Fisting

Wiosna zaczęła wydzierać zimie coraz więcej czasu. Ja również zacząłem wychodzić z zimowego letargu. Nie żebym zastygł w zimowym półśnie, ale…

Po kilku latach w świecie burdeli miałem swój stały schemat. Za dnia chłopak Karoliny od nas z wydziału. A w chwilach wolnych: szpetna „przedczterdziestka” na gniewne ruchanie – żeby odreagować. Pozytywny seks dawała Ola, otwarta i towarzyska. Bywały też miejsca na awaryjne ciupcianie. Kręciłem się w kółko. Nawet na Stronę i Forum wchodziłem sporadycznie (jeśli ktoś nie wie co to jest Strona i Forum, odsyłam do wcześniejszych wpisów). Trzeba z tym skończyć – pomyślałem.

Wchodzę na Stronę. Kilka zdjęć, opisów, cenników. Niewiele się zmieniło. Znalazłem. Ogłoszenie bez rewelacji, fotki też. Jedno słowo w ogłoszeniu działało magnetycznie: fisting. Jeśli poczytać kobiece i męskie pisma, można się dowiedzieć, że to „be” i na całym świecie tylko kilka gwiazdek porno się na to zdecydowało. Tak naprawdę, to nie jest takie „be”, a ilość dziewczyn dających się spenetrować dłonią z pewnością przekracza kilka. Problemem jest znalezienie pojemnej pochwy. – To dziwka, z pewnością ma rozjechaną. –Swego rodzaju etykietowanie, zazwyczaj błędne, doskwiera większości facetów. To jednak temat, na osobne przemyślenie.

Idąc do windy, wykonuję pierwsze połączenie. Cena – przystępna, adres blisko, pytam, czy rzeczywiście jest fisting – jest. To dodaje mi skrzydeł. Nie czekam na windę, biegnę schodami. Powietrze jest zimowo-wiosenne, specyficzne.

STOP! Właśnie Was okłamałem. Nie pamiętam, jakie było powietrze, nie pamiętam jaką drogą szedłem i o czym myślałem.

Oto, co pamiętam.

Pięciopiętrowy blok niedaleko akademików. Środkowa klatka. Spokojna okolica. Dzwonię po raz drugi, słyszę numer mieszkania. Naciskam domofon, drzwi się otwierają, wchodzę do klatki. Wyjmuję pieniądze, odliczoną kwotę przekładam do kieszeni kurtki. Taką mam zasadę, nie wyjmuję portfela w kurwidołkach. Wchodzę na drugie piętro. Pukam. Drzwi otwierają się. Scenariusz jest banalny i oklepany. Zastanawiam się, czy warto pisać. Mieszkanie to typowy burdelik w M3. Wchodzimy do najbliższego pokoju. Rozłożona wersalka pozostawia niewiele miejsca. Standardowe pytania: na ile zostaje, czy biorę prysznic. Nie biorę – w końcu jestem po później, porannej toalecie. Diva bierze pieniądze i wychodzi.  Słyszę wodę w łazience. Po pięciu minutach wchodzi, owinięta ręcznikiem w kolorze bordowym, który przypomina spódniczkę. Otwiera szafę i wyjmuje prześcieradło, które rozściela na łóżku. Ja rozbieram się i patrzę na nią. Około czterdziestki, nie jest gruba, raczej tęgawa, duże cyce i czarne włosy (na głowie). Może być. Odczuwam coś w rodzaju zadowolenia, że tu trafiłem.

Wchodzimy razem na łóżko. Moje ręce i usta kierują się w stronę jej piersi. Ręka obejmuje jedną, a usta ogarniają brodawkę drugiej. Język chaotycznie tańczy z jej sutkiem. Jej ręka kieruje się do moich jaj. Po chwili koncentruje się na sterczącym kiju. Kładę się na wznak, a jej głowa przenosi się w stronę mojego krocza. Zaczyna obciągać. Odprężające uczucie.

– Chciałbym spróbować fistingu – mówię.

– Dobrze – diva kładzie się na łóżku i rozchyla nogi.

Jej cipa jest wygolona, spora. Zaczynam masować wargi i okolice łechtaczki, która chowa się pod fałdami skóry. Nie wiem dlaczego, ale mam ochotę ją polizać. Nie powinno się lizać cipek należących do prostytutek ze względów higieniczno-estetycznych, ale co tam. Zaczynam coś, co przypomina minetę. Jej cipka jest bez zapachu, smak ma neutralny. Wsuwam palec, po chwili drugi. Jak na ten wiek i profesję całkiem ciasno. Mija kilka chwil. Zwilżam jej otworek sporą dawką śliny i dokładam trzeci palec. Posuwając w przód i tył, robię z palców piramidkę i dokładam czwarty. To znacznie ogranicza ruchy, jest za ciasna. To już moja Karolina, a ściślej, jej cipka jest pojemniejsza. Dziwka może i jest otwarta na propozycje, ale nie ma warunków.

– Możesz założyć – mówię do niej przyjmując pozycję siedząco-klęczącą. Czterdziestka zakłada gumę. Pyta jak będziemy się pieprzyć. Mówię, że klasycznie. Biorę jej nogi do góry, „na pagony”. Wchodzę, zaczynam posuwać. Kilka minut zdrowego rypania. Spuszczam się. W chwili orgazmu przychodzi mi na myśl, że trzeba się wybić z letargu. Znów zanurzyć się w ten cudowny świat. Świat burdeli, nieskończonej ilości cipek, dup i cycków.

Skoro ten epizod dał mi tyle euforii, to, co czeka mnie za rogiem?

Ubieram się i wychodzę. Odnajduje osiedlowy sklepik. Kupuję papierosy i napój. Czas ruszyć do przodu.

Rozmowa z dziwką przy kawie

Dzień za dniem i kolejny dzień. Tygodnie mijają. Wszystko toczy się bez jakiegokolwiek urozmaicenia. Jestem znudzony. Strona, Forum, to też zaczęło być nudne, wciąż takie samo. Sporadycznie odwiedzam Stronę, z nadzieją, że coś mnie poruszy, cokolwiek da haj, który nie odstępował mnie na początku tej mrocznej przygody.

Kubek gorącej herbaty z miodem. Chłodne przedpołudnie, które mija na pracy w domu. Szkic nowego projektu sprzedażowego. Niby wszystko mam głowie, wystarczy zrobić prezentację, ale jakoś nie mogę wydobyć pomysłu z głowy. Może Strona mnie pobudzi. Większość fotek znam, z ogłoszeniami jest tak samo.

Błękitny sznur (chyba do wspinaczki) i skrępowana nim kobieta. Tego tu z pewnością nie było. Klikam. Zaciekawienie wypełnia moje ciało. Kobieta po „trzydziestce” w rubryce „wiek” wpisane trzydzieści sześć. – Czyli czterdziestka – mówię sam do siebie. Nie prowadzę statystyk, ale ponad połowa div na Stronie to przedział 35+. To kwestia hormonów, a może takie pokolenie? Nie wiem. Przeglądam fotki w galerii. Finezyjne więzy i wyuzdane pozy. Na kolejnej fotce cipka, a raczej dorodna cipa i spinacze do bielizny poprzypinane do warg. Ta fotka mnie ożywia. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak mnie zainteresował profil którejś z div. Cały profil mocno w stylu BDSM.

Wszystko, co dzieje się od momentu ujrzenia ekstatycznej fotki to czysta formalność. Telefon sam ląduje w dłoni. Kciuk sam wybiera cyfry na wyświetlaczu. Słyszę głos w słuchawce. Krótka i treściwa rozmowa. Umawiamy się za pół godziny. Dopytuję, czy wszystko, co proponuje na profilu jest w cenie. Jest.

Nie pamiętam trasy. Jestem przy pięciopiętrowym bloku, który znajduje się w szeregu takich samych, niczym nie wyróżniających się klocków. Druga klatka od parkingu, piętro też drugie.

Kolejna mała dygresja. Większość, przygniatająca większość mieszkaniówek z dziwkami, to mieszkania na pierwszym albo drugim piętrze. Nie mam pojęcia skąd takie akurat lokalizacje. Domyślam się jedynie, że chodzi o częstotliwość odwiedzających gości. Im wyżej, tym więcej ludzi zaczęłoby zadawać pytania. Wiadomo pytania pozostawione bez odpowiedzi rodzą kolejne pytania, a zaraz później domysły. To zdecydowanie w tej branży niebezpieczne.

Domofon, otwarcie drzwi od klatki i już pukam do drzwi na drugim piętrze. Otwierają się. W przedpokoju, delikatnie za drzwiami stoi diva. Strzelam, że ma około trzydziestu dziewięciu lat. Bladoróżowa bluzka i letnia sukienka nie sprzyjają porze roku. Wchodzę do pokoju. Mieszkanie zajeżdża PRL-em. Krótka wymiana zdań. Na ile i za ile. Diva jest sympatyczna i uśmiechnięta. Odnoszę wrażenie, że nasze spotkanie traktuje z przymrużeniem oka, z pewną rutyną. Jest w niej jednak coś, co rzuca się w oczy. Emanuje pewną rubasznością w połączeniu z lubieżnością. No, ale nie może być inaczej, skoro bawi się w takie klimaty jak na zdjęciach, to musi być lubieżna. Scenariusz spotkania jest tak oklepany, że nie warto go roztrząsać. Kasa do ręki, dostaję ręcznik i idę do łazienki. Szybki prysznic, a raczej opłukanie korzenia i powrót. Na uwagę zasługuję moment, kiedy czekam, a dziwka przygotowuje się do spotkania (myje się). Tego nie da się z niczym porównać. To rytuał, celebracja. Palacze trawy skręcenie blunta traktują jako taki rytuał, zwolennicy białego proszku podobne podejście mają do zrobienia ścieżki. Podobno dla alkoholików otwarcie butelki i charakterystyczne dźwięk zerwania zakrętki też jest pewnym uroczystym etapem. Dla mnie, wielbiciela dziwek moment oczekiwania jest upajający.

Wchodzi. Naga, bez skrepowania. Podchodzi do mnie.

– Posuń się – oboje znajdujemy się na łóżku. Jest tęgawa, z dużymi cyckami. Fryzurka nieco przystrzyżona, ale bujna. Fachowo chwyta mnie za jaja, chwile się nimi bawi i zaczyna delikatnie brandzlować. Mam ochotę na jej cycki, ale jakoś nic nie robię. Delektuję się fachowością jej dłoni. Jest dobrze. Po kilku minutach brandzlowania pada pytanie:

– To co, od lodzika zaczynamy?

– Mhm. – Tylko na tyle mnie stać. Leżę na wznak i patrzę na farbowane blond włosy. Głowa porusza się góra-dół. W porównaniu do brandzlowania, obciąganko wypada mizernie. Kilka chwil leżę. W końcu nabieram ochoty na jej cipę.

– Chodź, połóż się. – Mówię. Już za chwilę pozycje odwracają się. Dziwka leży na wznak, a ja klęczę między jej nogami. Nie, nie chcę jej wylizać, chcę sprawdzić, jak pojemna jest. Wsuwam trzy palce, tak jak myślałem nawet luźna. Pytam o spinacze, niestety nie ma. Szkoda. O linę nie pytam, bo to niekoniecznie mój klimat. Poruszam trzema palcami. Dziwka porusza odpowiednio biodrami. Na jej twarzy nie dostrzegam większych emocji. Zmieniamy pozycję. Klęczę przy jej boku. Jedna ręka wciąż buszuje w szparce, druga ściska sporego cycka. Blond kurwa nie pozostaje dłużna. Fachowo brandzluje. Powoli oboje wpadamy w trans wspólnej zabawy. Nawet nie wiem kiedy, ma fiucie znajduje się guma.

No i zaczynamy. Najpierw po bożemu. Jak stare, dobre małżeństwo. Rytmicznie się w niej poruszam. Dogniatam cycki torsem, miłe uczucie. Po kilku minutach unoszę jej prawą nogę i zginam w biodrze i kolanie. Dalej posuwam opierając się na jednej ręce. Czuję się jak Evan Stone. Zaraz następuje zmiana: nogi szeroko, nogi na pagonach, nogi zadarte do góry. Czuję się jak dziecko na placu zabawa. Od tyłu, z boku, z powrotem od tyłu. Nacierając od tyłu mocno pcham, podniecenie narsta, ale jeszcze nie czas na spust.

– Teraz, może anal? – Sam nie wiem, czy spytałem, czy oznajmiłem. Raczej nie jestem dominujący, zawsze moje polecenia dla dziwek przypominają nieśmiałą prośbę.

– Jak chcesz od tyłu, czy od przodu? – Pada rzeczowe pytanie.

– Od przodu. – To przemyślana strategia. Zbyt wydatne pośladki, czy duża dupa powodują, że pączek jest ukryty i trudno w niego trafić. W ogóle, na anal nadają się niewielkie tyłeczki, umiejętnie wypięte powodują szał z podniecenia. Tu jest inaczej, więc lepiej będzie wejść w jej dupę od przodu. Dziwka przekręca się na plecy, ja poprawiam kalosza na chuju.

– Misiek, ale skończ w dupce, albo zmień gumkę, nie wkładaj go z powrotem do cipki.

Zasady BHP, rozumiem. Unoszę jej nogi i patrzę na jej anus. Bez większych problemów wkładam fiuta. Zaczynam popychać. Niby nieco inaczej, ale da się odczuć, że dupę też ma wyrobioną. Posuwam nieco szybciej. Kciuk wkładam do cipki. Przez cieką ściankę wyczuwam penisa. Dociskam głębiej kciuk, a ruchy kutasa w dupie przybierają na sile. Orgazm jest schematyczny i dający się przewidzieć. To tyle. Ciśnienie opada. Prezerwatywa otulona papierowym ręcznikiem ląduje w koszu. Wycieram kutasa i ubieram się. Dziwka wkłada bluzkę owija się ręcznikiem.

– Mogę zapalić, czy czas się skończył? – Pytam.

– Zapal, nikt nie liczy czasu, pracuję sama dla siebie. Zresztą też zapalę.

Palimy, rozmawiając. Pytam co znaczy, że pracuje sama dla siebie. Opowiada mi jak ten biznes funkcjonuje. Okazuje się, że jest kurwą wędrowniczką. Szwagrowie o takich piszą na Forum, kiedy jeden anons pojawia się z biegiem czasu w innych miastach.  – Ja pracuję już długo, bardzo długo. Sama wychowuję córkę. N ie. Nie patrz tak na mnie, nie uraczę cię chujową historyjką. Mam mieszkanie i samochód. Odłożone na starość też co nieco mazm. Teraz tylko, żebym na mieszkanie dla córki odłożyła i jakiś samochód. I wystarczy. Tak, na wszystko zarobiłam własną dupą. – Jej spojrzenie  zawisa w powietrzu. Kolejny papieros.

– Zrobię kawy, chcesz? I tak nikt nie dzwoni, to możemy pogadać.

Jestem zdziwiony propozycją, ale zgadzam się. Nie wiem, dlaczego, może ja też już uległem rutynie w tej branży. Złamałem jedną z generalnych zasad postępowania w burdelowie – napiłem się kawy z nieznanego źródła.

Rozmawialiśmy jeszcze blisko godzinę. O jej pracy, o dziewczynach, które pracują. O życiu poza burdelowem. Jej relacje były bez magii, bez odrobiny czegoś tajemniczego. Bardziej przypominały sprawozdanie korespondenta.

– Nie wierz w to, co piszą gazety. Mam na myśli zmuszanie dziewczyn do kurestwa. Każda wie, w co, i świadomie się w to pakuje. Pamiętasz, kiedyś dużo było programów o oszukańczych. wyjazdach za granicę, a później zmuszaniu do pracy w burdelach. Każda wiedziała, po co jedzie. Nie spasowały warunki albo kasa i pochlała się w menadżerami, więc później zgrywa taka jedna z drugą bidulki porwane przez bandziorów.

Pytam, czy jest za legalizacją prostytucji. Śmieje się.

– Cały biznes jest dobrze zorganizowany i legalizacja nic w nim nie zmieni. Wszystko zostanie tak samo. Dobrze jest jak jest. Ci, co powinni, trzymają na tym łapę i jest spokój. Widziałem parę mieszkań, gdzie laski same się rządziły. To był dopiero burdel. Okradanie klientów, syf, a weź….Jeśli ktoś trzyma ten biznes w ryzach, jest lepiej również dla was – klientów. W końcu to też usługi.

Nic mi nie było po tej kawie. Seks, jak to seks za kasę: Lodzik, w cipę, w dupę i wytrysk. Ale rozmowa przy kawie, długo została w mojej pamięci.

Ruda czyni cuda, cz. II

Dresy i lazurowa, nieco za krótka bluzeczka sprawiają miłe wrażenie. Jest nieco przy kości. Ma sympatyczny uśmiech i włosy w kolorze rudym, z odcieniem rubinowego. Duże cycki naciągają materiał lazurowej bluzki. Kutas powoli, leniwie rozciąga materiał w moich majtkach. Widok sympatycznej kurwy ożywił mnie. Jednak nie popadłem w całkowite odrętwienie. Dostaję ręcznik, idę pod prysznic, a raczej tylko opłukać Wacława. Idę do pokoju. Czekam na divę. Oczekiwanie na płatny seks przyjemnie podnieca. Gdy patrzę na okna, które wychodzą na podwórze, wchodzi moja kurewka, owinięta ręcznikiem. Ściąga ręcznik, który owijał jej pulchne ciało i rzuca go na krzesło. Naga, luźno i bez skrępowania podchodzi. Ja zdążyłem, odwiesić swój ręcznik chwilę wcześniej.  Kładę się na łóżku. Jest typem pieszczocha, można to wyczytać z jej twarzy. Nie pyta biznesowo od czego zacząć. Sama dochodzi do wniosku, że przed seksem wskazane są pieszczoty. Jej ciało z lekką nadwyżką tkanki tłuszczowej idealnie nadaje się do pieszczot. Skóra gładka w normie, jeszcze nie dopadła ją choroba zawodowa. Cycki duże, delikatne, obfite. Są świetne, nie wiem, czy idealne, ale świetne. Przez głowę przemyka mi myśl: czy można którekolwiek cycki określić mianem ideału? Jest pewna prawidłowość. Dziewięćdziesiąt procent cycków na rynku towarzyskim jest super. Mogą być lekko obwisłe, za małe, kształt może być nieco odbiegający od ideału. Widziałem bardzo niewiele cycków, które byłyby nieładne lub odpychające, większość to prawdziwe dary natury.

Łapczywie wkładam sutek z brodawką do ust. Lekko ściskam pierś. Druga ręka wędruje od łona do piersi. Moje palce kreślą abstrakcyjne wzorki, na jej nieco zbyt pokaźnym, ale wciąż miłym brzuchu. Leżymy obok siebie. Ręce dziwki nie pozostają dłużne. Uda, brzuch, ta droga, staje się traktem, po którym podążają jej dłonie. . Zna fach. Większość prostytutek pieszczoty koncentruje na brzuchu i udach – to sprawdzony sposób, szybko można przejść do fiuta. Patrzę na jej twarz, wydaje się być znajoma. Czyżbym już ją kiedyś odwiedził? Tyle tego było, że faktycznie mogłem zapomnieć i zaliczam replay. Delikatnie zaczyna brandzlować. To jest to. Moja ręka również zjawia się między jej udami. Wygolona, mięsista cipka. Zapowiada się ciekawie. Wsuwam dwa palce, wyjmuję i całą ręką piszczę rozkoszną cipkę. Przesuwam rękę i środkowy palec wsadzam w dupkę.

– Mmymy – Rudowłosa kręci przecząco głową

– Zakładamy? – Ruda patrzy tępawo. Skinąłem głową. Patrzę na jej ręce. Fachowo odrywa kawałek folii i wyciąga gumę. Po chwili mój druh odziany w pelerynę znajduje się w apetycznej kurwie. Leży na placach z szeroko rozłożonymi, uniesionymi nogami. Lubię tę pozycję – wszystko odkryte. Posuwam powoli, ręką gładzę po udach, to znów łapię za cycka. Cycki miarowo się unoszą w takt mojego dobijania do jej łona. Dziwna sprawa – nie odczuwam żadnego majestatycznego stanu. Przywieram do niej całym ciałem, może bliskość będzie drogą do orgazmu. Nie wiem, ile to trwa. Zwykła kopulacja, już wiem, że tak się nie spuszczę. Zresztą, kiedy nastawię się na buszowanie po dwóch dziurkach ciężko skupić się na jednej.

– To może w pupę? – Pytam delikatnie.

– Jak chcesz. – Ruda uśmiecha się, a ja z niej wychodzę. Ku mojemu zdziwieniu dalej leży.

– Odwróć się.

– O nie, misiek. Rozerwałbyś mnie. Muszę cię mieć na oku. – Uśmiecha się i podkurcza nogi, kolana gniotą duże cycki. Dwa palce zbliża do ust i pokaźną porcję śliny zbliża do anusa. Kiedy już sama się nawilżyła klęcząc przed nią biorę kutasa do reki i pocieram cipkę. Schodzę niżej i przyciskam do pączka. Delikatny opór anusa i jestem w dziwkarskiej dupie.

– Tylko delikatnie i powoli. – Rudzielec upomina mnie, wciąż się uśmiechając. Dobijam powoli do końca. Przód – tył. Powoli, systematycznie. Lubię anal, z kilku powodów: po pierwsze mam świadomość, że przeleciałem samicę na wskroś, w każdą możliwą dziurę. Po drugie, nie spotkałem jeszcze kobiety, dziewczyny, czy kurwy, którą dupe miałaby luźniejszą od pizdy. Choć podobno takie istnieją. Jedną ręką obejmuję udo, drugą gładzę ją po brzuchu. Przesuwam dłoń w kierunku łona. Kciukiem bawię się łechtaczką, w końcu wsuwam kciuk do cipki. Patrzę na twarz divy – bez większych emocji. Niedługo dojdę, łapię za oba uda i przyspieszam. Orgazm po prostu przychodzi. Czuję pulsowanie swojego bata. Skończyłem. Wyciągam sztywnego wała z dupy. Ostrożnie, żeby gumka się nie zsunęła. Kiedy wyciągam całą pytę, dostrzegam na końcu gumki, czyli na końcówce fiuta brązową maź. Nie dowierzam. W ułamku sekundy, no może po dwóch sekundach, cały pokój utonął w odorze ludzkiego gówna. No tak. Jeszcze pięć minut temu narzekałem na brak doznań, teraz jest ich pod dostatkiem. Jak można się nie wysrać i proponować anal. Diva jest mocno zakłopotana, ściąga osranego gumiaka i zawija w chusteczkę. Nie patrząc mi w oczy podaje drugą. Oboje wiemy, co zaszło, ale udajemy,  że nie było sytuacji. Kurwa podchodzi do okna.

– Otworzę, bo gorąco.

Gorąco, kurwa. Śmierdząco, nie gorąco. Nic się nie odzywam. Idę do łazienki. Biorę żel pod prysznic i sporą dawką myję penisa. Jakbym nie miał gumy, to musiałbym chuja w wodzie kolońskiej moczyć. Wracam do pokoju. Czym prędzej się ubieram. Idę do drzwi, diva mnie odprowadza. Da się wyczuć, że chce się mnie jak najszybciej. Rozumiem i nie mam nic przeciwko. Szybkie „cześć”. Drzwi zamykają się. Szybko wychodzę z klatki. Wychodzę z podwórza, znów mijam dziesiątki ludzi, znów nic nie czuję. Oprócz odoru gówna.

Ruda czyni cuda, czyli gówno na kutasie cz. 1

Moja edukacja, z każdym dniem była zbliżała się do końca. Koniec studiów. Zleciało. Umowa wynajmu stancji skończyła się. Każdy poszedł w swoją stronę. Co teraz robić? Nie wiem. Zamieszkałem u Przema. Sierpień, gorący sierpień. Udawałem,że szukam pracy i wykorzystywałem ostatnią szansę na przyssanie się do sakiewki rodziców. Przemo, po wyprowadzce ze stancji został kolesiem od rachunkowości w dużym koncernie przemysłowym. Dodatkowo dalekie kuzynostwo zaproponowało mu opiekę nad mieszkaniem. Sytuacja była prosta: on płaci rachunki i mieszka, oni są szczęśliwi, bo mieszkanie nie będzie puste. Ja skorzystałem z okazji i zająłem drugi pokój. Pierwszy z naszej paczki, który stał się dorosły. Ja troszeczkę z tym zwlekałem. Za bardzo pochłonęło mnie moje podziemnie życie, mój wewnętrzny świat. Forum, Szwagrowie, Strona. To wszystko pochłonęło mnie tak bardzo, że czasu na studia, nie zawsze starczało. Zawsze mnie coś zastanawiało. Czy Clark Kent, to alter ego Supermena, czy na odwrót. A jak jest ze mną? Czy login na Forum to moje alter ego, a może inaczej, student ekonomii, to alter ego degenerata z forum.

Dosyć pieprzenia. Byłem szczęśliwy, byłem z Dagną. Spytacie kim jest Dagna. Dobre pytanie. Pytanie dobre i trudne zarazem. Bo nie da się napisać kim jest Dagna, nie pisząc kim była dla mnie. A dla mnie była po prostu szczęśliwym zakończeniem. Po latach eksploracji burdelowa, celebracji każdej sprzedajnej cipki, relacji, które wionęły z daleka pustką, dotarłem do szczęśliwego zakończenia. Szczęście miało na imię Dagna. Mam ochotę rozpisać się o Dagnie, ale przecież nie o nią tu chodzi. W końcu ten blog miał być o podróży przez krainę zwaną burdelowem. O penetrowaniu niezliczonych ust, cip i anusów. Dagna to jedynie poboczny epizod tej opowieści. Jeśli będziecie chcieli, kiedyś wszystko opiszę. A dziś w skrócie.

Od kilku tygodniu burdelowo przestało istnieć. Odpuściłem Forum, Stronę, wszystko. Chodziłem za rękę z moją ukochaną i byłem szczęśliwy. Problem polega na tym, ze marzenia najczęściej widzimy w 2D. Coś, jakaś idea, jakiś obraz, pojawia się w głowie. Za tym obrazem pojawia się myśl. Na końcu przychodzi wniosek. To da nam szczęście. Widzimy gdzieś daleko obraz, dostrzegamy siebie na nim i przypuszczamy, że to jest nasza droga do szczęścia. Tak większość ludzi postrzega marzenia. Nie jestem tu wyjątkiem. Kiedy jednak, nasze marzenie przestaje być obrazem, do którego wzdychamy, a zamienia się w trójwymiarową bryłę, na którą stajemy, możemy poczuć niezbyt przyjemne uczucie. Bo, oto uzyskaliśmy to, o czym tak intensywnie, z utęsknieniem  marzyliśmy. Nasza postać odrysowała się, na naszym, utkanym z marzeń gobelinie. I teraz, dostrzegamy, co jest za nim. Już nie patrzymy no obraz, marzenia to zdobyty szczyt, mamy satysfakcję, zdobyliśmy go i jednocześnie widzimy coś, czego nie mogliśmy ujrzeć wcześniej.

   Byłem z dziewczyną, którą pokochałem od pierwszego wejrzenia. I tu pojawił się problem. Widziałem dziesiątki nagich kobiet. Byłem w dziesiątkach kobiet, smakowałem ich soków, napawałem się nimi. Zapomniałem jednak przeczytać elementarz (o ile taki istnieje) bycia z drugim człowiekiem. Po kilku tygodniach znajomości znalazłem się w całkowicie nowym świecie. Chciałem się z nią ożenić, mieć dzieci i wieść nudne życie, z drugiej strony coś zaczynało się psuć. Pojawiła się rysa na szkle, która stawała się coraz większa. Postanowiliśmy dać sobie czas i przystopować ze znajomością. Dagna tak postanowiła, ja się zgodziłem. Zaczęły mnie nachodzić demony sceptycyzmu z przeszłoci. – Czy to ma sens? – To pytanie kołatało w mojej głowie coraz mocniej.

Stronę włączyłem z bezradności, po prostu nic innego nie przychodziło mi do głowy. Przez ostatnie lata Burdelowo było moim panaceum na wszystko. – Kto wie, może teraz też znajdę tu odpowiedź – pomyślałem. Forum, Strona, posty Szwagrów. Trochę przybyło od mojej ostatniej wizyty. Lektura postów pozwala zając czymś umysł. Nie wiem czemu, ale podczas przeglądania ogłoszeń kilka numerów wklepałem do telefonu. Zamknąłem laptop, poszedłem spać.

Rano wstaję. Przemo jest już w robocie. Poranna toaleta, papieros. Nie jem śniadania, wychodzę. Idę na przystanek, szukam linii podmiejskiej. Jest. Za dziesięć minut będzie autobus. Mózgu używam połowicznie. Działam na autopilocie. Wiem, co chcę zrobić. Wsiadam do autobusu, który właśnie przyjechał. Ruszamy. Lubię jeździć jako pasażer. Lubię patrzeć w okno. Lubię przemijający krajobraz i niewiadomą: co będzie za zakrętem. Mija pół godziny. Jeszcze kilka przystanków i jestem n miejscu. Moim celem jest burdel drugiej kategorii, który jest na obrzeżach  miasta. Szwagrowie piszą, że jest 24h. Nie wiem, dlaczego akurat dziś muszę tam jechać. Po prostu.

 Dotarłem. Patrzę na numer domu. Całkiem długi spacer mnie czeka. Poranne ciepło powoli zamienia się przedpołudniowy skwar. Sierpień. Nie spieszę się, powoli idę. Dotarłem do alejki. Mój obiekt znajduje się na jej drugim końcu. W alejce jest jakby chłodniej. Cienie od domów, drzew i krzewów dają lekkie wytchnienie. Docieram do furtki. Piętrowy, masywny dom coś jakby z wielkiej płyty. Trąci PRL-em. Dwie wierzby dają chłód i cień. Wejście po schodach prostopadle do ulicy. Dzwonię. Otwierają się drzwi, pojawia się kobieta około czterdziestki. Z mordy widać, że diva, pewnie szefowa. Zniszczona twarz i rutynowa wyjście w szlafroku dają pewność. Jej spojrzenie na chwilę opuszcza rutyna, a przejmuje ciekawość.

– O co chodzi? – Pyta.

– Otwarte?

– No niby tak, ale.. – Zdaję sobie sprawę, ze nie wielu świrów przychodzi do burdelu po dziesiątej rano, no dobra, przed jedenastą, ale co tam. Nie pozwolę jej dokończyć – to można skorzystać?

– Muszę dziewczyn spytać.

– Pani Ewo. Nie! – słyszę głos z domu. Moja rozmówczyni na chwilę wycofuje się do ganku. Rozmawia z kimś.

– Sorry, musimy sprzątnąć po nocy.

– Nawet na kwadransik? – Staram się nadać swojej twarzy wyraz słodko-błagalny. Stara kurwa uśmiecha się i kręci przeczącą głową. Odchodzę od furtki. Co ja tu kurwa właściwie robię – pytam sam siebie.  I co ważniejsze, gdzie ja właściwie jestem?. Pytam ludzi, gdzie jest przystanek, z którego dojadę do centrum. Idę w coraz większym upale. Dostrzegam pewną zależność. Jadąc do podrzędnego burdelu nie czułem napięcia seksualnego. Nic nie czułem. Dopiero odmowa w burdelu spowodowała mix emocji: zdenerwowania i podniecenia. Teraz muszę uspokoić skołatane nerwy. I wszystko stało się jasne. Wczoraj nie potrafiłem tego logicznie wytłumaczyć, nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego wklepuję numery. Dziś już wiem. Podświadomość zrobiła swoje. Wybieram pierwszy numer. Nic. Wybieram drugi. Słyszę miły głos. Osoba raczej młoda. Przyjmuje w centrum, tanio, opcja full. Z tego co pamiętam tak właśnie opisali ją szwagrowie. Docieram do przystanku. Patrzę na rozkład. Za dwadzieścia minut będzie autobus. Spaceruję. Dosyć zielona okolica. Same domki, krzywy chodnik, trawnik, z zasięgu wzroku zakład wulkanizacyjny. Wszystko jest dziwnie na miejscu. Z obskurnego spożywczaka wychodzi trzech dresów z piwem. To nastraja mnie do obserwacji ludzi. Wakacje są szczególnym czasem. Wprawdzie dwa miesiące wakacji łączymy z dzieciakami, ale kiedy przyjrzeć się bliżej, to każdego, w pewnym sensie, rozleniwia lipcowo-sierpniowe słońce.  Dresy, robotnik w poplamionym kombinezonie niesie drabinę. Facet w zielonych, spranych jeansach i sportowej koszuli, sprawia wrażenie wuefisty. Zgarbiona babcia wlokąca po ziemi szmacianą torbę. Każdy zdaje się lewitować w rozgrzanym powietrzu. Obserwacja zmusza mnie do pytania, w której grupie społecznej będę za dziesięć lat? Kończę studia, czy mam plan na życie? Czy chcę być jednym z wielu. Praca, żona dzieci i monotonia dnia codziennego. Nie, tego nigdy nie chciałem, chciałem być ponad to. Chciałem iść swoją drogą. Ale pojawiła się Dagna. Nigdy tego nie pojąłem. Dagna była dla mnie uosobieniem najbardziej wzniosłych, romantycznych ideałów. Z drugiej strony, było w niej coś takiego, że wręcz zapragnąłem M3 z wielkiej płyty, talerza z zupą i obok mieć żonę. Może pod każdą, na pozór nudną,  towarzyską egzystencją kryje się wielkie romantyczne uczucie?

Patrzę na zegarek. Za cztery minuty będzie autobus. Wracam na przystanek. Autobus. Wsiadam, jadę. Nic nie czuję. Chciałbym poczuć gorąco, napięcie, znajomy dreszczy, ale nie czuję nic. Nawet jebać mi się nie chce. To, po co jadę do burdelu? Bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. Lata w burdelowie, w pewien sposób, zmieniły mi sposób patrzenia świat. Może nawet nie zawsze chodziło o seks. Sam klimat, był dla mnie czymś w rodzaju ucieczki.

Jazda szybko zleciała. Jestem w centrum .Kolejny telefon. Ustalamy szczegóły, gdzie, co i za ile. Po przejściu dwustu metrów bez problemu znajduję adres. Mrok bramy i chłodniejsze powietrze na podwórku orzeźwiają. Bez trudu znajduję klatkę. Domofon. Słyszę brzęczenie zamka. Otwieram drzwi wchodzę na drugie piętro. Dzwonię, wchodzę. Czego się zresztą spodziewałem? Po tylu latach włóczenia się po burdelach, to przestało być mrocznym, ekstatycznym przeżyciem, stało się monotonne. Szybka wymiana zdań, kasa do łapy.

(P)o pewnej drabinie

Warto sobie zadać takie pytanie: czy świat płatnych doznań i przyjemności, a może i płatnej miłości ma swoją hierarchię? To środowisko, podobnie zresztą, jak każde inne zbiorowisko ludzi, ma swoją drabinę. Drabina ta, jest o tyle specyficzna, że przesuwanie się po niej, odbiega od norm i zasad, które rządzą podobnymi drabinami.

Dowolna, społeczna drabina, po której ludzie wspominają się z mozołem wygląda mnie więcej tak samo. Startujesz od dołu, od samego dołu. Z punktu zero zaczyna każdy. Człowiek jest młody, nabywa doświadczenia, powoli i systematycznie, szczebel za szczeblem pnie się w górę. Dochodzi się do pewnego szczebla.

Jeśli masz wolę, jesteś zdeterminowany, to pniesz się dalej, szczebel, po szczeblu. W końcu wchodzisz na sam szczyt tej drabiny. Jesteś autorytetem w danej dziedzinie. Wejście na sam szczyt tej drabiny kosztowało. Największą daninę zapłaciłeś w jednej walucie. Ta waluta, to czas. Podobnie wygląda niemal każda drabina, dojście na szczyt kosztuje, z reguły – czas.

W krainie doznań za pieniądze jest nieco inaczej. Nowicjuszka, załóżmy, że zaczyna po dwudziestce, już jest nieco powyżej połowy, powiedzmy, że jest gdzieś na wysokości trzech czwartych takiej drabiny. Wszystko zależy od niej. Jeśli zainwestuje w siebie, jest dobra w łóżku (tak, zdarzają się prostytutki kiepskie w łóżku), to w przeciągu trzech, może czterech lat, jest w stanie dojść na sam szczyt albo w jego pobliże. Może też być inaczej, dziewczyna będzie ładna i uzna, że to wystarczy. Bardzo szybko zacznie schodzić z tej drabiny, do poziomu 30-40 procent. I tak już zostanie. Drabinę kariery w prostytucji, od innych drabin odróżnia, oprócz startu, mniej więcej z połowy, jeszcze jedno, bardzo ważne, prawo. Tu czas jest wrogiem. Z biegiem czasu, każda dziewczyna, czy kobieta zarabiająca własnym ciałem dojdzie do tego, że zaczyna tracić na wartości, i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Czynnikiem, który przyspiesza ten stan, jest też tryb życia. Niestety, w tej profesji alkohol, papierosy, a czasem, narkotyki, to coś powszedniego, a to wszystko się odbija.

Przyjrzyjmy się tej drabinie

Na samym dnie plasują się uliczne prostytutki i tirówki. Jeśli chodzi o panie, które zwane są potocznie ulicznicami, to najczęściej, niestety, panie, które dobijają do wieku emerytalnego w tym fachu. Do tego dochodzi problem z alkoholem i ogólne zmęczenie materiału. Oczywiście są młodsze, ale prawie zawsze towarzyszy im jakiś defekt. Najczęściej jakaś patologia, narkotyki, konflikt z prawem, różnie. Wśród Szwagrów panuje przekonanie, że w tych przypadkach najczęściej złapać jakiegoś kalafiora. Ja uważam, że to działa w obie strony. Do takich kobiet i dziewczyn przychodzą różni śmierdziele i tak koło się zamyka. Spotkać je można raczej tylko w większych miastach. Wskazówka: uważać, lepiej uważać.

Tirówka, nie wiem, czy termin ten występuje poza językiem polskim. Grzybiarki, jagodziany, dziewczyny przydrożne, różnie je nazywają. Jeśli ktoś pragnie zasmakować w obcym ciasteczku, to jak najbardziej. Nie znam statystyk, ale najwięcej jest Bułgarek, młode, stare, ładne, brzydkie, co, kto lubi. Radziłbym uważać na „nasze” tirówki. Według reguł, na trasę wydalane są te, które miały pecha, albo po prostu były głupie i z jakiegoś względu znacząco straciły na wartości rynkowej, na przykład są zarażone. Nie oznacza to, oczywiście, że inne narodowości są odporne na różne świństwa, ale dla dziewczyn „ze Wschodu”, praca przy drogach, to pewien sposób na życie i wiedzą, że wszelkie niechciane „przygody”, mogą je wyautować z biznesu.

Kolejny szczebel, to grupa, którą roboczo można nazwać „dziwki i burdele”. Ktoś może powiedzieć, że przecież tirówka, ulicznica, dziwka, prostytutka, to synonimy i chodzi o to samo. Jednak nie. Wszystko wyjaśnię, zostańmy na razie przy dziwkach. Dziwka, konkretnie tania dziwka, w hierarchii stoi wyżej od tirówki, czy ulicznej kurwy, ale z racji urody, bądź wieku, już jest, niejako poza głównym obiegiem, dlatego utrzymuje się w branży dzięki cenom. Takie dziwki, mogą urzędować w prywatnych mieszkaniach – najczęściej to tanie nory, gdzie czas zatrzymał się na piecyku gazowym i meblościance z Polski Ludowej. Mogą też grupować się w stada i tworzyć coś, na kształt burdelu. Uwaga ! Nie tylko wiek jest tu narzędziem pomiarowym. Chodzi o całokształt: urodę, zadbanie, umiejętne zaprezentowanie się. Spotkałem kilka młodych, tanich dziwek. Pamiętam, jak Przemo, jeden z kumpli, łkał miesiącami, po rozstaniu z dziewczyną. Jestem dobrym człowiekiem, dlatego postanowiłem, że pomogę mu, tak jak potrafię najbardziej. Zabrałem go na dziwki. Taksiarz zabrał nas do dzielnicy peerelowskich kamienic. Na samym końcu uliczki duży sześcian oknami. I nazwa przybytku na tandetnej tabliczce ze sklejki. W środku, lichy bar, obdarte sofy i kilka dziewczyn do wyboru. W wieku do trzydziestu kilku lat. Obraz nędzy i rozpaczy. Przepite, zaniedbane w pogniecionych ciuchach. Zamglonym wzrokiem błądziły po nas. Wyszliśmy stamtąd jak oparzeni. To był typowy, tani burdel.

         Kolejny stopień, to tak zwane prostytutki i agencje towarzyskie. Wiadomo, że w agencjach towarzyskich pracują też prostytutki, ale pojawienie się mieszkań z paniami lekkich obyczajów spowodowało pewien rozłam. Tak zwane agencje towarzyskie, night cluby to lokale, gdzie można wypić drinka, porozmawiać z panią (po uprzednim postawieniu drinka), w końcu pójść na górę. Mała ciekawostka: większość takich agencji, chce uchodzić za night cluby(takie jak w Ameryce), gdzie dziewczyny „tylko tańczą”, mamy też takie, ale o tym za chwilę, większość lokali, to po prostu burdele, ale w lepszej scenerii. Czasem jest jacuzzi.

Mieszkania to wymysł dwudziestego pierwszego wieku. Nie pamiętam, aby wcześniej, coś takiego bywało. Mieszkania, to iluzja. Jedna wielka iluzja. Po pierwsze klient, który idzie do takiego mieszkanka, ma o wiele większe szanse pozostania anonimowym. Gdyby wybrał się do agencji i zobaczył tam kogoś znajomego byłby spalony. Tu, w razie czego, zawsze może coś ściemnić. Obalić należy jeszcze jeden mit. Mit dziennikarski o studentkach dorabiających sobie własnym ciałem. Idzie sobie taki jeleń, jeden z drugim, na mieszkaniówkę i okłamuje SAM siebie, że dziwki nigdy ni posuwał, ale studentkę, prawie wyrwał, no bo w końcu, był u niej w mieszkaniu. Biedni naiwniacy.

Obok mieszkań, klasą średnią (w tej społeczności) są agencje towarzyskie. Najczęściej lokale określane mianem „night club”,albo salon masażu lub jeszcze inaczej (mnie urzeka określenie klubu dla dżentelmenów). Idea jest taka. Miejsce mające sprawiać wrażenie ekskluzywnego. Drogie alkohole, dziewczyny atrakcyjne, przynajmniej atrakcyjniejsze od tych w burdelach niższej ligi. To, co odróżnia agencję towarzyską od night clubu, to podejście do seksu. W agencjach, rozmowa, czy taniec (przy róże, lub jakkolwiek), ograniczone są do minimum. Ma to być, tylko grzecznościowy wstęp, żeby tylko iść na górę. W night clubach jest inaczej. Cała zabawa polega na tym, że dziewczyny tańczą, ładnie, powabnie i profesjonalnie. Zagadują, namawiają na drinki, pokazują cycki. Kiedy jeleń, ogłupiony cyckami i drinkami, staje się niczym plastelina, dziewczyna składa propozycję. Pokój dla VIPów. Z reguły, taki jeleń, bywał w podobnych przybytkach i VIP pokój, kojarzy tylko z jednym. Z posuwaniem. Kładzie kasę na ladę i chodu, do góry. A tu, niemiła niespodzianka. Bardzo często okazuje się, że w pokoju dochodzi do tańca (tylko?!). Tak, tylko. Jeleń się awanturuje, ochrona reaguje i mamy niemiłą sytuację, gdzie nie wiadomo, kto tak naprawdę winien. Dziewczyna, twierdzi, że tylko zmysłowo opisała, jak wykona taniec, klient, twierdzi, że liczył chociaż na lodzika. Awantura, szkoda gadać. Oczywiście, to nie jest reguła, są dziewczyny w takich klubach, które  dadzą, ale za wielokrotność stawki, jak obowiązuje.

Taką rozrywką dla bogatszych, na miarę night clubu, ale nieco bardziej kameralną są call girl, świadczące usługi na wysokim poziomie. Kilka lat temu, w prasie pojawił się artykuł, gdzie dziennikarze starali się dociec, co oznacza ten nowy, w branży termin. Przypuszczali, że to po prostu kolejny, ugrzeczniony synonim słowa „kurwa”. Tak jednak nie jest. Dziewczyny na telefon (oczywiście, z burdelu też można zamówić lalkę na telefon, ale to nie to samo), to dziewczyny z czołówki. Bardzo atrakcyjne, mające zadatki na modelki. Zgrabne, jeśli nie posiadają wykształcenia formalnego, to nadrabiają osobowością i życiowym doświadczeniem. Jednym słowem towarzystwo takiej kobiety, to sama przyjemność. Gustowna, jej bielizna, to coś ekskluzywnego, nie fatałaszek kupiony na straganie, powabna. Cechą charakterystyczną call girl jest to, że raczej nie umawia się na numerki, czyli godzinkę, dwie. Raczej noc lub wieczór plus noc.

Oczywiście to nie wszystkie gatunki i rodzaje pań do towarzystwa. Jest jeszcze cały przemysł seksualny. Sex shopy, peep showy, gdzie za mniejszą lub większą kwotę można skorzystać z kabiny life. Nie zapominajmy o hotelowych kurwach lub cichodajkach. Nie zapomniałem o sponsoringu, który w pewnym filmie został nieco przeinaczony. Gimnazjalistki chodzące po galeriach handlowych i proponujące loda za spodnie, to ewenement, margines. O wiele bardziej rozpowszechnione są relacje, które można nazwać układem (bez podtekstów politycznych). Starszy albo dobrze sytuowany facet jest w relacji (bo raczej związkiem tego nie można nazwać) z kobietą, którą obsypuje podarkami. Mogą to być drobne kwoty albo coś innego. Kolega, pracujący w salonie jednej z sieci komórkowej opowiadał mi, jak przyszła do niego pewna dziewczyna mniej więcej w wieku dwudziestu lat, z facetem pod pięćdziesiątkę.

Najpierw rozmowa z laseczką. Wypytała mnie o telefony, abonamenty. Co będzie miała i za ile. Popatrzyła na w miarę drogi telefon i pyta mnie w jakim abonamencie będzie tak do dwóch stów. Wszystko jej wyjaśniłem. Jak już obejrzała telefon, to mówi, że ok i kiwa na faceta, który stał przed salonem. Wchodzi i nic nie mówi. Nie wiedziałem, o co chodzi, to proszę laskę o dowód. A ta odpowiada, że nie na nią będzie umowa, pytam na kogo. Trzy sekundy kłopotliwego milczenia i pada odpowiedź: na wujka. Patrzę, więc na faceta. Kolejne pięć sekund kłopotliwego milczenia, w końcu młoda warczy: „daj dowód.” I facet zrozumiał, że jest wujkiem….

 Bardziej zaawansowaną formą sponsoringu jest instytucja utrzymanki. To relacja podobna do relacji rodzic – dziecko, gdzie jedna ze stron przejmuje rolę rodzica, w stu procentach finansując tę drugą stronę. Ta druga strona, niczym dziecko, w stu procentach opiera swoje (finansowe) jestestwo, na ekonomiczny rodzicu. Nie muszę dodawać, że od układu rodzicielskiego odróżnia się to jednym szczegółem – rżnięciem.

Legendy, legendy, legendy

Tu, w tym i tak na wpół tajemnym świecie również krążą legendy. Nie będę opowiadał bajek rodem z filmów pt. „Hostel”, bo z czymś takim się nie spotkałem. W środowisku Szwagrów, krąży jednak legenda o domku pod miastem. To zwyczajny dom. Nie ma tam zarejestrowanej działalności. Wtajemniczeni wiedzą. Dostać się tam można tylko poprzez kogoś. W domku tym żyją kobiety. Każda o urodzie modelki bądź aktorki i figurze instruktorki fitness. Obok walorów fizycznych, każda posiada wykształcenie i nie mówimy tu o kursie dla pielęgniarek (nie ujmując pielęgniarkom), ale o gruntownym, uniwersyteckim wykształceniu, które poparte jest wiedzą i obyciem. Towarzystwo takich kobiet można sobie kupić. Na weekend, na jeden event, na tydzień wakacji lub ferii. Zasady są proste. Płacimy wynagrodzenie dzienne (słyszałem o stawkach powyżej średniej krajowej – mam na myśli miesięczne zarobki) oprócz tego, musowo trzeba zabrać taką dziewczynę na zakupy: kreacja, biżuteria, czy perfumy, to dodatek, bonus.

Czy tak jest, czy nie, trudno powiedzieć, nigdy tam nie byłem, ale o tym słyszałem. I jako Wasz oddany kronikarz z burdelowa, o tym piszę.

Czterdziestka z ul Zana cz IV

Diva odbiera, mówię, że jestem. Słyszę numer bloku i mieszkania. Nie jest to blok obok którego stroję. Dwa numery dalej. Ok, to już nie daleko. Moje ciało pulsuje. W pobliżu bloku widzę sklep spożywczy. Układ ulic jest dziwny, za blokiem, który mijam, widzę kamienice, ale nazwa ulicy jest już inna. To budzi sygnał w głowie: może zawrócić? Nie teraz! Za późno. Tłamszę myśl, która jeszcze ledwo co zdołała zakiełkować. W głowie pojawia się obraz cycków. Jeszcze chwila i hipnotyzujące cycki staną się realne. Przechodzę przez ulicę i dostrzegam numer bloku. Miałbym teraz zwrócić? Nigdy! Gorąco na zewnątrz zdaje się przenikać mnie na wskroś. Czuję skwar w całym ciele, zwłaszcza wewnątrz. Pierwsza klatka, to ta. Już za chwilę, za krótką chwilę. Stoję pod klatką. Nie wiem dlaczego, ale odwracam się. Blok stoi przy osiedlowej parafii. Widzę duży, okazały kościół. Jak to jest, że jest naprawdę duży, a zauważyłem go dopiero teraz. Drzwi świątyni wydają się zapraszać. Pojawia się myśl: – masz wybór, możesz zawrócić. To nie ta droga. Skąd pojawiła się ta myśl? Gorączka trawi moje ciało. Zadaję sobie pytanie: co ja tu robię, dlaczego nie zawrócę? Naciskam odpowiedni numer na panelu domofonu. Wróciła zimna kalkulacja. Instynkt każe mi iść do przodu. Wkrada się mechanizm psychologiczny: tyle zainwestowałeś w tę wyprawę i co masz odejść z kwitkiem? Odpowiada szczęk otwieranych drzwi. Przyjemny chłód klatki schodowej i odór, który kocha każdy wychowany na blokowisku. Chłód przynosi ukojenie. Wracam na utarte myślowe trakty. Mrok klatki schodowej działa jak soczewka na moje zmysły, skupia je w jednym punkcie – seks z divą ze Strony. Żądza spowija moje ciało. Pukam trzy razy. Drzwi otwierają się. Wchodzę. W przedpokoju wita mnie prostytutka. Przyglądam się jej. Trudno określić urodę. Ani ładna, ani brzydka. Jest słownikową definicją „czterdziechy”. Nie będę wykładał damsko-męskiego abecadła – zorientowani wiedzą co to „czterdziecha” albo mature (to dla zwolenników porno). Ubrana w zwiewną koszulkę nocną. Co ważne dobraną gustownie. Patrzymy na siebie. Na naszych twarzach pojawiają się uśmiechy. Zostaje zaproszony do pokoju. Dobijamy targu. Standardowe pytanie o prysznic. Wchodzę do łazienki. PRL, ale da się wytrzymać. Szybko opłukuję swoje ciało i wychodzę owinięty ręcznikiem, z ubraniem w ręku. Wchodzę do pokoju, moja diva ścieli łóżko. To też niepisana zasada w burdelowym królestwie. Zmiana pościeli po każdym kliencie. W niektórych przypadkach łóżko jest ścielone przy kliencie, żeby dowieść, że dziwkarskie BHP w tym lokalu jest przestrzegane. Oczywiście słodką tajemnicą każdej divy jest ile razy to samo prześcieradło rozkłada przy każdym kliencie. To, na które patrzę jest niebieskie, nosi znamiona wielokrotnego prania i sprawia wrażenie niedawno prasowanego. Kto wie, może faktycznie jest świeże. Czterdziestka kończy ścielić łóżko. Można śmiało stwierdzić, że nieźle się trzyma. Zwiewna koszulka czyni ją naprawdę seksowną. Trochę za dużo waży, ale w jej wieku jakoś te nadprogramowe kilogramy pasują. Kiedy założyła ostatni róg prześcieradła odwraca się do mnie.

– Usiądź sobie, ja idę się odświeżyć – mówiąc to patrzy z uśmiechem.

Wychodzi. Kładę ubranie na pufie stojącej przy łóżku. Ściągam ręcznik, rzucam go na drugą pufę. Siadam na łóżku. Jest bardzo ciepło, nagość, to najlepsza forma. Słyszę wodę w łazieńce. Wyobrażam sobie, jak strumienie chłodnej wody spływają po ciele rasowej czterdziestki. Rutyna wkracza na scenę: atmosfera erotyzmu, tak dobrze znana, wypełnia pokój. Woda w łazience przestaje lecieć. Mój oddech jakoś dziwnie staje się cięższy. Krew spływa powoli do mojego fiuta. Mija może minuta, w otwartych drzwiach pojawia się dziwka. Jest naga. Duże cycki przypominają o sobie. Lekko masywne uda i biodra, do tego troszkę za duży brzuch. Typowa, rasowa czterdziestka. Przystrzyżone łono powoduje zupełną erekcję. W takich sytuacjach, w przygniatającej większości przypadków usłyszysz dwa teksty: „połóż się” albo „jak chcesz”. Tu jest inaczej. To profesjonalistka. Podchodzi i mówi: – Wstań. Posłusznie staję ze sterczącym kutafonem. Diva siada przede mną na łóżku, tak, że stoję bezpośrednio przed nią. Dłońmi delikatnie przejeżdża po moich udach. Ona zna się na tym fachu.

– Lubię takich młodych – stwierdza z uśmiechem – od razu stoi. W tym momencie bierze mojego Wacka do ust. Wnętrze jej ust działa na wpół kojąco, na wpół transowe. Podejrzewam, że to samo odczuwają narkomani.

– Mmmmmm, mruczy z takim przekonaniem, że dochodzę do wniosku, że mój kutas naprawdę jej smakuje. Kolejne porcje przyjemności dostarczane przez jej usta potęgują podniecenie. Przypominam sobie o jej cycach, w końcu to one mnie zwabiły. Sięgam po nie. Dojrzałe, duże, ze sterczącymi sutkami. Są idealne. Ciało też idealnie dojrzałe. Jeszcze nie obwisłe, jeszcze nie pomarszczone. Jej skóra nie ma już tej sprężystości, co u dziewczyn po dwudziestce, ale to właśnie brak tej sprężystości powoduje, że jej ciało jest miękkie, delikatne, przyjazne. Kiedy jej ręka zaczyna obracać moje jaja, przez chwilę myślę, że dojdę w jej ustach. Biorę oddech, napinam okolicę lędźwi. Delikatnie się odsuwam. Profesjonalistka wie, co to oznacza.

– To co, zakładamy gumę? – moje ciche „tak” wystarcza. Prezerwatywa w czerwonym kolorze pokrywa mojego druha. – Ale masz go fajnego – czterdziecha z uśmiechem komplementuje chuja. Nie wiem co odpowiedzieć, uśmiecham się tylko.

– To jak chcesz, klasycznie? – Pyta, przesuwając się w głąb łóżka.

– Może być klasycznie. – Odpowiadam wchodząc na łóżko.  Klęczę przed nią, widok, który mam przed sobą utrzymuję moją lance naprężoną. Dwa duże cycki, idealnie się rozkładają, kobiece biodra, delikatna, miękka skóra – kwintesencja kobiecości. Rozchyla uda, odkrywając źródło mocy. Jej cipka wydaje się zapraszać. Przystrzyżona kępka włosów, rozchylone wargi, to wszystko jest takie kobiece. Muszę w niej być! Chwytam jej nogi pod kolanami i uginam w kierunku tułowia. Cipka staje się jeszcze bardziej wyeksponowana. Poprawiam gumiaka i wchodzę. Zdecydowanie, mocno, do końca. Słyszę jej głośne stęknięcie. Delikatnie wygina się w łuk.

– Dobiłeś od razu do samego końca.

Łapie za uda i raz za razem mocno dobijam. Posuwam na całego. Jej falujące cycki powodują, że chcę ją wygrzmocić tak, jakby nie było jutra. Zresztą, nie ma jutra, jest tylko teraz. Jest tylko magiczna cipka, którą eksploruję. Posuwam coraz szybciej. Jej oddech staję się bardziej ciężki, chrapliwy. Jest dobrą aktorką albo faktycznie poczuła bluesa i się jej spodobało. Do chrapliwego oddech dochodzi ciche pojękiwanie. Sama szerzej rozchyla nogi i wygina się jeszcze bardziej, sprawiając, że wchodzę maksymalnie głęboko i mocno.

– Do końca. – słyszę, między jej pojękiwaniem. Zauważam, że mój oddech też stał się głośniejszy. Orgazm nadchodzi bez majestatycznego przeżycia. Po prostu dobre mocne rżnięcie doprowadziło mnie do zenitu. Kiedy czuję, że trysnę, dobijam naprawdę mocno. Trzy fale, trzy ostatnie pchnięcia. Ciśnienie zaczyna opadać. Serce jeszcze bije mocno, ale napięcie spadło. Wychodzę z jej cipki. Delikatnie. Guma napełniona moim nasieniem. Delikatnie ściągam. Patrzę na divę – leży z błogim uśmiechem. – Bez jaj, nie mówcie, że doszła – myślę sobie. Z reguły do seksu z dziwkami podchodzę bardzo handlowo. Zapłaciłem, wiec interesuj mnie przede wszystkim mój orgazm. Dziś jest inaczej. Dobrze mi z tym, że jej jest dobrze. Podaje mi ręcznik papierowy. Wycieram fiuta i zawijam gumę. Wrzucam do malutkiego kubła przy łóżku. Diva wciąż leży  rozchylonymi nogami.

– Mogę jeszcze zostać, czy kończy się czas? – Pytam, bo według relacji Szwagrów czas w takich mieszkaniach różnie jest liczony i trzeba od razu wiedzieć co i jak. Szwagrowie wielokrotnie opowiadali, jak nie doszli do finału, bo czas się skończył. Szczytem bezczelności, było, kiedy w trakcie rypania, Szwagier dowiedział się, że pisząc „godzina” w ogłoszeniu, kurwa miała na myśli „godzinę lekcyjną” czyli 45 min.

– Pewnie, siedź. Nikt nas nie goni. – Słyszę w odpowiedzi.

Leżymy nadzy. Rozmawiamy o upale, o wypadach na kąpieliska i różnych mniej istotnych sprawach. Gładzę ją po wewnętrznej stronie uda. Jest naprawdę przyjemna w dotyku. Dziwne zjawisko. Zapłaciłem za seks, czysty seks, a teraz dziwka jest mi jakoś bliska. Może nawet bliższa, niż nie jedna z tak zwanych normalnych dziewczyn, z którymi byłem. Jestem pewien, że nie ma uczuć na tym świecie, są tylko doznania. Co więc czuję teraz? Rozmawiamy jeszcze kilka minut. Ubieram się.

– Cześć.

– Cześć. – Wychodzę.

Kiedy wyszedłem z klatki znów patrzę na kościół. – Tym razem upadłeś, spróbujemy następnym razem – ten sam głos, który mówił, że mam wybór, mogę zawrócić. Do kogo należy? Czy to część mojego mózgu, nieskażona łaknieniem wciąż nowych doznań. A może Anioł Stróż, przypomniał o sobie.

Wchodzę do spożywczej sieciówki, którą mijałem. Zimny, wiśniowy napój gasi moje pragnienie. Wracam do mieszkania.

Czterdziestka z ulicy Zana cz. 3

Rytuał z burdelami ukrytymi pomiędzy blokowiskami jest prosty i przypomina harcerskie zabawy. Słyszysz w telefonie nazwę ulicy, jeśli znasz ulicę przechodzisz dalej: słyszysz numer bloku. Divy raczej więcej nie podają przy pierwszej rozmowie – po prostu dzwoni wielu napaleńców, uczniaków i innych dziwolągów, którym (tak sadzę) potrzeba do orgazmu usłyszeć głos. Ci zaawansowani – Szwagrowie przechodzą wyżej. I tę grę lubię. Lubię usłyszeć nazwę ulicy, jeśli nie znam, proszę o małą wskazówkę. Nigdy nie pytam o dokładną lokalizację. Niesamowitą frajdę sprawia mi szukanie tej ulicy. Później, seks, to rodzaj nagrody za wytropienie ulicy. Dzięki tej grze, topografia nawet dużego miasta przestaje być straszna. Kiedy znajduję ulicę, pozostaje pytanie, który to blok, która klatka, które mieszkanie. Naprawdę, czuję się wtedy, jak na wyprawie po skarb.

Podobnie jest teraz. Słyszę: przyjmuję na Zana – nic mi to nie mówi, ale to jeszcze bardziej mnie kręci. Ulica blisko centrum. Wiem, że nawet nie muszę kluczyć. Jestem w centrum, wystarczy ruszyć przed siebie. Iść – nie iść? Ostatnie drgania w żołądku. Umysł przeskakuje na inny tor, na razie częściowo. – Spacer po jedzeniu dobrze mi zrobi – tłumaczę sobie – i ruszam. – Tylko kawałek, dwieście, trzysta metrów – Pan Racjonalizator uspokaja. Później zawrócę i usunę numer z telefonu. Tak sobie to wszystko tłumaczę, chociaż znam siebie, i znam przyszłość, przynajmniej tę najbliższą. Idę przed siebie, powoli. Jestem ociężały po żarciu i otępiały przez walkę w mojej mózgownicy. Kiedy przeszedłem zakładane trzysta metrów, nigdzie nie widzę nazwy ulicy. Według założeń powinienem zawrócić i usunąć numer, który pali. Nie będzie tak. Stoję w miejscu i czekam na myśl, która niebawem nadejdzie, wiem, że nadejdzie, zawsze nadchodzi. Nie mija sekunda i oczekiwana myśl nadchodzi – skoro tyle przeszedłeś, to jeszcze kilka kroków nie zrobi różnicy. W końcu i tak tam pójdziesz. Mózg potęguje przekaz włączając zdjęcie idealnego cycyka ze Strony, a może to nie mózg, może to kutas zhakował układ centralny? Nieistotne – idę naprzód. Mijam kilka ulic i zatrzymuję się. Teraz się rozejrzę, jeśli nie będzie ul. Zana, zawracam. Powoli rozglądam się. Jest! Po drugiej stronie skrzyżowania: trawnik i blok. Nie widzę nazwy ulicy, ale czuję, to tutaj. Przechodzę na drugą stronę. Tak. Znalazłem. W tym momencie mój umysł przechodzi na zupełnie inny tor. Niemal poczułem to fizycznie. Dopiero teraz dostrzegam ukrop z nieba. Żar, który wylewa się na mnie, potęguję doznania. Wiem, że znalazłem się na jednokierunkowej drodze. Nie ma powrotu. Wszystko układa się w jedną całość. Upał, moje pożądanie, zieleń trawnika. Tak jest, bo tak miało być. Idę chodnikiem przecinającym trawnik obok bloku. Drżącą ręką wyjmuje telefon. Przecież jestem już na umówionej ulicy. Dziwkarska etykieta musi być spełniona.

Czterdziestka z ulicy Zana cz. II

Na zewnątrz jest ciepło, parno. To jednak nie przeszkadza. Lubię spacerować bez celu po mieście. Nie tylko latem, przez cały rok. Kiedy już wyjdę, zawsze jakiś cel się znajdzie. Mijam ludzi skąpanych w słońcu. Sporadyczne podmuchy wiatru dodają energii. Pewnie teraz powinien nastąpić opis miasta zanurzonego w letniej porze, jednak tak nie będzie. Prawda jest zupełnie inna. Nie dostrzegam ludzi, miasta, czegokolwiek. Idę bezwiednie, po prostu przemieszczam się względem obiektów wokół mnie. Myśli zamieniły się w huśtawkę: iść – nie iść. Świadomość numeru zapisanego w telefonie parzy, niczym wrzątek. Podobno nie da się nie ćpać, mając towar w kieszeni. A to jest mój narkotyk.  Na samym dnie świadomości potrafię zdobyć się na szczerość. Wiem, po co wyszedłem. Wiem, jak się ten spacer skończy. Ale to mały zakamarek mózgu, oficjalny umysł mówi coś innego: jest piękna pogoda, nie warto kisić się w murach. Dlatego wyszedłem. Idę i „delektuję się” pogodą i miejską scenerią. Znam siebie, wiem, że ulegnę. Zadzwonię. Jedynym wyjściem jest poszukanie zajęcia dla umysłu, a raczej dla zmysłów. Poszukując awaryjnego scenariusza, docieram do centrum. Los daje mi odpowiedź. Duże logo sieci ze śmieciowym żarciem, wręcz zaprasza. To powinno przynieść ulgę skołatanym zmysłom. Śmieciowe żarcie zamiast śmieciowego seksu.

Lubię porównanie seksu do jedzenia. Właściwie nic tak nie opisuje seksu, jak kulinarna metafora. Jedno z lepszych porównań, to porównanie do bigosu (nie mojego autorstwa). Usłyszałem je od księdza. Seks bez uczuć, seks sportowy, seks anonimowy, to bigos w dworcowej jadłodajni. O przepraszam! W lokalu typu „Snack Bar”. Seks małżeński, po ślubie, uprawiany nieużywanymi dotąd narządami to też bigos, ale bigos podany podczas Wigilii. Podany na świątecznym stole, w świątecznej atmosferze, spożywany w sposób godny. Niby bigos, to bigos, a różnica fiu fiu. Kiedy po raz pierwszy to usłyszałem miałem ochotę ryknąć – Księże! Bigos świąteczny wyjątkowy jest dlatego, że podawany jest raz do roku, gdyby wcinać go ca drugi dzień, byłby powszedni niczym dworcowa bryja. Wyjątkowość, to pochodna niedostępności. Tak myślałem wtedy, z czasem częściowo się zgodziłem, ba nawet rozwinąłem seksualno-gastronomiczne rozważania. Cały seks, to lustrzane odbicie gastronomii. Dochodzimy w życiu do momentu, kiedy każdy potrafi coś upitrasić. Co, kto upitrasi, to już sprawa indywidualnych predyspozycji. Jedni kombinują na miarę Top Chefa, innym wystarczą ziemniaki ze skwarkami. Uśredniając – przeciętny obiad jest w zasięgu każdego, a przynajmniej większości. No dobrze – ktoś powie – skoro każdy ma czym/kim zapchać kichy, to w czym problem? Ano w tym, że każdemu, po różnym okresie czasu znudzi się żreć ciągle to samo. I tu na scenę wchodzi gastronomia za pieniądze, wedle upodobań i wedle zasobów portfela.

Wchodzę do lokalu. Patrzę na oferty. Zestawy zdają się patrzeć z neonów zachęcająco. Nigdy nie biorę zestawów, zawsze tworzę własne kombinacje. Jest drożej, ale mam to co chcę. Zamawiam, płacę, odbieram. Siadam pod ścianą, nie lubię siedzieć na środku. Tępe spojrzenia w porównaniu z ruszającą się żuchwą odbierają apetyt. Pochłaniane białko i węglowodany poprawiają mi nastrój. A może nie tyle poprawiają nastrój, bo ten mam dobry, ale zapełniają pewną pustkę. Kiedy popijam sok pomarańczowy pustka wewnątrz mnie zdaje się być zapchana. Nie ma co jedzenie, to rokosz. Kąpiel, masaż, dobra lektura, jedzenie, to wszystko jest rozkoszne, ale rację miał Al Pacino: na pierwszym miejscu jest cipka. Przechylam tackę nad koszem. Wychodzę. Starszy gość stanowiący logo sieci zdaje się zapraszać ponownie. Wychodzę na zewnątrz. Jest południe. Słońce zdaje się świecić na mnie ciut mocniej, niż na innych. Posiłek mnie rozleniwił. Pojadłem, teraz bym poruchał albo przynajmniej lodzik – tak zawsze mawiał Kapitan Planeta na studenckich grillach. Nie wiem, dlaczego akurat teraz o tym pomyślałem. Może kawałki kurczaka, frytki i buła z kurczakiem popite sokiem napchały mnie równie skutecznie, jak kilogramy smażonej kiełbasy i ocean piwa dawno temu. A może po moim mózgu krąży obraz divy z nieziemskimi cycami i stara się przebić do świadomości. Może. Dotknąć te cycki, posmakować je, objąć ustami pieścić językiem. To wszystko zaczyna być dostępne. Czuję na rękach tłuszcz, pozostałość o kurczaku. Ostrożnie wyjmuję chusteczki z kieszeni i starannie wycieram ręce. Chowając paczkę chusteczek, nie mogę nie dotknąć telefonu w kieszeni. Czuję ucisk w dołku. Znajome uczucie. Lada chwila przestanę myśleć. Zacznie się trans, który doprowadzi mnie do celu.

Wyjmuję telefon – przecież nikt nie powiedział, ze muszę pierzyć tę dziwkę, tylko zadzwonię, Pan Racjonalizator w mózgu wydaje się mieć rację. Miałem świadomość już rano, że tak to się skończy. Wyjmuję komórkę, i wciskam zielona słuchawkę. Podnoszę telefon do ucha. Dwa sygnały, słyszę głos. Niemal przeszywa mnie dreszcz. Rozmowa trwa krótko: co? Za ile? Gdzie przyjmuje? Kończę stałym tekstem: jak będę w okolicy, to się odezwę. Telefon ląduje w kieszeni. Zamykam oczy. Resztki zdrowego rozsądku mówią, żeby wracać na mieszkanie. Mam robotę do zrobienia. Ale to są resztki, niewielki promil mojego „ja”. Cały „ja” chcę rozpocząć rytuał.

CDN

Czterdziestka z ulicy Zana

Przeciągam się, jednocześnie ziewając. Kiedyś przeczytałem, że przeciąganie się, to ileś tam procent orgazmu. Coś w tym musi być. Promienie słońca padają na moją twarz. Wraz z wiosną przestaje opuszczać roletę na noc. Lubię, kiedy budzi mnie słońce. Zwłaszcza, kiedy jest sobota i nie muszę nastawiać budzika. Tak, jak mówiłem, lubię kiedy budzi mnie dzień. Moja kawalerka jest raczej obskurna, ale jedno w niej lubię. Okno od strony wschodniej. Dające możliwość słońcu, aby mnie budziło.  Tak w ogóle, to mało jest zjawisk tak poetyckich, jak nastawanie nowego dnia. Każdy z nas uważa za pewnik, że kładąc się spać będzie jakieś jutro, ale gdyby poświęcić chwilę na to jak powstaje to „jutro”. Bez sprzecznie jesteśmy świadkami cudu. Po raz pierwszy doznałem tego w szkole średniej. Zakuwałem coś do późna, i sam nie wiem kiedy, głowa opadła mi na biurko. Kiedy się ocknąłem czarna noc, zaczęła być mocno granatowa – wręcz atramentowa. Pierwsze ptaki zaczęły harce. I z każdą chwilą było jaśniej i głośniej. Cud narodzin kolejnego dnia. Tak jakby los dawał do zrozumienia: „wszystko zaczyna się od nowa, cokolwiek spieprzyłeś, możesz zacząć dziś od nowa”.

Która może być godzina? – Zastanawiam się. Siódma za parę minut. Leżę. Rozglądam się po pokoju. Sen to chaos, teraz zaczynam powoli układać puzzle w głowie. Zamykam oczy. Czuję światło i ciepło na twarzy. Czas wstać. Prysznic, toaleta i pranie. Pranie rozpoczynam przed śniadaniem, taki zwyczaj. Śniadanie. Mam czas, więc podsmażam pieczarki, duszę pomidory, to wszystko składniki mojego wykwintnego śniadania. Spokojnie robię pyszną jajecznicę. Po śniadaniu sprzątanie. Szybkie odkurzanie. W kawalerce nie ma za dużo do sprzątania. Raz na jakiś czas trzeba umyć okna, ale to akurat lubię robić. Nie lubię zmywać naczyń. I tu bywam do bólu praktyczny. Nie zmywam dopóki mam w czym jeść. Jak na faceta mieszkającego samotnie mam dużo naczyń. Dlatego twory, jakie niekiedy piętrzą się w moim zlewie doprowadziłby do erekcji nie jednego abstrakcjonistę. Z mocnym postanowieniem jednak daję radę naczyniom. Wycierając naczynia zastanawiam się, co dalej robić. Pranie skończy się za około dwadzieścia minut. Teoretycznie mam robotę. Moja firma nawiązała współpracę z inną firmą i teraz każdemu klientowi trzeba wciskać nowy, dodatkowy produkt. Produkt teoretycznie dla małych firm i firemek. Zapoznanie się z produktem zajmie mi około dwóch godzin. Wycieram kubek – ostatnie z naczyń. Patrzę na zegarek po ósmej. Nieźle – mam cały dzień dla siebie. Dioda w pralce świeci. Wieszam pranie na rozkładanej suszarce. Otwieram okno. Słońce i powiewy wiatru powinny wszystko wysuszyć, do wieczora, najpóźniej do jutra. Włączam komputer. Poczta, najważniejsze portale. Kiedy mam czas, a dziś mam, odwiedzam strony najważniejszych dzienników i tygodników. Trzy strony, po trzy artykuły, plus te, które mnie zaciekawią. W głowie pojawia się nutka wahania: a co tam.

Dwie zakładki, dwie strony. Strona i Forum. Lubię być w temacie. Nowe komentarze Szwagrów. Jedne przestrzegają, inne zachęcają. Nowe profile na stronie. Wszystko w ruchu. Jestem zaintrygowany od kilku tygodni, a może miesięcy jednym zdjęciem na stronie. Dłoń ujmująca pierś w sposób idealny. Między palcem śrdokowym, a serdecznym widnieje kawałek brodawki i sutek, który wprost z ekranu dopomina się o miejsce w ustach. Duża, kształtna miseczka D albo E. Byłem gotów pomyśleć, że fotka jest retuszowana, ale dłoń temu przeczyła. Cycek na zdjęciu wyglądał świeżo, apetycznie ponętnie, trudno określić wiek właścicielki takiego skarbu, a raczej skarbów. Ale dłoń, bez dwóch zdań należała do kobiety co najmniej po trzydziestce. W rubryce wiek widniała cyfra 35. Należało się domyślać, że diva jest po czterdziestce. Ile razy patrzę na to zdjęcie wyobrażam sobie dotyk, zapach i smak tych piersi, tej kobiety, tej dziwki.

Ciekawe. Odkąd odkryłem Forum i zacząłem na nim pisać wiele się nauczyłem, wiele dowiedziałem. Przede wszystkim o kobietach. Mam świadomość, że nasze Forum może budzić kontrowersje. Ci najbardziej subtelni mówią, że zajmujemy się płatną miłością, ci rzeczowi nazywają wprost: forum o prostytutkach pisane przez klientów. Ci prymitywni mówią, że banda degeneratów zajmuje się kurwami i dziwkami. Każda z wymienionych grup ma rację. Nie do mnie należy ocena, ale wiem jedno. To jedno z najlepiej zorganizowanych for w kraju. Panuje tu ład i porządek. Z prędkością światła usuwani są licealiści, którzy zarejestrowali się z ciekawości albo studentasy szukające koleżanek z akademika. Pozostają ci, którzy mają coś do powiedzenia w temacie i wśród nich, wśród nas, panuje prawdziwa męska sztama. Trzy opnie na temat mojego celu. Po czterdziestce, z urodą według gustu, podobno rozmowna i sympatyczna. Już coś wiem. Patrzę na zdjęcie profilowe. Wklepuję numer ze strony. Nie mam zamiaru dzwonić tak po prostu.

Zamykam komputer. Biorę do ręki pliki kartek z pracy. Staram się skupić, ale jest przed dziesiątą. Ciepło, jasno, gwar za oknem. Zbyt ładnie, żeby siedzieć w murach. Odkładam zapoznanie się z dokumentami na później. Sandały na nagi i już mnie nie ma w mieszkaniu.

Szczuplutka blondyneczka (pierwszy anal) cz IV

Tak to już jest w samczym świecie. Zawsze, ale to zawsze rywalizujemy o kobiety – samice. Bez względu, czy nam zależy, czy nie musimy, się wykazać, wyeliminować przeciwnika. Nawet jeśli faceci, to koledzy, przyjaciele, to i tak w obliczu kobiety muszą rywalizować. Tak po prostu jest. Wracając na stancję myślałem o Marcie i o Beacie.

Beata. Poznałem ją w klasie maturalnej. To dosyć głupi czas na zawieranie znajomości i jeszcze gorszy na zakochiwanie się. Co do „zakochania się” jak większość facetów w tym wieku, ja również wpadałem w pułapkę. Pułapka polega na wykreowaniu wielkiego uczucia, tam, gdzie go nie ma. Czasem, tak jak w moim przypadku, po maturze znajomość zaczyna trawić towarzyska gangrena, objawiająca się w niezliczonych wiadomościach SMS i rozmowach telefonicznych, które tak naprawdę do niczego nie prowadzą. Szczenięca miłość. Tak, Beata była ostatkiem szczenięcej miłości. Z Martą było inaczej. To też było młodzieńcze zauroczenie, ale schłodzone bardziej dorosłym spojrzeniem. Marta była pewną granicą. Choć nie przekroczyliśmy nigdy granicy fizyczności, to dzięki niej szczeniak zamienił się w psa.

Na takich rozmyślaniach upłynęła mi droga do łóżka w moim pokoju. Zmęczony wczorajszym alkoholem i dzisiejszymi doznaniami zapadłem w kamienny sen.

Po przebudzeniu życie toczyło się nadal. Kawy z Martą, uczelnia, stancja, imprezy – pijaństwo, seks, zawieranie przyjaźni. Tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Im więcej ludzi poznawałem, tym bardziej byłem przekonany, że szczenięcą znajomość należy odpuścić. Jak wiadomo, gdy pojawia się gangrena jedynym wyjściem jest amputacja. Antybiotykiem też miała być Marta. Miała być, bo jednak wybrałem inne lekarstwo, inną terapię.

Im bliżej wiosny, moje kontakty z Beatą stawały się jakby intensywniejsze. To spowodowało, że w głowie zaczęła kiełkować mi myśl. Myśla tak ciepła, i tak radosna, że tylko wiosenne słońce mogło się z nią równać, a może nawet nie. Jednak jej zależy – nie mogłem przestać o tym myśleć. Mimo sporej odległości ustaliliśmy, że spotkamy się w maju. Jak się okazało, było inaczej. Wracałem z majówki. Przez cały czas liczyłem na spotkanie z Beatą. Każdy kolejny SMS działał pobudzająco. Jej brak odpowiedzi doprowadził mnie stanu napięcia.

Testosteron rozsadzał mnie. Czułem go nawet pod paznokciami. Wiedziałem, że muszę puknąć. Nie chodziło nawet o sam seks. Chodziło o coś więcej. Chodziło o rytuał. Odnalazłem numer telefonu (niczym alkoholik – skrawek gazety z numerem miałem w małej, ukrytej w kurtce kieszonce). Pierwsza rozmowa. Idę pod znajomy adres. Przyspieszone bicie serca. Stoję pod blokiem. Kolejny telefon. Domofon, dźwięk otwieranych drzwi od klatki schodowej. Kilka schodów do pokonania i ciekawość, kto będzie za drzwiami. Dobrze wiem, kto będzie, ale ciekawość, nawet nieuzasadniona, jest częścią rytuału, bez niej kurewski rytuał straciłby na wartości. I tego właśnie potrzebowałem. Beata, Marta, niepowodzenia na uczelni, wszystko jest odległe, jakby na drugim końcu wielkiego oceanu. Pukam do drzwi. Smukła blondynka. Scenariusz ten sam. Co? Na Ile? Prysznic i czekanie. Siedzę nagi i czekam na rozwój wypadków. Czekanie mnie upaja. Kiedy wchodzi moja kurewka, wszystko dzieje się banalnie. Trochę lodzika, zabawa cyckami i seks. Przyjemny, ale pozostawiający niedosyt, bo wiedziałem o jeszcze jednej dziurze do spenetrowania.

– Odwróć się. Teraz anal. – Te słowa spowodowały, że mój kutas wyprężył się jeszcze bardziej. Erekcja staje się bolesna. Zmiana ogumienia. Blondyneczka wypina się smarując anus. W powietrzu rozchodzi się zapach truskawek. Ciekawe, czy to ten sam lubryka, co kilka miesięcy temu – zastanawiam się. Mając w pamięci, analne perypetie za pierwszym razem, skupiam, niczym chirurg przed operacją. Niepotrzebnie. Blond diva klęcząc na kolanach położyła twarz na łóżku. Jej delikatnie rozchylone nogi i pozycja sprawiły, że perfekcyjnie wypięła tyłeczek. Żaden anal później nie charakteryzował się tak rozkosznie zachęcającym tyłeczkiem. Do dziś czuję ruch w gaciach, gdy przypomnę sobie wypięty tyłeczek i anus zachęcający do storpedowania. Przysunąłem się do jej dupki. Przystawiłem fiuta do rozkosznego pączka i delikatnie naparłem. Jak w masło. Znów poczułem na pycie wszechogarniającą ciasnotę. Na chwilę świat przestał istnieć. Istniała błogość, która wypełniła cały pokój, stała się moim wszechświatem. Istniałem ja i wypięty tyłeczek blondyny, który wypełniony był moim kutasem. Nic poza tym. Mechanicznie wykonywane ruchy w przód – w tył. Z punktu widzenia biologii, to tylko stosunek analny, ale dla mnie było to coś, znacznie przekraczającego seks. Ruchy mojego fiuta w wypiętej dupie były symboliczne i wielowymiarowe. Pierwszym poziomem był popęd. Zwykła chuć. Pod tą przyziemną warstwą kryło się coś znacznie więcej. Ruchy frykcyjne były ucieczką i pogonią jednocześnie. Posuwając ten świetny tyłeczek uciekałem, wtedy jeszcze nie wiedziałem przed czym, ale uciekałem. Pół biedy, żebym tylko uciekał, ale ja jeszcze goniłem, goniłem to coś, czego nie da się złapać. Ciekawe, czy gdyby ktoś, wtedy powiedział mi, że nie muszę uciekać, nie muszę łapać, to ubrałbym się i wyszedł? Czy dokończyłbym to, co zacząłem? Nie, na pewno nie. Sam musiałem do tego dojść. Po swojemu. To, że wybrałem „tę drugą dziurkę” było pewnym symbolem. To był znak mojego własnego szlaku. Moje szukanie swojej prawdy. Nadchodzący orgazm poczułem najpierw w łydkach. Energia przesuwała się udami w górę. Kiedy napięcie doszło do klatki piersiowej znalazłem się na ostatniej prostej. Już nic nie mogło przerwać mojego szczytowania. Wchodzę w tyłek szybciej i mocniej. Energia z wysokości mostka opada, niczym lawina kieruje się do mojego prącia. Zatracam się w intensywności doznań. Energia z niewyobrażalną siłą opuszcza mojego druha. Ostatnie trzy mocne pchnięcia, mój przyspieszony oddech, moja ręka głaszcząca dół pleców kobiety klęczącej przede mną, resztki nasienia zapełniające zbiorniczek prezerwatywy. Wszystko to dzieje się jednocześnie. Delikatnie i powoli wyjmuję fiuta z wypiętej dupci. Kiedy wyciągam fiuta, prezerwatywa troszkę się zsuwa. Po moim wycofaniu zwieracz blond divy zaciska się, wskutek czego część prezerwatywy zostaje w jej odbycie. Łapię przy końcu i wyciągam. Blondynka nie patrząc mi w oczy podaje papierowy ręcznik. Zaczynam się ubierać. Prysznic wezmę w domu. Kiedy kończę ubieranie, mogę przysiąc, że słyszę chichot. Chichot wewnątrz mnie, gdzieś ze środka, a może za moją głową? Bańka mydlana, wypełniona doznaniami, w której znajdowałem się kilka sekund temu rozpadała się na milion cząstek, a każda z nich powędrowała w kierunku wyznaczonym przez chaos. Nie wiem kto chichocze. Los? Diabeł? Anioł Stróż (anioł raczej by nie chichotał)? Podświadomość? Z dna mojej głowy, a może serca słyszę wyraźnie płynące myśli, A może to nie myśli, może to przekaz Siły Wyższej Od Nas Samych. „Nigdy nie będziesz miał ani Marty, ani Beaty. Cała majówka była próbą, sprawdzianem.” – Słyszę głos mojej głowie. – „Zdałeś ten sprawdzian, przeszedłeś próbę. Wszystko co musiałeś zrobić, to wybrać, dokonać wyboru. I wybrałeś”. Dotarło do mnie. Zrozumiałem, że znalazłem się po złej stronie mocy i raczej nie będzie odwrotu. „Nie” – krzyczałem w myślach. – Można to jeszcze odkręcić, poprawię się. Poczułem chęć natychmiastowej ucieczki. Po opuszczeniu mieszkania przeskakiwałem po trzy stopnie. Znalazłem się na zewnątrz. W głowie myśli przelatywały mi niczym bile po zielonym suknie. Czy faktycznie przekroczyłem Rubicon, czy nie ma odwrotu? Czy moje poszukiwanie wciąż nowych doznań przekreśli szanse na normalne życie (zdarzało się, że wybiegałem myślami w przyszłość i pytałem sam siebie, czy rola męża i ojca to coś, co będzie mi pisane i ważniejsze, czy ja się spiszę w tej roli). Mały parking przy nijakim bloku zaczął mnie przytłaczać. Do mieszkania miałem spory kawałek, ale ruszyłem starając się odgonić złe myśli. Zaczęło wiać. Cały dzień był lekko pochmurny. Świeże powietrze otrzeźwiło mnie. Zacząłem układać wszystko w racjonalną mapę będąc ciekawym, gdzie mnie zaprowadzi. – Przecież nic wielkiego się nie stało, przeleciałem dziwkę i tyle. – Uspakajałem sam siebie. Dlaczego więc pomyślałem, o Beacie, o Marcie, dlaczego pojawiło się to dziwne uczucie, taki chłodny niepokój? Z nieba zaczęła kapać drobne krople. Wiosenny deszczyk. Jeszcze dobrze nie przetworzyłem w mózgownicy informacji o wiosennym deszczyku, Kiedy poleciały hektolitry wody. Z wiosennego deszczyku zrobiła się wiosenna burza. Chodnik zaczął pustoszeć. Każdy szukał schronienia. Wycieraczki przejeżdżających samochodów pracowały na najwyższych obrotach. Zostałem sam na chodniku. Zacząłem czuć deszcz. Chciałem go chłonąć. Instynktownie czułem, że to jedna z tych chwil w życiu, które pamiętamy zawsze. Pomyślałem, że jeśli deszcz dostatecznie mnie spłucze, to będzie symboliczne oczyszczenie. Od jutra zacznę wszystko do nowa. Porozmawiam z Martą, porozmawiam z Beatą. Koniec z dziwkami! Trzeba zacząć nad sobą pracować. Przez chwilę sam to uwierzyłem. Chciałem zaczarować rzeczywistość, ale w głębi wiedziałem, że to nic nie da. W strugach deszczu spływających po mojej twarzy niezauważenie spłynęły dwie łzy.

Dotarłem do mieszkania. Otwieram drzwi. Słyszę salwy śmiechu. Niebieski dym i słodkawy zapach czuję już w przedpokoju. Wchodzę do pokoju Miszy, skąd słychać śmiech. No tak, Miszą, Kapitan Planeta, Olek, Przemo, dwa Kamile i Władek.

– Siemaneczko. Co tam. – Firmowy, radosny uśmiech Kapitana.

– Powitać, powitać. – Nienaturalny uśmiech Kamila każe mi sądzić, że dawka THC w jego organizmie przekracza średnią krajową. Misza i Przemo unoszą ręce na znak powitania. Idę do siebie. Jestem przemoczony. Ściągam mokre ubranie. Spodnie dresowe i bluza zastępują mój ubiór. Wracam do ekipy. Na stole i biurku niezliczone ilości zielonych butelek po piwie. I Jedna najważniejsza. U dołu wybita jednogroszówką dziura, szyjka owinięta sreberkiem. W środku unosi się cudowny dym. Rozglądam się po ludziach. Jedni rozmawiają,  ktoś stuka w telefonie, inny kontempluje napisy na butelce piwa. Wszyscy naćpani, wszyscy szczęśliwi. Wszystkie niespokojne myśli zostają zepchnięte w kąt. Jestem wśród swoich, jestem bezpieczny. Widok znajomych twarzy uspokaja mnie. Butelka ze sreberkiem wędruje do mnie.

– Rozpalaj chłopaku. W końcu i tak masz największe tyły – pada komenda kapitana.

– To takie zaszyty? – Pytam z uśmiechem biorąc butelkę. Przybliżam dziurę po jednogroszówce do ust. Kamil przypala mi mieszankę tytoniu i marihuany. Biorę głęboki oddech. Widzę, jak dym przesuwa się w dół – do moich ust, a później w płuca. Wstrzymuję oddech, patrzę na dym za zielonym szkłem – podoba mi się jego chaotyczna wędrówka, trochę jak ja. Butelka wędruje z rąk do rąk, z ust do ust. Wszyscy rozbawieni do rozpuku. Misza wyciera łzy rozbawienia. Nie wiadomo kiedy Kamil wyszedł, bo właśnie wrócił z dwiema reklamówkami piwa. Kolejne głębokie oddechy THC, kolejne piwa, rozmowa, śmiech. Jest błogo. Czas przestaje odgrywać rolę. Powoli otacza mnie mgła. Słyszę głosy i śmiech w oddali. Powoli opadam w nicość.

Kilka dni później SMS od Beaty. Jest z kimś i wolałaby nie utrzymywać bliższego kontaktu. Czy było mi smutno? Z pewnością, ale w końcu tak miało być. Z Martą do czerwca układ koleżeński, od października każde z nas poszło swoją drogą. Kilka tygodni po majówce poznałem Żanetę – maturzystkę, krzyżówkę punka i metala. Pewnie dlatego, później miałem opinię typa lubiącego małolaty, chociaż nie sądzę abym tu odbiegał od innych facetów. A co do blond divy, jeszcze parę razy u niej byłem. Zostaliśmy dobrymi znajomymi. Kiedy przypadkowo spotkaliśmy się na ryneczku obok miejsca jej pracy, przez chwilę zamieniliśmy kilka słów. Chyba faktycznie tego pamiętnego popołudnia wybrałem życiowy szlak. Wiele lat później kiedy, była Strona, kiedy było Forum spytałem Szwagrów o blond divę. Znali – pamiętali. Ktoś wysłał mi link do jej profilu na Stronie – wciąż aktywna zawodowo (w innym mieście), ale widać było zmęczenie materiału na zdjęciach. Cóż taki fach.

Nie wynajęliśmy z Emilią tego mieszkania. Może to i lepiej. Kiedy poszliśmy wieczorem do mnie, po kolacji i po całkiem dobrym seksie zacząłem się zastanawiać: jak to się stało, że znów się zeszliśmy. A, już wiem kluczem do naszego zejścia jest „czterdziestka”