepozbawionym zmysłowych krągłości. Pojęcie MILF nie zostało wymyślone bez kozery. Kiedy moje usta zbliżają się do jej cycków, kładzie się na łóżku. Zachowujemy się, jak para kochanków. Jej ręka przyjemnie drażni moje genitalia. Delikatnie przygryzam sutek, głaszcząc ręką jej udo. Kiedy moja ręka znalazła się w niewielkim zagajniku na jej łonie, delikatnie poruszyła się. Zagłębiam rękę w między jej wargi. Środkowy palec, kieruję w dół.

– Paluszki niet. – Słyszę. Przperaszający uśmiech i przyjemne głaskanie po klatce i brzuchu ma mi wynagrodzić – jak rozumiem – postawioną granicę. Przerywamy pieszczoty. Klękam przy jej głowie. Sztywny fiut, sam się prosi o opiekę jej ust. Masza unosi się na łokciu i zaczyna obrabiać. Spokojnie, odnoszę wrażenie, że robi to z sercem. Gładzę ją po boku. Patrzę na jej ciało. Z pewnością nie jest oszałamiającą pięknością, ale nie jest też nieatrakcyjna. Pewnie nie dałoby się przejść na ulicy, nie zwracając na nią uwagi. Ładna, tak jest ładna. Ten przymiotnik, najlepiej opisuję tę ruską druciarę. Odsuwam się, lodzik jest przyjemny, ale ja lubię cipkę, zwłaszcza wschodnią, takiej jeszcze nie próbowałem. Mówię jej, żeby rozłożyła nogi, bo chcę ją wylizać. Rozkłada nogi. Kiedy moja głowa znajduje się między jej udami, słyszę znowu: „paluszkiem niet”. Przez dobrych kilka minut wylizuję jej cipkę. W końcu proszę, żeby założyła gumę. Wchodzę spokojnie, klasycznie. Nasze ciała współpracują równomiernie. Dla kogoś z boku moglibyśmy wyglądać niczym para kochanków. Ja widzę różnicę. Widzę różnicę w jej oczach, są nieobecne. Jej usta, lekko uśmiechnięte, ale oczami jest daleko. Proszę, żeby się odwróciła. Biorę ją od tyłu, też spokojnie. Dopiero po kilku minutach przyspieszam. Dochodzę. Delikatnie wychodzę. Dostaję nawilżoną chusteczkę. Znamy oboje procedury w tym biznesie.

Kiedy jestem już na ulicy. Wszystko wygląda tak samo, ale jednak inaczej. Kolor bijący z ulicznych lamp jest bardziej żywy. Powietrze bardziej rześkie. Niczym wampir, nasyciwszy żądzę, zupełnie inaczej odbieram bodźce ze świata. Na mecz docieram spóźniony.

Ewa, to banał. Kiedyś zdecydowałem się dorobić na budowie, w wakacje. I z nudów wykręciłem numer. Kiedy dotarłem po pracy, pod wskazany adres, w drzwiach ukazała się farbowana blondynka w okularach. Nie pamiętam nawet seksu, wiem tylko, że odwiedziłem ją kilka razy. Po prostu, nic innego nie miałem pomysłu na inne zajęcie.

Brunetka

Nie wiem jak miała na imię. Była jedną z pierwszych, jeśli tak można powiedzieć. Szczupła, ciemnowłosa. Rysy twarzy zdradzały, że jest kobietą z charakterem. Niewielkie cycki, z gatunków tych, które od zawsze są lekko oklapnięte. Lubiłem atmosferę, jaka panowała podczas spotkań. Kiedy po raz pierwszy tam trafiłem, byłem pobudzony tym alternatywnym światem płatnych doznań. Kiedy otworzyła mi drzwi, zaprosiła do środka, byłem lekko zdenerwowany. Zawsze typ szczupłych kobiet, o zaciętym wyrazie twarzy budził we mnie pewną obawę. Jednak seks, wypłukał ze mnie obawy. Kiedy wyszedłem z łazienki, owinięty ręcznikiem, poprosiła, żebym usiadł i poczekał. Wtedy jeszcze nie potrafiłem rozpoznać tego cudownego napięcia, kiedy słyszałem za ścianą strumienie wody. Właściwie, cały czas byłem napięty. Wtedy. Wróciła owinięta ręcznikiem. Jej miejscem pracy była kanapa. Była pierwszą, dziwką, która jawnie przyznawała się, że lubi palce w cipce. Była swobodna i sprawiała wrażenie szczerej. Była typem kumpeli i to było czymś, co w tym świecie spotyka się baaardzo rzadko. Kiedyś podczas naszego seansu, kiedy już doszedłem, zadzwonił telefon. Ale nie ten na stoliku, służbowy. Drugi, w torebce, prywatny. Odebrała. Jak gdyby nigdy nic, rozmawiała o prezencie dla ojca. Siedziałem blisko niej. Ręką przejechałem po udzie i zanurkowałem w jej szparce. Rozłożyła szerzej nogi. Kiedy skończyła rozmowę, dowiedziałem się, że rozmawiała z siostrą, odnośnie prezentu urodzinowego dla ojca. Jeszcze raz powtórzyliśmy miłe rypanko. Odniosłem wrażenie, że lubi moje wizyty.

Zofia

To zdjęcie zaintrygowało mnie odkąd spojrzałem na nie pierwszy raz. Widać było, że zrobił je profesjonalista. Kobieta, która pozowała, również nie sprawiała wrażenia nowicjuszki. Bielizna – gustowna, nieco w stylu retro, pobudzająca moje zmysły. Włosy, długie rozpuszczone, w dokładnie zaplanowanym nieładzie, jakby prosto od fryzjera. Gra światłem, tak dobrana, aby twarz pozostawała niewidoczna, ale całość wydawała się zapraszać, kusić. I perły. Sznur pereł, na szyi, w dłoni, w ustach. Musiałem, po prostu musiałem wiedzieć, kto kryje się za tymi  fotografiami.

 

Mały przestój w firmie, problemy z dopięciem kolejnego zlecenia. W zaistniałej sytuacji, dzień wolny – żaden problem. Dzień wolny bez żadnego powodu. Dzień na złapanie oddechu, dzień na zmarnowanie, dzień na burdelowo.

Poranna toaleta i śniadanie. Dzień jest szaro-bury, trudno określić porę roku. Nie muszę włączać strony, numer mam w telefonie. Tak, jakbym to planował, może planowałem. Nie wiem. Dzwonię. W słuchawce słyszę miły głos, głos, należący do damy. A posiada go kurwa. To intryguje mnie jeszcze bardziej. Ustalamy cenę spotkania i czas. Za pół godziny. To wystarczy żebym dojechał na osiedle nad rzeką.

Powietrze ma specyficzny zapach. To pewnie od wody, która płynie trzysta metrów dalej. Kiedyś było to osiedle robotnicze, teraz mieszka tu drugie pokolenie. Rzadko tu bywałem. W pewnym sensie ta część miasta jest dla mnie tajemnicza. Ciśnienie zaczyna się podnosić. Szukam bloku z numerem, który usłyszałem w słuchawce. Ten element, to bez  wątpienia element gry wstępnej. Jest! Wyciągam telefon dzwonię. Łapię oddech. To już za parę minut kolejna biała plama krainy Burdelowo zostanie odkryta. Słyszę numer  mieszkania. Powoli zmierzam do klatki kilkupiętrowego bloku. Jestem podniecony. W powietrzu czuję zapach cipki. Niemożliwe? A jednak. Dzwonię, wciskając przycisk domofonu. Drzwi zostają otwarte. Mieszkanie znajduje się na pierwszym piętrze. Pukam. Słyszę chrzęst zamka w drzwiach. Uchylone drzwi, to zaproszenie. Wchodzę, to co spotykam wprawia mnie w osłupienie. Boazeria na ścianach przedpokoju każe mi przypuszczać, że mieszkanie zostało wykończone we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Całe mieszkanie wydaje się być nieco przykurzone. Pasuje do gospodyni, bo oto patrzę na kobietę „pod pięćdziesiątkę, albo po pięćdziesiątce. Jest stara i brzydka. Zaprasza mnie do małej klitki  z rozklekotanym wyrem. Żaluzje w oknach są tak ustawione, że do pokoju wpada minimalna ilość światła. Pyta, czy chcę skorzystać z łazienki i na ile zostaję. Patrzę na nią podczas tej wymiany zdań. Pierwszą myślą jest grzecznie podziękować i opuścić mieszkanie. Jednak rządzi mną mechanizm psychologiczny. Sięgam po pieniądze, jednak zostaje. Gdzieś w tej brzydocie i życiowym zmęczeniu dostrzegam pierwiastek kobiety ze zdjęcia. Włosy te same, z naturalną tendencją do skręcania się. Kiedyś pewnie były totalnym wabikiem na facetów. Dziś stanową relikt czasów świetności. Wskazuje mi łóżko i sama wychodzi. Jest uprzejma, dystyngowana. Zdecydowanie różni się od wszystkich prostytutek, z jakimi miałem styczność. Ale nie jest atrakcyjna.

Tu nie ma żadnej filozofii, my faceci jesteśmy nieskomplikowani. Albo ktoś na nas działa albo nie. Oczywiście bywają dylematy towarzyskie: ktoś nas pociąga fizycznie, ale odpycha intelektualnie, ktoś inny wzbudza podziw intelektualnie, ale odpycha fizycznie, ktoś trzeci przyciąga niczym magnes ciepłym charakterem.

Ale jesteśmy w krainie Burdelowo. Tu nie ma komplikacji. Wszystko jest proste, chodzi tylko o wzwód. Wzwód, którego nie mam, dlaczego więc zostałem?

Wchodzi Zofia, ma na sobie szlafrok. Moja gospodyni przygotowuje łóżko. Ja rozbieram się.

– Chodź, połóż się – słyszę.

Leżę, patrzę w sufit. Zaczynam wątpić, czy cokolwiek z tego będzie. Jej dłoń delikatnie gładzi moje uda i podbrzusze. Ma zaskakująco delikatny dotyk. Ciekawe. Podobno w przygniatającej większości jesteśmy wzrokowcami. To, co przyjemne dla oka, przyjemne i dla nas. Doznania kinestetyczne również są silne, o czym świadczy powolne wypełnianie się krwią mojego penisa. Dłoń starej, zwiotczałej prostytutki raz po raz, niby nieśmiało zahacza o fiuta i jaja. Biorę głęboki oddech. Rozluźniam się. Dziwka nie przestaje gładzić moich ud, nieco częściej zahaczając o jaja. Kutas zaczyna się budzić. Cóż za fascynująca sprzeczność. To co widzę napawa mnie obrzydzeniem, to co czuję przyprawia o erekcję. Pieszczoty koncentrują się na wewnętrznej stronie ud. Jest przyjemnie. Sięgam po zwiotczałą pierś. Jest jak wymięty papier. Cofam rękę. Palce przesuwają się po jajach, kierują się w stronę fiuta. Na wpół rozbudzony kutas znajduje się w ciepłych, starych ustach. Muszę się dostymulować. Ręką, w rzadkich włosach między udami szukam wejścia do szparki. Jest. Wsuwam dwa palce. Wnętrze starej cipy jest przyjemne. To jedyna przestrzeń, którą mógłbym pomylić. Wsuwam palce głębiej.

– Delikatnie. – Mówi z uśmiechem stara kobieta.

Kutas od kilku minut stoi. Zofia z profesjonalnym zaangażowaniem obrabia mój maszt. Czuję coś w rodzaju niesmaku. Chcę to jak najszybciej zakończyć.

-Możesz założyć. – Mówię i w mgnieniu na moim Wacku znajduje się fioletowa prezerwatywa. Pada pytanie jak, od tyłu, czy klasycznie. Klasycznie. Klękam przed rozchylonymi nogami, patrzę na stare, zwiotczałe, sterane swoją profesją, kurwskie ciało. Wchodzę. Sprężyście, szybko i mocno. Dymam intensywnie, byle jak najszybciej dojść. Żałosną scenerię dopełnia skrzypiące łóżko. Dochodzę. Wycieram chuja w chusteczkę. Ubieram się, wychodzę. Idę przed siebie. Jestem niczym pusty dzban.

Fisting

Wiosna zaczęła wydzierać zimie coraz więcej czasu. Ja również zacząłem wychodzić z zimowego letargu. Nie żebym zastygł w zimowym półśnie, ale…

Po kilku latach w świecie burdeli miałem swój stały schemat. Za dnia chłopak Karoliny od nas z wydziału. A w chwilach wolnych: szpetna „przedczterdziestka” na gniewne ruchanie – żeby odreagować. Pozytywny seks dawała Ola, otwarta i towarzyska. Bywały też miejsca na awaryjne ciupcianie. Kręciłem się w kółko. Nawet na Stronę i Forum wchodziłem sporadycznie (jeśli ktoś nie wie co to jest Strona i Forum, odsyłam do wcześniejszych wpisów). Trzeba z tym skończyć – pomyślałem.

Wchodzę na Stronę. Kilka zdjęć, opisów, cenników. Niewiele się zmieniło. Znalazłem. Ogłoszenie bez rewelacji, fotki też. Jedno słowo w ogłoszeniu działało magnetycznie: fisting. Jeśli poczytać kobiece i męskie pisma, można się dowiedzieć, że to „be” i na całym świecie tylko kilka gwiazdek porno się na to zdecydowało. Tak naprawdę, to nie jest takie „be”, a ilość dziewczyn dających się spenetrować dłonią z pewnością przekracza kilka. Problemem jest znalezienie pojemnej pochwy. – To dziwka, z pewnością ma rozjechaną. –Swego rodzaju etykietowanie, zazwyczaj błędne, doskwiera większości facetów. To jednak temat, na osobne przemyślenie.

Idąc do windy, wykonuję pierwsze połączenie. Cena – przystępna, adres blisko, pytam, czy rzeczywiście jest fisting – jest. To dodaje mi skrzydeł. Nie czekam na windę, biegnę schodami. Powietrze jest zimowo-wiosenne, specyficzne.

STOP! Właśnie Was okłamałem. Nie pamiętam, jakie było powietrze, nie pamiętam jaką drogą szedłem i o czym myślałem.

Oto, co pamiętam.

Pięciopiętrowy blok niedaleko akademików. Środkowa klatka. Spokojna okolica. Dzwonię po raz drugi, słyszę numer mieszkania. Naciskam domofon, drzwi się otwierają, wchodzę do klatki. Wyjmuję pieniądze, odliczoną kwotę przekładam do kieszeni kurtki. Taką mam zasadę, nie wyjmuję portfela w kurwidołkach. Wchodzę na drugie piętro. Pukam. Drzwi otwierają się. Scenariusz jest banalny i oklepany. Zastanawiam się, czy warto pisać. Mieszkanie to typowy burdelik w M3. Wchodzimy do najbliższego pokoju. Rozłożona wersalka pozostawia niewiele miejsca. Standardowe pytania: na ile zostaje, czy biorę prysznic. Nie biorę – w końcu jestem po później, porannej toalecie. Diva bierze pieniądze i wychodzi.  Słyszę wodę w łazience. Po pięciu minutach wchodzi, owinięta ręcznikiem w kolorze bordowym, który przypomina spódniczkę. Otwiera szafę i wyjmuje prześcieradło, które rozściela na łóżku. Ja rozbieram się i patrzę na nią. Około czterdziestki, nie jest gruba, raczej tęgawa, duże cyce i czarne włosy (na głowie). Może być. Odczuwam coś w rodzaju zadowolenia, że tu trafiłem.

Wchodzimy razem na łóżko. Moje ręce i usta kierują się w stronę jej piersi. Ręka obejmuje jedną, a usta ogarniają brodawkę drugiej. Język chaotycznie tańczy z jej sutkiem. Jej ręka kieruje się do moich jaj. Po chwili koncentruje się na sterczącym kiju. Kładę się na wznak, a jej głowa przenosi się w stronę mojego krocza. Zaczyna obciągać. Odprężające uczucie.

– Chciałbym spróbować fistingu – mówię.

– Dobrze – diva kładzie się na łóżku i rozchyla nogi.

Jej cipa jest wygolona, spora. Zaczynam masować wargi i okolice łechtaczki, która chowa się pod fałdami skóry. Nie wiem dlaczego, ale mam ochotę ją polizać. Nie powinno się lizać cipek należących do prostytutek ze względów higieniczno-estetycznych, ale co tam. Zaczynam coś, co przypomina minetę. Jej cipka jest bez zapachu, smak ma neutralny. Wsuwam palec, po chwili drugi. Jak na ten wiek i profesję całkiem ciasno. Mija kilka chwil. Zwilżam jej otworek sporą dawką śliny i dokładam trzeci palec. Posuwając w przód i tył, robię z palców piramidkę i dokładam czwarty. To znacznie ogranicza ruchy, jest za ciasna. To już moja Karolina, a ściślej, jej cipka jest pojemniejsza. Dziwka może i jest otwarta na propozycje, ale nie ma warunków.

– Możesz założyć – mówię do niej przyjmując pozycję siedząco-klęczącą. Czterdziestka zakłada gumę. Pyta jak będziemy się pieprzyć. Mówię, że klasycznie. Biorę jej nogi do góry, „na pagony”. Wchodzę, zaczynam posuwać. Kilka minut zdrowego rypania. Spuszczam się. W chwili orgazmu przychodzi mi na myśl, że trzeba się wybić z letargu. Znów zanurzyć się w ten cudowny świat. Świat burdeli, nieskończonej ilości cipek, dup i cycków.

Skoro ten epizod dał mi tyle euforii, to, co czeka mnie za rogiem?

Ubieram się i wychodzę. Odnajduje osiedlowy sklepik. Kupuję papierosy i napój. Czas ruszyć do przodu.

Rozmowa z dziwką przy kawie

Dzień za dniem i kolejny dzień. Tygodnie mijają. Wszystko toczy się bez jakiegokolwiek urozmaicenia. Jestem znudzony. Strona, Forum, to też zaczęło być nudne, wciąż takie samo. Sporadycznie odwiedzam Stronę, z nadzieją, że coś mnie poruszy, cokolwiek da haj, który nie odstępował mnie na początku tej mrocznej przygody.

Kubek gorącej herbaty z miodem. Chłodne przedpołudnie, które mija na pracy w domu. Szkic nowego projektu sprzedażowego. Niby wszystko mam głowie, wystarczy zrobić prezentację, ale jakoś nie mogę wydobyć pomysłu z głowy. Może Strona mnie pobudzi. Większość fotek znam, z ogłoszeniami jest tak samo.

Błękitny sznur (chyba do wspinaczki) i skrępowana nim kobieta. Tego tu z pewnością nie było. Klikam. Zaciekawienie wypełnia moje ciało. Kobieta po „trzydziestce” w rubryce „wiek” wpisane trzydzieści sześć. – Czyli czterdziestka – mówię sam do siebie. Nie prowadzę statystyk, ale ponad połowa div na Stronie to przedział 35+. To kwestia hormonów, a może takie pokolenie? Nie wiem. Przeglądam fotki w galerii. Finezyjne więzy i wyuzdane pozy. Na kolejnej fotce cipka, a raczej dorodna cipa i spinacze do bielizny poprzypinane do warg. Ta fotka mnie ożywia. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak mnie zainteresował profil którejś z div. Cały profil mocno w stylu BDSM.

Wszystko, co dzieje się od momentu ujrzenia ekstatycznej fotki to czysta formalność. Telefon sam ląduje w dłoni. Kciuk sam wybiera cyfry na wyświetlaczu. Słyszę głos w słuchawce. Krótka i treściwa rozmowa. Umawiamy się za pół godziny. Dopytuję, czy wszystko, co proponuje na profilu jest w cenie. Jest.

Nie pamiętam trasy. Jestem przy pięciopiętrowym bloku, który znajduje się w szeregu takich samych, niczym nie wyróżniających się klocków. Druga klatka od parkingu, piętro też drugie.

Kolejna mała dygresja. Większość, przygniatająca większość mieszkaniówek z dziwkami, to mieszkania na pierwszym albo drugim piętrze. Nie mam pojęcia skąd takie akurat lokalizacje. Domyślam się jedynie, że chodzi o częstotliwość odwiedzających gości. Im wyżej, tym więcej ludzi zaczęłoby zadawać pytania. Wiadomo pytania pozostawione bez odpowiedzi rodzą kolejne pytania, a zaraz później domysły. To zdecydowanie w tej branży niebezpieczne.

Domofon, otwarcie drzwi od klatki i już pukam do drzwi na drugim piętrze. Otwierają się. W przedpokoju, delikatnie za drzwiami stoi diva. Strzelam, że ma około trzydziestu dziewięciu lat. Bladoróżowa bluzka i letnia sukienka nie sprzyjają porze roku. Wchodzę do pokoju. Mieszkanie zajeżdża PRL-em. Krótka wymiana zdań. Na ile i za ile. Diva jest sympatyczna i uśmiechnięta. Odnoszę wrażenie, że nasze spotkanie traktuje z przymrużeniem oka, z pewną rutyną. Jest w niej jednak coś, co rzuca się w oczy. Emanuje pewną rubasznością w połączeniu z lubieżnością. No, ale nie może być inaczej, skoro bawi się w takie klimaty jak na zdjęciach, to musi być lubieżna. Scenariusz spotkania jest tak oklepany, że nie warto go roztrząsać. Kasa do ręki, dostaję ręcznik i idę do łazienki. Szybki prysznic, a raczej opłukanie korzenia i powrót. Na uwagę zasługuję moment, kiedy czekam, a dziwka przygotowuje się do spotkania (myje się). Tego nie da się z niczym porównać. To rytuał, celebracja. Palacze trawy skręcenie blunta traktują jako taki rytuał, zwolennicy białego proszku podobne podejście mają do zrobienia ścieżki. Podobno dla alkoholików otwarcie butelki i charakterystyczne dźwięk zerwania zakrętki też jest pewnym uroczystym etapem. Dla mnie, wielbiciela dziwek moment oczekiwania jest upajający.

Wchodzi. Naga, bez skrepowania. Podchodzi do mnie.

– Posuń się – oboje znajdujemy się na łóżku. Jest tęgawa, z dużymi cyckami. Fryzurka nieco przystrzyżona, ale bujna. Fachowo chwyta mnie za jaja, chwile się nimi bawi i zaczyna delikatnie brandzlować. Mam ochotę na jej cycki, ale jakoś nic nie robię. Delektuję się fachowością jej dłoni. Jest dobrze. Po kilku minutach brandzlowania pada pytanie:

– To co, od lodzika zaczynamy?

– Mhm. – Tylko na tyle mnie stać. Leżę na wznak i patrzę na farbowane blond włosy. Głowa porusza się góra-dół. W porównaniu do brandzlowania, obciąganko wypada mizernie. Kilka chwil leżę. W końcu nabieram ochoty na jej cipę.

– Chodź, połóż się. – Mówię. Już za chwilę pozycje odwracają się. Dziwka leży na wznak, a ja klęczę między jej nogami. Nie, nie chcę jej wylizać, chcę sprawdzić, jak pojemna jest. Wsuwam trzy palce, tak jak myślałem nawet luźna. Pytam o spinacze, niestety nie ma. Szkoda. O linę nie pytam, bo to niekoniecznie mój klimat. Poruszam trzema palcami. Dziwka porusza odpowiednio biodrami. Na jej twarzy nie dostrzegam większych emocji. Zmieniamy pozycję. Klęczę przy jej boku. Jedna ręka wciąż buszuje w szparce, druga ściska sporego cycka. Blond kurwa nie pozostaje dłużna. Fachowo brandzluje. Powoli oboje wpadamy w trans wspólnej zabawy. Nawet nie wiem kiedy, ma fiucie znajduje się guma.

No i zaczynamy. Najpierw po bożemu. Jak stare, dobre małżeństwo. Rytmicznie się w niej poruszam. Dogniatam cycki torsem, miłe uczucie. Po kilku minutach unoszę jej prawą nogę i zginam w biodrze i kolanie. Dalej posuwam opierając się na jednej ręce. Czuję się jak Evan Stone. Zaraz następuje zmiana: nogi szeroko, nogi na pagonach, nogi zadarte do góry. Czuję się jak dziecko na placu zabawa. Od tyłu, z boku, z powrotem od tyłu. Nacierając od tyłu mocno pcham, podniecenie narsta, ale jeszcze nie czas na spust.

– Teraz, może anal? – Sam nie wiem, czy spytałem, czy oznajmiłem. Raczej nie jestem dominujący, zawsze moje polecenia dla dziwek przypominają nieśmiałą prośbę.

– Jak chcesz od tyłu, czy od przodu? – Pada rzeczowe pytanie.

– Od przodu. – To przemyślana strategia. Zbyt wydatne pośladki, czy duża dupa powodują, że pączek jest ukryty i trudno w niego trafić. W ogóle, na anal nadają się niewielkie tyłeczki, umiejętnie wypięte powodują szał z podniecenia. Tu jest inaczej, więc lepiej będzie wejść w jej dupę od przodu. Dziwka przekręca się na plecy, ja poprawiam kalosza na chuju.

– Misiek, ale skończ w dupce, albo zmień gumkę, nie wkładaj go z powrotem do cipki.

Zasady BHP, rozumiem. Unoszę jej nogi i patrzę na jej anus. Bez większych problemów wkładam fiuta. Zaczynam popychać. Niby nieco inaczej, ale da się odczuć, że dupę też ma wyrobioną. Posuwam nieco szybciej. Kciuk wkładam do cipki. Przez cieką ściankę wyczuwam penisa. Dociskam głębiej kciuk, a ruchy kutasa w dupie przybierają na sile. Orgazm jest schematyczny i dający się przewidzieć. To tyle. Ciśnienie opada. Prezerwatywa otulona papierowym ręcznikiem ląduje w koszu. Wycieram kutasa i ubieram się. Dziwka wkłada bluzkę owija się ręcznikiem.

– Mogę zapalić, czy czas się skończył? – Pytam.

– Zapal, nikt nie liczy czasu, pracuję sama dla siebie. Zresztą też zapalę.

Palimy, rozmawiając. Pytam co znaczy, że pracuje sama dla siebie. Opowiada mi jak ten biznes funkcjonuje. Okazuje się, że jest kurwą wędrowniczką. Szwagrowie o takich piszą na Forum, kiedy jeden anons pojawia się z biegiem czasu w innych miastach.  – Ja pracuję już długo, bardzo długo. Sama wychowuję córkę. N ie. Nie patrz tak na mnie, nie uraczę cię chujową historyjką. Mam mieszkanie i samochód. Odłożone na starość też co nieco mazm. Teraz tylko, żebym na mieszkanie dla córki odłożyła i jakiś samochód. I wystarczy. Tak, na wszystko zarobiłam własną dupą. – Jej spojrzenie  zawisa w powietrzu. Kolejny papieros.

– Zrobię kawy, chcesz? I tak nikt nie dzwoni, to możemy pogadać.

Jestem zdziwiony propozycją, ale zgadzam się. Nie wiem, dlaczego, może ja też już uległem rutynie w tej branży. Złamałem jedną z generalnych zasad postępowania w burdelowie – napiłem się kawy z nieznanego źródła.

Rozmawialiśmy jeszcze blisko godzinę. O jej pracy, o dziewczynach, które pracują. O życiu poza burdelowem. Jej relacje były bez magii, bez odrobiny czegoś tajemniczego. Bardziej przypominały sprawozdanie korespondenta.

– Nie wierz w to, co piszą gazety. Mam na myśli zmuszanie dziewczyn do kurestwa. Każda wie, w co, i świadomie się w to pakuje. Pamiętasz, kiedyś dużo było programów o oszukańczych. wyjazdach za granicę, a później zmuszaniu do pracy w burdelach. Każda wiedziała, po co jedzie. Nie spasowały warunki albo kasa i pochlała się w menadżerami, więc później zgrywa taka jedna z drugą bidulki porwane przez bandziorów.

Pytam, czy jest za legalizacją prostytucji. Śmieje się.

– Cały biznes jest dobrze zorganizowany i legalizacja nic w nim nie zmieni. Wszystko zostanie tak samo. Dobrze jest jak jest. Ci, co powinni, trzymają na tym łapę i jest spokój. Widziałem parę mieszkań, gdzie laski same się rządziły. To był dopiero burdel. Okradanie klientów, syf, a weź….Jeśli ktoś trzyma ten biznes w ryzach, jest lepiej również dla was – klientów. W końcu to też usługi.

Nic mi nie było po tej kawie. Seks, jak to seks za kasę: Lodzik, w cipę, w dupę i wytrysk. Ale rozmowa przy kawie, długo została w mojej pamięci.

Ruda czyni cuda, cz. II

Dresy i lazurowa, nieco za krótka bluzeczka sprawiają miłe wrażenie. Jest nieco przy kości. Ma sympatyczny uśmiech i włosy w kolorze rudym, z odcieniem rubinowego. Duże cycki naciągają materiał lazurowej bluzki. Kutas powoli, leniwie rozciąga materiał w moich majtkach. Widok sympatycznej kurwy ożywił mnie. Jednak nie popadłem w całkowite odrętwienie. Dostaję ręcznik, idę pod prysznic, a raczej tylko opłukać Wacława. Idę do pokoju. Czekam na divę. Oczekiwanie na płatny seks przyjemnie podnieca. Gdy patrzę na okna, które wychodzą na podwórze, wchodzi moja kurewka, owinięta ręcznikiem. Ściąga ręcznik, który owijał jej pulchne ciało i rzuca go na krzesło. Naga, luźno i bez skrępowania podchodzi. Ja zdążyłem, odwiesić swój ręcznik chwilę wcześniej.  Kładę się na łóżku. Jest typem pieszczocha, można to wyczytać z jej twarzy. Nie pyta biznesowo od czego zacząć. Sama dochodzi do wniosku, że przed seksem wskazane są pieszczoty. Jej ciało z lekką nadwyżką tkanki tłuszczowej idealnie nadaje się do pieszczot. Skóra gładka w normie, jeszcze nie dopadła ją choroba zawodowa. Cycki duże, delikatne, obfite. Są świetne, nie wiem, czy idealne, ale świetne. Przez głowę przemyka mi myśl: czy można którekolwiek cycki określić mianem ideału? Jest pewna prawidłowość. Dziewięćdziesiąt procent cycków na rynku towarzyskim jest super. Mogą być lekko obwisłe, za małe, kształt może być nieco odbiegający od ideału. Widziałem bardzo niewiele cycków, które byłyby nieładne lub odpychające, większość to prawdziwe dary natury.

Łapczywie wkładam sutek z brodawką do ust. Lekko ściskam pierś. Druga ręka wędruje od łona do piersi. Moje palce kreślą abstrakcyjne wzorki, na jej nieco zbyt pokaźnym, ale wciąż miłym brzuchu. Leżymy obok siebie. Ręce dziwki nie pozostają dłużne. Uda, brzuch, ta droga, staje się traktem, po którym podążają jej dłonie. . Zna fach. Większość prostytutek pieszczoty koncentruje na brzuchu i udach – to sprawdzony sposób, szybko można przejść do fiuta. Patrzę na jej twarz, wydaje się być znajoma. Czyżbym już ją kiedyś odwiedził? Tyle tego było, że faktycznie mogłem zapomnieć i zaliczam replay. Delikatnie zaczyna brandzlować. To jest to. Moja ręka również zjawia się między jej udami. Wygolona, mięsista cipka. Zapowiada się ciekawie. Wsuwam dwa palce, wyjmuję i całą ręką piszczę rozkoszną cipkę. Przesuwam rękę i środkowy palec wsadzam w dupkę.

– Mmymy – Rudowłosa kręci przecząco głową

– Zakładamy? – Ruda patrzy tępawo. Skinąłem głową. Patrzę na jej ręce. Fachowo odrywa kawałek folii i wyciąga gumę. Po chwili mój druh odziany w pelerynę znajduje się w apetycznej kurwie. Leży na placach z szeroko rozłożonymi, uniesionymi nogami. Lubię tę pozycję – wszystko odkryte. Posuwam powoli, ręką gładzę po udach, to znów łapię za cycka. Cycki miarowo się unoszą w takt mojego dobijania do jej łona. Dziwna sprawa – nie odczuwam żadnego majestatycznego stanu. Przywieram do niej całym ciałem, może bliskość będzie drogą do orgazmu. Nie wiem, ile to trwa. Zwykła kopulacja, już wiem, że tak się nie spuszczę. Zresztą, kiedy nastawię się na buszowanie po dwóch dziurkach ciężko skupić się na jednej.

– To może w pupę? – Pytam delikatnie.

– Jak chcesz. – Ruda uśmiecha się, a ja z niej wychodzę. Ku mojemu zdziwieniu dalej leży.

– Odwróć się.

– O nie, misiek. Rozerwałbyś mnie. Muszę cię mieć na oku. – Uśmiecha się i podkurcza nogi, kolana gniotą duże cycki. Dwa palce zbliża do ust i pokaźną porcję śliny zbliża do anusa. Kiedy już sama się nawilżyła klęcząc przed nią biorę kutasa do reki i pocieram cipkę. Schodzę niżej i przyciskam do pączka. Delikatny opór anusa i jestem w dziwkarskiej dupie.

– Tylko delikatnie i powoli. – Rudzielec upomina mnie, wciąż się uśmiechając. Dobijam powoli do końca. Przód – tył. Powoli, systematycznie. Lubię anal, z kilku powodów: po pierwsze mam świadomość, że przeleciałem samicę na wskroś, w każdą możliwą dziurę. Po drugie, nie spotkałem jeszcze kobiety, dziewczyny, czy kurwy, którą dupe miałaby luźniejszą od pizdy. Choć podobno takie istnieją. Jedną ręką obejmuję udo, drugą gładzę ją po brzuchu. Przesuwam dłoń w kierunku łona. Kciukiem bawię się łechtaczką, w końcu wsuwam kciuk do cipki. Patrzę na twarz divy – bez większych emocji. Niedługo dojdę, łapię za oba uda i przyspieszam. Orgazm po prostu przychodzi. Czuję pulsowanie swojego bata. Skończyłem. Wyciągam sztywnego wała z dupy. Ostrożnie, żeby gumka się nie zsunęła. Kiedy wyciągam całą pytę, dostrzegam na końcu gumki, czyli na końcówce fiuta brązową maź. Nie dowierzam. W ułamku sekundy, no może po dwóch sekundach, cały pokój utonął w odorze ludzkiego gówna. No tak. Jeszcze pięć minut temu narzekałem na brak doznań, teraz jest ich pod dostatkiem. Jak można się nie wysrać i proponować anal. Diva jest mocno zakłopotana, ściąga osranego gumiaka i zawija w chusteczkę. Nie patrząc mi w oczy podaje drugą. Oboje wiemy, co zaszło, ale udajemy,  że nie było sytuacji. Kurwa podchodzi do okna.

– Otworzę, bo gorąco.

Gorąco, kurwa. Śmierdząco, nie gorąco. Nic się nie odzywam. Idę do łazienki. Biorę żel pod prysznic i sporą dawką myję penisa. Jakbym nie miał gumy, to musiałbym chuja w wodzie kolońskiej moczyć. Wracam do pokoju. Czym prędzej się ubieram. Idę do drzwi, diva mnie odprowadza. Da się wyczuć, że chce się mnie jak najszybciej. Rozumiem i nie mam nic przeciwko. Szybkie „cześć”. Drzwi zamykają się. Szybko wychodzę z klatki. Wychodzę z podwórza, znów mijam dziesiątki ludzi, znów nic nie czuję. Oprócz odoru gówna.

Ruda czyni cuda, czyli gówno na kutasie cz. 1

Moja edukacja, z każdym dniem była zbliżała się do końca. Koniec studiów. Zleciało. Umowa wynajmu stancji skończyła się. Każdy poszedł w swoją stronę. Co teraz robić? Nie wiem. Zamieszkałem u Przema. Sierpień, gorący sierpień. Udawałem,że szukam pracy i wykorzystywałem ostatnią szansę na przyssanie się do sakiewki rodziców. Przemo, po wyprowadzce ze stancji został kolesiem od rachunkowości w dużym koncernie przemysłowym. Dodatkowo dalekie kuzynostwo zaproponowało mu opiekę nad mieszkaniem. Sytuacja była prosta: on płaci rachunki i mieszka, oni są szczęśliwi, bo mieszkanie nie będzie puste. Ja skorzystałem z okazji i zająłem drugi pokój. Pierwszy z naszej paczki, który stał się dorosły. Ja troszeczkę z tym zwlekałem. Za bardzo pochłonęło mnie moje podziemnie życie, mój wewnętrzny świat. Forum, Szwagrowie, Strona. To wszystko pochłonęło mnie tak bardzo, że czasu na studia, nie zawsze starczało. Zawsze mnie coś zastanawiało. Czy Clark Kent, to alter ego Supermena, czy na odwrót. A jak jest ze mną? Czy login na Forum to moje alter ego, a może inaczej, student ekonomii, to alter ego degenerata z forum.

Dosyć pieprzenia. Byłem szczęśliwy, byłem z Dagną. Spytacie kim jest Dagna. Dobre pytanie. Pytanie dobre i trudne zarazem. Bo nie da się napisać kim jest Dagna, nie pisząc kim była dla mnie. A dla mnie była po prostu szczęśliwym zakończeniem. Po latach eksploracji burdelowa, celebracji każdej sprzedajnej cipki, relacji, które wionęły z daleka pustką, dotarłem do szczęśliwego zakończenia. Szczęście miało na imię Dagna. Mam ochotę rozpisać się o Dagnie, ale przecież nie o nią tu chodzi. W końcu ten blog miał być o podróży przez krainę zwaną burdelowem. O penetrowaniu niezliczonych ust, cip i anusów. Dagna to jedynie poboczny epizod tej opowieści. Jeśli będziecie chcieli, kiedyś wszystko opiszę. A dziś w skrócie.

Od kilku tygodniu burdelowo przestało istnieć. Odpuściłem Forum, Stronę, wszystko. Chodziłem za rękę z moją ukochaną i byłem szczęśliwy. Problem polega na tym, ze marzenia najczęściej widzimy w 2D. Coś, jakaś idea, jakiś obraz, pojawia się w głowie. Za tym obrazem pojawia się myśl. Na końcu przychodzi wniosek. To da nam szczęście. Widzimy gdzieś daleko obraz, dostrzegamy siebie na nim i przypuszczamy, że to jest nasza droga do szczęścia. Tak większość ludzi postrzega marzenia. Nie jestem tu wyjątkiem. Kiedy jednak, nasze marzenie przestaje być obrazem, do którego wzdychamy, a zamienia się w trójwymiarową bryłę, na którą stajemy, możemy poczuć niezbyt przyjemne uczucie. Bo, oto uzyskaliśmy to, o czym tak intensywnie, z utęsknieniem  marzyliśmy. Nasza postać odrysowała się, na naszym, utkanym z marzeń gobelinie. I teraz, dostrzegamy, co jest za nim. Już nie patrzymy no obraz, marzenia to zdobyty szczyt, mamy satysfakcję, zdobyliśmy go i jednocześnie widzimy coś, czego nie mogliśmy ujrzeć wcześniej.

   Byłem z dziewczyną, którą pokochałem od pierwszego wejrzenia. I tu pojawił się problem. Widziałem dziesiątki nagich kobiet. Byłem w dziesiątkach kobiet, smakowałem ich soków, napawałem się nimi. Zapomniałem jednak przeczytać elementarz (o ile taki istnieje) bycia z drugim człowiekiem. Po kilku tygodniach znajomości znalazłem się w całkowicie nowym świecie. Chciałem się z nią ożenić, mieć dzieci i wieść nudne życie, z drugiej strony coś zaczynało się psuć. Pojawiła się rysa na szkle, która stawała się coraz większa. Postanowiliśmy dać sobie czas i przystopować ze znajomością. Dagna tak postanowiła, ja się zgodziłem. Zaczęły mnie nachodzić demony sceptycyzmu z przeszłoci. – Czy to ma sens? – To pytanie kołatało w mojej głowie coraz mocniej.

Stronę włączyłem z bezradności, po prostu nic innego nie przychodziło mi do głowy. Przez ostatnie lata Burdelowo było moim panaceum na wszystko. – Kto wie, może teraz też znajdę tu odpowiedź – pomyślałem. Forum, Strona, posty Szwagrów. Trochę przybyło od mojej ostatniej wizyty. Lektura postów pozwala zając czymś umysł. Nie wiem czemu, ale podczas przeglądania ogłoszeń kilka numerów wklepałem do telefonu. Zamknąłem laptop, poszedłem spać.

Rano wstaję. Przemo jest już w robocie. Poranna toaleta, papieros. Nie jem śniadania, wychodzę. Idę na przystanek, szukam linii podmiejskiej. Jest. Za dziesięć minut będzie autobus. Mózgu używam połowicznie. Działam na autopilocie. Wiem, co chcę zrobić. Wsiadam do autobusu, który właśnie przyjechał. Ruszamy. Lubię jeździć jako pasażer. Lubię patrzeć w okno. Lubię przemijający krajobraz i niewiadomą: co będzie za zakrętem. Mija pół godziny. Jeszcze kilka przystanków i jestem n miejscu. Moim celem jest burdel drugiej kategorii, który jest na obrzeżach  miasta. Szwagrowie piszą, że jest 24h. Nie wiem, dlaczego akurat dziś muszę tam jechać. Po prostu.

 Dotarłem. Patrzę na numer domu. Całkiem długi spacer mnie czeka. Poranne ciepło powoli zamienia się przedpołudniowy skwar. Sierpień. Nie spieszę się, powoli idę. Dotarłem do alejki. Mój obiekt znajduje się na jej drugim końcu. W alejce jest jakby chłodniej. Cienie od domów, drzew i krzewów dają lekkie wytchnienie. Docieram do furtki. Piętrowy, masywny dom coś jakby z wielkiej płyty. Trąci PRL-em. Dwie wierzby dają chłód i cień. Wejście po schodach prostopadle do ulicy. Dzwonię. Otwierają się drzwi, pojawia się kobieta około czterdziestki. Z mordy widać, że diva, pewnie szefowa. Zniszczona twarz i rutynowa wyjście w szlafroku dają pewność. Jej spojrzenie na chwilę opuszcza rutyna, a przejmuje ciekawość.

– O co chodzi? – Pyta.

– Otwarte?

– No niby tak, ale.. – Zdaję sobie sprawę, ze nie wielu świrów przychodzi do burdelu po dziesiątej rano, no dobra, przed jedenastą, ale co tam. Nie pozwolę jej dokończyć – to można skorzystać?

– Muszę dziewczyn spytać.

– Pani Ewo. Nie! – słyszę głos z domu. Moja rozmówczyni na chwilę wycofuje się do ganku. Rozmawia z kimś.

– Sorry, musimy sprzątnąć po nocy.

– Nawet na kwadransik? – Staram się nadać swojej twarzy wyraz słodko-błagalny. Stara kurwa uśmiecha się i kręci przeczącą głową. Odchodzę od furtki. Co ja tu kurwa właściwie robię – pytam sam siebie.  I co ważniejsze, gdzie ja właściwie jestem?. Pytam ludzi, gdzie jest przystanek, z którego dojadę do centrum. Idę w coraz większym upale. Dostrzegam pewną zależność. Jadąc do podrzędnego burdelu nie czułem napięcia seksualnego. Nic nie czułem. Dopiero odmowa w burdelu spowodowała mix emocji: zdenerwowania i podniecenia. Teraz muszę uspokoić skołatane nerwy. I wszystko stało się jasne. Wczoraj nie potrafiłem tego logicznie wytłumaczyć, nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego wklepuję numery. Dziś już wiem. Podświadomość zrobiła swoje. Wybieram pierwszy numer. Nic. Wybieram drugi. Słyszę miły głos. Osoba raczej młoda. Przyjmuje w centrum, tanio, opcja full. Z tego co pamiętam tak właśnie opisali ją szwagrowie. Docieram do przystanku. Patrzę na rozkład. Za dwadzieścia minut będzie autobus. Spaceruję. Dosyć zielona okolica. Same domki, krzywy chodnik, trawnik, z zasięgu wzroku zakład wulkanizacyjny. Wszystko jest dziwnie na miejscu. Z obskurnego spożywczaka wychodzi trzech dresów z piwem. To nastraja mnie do obserwacji ludzi. Wakacje są szczególnym czasem. Wprawdzie dwa miesiące wakacji łączymy z dzieciakami, ale kiedy przyjrzeć się bliżej, to każdego, w pewnym sensie, rozleniwia lipcowo-sierpniowe słońce.  Dresy, robotnik w poplamionym kombinezonie niesie drabinę. Facet w zielonych, spranych jeansach i sportowej koszuli, sprawia wrażenie wuefisty. Zgarbiona babcia wlokąca po ziemi szmacianą torbę. Każdy zdaje się lewitować w rozgrzanym powietrzu. Obserwacja zmusza mnie do pytania, w której grupie społecznej będę za dziesięć lat? Kończę studia, czy mam plan na życie? Czy chcę być jednym z wielu. Praca, żona dzieci i monotonia dnia codziennego. Nie, tego nigdy nie chciałem, chciałem być ponad to. Chciałem iść swoją drogą. Ale pojawiła się Dagna. Nigdy tego nie pojąłem. Dagna była dla mnie uosobieniem najbardziej wzniosłych, romantycznych ideałów. Z drugiej strony, było w niej coś takiego, że wręcz zapragnąłem M3 z wielkiej płyty, talerza z zupą i obok mieć żonę. Może pod każdą, na pozór nudną,  towarzyską egzystencją kryje się wielkie romantyczne uczucie?

Patrzę na zegarek. Za cztery minuty będzie autobus. Wracam na przystanek. Autobus. Wsiadam, jadę. Nic nie czuję. Chciałbym poczuć gorąco, napięcie, znajomy dreszczy, ale nie czuję nic. Nawet jebać mi się nie chce. To, po co jadę do burdelu? Bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. Lata w burdelowie, w pewien sposób, zmieniły mi sposób patrzenia świat. Może nawet nie zawsze chodziło o seks. Sam klimat, był dla mnie czymś w rodzaju ucieczki.

Jazda szybko zleciała. Jestem w centrum .Kolejny telefon. Ustalamy szczegóły, gdzie, co i za ile. Po przejściu dwustu metrów bez problemu znajduję adres. Mrok bramy i chłodniejsze powietrze na podwórku orzeźwiają. Bez trudu znajduję klatkę. Domofon. Słyszę brzęczenie zamka. Otwieram drzwi wchodzę na drugie piętro. Dzwonię, wchodzę. Czego się zresztą spodziewałem? Po tylu latach włóczenia się po burdelach, to przestało być mrocznym, ekstatycznym przeżyciem, stało się monotonne. Szybka wymiana zdań, kasa do łapy.

(P)o pewnej drabinie

Warto sobie zadać takie pytanie: czy świat płatnych doznań i przyjemności, a może i płatnej miłości ma swoją hierarchię? To środowisko, podobnie zresztą, jak każde inne zbiorowisko ludzi, ma swoją drabinę. Drabina ta, jest o tyle specyficzna, że przesuwanie się po niej, odbiega od norm i zasad, które rządzą podobnymi drabinami.

Dowolna, społeczna drabina, po której ludzie wspominają się z mozołem wygląda mnie więcej tak samo. Startujesz od dołu, od samego dołu. Z punktu zero zaczyna każdy. Człowiek jest młody, nabywa doświadczenia, powoli i systematycznie, szczebel za szczeblem pnie się w górę. Dochodzi się do pewnego szczebla.

Jeśli masz wolę, jesteś zdeterminowany, to pniesz się dalej, szczebel, po szczeblu. W końcu wchodzisz na sam szczyt tej drabiny. Jesteś autorytetem w danej dziedzinie. Wejście na sam szczyt tej drabiny kosztowało. Największą daninę zapłaciłeś w jednej walucie. Ta waluta, to czas. Podobnie wygląda niemal każda drabina, dojście na szczyt kosztuje, z reguły – czas.

W krainie doznań za pieniądze jest nieco inaczej. Nowicjuszka, załóżmy, że zaczyna po dwudziestce, już jest nieco powyżej połowy, powiedzmy, że jest gdzieś na wysokości trzech czwartych takiej drabiny. Wszystko zależy od niej. Jeśli zainwestuje w siebie, jest dobra w łóżku (tak, zdarzają się prostytutki kiepskie w łóżku), to w przeciągu trzech, może czterech lat, jest w stanie dojść na sam szczyt albo w jego pobliże. Może też być inaczej, dziewczyna będzie ładna i uzna, że to wystarczy. Bardzo szybko zacznie schodzić z tej drabiny, do poziomu 30-40 procent. I tak już zostanie. Drabinę kariery w prostytucji, od innych drabin odróżnia, oprócz startu, mniej więcej z połowy, jeszcze jedno, bardzo ważne, prawo. Tu czas jest wrogiem. Z biegiem czasu, każda dziewczyna, czy kobieta zarabiająca własnym ciałem dojdzie do tego, że zaczyna tracić na wartości, i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Czynnikiem, który przyspiesza ten stan, jest też tryb życia. Niestety, w tej profesji alkohol, papierosy, a czasem, narkotyki, to coś powszedniego, a to wszystko się odbija.

Przyjrzyjmy się tej drabinie

Na samym dnie plasują się uliczne prostytutki i tirówki. Jeśli chodzi o panie, które zwane są potocznie ulicznicami, to najczęściej, niestety, panie, które dobijają do wieku emerytalnego w tym fachu. Do tego dochodzi problem z alkoholem i ogólne zmęczenie materiału. Oczywiście są młodsze, ale prawie zawsze towarzyszy im jakiś defekt. Najczęściej jakaś patologia, narkotyki, konflikt z prawem, różnie. Wśród Szwagrów panuje przekonanie, że w tych przypadkach najczęściej złapać jakiegoś kalafiora. Ja uważam, że to działa w obie strony. Do takich kobiet i dziewczyn przychodzą różni śmierdziele i tak koło się zamyka. Spotkać je można raczej tylko w większych miastach. Wskazówka: uważać, lepiej uważać.

Tirówka, nie wiem, czy termin ten występuje poza językiem polskim. Grzybiarki, jagodziany, dziewczyny przydrożne, różnie je nazywają. Jeśli ktoś pragnie zasmakować w obcym ciasteczku, to jak najbardziej. Nie znam statystyk, ale najwięcej jest Bułgarek, młode, stare, ładne, brzydkie, co, kto lubi. Radziłbym uważać na „nasze” tirówki. Według reguł, na trasę wydalane są te, które miały pecha, albo po prostu były głupie i z jakiegoś względu znacząco straciły na wartości rynkowej, na przykład są zarażone. Nie oznacza to, oczywiście, że inne narodowości są odporne na różne świństwa, ale dla dziewczyn „ze Wschodu”, praca przy drogach, to pewien sposób na życie i wiedzą, że wszelkie niechciane „przygody”, mogą je wyautować z biznesu.

Kolejny szczebel, to grupa, którą roboczo można nazwać „dziwki i burdele”. Ktoś może powiedzieć, że przecież tirówka, ulicznica, dziwka, prostytutka, to synonimy i chodzi o to samo. Jednak nie. Wszystko wyjaśnię, zostańmy na razie przy dziwkach. Dziwka, konkretnie tania dziwka, w hierarchii stoi wyżej od tirówki, czy ulicznej kurwy, ale z racji urody, bądź wieku, już jest, niejako poza głównym obiegiem, dlatego utrzymuje się w branży dzięki cenom. Takie dziwki, mogą urzędować w prywatnych mieszkaniach – najczęściej to tanie nory, gdzie czas zatrzymał się na piecyku gazowym i meblościance z Polski Ludowej. Mogą też grupować się w stada i tworzyć coś, na kształt burdelu. Uwaga ! Nie tylko wiek jest tu narzędziem pomiarowym. Chodzi o całokształt: urodę, zadbanie, umiejętne zaprezentowanie się. Spotkałem kilka młodych, tanich dziwek. Pamiętam, jak Przemo, jeden z kumpli, łkał miesiącami, po rozstaniu z dziewczyną. Jestem dobrym człowiekiem, dlatego postanowiłem, że pomogę mu, tak jak potrafię najbardziej. Zabrałem go na dziwki. Taksiarz zabrał nas do dzielnicy peerelowskich kamienic. Na samym końcu uliczki duży sześcian oknami. I nazwa przybytku na tandetnej tabliczce ze sklejki. W środku, lichy bar, obdarte sofy i kilka dziewczyn do wyboru. W wieku do trzydziestu kilku lat. Obraz nędzy i rozpaczy. Przepite, zaniedbane w pogniecionych ciuchach. Zamglonym wzrokiem błądziły po nas. Wyszliśmy stamtąd jak oparzeni. To był typowy, tani burdel.

         Kolejny stopień, to tak zwane prostytutki i agencje towarzyskie. Wiadomo, że w agencjach towarzyskich pracują też prostytutki, ale pojawienie się mieszkań z paniami lekkich obyczajów spowodowało pewien rozłam. Tak zwane agencje towarzyskie, night cluby to lokale, gdzie można wypić drinka, porozmawiać z panią (po uprzednim postawieniu drinka), w końcu pójść na górę. Mała ciekawostka: większość takich agencji, chce uchodzić za night cluby(takie jak w Ameryce), gdzie dziewczyny „tylko tańczą”, mamy też takie, ale o tym za chwilę, większość lokali, to po prostu burdele, ale w lepszej scenerii. Czasem jest jacuzzi.

Mieszkania to wymysł dwudziestego pierwszego wieku. Nie pamiętam, aby wcześniej, coś takiego bywało. Mieszkania, to iluzja. Jedna wielka iluzja. Po pierwsze klient, który idzie do takiego mieszkanka, ma o wiele większe szanse pozostania anonimowym. Gdyby wybrał się do agencji i zobaczył tam kogoś znajomego byłby spalony. Tu, w razie czego, zawsze może coś ściemnić. Obalić należy jeszcze jeden mit. Mit dziennikarski o studentkach dorabiających sobie własnym ciałem. Idzie sobie taki jeleń, jeden z drugim, na mieszkaniówkę i okłamuje SAM siebie, że dziwki nigdy ni posuwał, ale studentkę, prawie wyrwał, no bo w końcu, był u niej w mieszkaniu. Biedni naiwniacy.

Obok mieszkań, klasą średnią (w tej społeczności) są agencje towarzyskie. Najczęściej lokale określane mianem „night club”,albo salon masażu lub jeszcze inaczej (mnie urzeka określenie klubu dla dżentelmenów). Idea jest taka. Miejsce mające sprawiać wrażenie ekskluzywnego. Drogie alkohole, dziewczyny atrakcyjne, przynajmniej atrakcyjniejsze od tych w burdelach niższej ligi. To, co odróżnia agencję towarzyską od night clubu, to podejście do seksu. W agencjach, rozmowa, czy taniec (przy róże, lub jakkolwiek), ograniczone są do minimum. Ma to być, tylko grzecznościowy wstęp, żeby tylko iść na górę. W night clubach jest inaczej. Cała zabawa polega na tym, że dziewczyny tańczą, ładnie, powabnie i profesjonalnie. Zagadują, namawiają na drinki, pokazują cycki. Kiedy jeleń, ogłupiony cyckami i drinkami, staje się niczym plastelina, dziewczyna składa propozycję. Pokój dla VIPów. Z reguły, taki jeleń, bywał w podobnych przybytkach i VIP pokój, kojarzy tylko z jednym. Z posuwaniem. Kładzie kasę na ladę i chodu, do góry. A tu, niemiła niespodzianka. Bardzo często okazuje się, że w pokoju dochodzi do tańca (tylko?!). Tak, tylko. Jeleń się awanturuje, ochrona reaguje i mamy niemiłą sytuację, gdzie nie wiadomo, kto tak naprawdę winien. Dziewczyna, twierdzi, że tylko zmysłowo opisała, jak wykona taniec, klient, twierdzi, że liczył chociaż na lodzika. Awantura, szkoda gadać. Oczywiście, to nie jest reguła, są dziewczyny w takich klubach, które  dadzą, ale za wielokrotność stawki, jak obowiązuje.

Taką rozrywką dla bogatszych, na miarę night clubu, ale nieco bardziej kameralną są call girl, świadczące usługi na wysokim poziomie. Kilka lat temu, w prasie pojawił się artykuł, gdzie dziennikarze starali się dociec, co oznacza ten nowy, w branży termin. Przypuszczali, że to po prostu kolejny, ugrzeczniony synonim słowa „kurwa”. Tak jednak nie jest. Dziewczyny na telefon (oczywiście, z burdelu też można zamówić lalkę na telefon, ale to nie to samo), to dziewczyny z czołówki. Bardzo atrakcyjne, mające zadatki na modelki. Zgrabne, jeśli nie posiadają wykształcenia formalnego, to nadrabiają osobowością i życiowym doświadczeniem. Jednym słowem towarzystwo takiej kobiety, to sama przyjemność. Gustowna, jej bielizna, to coś ekskluzywnego, nie fatałaszek kupiony na straganie, powabna. Cechą charakterystyczną call girl jest to, że raczej nie umawia się na numerki, czyli godzinkę, dwie. Raczej noc lub wieczór plus noc.

Oczywiście to nie wszystkie gatunki i rodzaje pań do towarzystwa. Jest jeszcze cały przemysł seksualny. Sex shopy, peep showy, gdzie za mniejszą lub większą kwotę można skorzystać z kabiny life. Nie zapominajmy o hotelowych kurwach lub cichodajkach. Nie zapomniałem o sponsoringu, który w pewnym filmie został nieco przeinaczony. Gimnazjalistki chodzące po galeriach handlowych i proponujące loda za spodnie, to ewenement, margines. O wiele bardziej rozpowszechnione są relacje, które można nazwać układem (bez podtekstów politycznych). Starszy albo dobrze sytuowany facet jest w relacji (bo raczej związkiem tego nie można nazwać) z kobietą, którą obsypuje podarkami. Mogą to być drobne kwoty albo coś innego. Kolega, pracujący w salonie jednej z sieci komórkowej opowiadał mi, jak przyszła do niego pewna dziewczyna mniej więcej w wieku dwudziestu lat, z facetem pod pięćdziesiątkę.

Najpierw rozmowa z laseczką. Wypytała mnie o telefony, abonamenty. Co będzie miała i za ile. Popatrzyła na w miarę drogi telefon i pyta mnie w jakim abonamencie będzie tak do dwóch stów. Wszystko jej wyjaśniłem. Jak już obejrzała telefon, to mówi, że ok i kiwa na faceta, który stał przed salonem. Wchodzi i nic nie mówi. Nie wiedziałem, o co chodzi, to proszę laskę o dowód. A ta odpowiada, że nie na nią będzie umowa, pytam na kogo. Trzy sekundy kłopotliwego milczenia i pada odpowiedź: na wujka. Patrzę, więc na faceta. Kolejne pięć sekund kłopotliwego milczenia, w końcu młoda warczy: „daj dowód.” I facet zrozumiał, że jest wujkiem….

 Bardziej zaawansowaną formą sponsoringu jest instytucja utrzymanki. To relacja podobna do relacji rodzic – dziecko, gdzie jedna ze stron przejmuje rolę rodzica, w stu procentach finansując tę drugą stronę. Ta druga strona, niczym dziecko, w stu procentach opiera swoje (finansowe) jestestwo, na ekonomiczny rodzicu. Nie muszę dodawać, że od układu rodzicielskiego odróżnia się to jednym szczegółem – rżnięciem.

Legendy, legendy, legendy

Tu, w tym i tak na wpół tajemnym świecie również krążą legendy. Nie będę opowiadał bajek rodem z filmów pt. „Hostel”, bo z czymś takim się nie spotkałem. W środowisku Szwagrów, krąży jednak legenda o domku pod miastem. To zwyczajny dom. Nie ma tam zarejestrowanej działalności. Wtajemniczeni wiedzą. Dostać się tam można tylko poprzez kogoś. W domku tym żyją kobiety. Każda o urodzie modelki bądź aktorki i figurze instruktorki fitness. Obok walorów fizycznych, każda posiada wykształcenie i nie mówimy tu o kursie dla pielęgniarek (nie ujmując pielęgniarkom), ale o gruntownym, uniwersyteckim wykształceniu, które poparte jest wiedzą i obyciem. Towarzystwo takich kobiet można sobie kupić. Na weekend, na jeden event, na tydzień wakacji lub ferii. Zasady są proste. Płacimy wynagrodzenie dzienne (słyszałem o stawkach powyżej średniej krajowej – mam na myśli miesięczne zarobki) oprócz tego, musowo trzeba zabrać taką dziewczynę na zakupy: kreacja, biżuteria, czy perfumy, to dodatek, bonus.

Czy tak jest, czy nie, trudno powiedzieć, nigdy tam nie byłem, ale o tym słyszałem. I jako Wasz oddany kronikarz z burdelowa, o tym piszę.