Zuza cz. 2

– Cześć – mówię cicho i uprzejmie.

– Cześć – odpowiada, w pewien zalotny sposób Zuza.

Trudno mi określić w ciemnym przedpokoju jej stan, ale zmierzamy do pokoju, więc pora ocenić towar. Bezlitosne prawa rynku. Uśmiecha się. Faktycznie jest młoda 18-20 lat i…. niezbyt ładna. Na pierwszy rzut oka nadwaga. Włosy do ramion, lekko naturalnie poskręcane. Pospolita, przeciętna twarz. Ubrana w koszulkę, i spodnie dresowe. Tandeta i szmira, ale za te pieniądze… Jedyny atut, to faktycznie jest młoda.

– Na ile zostajesz? – Pyta, a ja już podjąłem decyzję. Tak jak zakładałem. Będzie idealna na zrobienie loda w to słoneczne popołudnie. Warianty są trzy: godzina, pół lub kwadrans. W praktyce sprowadza się to dwóch lub jednego numerka albo samego francuza. Często można poprosić o francuza bez gumy (FBG według slangu na Forum), to zależy od divy, która przyjmuje. To według formalnych zasad. Według zasad życiowych, niepisanych jak jesteś zadbany i dobrze nawijasz, to w najniższej stawce obrobi druta i jeszcze ją przelecisz.

– Kwadrans – mówię cicho i z uśmiechem.

– Ok. Chcesz skorzystać z prysznica? – Pyta.

– Poproszę – mówię wciąż się uśmiechając.

Daje pieniądze i dostaje ręcznik. Zuza pokazuje mi, gdzie jest łazienka. Wchodzę zwykła łazienka nawet czysto, choć mogłoby być czyściej. Opłukuję swojego druta, wycieram się podanym ręcznikiem. Zawsze sprawdzam, czy jest czysty, to też Szwagrowie punktują. Czysty. Wycieram się nie myślę o niczym – nie ma mnie, jestem w innym świecie. Wracam do pokoju, owinięty ręcznikiem w ręku trzymam ubranie. Jest ciepło, więc dużo tego nie ma.

– To ja się idę odświeżyć, a ty się rozgość. Zostawia mnie i wychodzi. Siadam w ręczniku na łóżku. Czekam. Zawsze w takich chwilach koncentruje się na czasie i przypominam sobie pierwszy raz. Każda sekunda rozciąga się w czasie kilkukrotnie. Powietrze wypełnia napięcie seksualne. Eksperymentowałem z kilkoma narkotykami, ale to oczekiwanie to haj, który jest nieporównywalny.

Słychać klamkę i pojawia się uśmiechnięta diva. Tandetny czarny strój imitujący drogą, zmysłową bieliznę i pończochy z drugoligowego sex shopu – to wszystko pasuje do drugoligowej dziwki.

– Połóż się wygodnie – mówiąc to podchodzi do łóżka i ściąga swój strój. Pozostaje tylko w pończochach. Pewnie naczytała się w babskich pisemkach, że to seksowne – pokazać się facetowi w samych pończochach. Ale ona seksowna nie jest. Duże uda już dawno przestały być kobiece stały się masywne i nieładne. Rozstępy na brzuchu świadczą, że przekroczyła granicę nadwagi i dużymi krokami zbliża się do otyłości. Jedynym atutem są duże cycki. Siada na łóżku i pochyla się w stronę mojego fiuta. Ja rozwalam się na łóżku i gładzę ją po ciele. Jej skóra dawno nie miała na sobie dobrego balsamu. Łapię ą za cycka, co nie łatwe, bo Zuza cały czas majstruje ustami przy moim drucie. Ma przyjemnie ciepłe usta. Nie jest mistrzynią w obciąganiu, ale ciepło jej ust i pomruki powodują, że momentalnie mi staje. Rytmicznie porusza głową znajdując się na czworakach prostopadle do mnie. Rękę kieruję między jej uda, delikatnie je rozsuwa. Chcę sprawdzić jak jest głęboka. Wsuwam dwa palce.

– Ssss – słyszę lekkie syknięcie, ale zaczynam rytmicznie poruszać palcami i nic już nie słyszę. Chwilę pozostajemy w tej pozycji, ja rytmiczne poruszam palcami, Zuza głową. Jest dosyć głęboka i luźna, myślę, że mimo młodego wieku jest zaprawiona w tym sporcie. Po kilku chwilach ruch moich palców staje się płynny, wyczuwam jej soki. Nie sądziłem, że zrobi się wilgotna po moich „pieszczotach”. Obrabia pałę poniżej średniej, ale na rozgrzewkę może być. Przenoszę rękę z pomiędzy jej ud na cycki. Łapię ją za cycka. To jedyna część ciała, która jest gładka. Jeszcze. Nie ma się co oszukiwać. Jest grubą, zaniedbaną, wiejską dziewuchą. Jej figura jest zwalista, skóra wymaga wizyty u kosmetyczki. Jedyny element, który jest miły dla oka i ręki to cycki. Myślę, że każdy facet zna ten typ cycków. Nie jakieś foremne, kształtne, ale duże, dorodne cyce. Takie cyce są atrakcyjne przez kilka lat, później stają się zbyt obwisłe i ich właścicielka nie ma nic do zaoferowania. W tym przypadku, przy tym trybie życia stawiam na dwa lata. Po dwóch latach będą ugniecione, a ich właścicielka jeszcze bardziej zejdzie z ceny.

– Zakładamy gumeczkę? – pada pytanie. To pytanie zawsze pada. Potwierdzam mruknięciem i klepię ją po dupie. Uśmiecha się.

Tak to jest w tym fachu. Kurwy można podzielić na trzy kategorie. Pierwszą są debiutantki i Zuza z pewnością do nich należy. Nie jest ładna, ale młoda. To widać. Podchodzi do roboty spontanicznie, ja to rozumiem. Lubi seks, niedawno odkryła, że może dostawać za to kasę. Trafiają się stare dziadki, które pomiętoszą cycki (z pewnością przypomina im młodość, bo ewidentnie przypomina divę z Dwudziestolecia) posuną kilka razy i spust. Teraz trafiłem się ja. Nie uważam się za ideał, ale jestem schludny i podobno podobam się kobietą. Dla debiutantek wszystko jest ok: seks, kasa, nowości. To jednak szybko się kończy. Mija trochę czasu. Pojawiają się mniej przyjemne momenty. Są słabsze dni, a pracować trzeba. Pojawiają się mniej przyjaźni klienci, którzy lubią, kiedy boli. Po paru takich akcjach przestaje być miło, ale nie to jest najgorsze. Pojawia się świadomość, że wdepnęła w gówno i nie ma z niego wyjścia. Bo historie o dziewczynach, które wyszły z piekła wsadźcie między bajki. Tu pojawia się kolejna kategoria prostytutek. Te, już w środku. Jeszcze młode, jeszcze ładne, ale zdradzają je oczy. Spojrzenie, którego nie da scharakteryzować. Mieszanka kilku uczuć, kilku emocji. Pierwszą warstwę pokrywa rutyna. Pod nią skrywa się smutek, żal, litość (tak litość do klienta – dobrze czytacie). Wszystko zależy od klienta. Jeśli jest poukładany, to dostrzeże zobojętnienie, czasami nawet litość. Litość, bo ta branża ma dwa końce pracują dziewczyny, które teoretycznie upadły najniżej, ale przychodzą faceci, którzy wiele wyżej nie są, a może jeszcze niżej. To może zobaczyć normalny facet. Jeśli jest typem skurwiela to może dostrzec złość i coś jeszcze. To spojrzenie mówi jasno – wytrzymam, wielu takich wytrzymałam, ciebie też wytrzymam.

Ostatnią grupą są kobiety po czterdziestce. Popularnie nazywane starymi kurwami. Tu już nie ma użalania się nad sobą. Pełna akceptacja. One już wiedzą, że taki wariant na życie wybrały i nic tego nie zmieni. Często wzmacniają się alkoholem, ale cóż taki ich los.

Ja mam do czynienia z debiutantką, która właśnie zakłada mi czarną prezerwatywę.

– Może zaczniemy klasycznie? – Pyta.

Zuza cz. 1

W mieście jest nowa i ma zostać wypróbowana.

***

Przekroczyłem tę niewidzialną granicę. Sam nie wiem kiedy. To subtelna i płynna granica. Wielu starało się wytyczyć ją precyzyjnie. Nikomu się nie udało. Mówię o atrakcyjności. Stałem się atrakcyjnym facetem. Może zawsze nim byłem? Nie wiem.

Kiedy masz kilkanaście lat i jesteś na młodzieńczym etapie życia dostrzegasz coś. Dostrzegasz, że oprócz wszystkich bogactw na tym świecie jest coś jeszcze. Pewna wartość, jeszcze jedno bogactwo, które trudno zmierzyć surowcem lub walutą. To świadomość i aktywność seksualna. Jak każdą dziedzinę życia, tę też może charakteryzować dostatek, jak i skrajne ubóstwo. Granicą do tej krainy jest atrakcyjność. Co ciekawe, atrakcyjność, której mówię, nie zawsze jest tożsama z atrakcyjnością fizyczną. Ale to temat na inne rozważanie. Nie wiem jak przekroczyłem granicę. W pewnym momencie po prostu to wiesz. Widzisz to w spojrzeniach ludzi – kobiet.

 Właśnie tego doświadczam. Siedzę w pubie. Loża naprzeciwko baru. Piję piwo i myślę. Przy barze trzech leszczy. Każdy po kolei zagaduje do barmanki. Pewnie nazwą to podrywem albo rwaniem. Ja to nazywam stękaniem. Stękaniem tak prymitywnym, że ja subtelniejsze dźwięki wydaję przebywając w WC. Barmanka. Typ zwyczajnej kobiety. Ani gruba, ani chuda. Bez zbędnego makijażu, spięte włosy (kolor naturalny). Kobieca figura, obfity biust napierający na beżową bluzkę a`la polar. Ładna dziewczyna. Za godzinę dowiem się jak ma na imię. Za kilka wieczorów odprowadzę ją do domu po pracy i zostanę na noc. Ten fakt sprawi, że będziemy nieco zażenowani obrotem sprawy. Żeby nie komplikować przestanę odwiedzać pub. Ale teraz siedzę przy piwie i leniwie spoglądam w kierunku baru. Napotykam spojrzenie barmanki. Otwiera usta i wydaje dźwięki tak, że leszcze przy barze ulegają złudzeniu rozmowy. Ale spojrzenie ponad nimi i leciutki uśmiech mówiący „my przeciw nim” wystarczy abym miał pewność, że emocjonalnie siedzi ze mną w loży.

Kiedyś wiele bym dał za taką sytuację. Dziś, po prostu ma miejsce. Może prawdziwa jest teza, według której, wystarczająca ilość seksu w życiu powoduje, że nie wysyła się sygnałów seksualnego głodu. Tym samym jest się atrakcyjniejszym (bo kto lubi seksualnych frustratów). Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Natomiast, jeśli chodzi o seks, to lubię go porównywać do jedzenia. Podobieństw jest tak wiele, że o tym też napiszę, później. Bardzo modne, w ostatnich latach jest eksperymentowanie z dietami i wszelkie majsterkowanie przy jadłospisie. Liczenie kalorii, głodówki, koncentracja na takim produkcie, a unikanie innego. Zauważcie, że z seksem jest podobnie. Ilość artykułów, porad i najprzeróżniejszych opisów, stwarza złudzenie, że całe społeczeństwo żyje wyłącznie seksem. Właściwie, to panuje tu dziwna korelacja. Koncentrujemy się, albo na tym, co mamy w talerzu, albo na tym co (i z kim) robimy w wyrze.

***

I właśnie o tym wam opowiem. Lecz nie będzie to jakaś tam opowiastka o jedzeniu i ciupcianiu. Opowiem wam o podziemnym życiu. Tak pełnym i tak pustym zarazem. „Strona”, „Forum”, „Diva”, „Szwagrowie”, „Cyfry”, „Ustawka” (nie chodzi o kiboli), „FBG”. Te słowa jeszcze nic dla was nie znaczą. Jeszcze. Ale poczekajcie. Dla mnie stanowią ostatnie dziesięć lat życia. Tak szczelnie je wypełniły, że nie było miejsca na nic ważniejszego. Z czasem i dla was pewne słowa nabiorą znaczenia i zanurzycie się w pustym świecie przepełnionym doznaniami. Zobaczycie. Jeżeli czytając to zastanawiacie się, czy jest to kolejny blog z porno opowiastkami, to was rozczaruję. Potraktujcie to, raczej jako pewien przewodnik. Przewodnik po krainie, którą, żeby poznać, nie wystarczy odwiedzić, trzeba ją chłonąć, każdą cząstką ciała. A w końcu zapłacić cenę.

***

Dzień jak każdy. Koniec pracy. Sprzątam biurko i wychodzę. Wracam do swojego mieszkania. Małe zakupy po drodze. Wychodząc ze sklepu otwieram puszkę wiśniowej coli. Mimo, że minęły lata, pamiętam wszystko, dosyć dokładnie. Końcówka maja – ciepło. Myślę o Arku, koledze z pracy. Na przerwie zagadał o mnie o swoim internetowym odkryciu – Stronie. – No wiesz, taka stronka, gdzie ogłaszają się panny. Studentki, mężatki, no wiesz ruchanie za kasę. Nie odpowiedziałem za wiele. Kiwałem głową i pomrukiwałem. Mało rozmawiam z Arkiem. Według mnie prostak, który swoje prostactwo uznaje za bycie czarującym. Czasem się zastanawiam, jak może zajmować się klientem biznesowym będąc takim chamem. Ale co ja – głupi, sam szukam zagadek do rozwiązania. Tu rozwiązanie jest wręcz banalne. Większość ludzi w tym kraju to chamy, więc pewnie traktują go jak swojego.

Kiedy opowiada mi o stronce, w głowie pojawia się myśl: „czyżby kolejny szwagier dołączył do szacownego grona, które za najlepszy deser uznaje lody?” Wróciliśmy, każdy do sowich obowiązków i moje myśli powędrowały do klientów. Teraz wracam myślami do naszej rozmowy. Dlaczego akurat mnie o tym powiedział? Czytałem kiedyś „Mury Hebronu” Stasiuka. Stary garus, edukuje małolata: grypsujący zawsze pozna grypsującego – to po prostu widać „po mordzie”. Czyżby, tu było tak samo? Może Arek nie jest       ( nie będzie) debiutantem? Może to jeden ze Szwagrów? I rozpoznał mnie, a ta krótka rozmowa miała dać mi do zrozumienia…coś.

Jestem w mieszkaniu. W ramach obiadu mrożone warzywa z patelni. Po obiedzie pełen relaks. Lubię nic nie robić. Jakby nie to, że zdechłbym z głodu, to nie ruszałbym się z mieszkania. Włączam komputer, uruchamiam przeglądarkę i wchodzę na Stronę. Dziesiątki kolorowych obrazków, pod każdym Kika linijek tekstu. Gdzie niegdzie, komentarze.  Nie myślę o tym co robię, działam automatycznie. Przeglądanie Strony jest dla mnie niczym rutynowa prasówka dla dziennikarza.  Na Forum pisali o nowej. Podobno przyjmuje niedaleko. Jest. Zuza. Ciemna blondynka, przy kości, podobno osiemnaście lat. Nie jest droga. To podejrzane. Jak dziwka jest tania, to prawie na pewno nie grzeszy urodą. Co mi tam. Po obiedzie lodzik będzie dobrym deserem. Wystukuję numer, w słuchawce słyszę dziewczęcy głos. Szybka ustawka. Faktycznie przyjmuje niedaleko.

Ustawka w żargonie Szwagrów to telefon do dziwki, omówienie wstępnych warunków: co i za ile. I najważniejsze: słyszymy adres i umawiamy się mniej więcej na godzinę. Sama ustawka jest punktowana u Szwagrów, ale o tym kiedy indziej.

Moja świadomość działa w niewielkim procencie. Znam procedurę, jak pisałem, to rutyna. Nie myślę. Działam. Ubieram się i wychodzę. Piętnaście minut i faktycznie jestem pod umówionym adresem. Jeśli powiedzenie, że fiut kimś rządzi nabiera mocy, to właśnie w takich chwilach. Nie myślę, nie czuję i nic mnie nie obchodzi. Podążam za radarem w gaciach. Kolejny telefon. Numer mieszkania. W tym momencie jestem oderwany od rzeczywistości – po prostu mnie nie ma. Widzę tylko kolejne klatki i numery mieszkań na domofonach. Mam…

O pewnym Sylwestrze cz. 2

Uśmiechnąłem się i podszedłem do baru. Zaczęliśmy od życzeń noworocznych. Postawiono przede mną kieliszek szampana, na barze, w kubełkach, stały jeszcze trzy.

– Proszę, dziś na koszt firmy, szampanik. – Uśmiech barmanki, nie pozostawał złudzeń, urocza z niej była osóbka. Delikatnie wzniosłem kieliszek i upiłem troszkę. Zacząłem myśleć, ile pieniędzy mam przy sobie i czy za te pieniądze będę w stanie coś sobie zorganizować. Nie wiedzieć czemu, poczułem się tu dobrze, zapomniałem o akademiku i przyjaciołach. Zacząłem rozmowę z dziewczynami przy barze i dwoma kolesiami. Okazało się, że kolesie zaciągają po rusku i są, hmmm, przedsiębiorcami. Ja, nie czułem potrzeby okłamywania kogokolwiek. Poza imieniem, wyznałem, jak na spowiedzi, że jestem studentem i wyszedłem z imprezy w akademiku. Na to, jedna z dziewczyn z zainteresowaniem spojrzała na mnie. Zapytała z którego akademika wyparowałem. Okazało się, że to jej akademik. Zrobiło się coraz przyjemniej, w tym, nietypowym środowisku, czułem się jak ryba w wodzie, kolejne lampki szampana, rozweselały mój umysł. W końcu, zacząłem z zainteresowaniem oglądać dziewczyny przy barze. Dwie inne przewinęły się, gdzieś z boku. Ktoś wszedł, rozejrzał się i wyszedł, ktoś inny wyszedł, pożegnawszy się wcześniej. Czyli nie byłem jedynym ‘takim’ człowiekiem, inni też tu spędzali Sylwestra. Zapytałem barmanki, czy za kwotę, którą mam przy sobie, jest możliwość skorzystania, z której z dziewczyn.

– A to musisz dziewczyn pytać. – Jej odpowiedź, choć uprzejma miała w sobie nutkę profesjonalizmu. Zapewne byłem tam dosyć oryginalnym zjawiskiem, ale interes jest interesem i nic tego nie zmieni. Zapytałem dziewczyny siedzącej między mną, a dżentelmenem w kurtce. Grzecznie odpowiedziała, ze nie. Odpuściłem na chwil temat. Znów rozmawialiśmy miło przy barze. Moje pytanie chyba niepostrzeżenie rozeszło się po lokalu, bo nie minęło jakieś dziesięć minut i inna dziewczyna, ta, z tych, które wcześniej przemykały, podeszła do baru i powiedziała, że z taką kasę zaopiekuje się mną. Cóż więcej chcieć. Poszedłem za nią. Weszliśmy do pokoju. Dałem jej kasę, pytając, co za to dostanę. Nie odpowiedziała. Dostałem ręcznik i poszedłem do łazienki, której drzwi były w rogu pokoju.

Strumienie ciepłej wody, zdawały się przyspawać mnie do tego dziwnego stan. Pomyślałem o tym, żeby na króciutką chwilę przekręcić gałkę z zimną wodą. Jednak nie. Bałem się tego niemiłego uczucia, po drugie, zimna woda mogłaby wyrwać mnie z tego cudownego transu. Wróciłem do pokoju. Położyłem się nagi na łóżku. Diva, stała w bieliźnie, której kolor trudno było rozpoznać, bo cały pokój był skąpany w niebieskawej poświacie. Poszła do łazienki. Ja bezmyślnie leżałem. Doznałem tego momentu, kiedy jesteśmy dokładnie w tym czasie i w tym miejscu, nic ponad to się nie liczy. Kiedy wróciła diva, uklęknęła przy mnie na łóżku i zaczęła delikatnie, palcami muskać mnie po torsie i udach. Co ciekawe, wciąż była w bieliźnie. Zacząłem gładzić ją po pośladku i wsunąłem dwa palce pod jej koronkowe majteczki. Odsunęła się. Zaczęła głaskać mojego penisa. Ten, pod wpływem jej rąk, leniwie się podniósł.

– Weź do buzi. – Wciąż rozleniwiony, niemrawo wydałem polecenie, które jednak bardziej przypominało prośbę.

– Nie, misiu za mało kasy masz na lodzika.

Nic nie odpowiedziałem, wciąż leniwie gapiłem się w sufit, a dłonie divy, leniwie błądziły po moim ciele. Znudziły mnie te pasywne pieszczoty, chciałem czegoś więcej. Poprosiłem, żeby się przysunęła.

– Mogę cię masować w pozycji sześćdziesiąt dziewięć.

– Zdejmij majteczki i pochyl się tak żebym widział twoją dziurę w dupie. – Jej mina na chwilę przybrała wyraz złości, a może pewnego bólu.

– Nie! Nie jestem dziurą do oglądania.

– A mogę włożyć ci tylko palec? –Moje pytania były błagalne i głupie, ewidentnie drążek przejął kontrolę nad pilotem.

– Nie i nie rozbiorę się. Za te pieniądze masz tylko masaż w bieliźnie. – Słowa te wypowiadane były ostro, zniecierpliwienie mieszało się ze zdenerwowaniem. – Leż grzecznie, wymasuje ci członka. – Jej ton głosu uległ zmianie. Jednak byłem klientem. Sposób w jaki położyła nacisk na „cz” w wyrazie „członek”, rozbawił mnie nieco. Leżałem, nic już nie mówiąc. Jej dłonie zaczęły masować mojego członka.

– Zobaczysz, jak wymasuję ci członka. – Znowu zaakcentowała „cz”. Sekret jej masażu polegał na tym, że mnie brandzlowała. Powoli mnie brandzlowała, to był cały masaż członka. Nic nie mówiłem, po prostu leżałem. Nie wiem ile leżałem, z obrabianym fiutem. Minutę? Dziesięć minut? Nie wiem. Usłyszałem pukanie.

– No, misiu czas się skończył. – To mówiąc dwudziestokilkuletnia dziewczyna, zeszła z łóżka, zostawiając mnie na nim, ze stojącym drągiem.

Grzecznie ubrałem się i poszedłem do drzwi, przy drzwiach pożyczyliśmy sobie najlepszego w obecnym już roku. Diva, zniknęła w ciemnym korytarzu, ja poszedłem wprost przed siebie, do głównej sali. Dwóch łysych wciąż siedziało. Zapytałem dziewczynę, czy mogę napić się na drogę szampana.

– Jasne. – Podała mi kieliszek z figlującymi bąbelkami. Łysi się odwrócili. W moją stronę przesunięty został kieliszek czystej.

– Drug, napij się z nami. – Przed oczami miałem ich dłonie, uniesione, z kieliszkami, zachęcająco kołysząca się w nich  wódka, niemal hipnotyzowała. Podniosłem rękę, trzymającą kieliszek i wypiłem jednym haustem. Przepiłem szampanem. Nawiązała się między nami pewna nić porozumienia. Nić, która powstać mogła tylko w najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach. Staliśmy się kompanami od kieliszka. Przez chwilę, w mojej głowie przewinęła się pena wizualizacja. Przecież oni na pewno są szemranymi kolesiami, od szemranych interesów. Jestem na początku studiów, nikt nie gwarantuje mi, że osiągnę sukces. A przecież, to w takich sytuacjach, nawiązuje się kontakty, zaczyna się coś wielkiego. Wizja mnie, jako szemranego kolesia, może wręcz gangstera, owładnęła mną. Ale tylko na krótki czas. Zaraz przyszło pewne otrzeźwienie. Tak, odwiedziłem pewien świat, ale zawieranie szemranych znajomości w agencjach towarzyskich, było czymś „za dużo”, nawet na mnie.

Niemrawo mrok ustępował porannemu granatowi. Spokojnym krokiem szedłem. Bez celu, przed siebie. Miasto było puste. Sporadycznie widywałem pojedynczych niedobitków sylwestrowych szaleństw.  Było nad wyraz ciepło, to był jeden z pierwszych ciepłych Sylwestrów, później stało się to normą, ale wtedy, to też było nowe, jak niemal wszystko tej nocy.

Wróciłem do akademika. Był poranek nowego roku. Kiedy dotarłem na ósme piętro, po cichu odwiedziłem pokoje, gdzie spali znajomi. Wszyscy jeszcze smacznie chrapali. Dwie osoby zauważyły moją wizytę. Misza, który swoje zdziwienie ubrał w:

– Co kurwa? Nie śpisz już?

Drugą osobą była Judyta, która, wraz z Pzemem zajęła pokój jakiejś koleżanki z chemii.

– Co ty robisz ubrany? Która godzina?

Opuściłem pokój. Wyszedłem na korytarz. Podszedłem do okna, gdzie była prowizoryczna palarnia. Palarnią był słoik i porozrzucane wokół pety. Odpaliłem papierosa. Paliłem i przyglądałem się wszystkiemu za oknem i abstrakcyjnym figurom z petów. Wszystko zdało się jednakie. Wszystko to głupstwo – pomyślałem. Wydmuchując dym zrobiłem trzy kółka. Co właściwie się stało, o co w tym wszystkim chodzi? – Myśli turlały się w mojej głowie. Nagle poczułem głód. Nienasycenie, pustkę, przerażającą PUSTKĘ, KTÓRA, WRĘCZ WYŁA, ŻEBY JĄ ZAPEŁNIĆ.

Opuściłem akademik, był poranek. Zaczął się nowy rok. Wciąż niewielu ludzi było na ulicach, ale czuło się, że magiczny odór sylwestrowych wygibasów, osiadł, gdzieś z zaułkach miasta. Sięgnąłem do kieszeni, po telefon. Znowu byłem w transie. Wybierałem numer, za numerem. Potrzebowałem tego, nic nie mogło ukoić tego niegasnącego pragnienia. Jedna kraina, jedno słowo. Burdelowo. Pod wybieranymi numerami nikt się nie zgłaszał albo słychać było pocztę głosową No tak, to normalne – pomyślałem – nawet dziwki świętują. Nie zauważyłem, kiedy usłyszałem kobiecy głos. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. A jednak, bogini zmysłowości, patronka poszukiwaczy zaginionej szpary, czuwała nade mną. Kobiecy głos, powiedział, gdzie przyjmuje i czego mogę tam doznać. W końcu, nie ma uczuć, są tylko doznania.

Szedłem zaśmieconym chodnikiem. Plastykowe kubeczki, resztki petard i sztucznych ogni, butelki. Wszystko to, na szarych chodnikowych płytach zdawało się być pewnego rodzaju przygnębiającą dekoracją. Mętnym spojrzeniem omiotłem najbliższą okolicę. Jakaś para, kobieta w pogniecionym płaszczu i facet, z krawatem w ręku pakowali się do taksówki. Na przemian dziękowali kierowcy, że pracuje o tak nieludzkiej porze. Kilka metrów dalej, foliowa, jednorazowa reklamówka sunęła przy samym podłożu. Po kilku chwilach zawinęła się na rogu kiosku. Wszystko to zdawało się być uzupełnieniem pustki we mnie. Obserwacja otoczenia tak bardzo zajęła moje myśli, że nie zdążyłem załapać, że już jestem pod wskazanym adresem. Kolejne połączenie, dostałem numer mieszkania. Zmęczonym, powolnym krokiem wszedłem do klatki. Kiedy byłem już w mieszkaniu, ze zdziwieniem zobaczyłem Cyctkę. Uśmiechnąłem się sam do siebie – świat jednak jest mniejszy, niż sądzimy. A na pewno nasz mikrokosmos. Obok Cyctaki stała trzydziestokilkuletnia blondynka. Nie była powalająca piękna, nie była też brzydka. Określiłbym ją, jako w miarę ładną kobietę.

– Którą wybierasz? – Cycatka, rzeczowo zapytała.

– Poproszę panią, –  wskazałem blondynkę, jednocześnie posyłając Cycatce przepraszające spojrzenie.

Kiedy szliśmy do pokoju, zauważyłem butelkę po szampanie, stojącą na stole. Czyżby urządziły sobie Sylwestra tylko we dwie? Może.

Kiedy znaleźliśmy się sami. Przyjrzałem się nieco uważniej blondynce. Jej twarz nosiła ślady nałogowego palenia, ale nie straciła całej urody, raczej nieco jej oddała nałogowi. Nie był szczupła, miała dokładnie tyle tkanki tłuszczowej, ile przystoi mieć kobiecie w jej wieku. Miała na sobie czarną spódnicę, niesamowicie miękką i czarną bluzkę. Oboje usiedliśmy, a raczej znaleźliśmy się w pozycji półsiedzącej, półleżącej, zacząłem gładzić ręką jej udo. Nie wiedziałem, co jest milsze, jej skóra, czy materiał tej dziwnej spódnicy. Uśmiechnęła się, nic nie powiedziała. Zaczęła rozpinać guziki mojej koszuli. Nieco niecierpliwie przeniosłem rękę pod jej bluzkę. Odsunęła się, zdjęła bluzkę i czarny stanik. Miała średniej wielkości piersi, dziwnie do niej pasujące. Przyssałem się do nich łapczywie. Blond diva, dała mi chwilę, niczym dziecku, które zobaczyło nową zabawkę. W końcu zapytała:

– To co chcesz? Lodzik, seks?

– A może być wszystkiego po trochu? – Jej piersi obudziły we mnie chciwość kobiecego ciała.

– Jasne – popatrzyła z uśmiechem. – Połóż się i ściąg spodnie.

Nie minęła minuta, kiedy leżałem na plecach ze sterczącym prąciem. Blondynka, ułożyła się obok mnie, ujęła mojego druha w dłoń i włożyła sobie do ust, niczym marchew. Przyjemne ciepło jej ust rozleniwiało i pobudzało jednocześnie. Pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie, to trysnę w jej ustach i nici z eksploracji cipki. Umówieni byliśmy na jednorazową akcję.

– Czekaj, czekaj. – Delikatnie ująłem jej ramię i odsunąłem ją. – Rozbierz się, chcę zobaczyć cię nagą. – Mówiąc to zacząłem ściągać jej spódnicę. Moje dłonie napotkały na opór.

– Nie, daj spokój. – Jej głos był pełen prośby, ale wyczuwałem pewną stanowczość. – Mam na brzuchu okropną bliznę. Wstydzę się jej. Zostawię. To mówiąc podciągnęła spódniczkę na brzuch, i ściągnęła czarne majtki. Moje usta znowu znalazły się w okolicach jej piersi, język zaczął wirować wokół jej sutków. Jednocześnie moja ręka znalazła się na jej wargach. Miękkość jej cipki, sprawiła, że o mało nie trysnąłem. Wytrzymałem. Kilka chwil w tej konfiguracji i poprosiłem, żeby założyła condom. Wszedłem w nią delikatnie, miękko, zwyczajnie. Kilka minut zwyczajnego seksu. Doszedłem. W miłej atmosferze, opuściłem lokum, Cycatka z firmowym, figlarnym uśmiechem pomachała mi.

Styczniowe poranne powietrze, zdawało się unosić mnie. Moja pustka stała się na chwilę wypełniona. W połowie drogi do akademika, zobaczyłem Damiana, też, gdzieś przewinął się na imprezie.

– Co ty tu robisz, najlepszego na nowy rok, bo nie wiem, czy życzyliśmy sobie.

Podziękowałem, szedł po piwo, bo jak się okazało, wszyscy sylwestrowicze już wstali. Po wymianie kilku zdań, każdy poszedł przed siebie. W akademiku, wszyscy wstali, odbywało się wielkie smażenie jajecznicy, jajecznicy „na kaca”. Moje pojawienie się, wywołało niemałe poruszenie. Nawet nie wiedziałem, że jestem tak popularny.

– Gdzieś ty polazł, każdy się martwił o ciebie. No kurwa, po prostu zniknąłeś. – Judyta, była nad wyraz troskliwa.

– Jaka faza, co ty kwasa jakiegoś wziąłeś? – Przepity Aleks, patrzył z głupkowatym wyrazem twarzy.

– Co ty odpierdoliłeś? – Misza, jak zawsze nie przebierał w słowotwórstwie.

Pośmialiśmy się, upichciliśmy jajecznicę, zjedliśmy. Damian wrócił z piwami. Jeszcze kilka minut, moje towarzystwo poroztrząsało moje zniknięcie, później, zaczęliśmy sklejać, z oparów piwa, wspomnienia wczorajszej biby, następnie przyszedł czas na noworoczne postanowienia. Ja, patrzyłem na nich wszystkich i zastanawiałem się, w jaki sposób, wszyscy tak pijani, zauważyli, że opuściłem towarzystwo. Snuli różne przypuszczenia: naćpany wyprułem w miasto, usnąłem pijany, gdzieś na schodach w akademiku i wstydziłem się przyznać, spałem  u jakiejś brzydkiej panny. Nawet nie domyślali się prawdziwego przebiegu zdarzeń. Nie mogli wiedzieć.

  Nie myślałem, o tym, co zrobiłem. Nie myślałem o tej nocy. Jakby nic się nie stało. Nie miałem postanowień na obecny rok. Nie obiecałem sobie, że rzucę palenie, nie oszukiwałem się, że dopracuję na siłowni mięśnie brzucha, potocznie zwane kratą. Nic sobie nie obiecywałem. Jedno wiedziałem, mroki burdelowa, to coś, co z całą pewnością będzie mi towarzyszyć w tym roku i pewnie o wiele dłużej. Nie potrzebowałem postanowień, planów, czy czegokolwiek. Jakaś część, mnie, głęboko ukryta, wiedziała, że tak będzie, bo tak musi być.

****

Koniak przestał mi smakować. Kolejne łyki, zaczęły wywoływać torsje. Zacząłem go przepijać sokiem jabłkowym. Cóż za profanacja. Butelka, w której zostało mniej więcej jedna czwarta trunku, patrzyła na mnie smętnie. Popatrzyłem wokół. Ze ścian pustego pokoju, zaczęło wdzierać się we mnie poczucie przegranej. Uczucie, które od dłuższego czasu starałem się zamaskować, zignorować lub zamienić na inne, powróciło. Tak, przegrałem, przez złośliwość losu, a może na własne życzenie. To niech inni ocenią.

Zmusiłem się, żeby wypić jeszcze pół szklaneczki, szybko popiłem sokiem. Gdzieś w oddali słychać niedobitki domorosłych artylerzystów. Wstałem od stołu i podszedłem do okna. Zaraz zacznie świtać – pomyślałem. Zamglonymi oczami spojrzałem w szybę. Moje odbicie zmieszało się z panoramą za oknem. Jak mogłem tak bardzo przegrać? – Z tym pytaniem zwaliłem się na łóżko.

O pewnym Sylwestrze

Kończył się kolejny rok. Ostatni dzień grudnia powoli przymykał oczy. Odchodził w niepamięć Stary Rok. Bardzo powoli, a jednocześnie szybko, niczym strzała wypuszczona przez odwiecznego łucznika, mknął w teraźniejszość Nowy Rok. Wyjątkowa noc, noc sylwestrowa. Dla mnie dobra, bądź przeciętna noc, jak każda inna. Siedziałem przy stole, napoczęta butelka koniaku wlepiała we mnie swe brązowawo-bursztynowe ślepia.

Nic nie robię, nie bawię się, nie świętuję, nie robię rachunku minionego roku. Otacza mnie pustka. Niczym salwy artyleryjskie, słychać za oknem fajerwerki, petardy i wszystkie hukowe wynalazki, na które większe lub mniejsze dzieciaki, wydały skwapliwie odkładane pieniądze. Nie widzę tego, również nie słyszę, ale czuję. Czuję nastrój zabawy i radości. Nawet telewizora nie włączyłem. Po co? Obejrzeć gawiedź, pod gołym niebem? Nie, ja potrzebuję pustki. Nigdy nie zrozumiałem, nie rozwiązałem tej zagadki. Czy to ja wytworzyłem pustkę wokół mnie, czy to pustka, niepostrzeżenie owinęła się wokół mnie, niczym szal z kaszmiru, a potem, równie niepostrzeżenie wślizgnęła się we mnie. Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Słucham muzyki, sączę koniak i wspominam. Czyżby zostały mi tylko wspomnienia? Czyżbym był trzydziestokilkuletnim starcem?

Tak zwane Sylwestry, przeżywałem na różne sposoby. Były takie, z których pozostały tylko strzępy wspomnień, dużych ilości alkoholu na stole i tańca o świcie, na koparce pozostawionej przy robotach drogowych. Bywały też takie, spędzone przed telewizorem, bez większej refleksji. Zdarzało się też, że przespałem nadejście Nowego Roku, jakby w ramach swojego, cichego protestu. Była też pewna noworoczna noc, którą spędziłem w kościele, prosząc Boga o szanse, gdzieś, kiedyś, z kimś. Czy było to „na poważnie”? Nie wiem. Wtedy chyba tak, ale gdzieś, głęboko we mnie, mimo, że sam przed sobą nie chciałem się przyznać, wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Nawet liczyłem, że nic z tego nie będzie.

W końcu był Sylwester, zwieńczony moim pierwszym razem. Licealny Sylwester, piękny Sylwester. A nic tego nie zapowiadało. To dzięki Łukaszowi. Łukasz, nie był moim przyjacielem. Na skali relacji międzyludzkich, nasze stosunki można było określić: koledzy z klasy, nic więcej. Łukasz, troszkę dilerek, zadymiarz na całego, cwaniaczek. Nie byliśmy z tej samej planety. Jednocześnie, nie musiał się z kimś przyjaźnić, żeby pomóc, albo załatwić to lub co innego. Ta jego, pewność siebie i chęć zaangażowania, czyniła z niego naturalnego lidera w klasie. Dostrzegałem to, ale nigdy nie pozwoliłem sobie na jakąkolwiek próbę zakolegowani się na siłę, czego nie można było powiedzieć o znacznej części szkolnej społeczności. Zabawne, dopiero po maturze, kiedy rozmawiałem z Magdą „Czarną”, powiedziała: – wiesz mam do ciebie respekt, za to, że potrafisz trzymać się nieco z boku, jakby ponad wszystkim i wiesz co? Łukasz też mi tak powiedział, że szanuje cię właśnie za to. – Nie wiedziałem co powiedzieć.

Wróćmy jednak, do pierwszorazowego Sylwestra. Nie pamiętam dlaczego, ale w ostatni dzień, przed świąteczną przerwą wracaliśmy razem z Łukaszem. To dziwne, nie wiem, dlaczego, bo mieszkaliśmy na dwóch odległych końcach miasta, więc nie mogło nam być po drodze. Ale szliśmy. Kiedy dotarliśmy do rozstajnego punktu, Łukasz uniósł przedramię pod kątem mniej więcej dziewięćdziesięciu stopni, z lekko ugiętymi palcami dłoni, żeby przybić grabę i rzekł: – to co, najlepszego w Nowym Roku, udanej imprezki, baw się dobrze. – Palsk, nasze dłonie zderzyły się. Żeby wiedział, że moje imprezowanie, to będzie posiadówa przed Polastem.- Pomyślałem. I właśnie w tym momencie, niczym w komiksach Disneya, nad moją głową pojawiła się pulsująca żarówka. A dlaczego nie? Przecież on ma rację, w końcu życzył mi udanej zabawy i imprezy – myślałem gorączkowo. I pomyślałem o Ance. Anka, była dziewczyną ze szkoły. Rok wcześniej, wprosiłem się do niej na dwa piwa i dobrałem się do majtek, moje pierwsze zetknięcie z cipką. Niezapomniane przeżycie. Brakowało tylko finalizacji transakcji. Tu niestety na drodze leżała logistyka, która z kolei potęgowała u Anki obiekcje. W końcu nadarzyła się okazja – Sylwester. Wszystko byłoby jak najbardziej w porządku, gdy nie kilka drobnych przeszkód. Rodzice, też zostawiali w domu, nie wiedziałem, czy zaakceptują mój pomysł zrobienia sylwestrowej biby u nas w mieszkaniu. Nie wiedziałem, czy Ankę wypuszczą z domu, bo ptaszki ćwierkały, że ma ostatnio szlabanowo.

Hehe, pora na wtrącenie, dziś, pewnie dzieciaki nie znają pojęcia „szlaban”, bo rodzice się ich boją, ale z zamierzchłych czasach początku tego stulecia, tak było.

W końcu, nie wiedziałem, czy Anka, w ogóle jest zainteresowana Sylwestrem ze mną. Wszystko to jednak, nie miało większego znaczenia. Po prostu doznałem olśnienia, nie wiedziałem tego, ale czułem, że całe uniwersum mi sprzyja. Okazało się, że Anka nie miała planu na Ostatnią noc w roku. Żeby jednak, przekazała mi tę wiadomość, musiałem prosić mojego ówczesnego przyjaciela, o niemałą przysługę, bo Anka miała faktycznie szlaban. Jednak jej rodzice, w ramach wspaniałomyślności zakończyli karę na trzydziestym grudnia. Pozostało zorganizować wszystko w domu. Wymyślając strategię godną arcymistrza szachowego, dopiąłem swego. Anka była u mnie na Sylwestrze tylko we dwoje. Nigdy nie powiedziałem Łukaszowi, że to dzięki niemu pierwszy raz zaciupciałem.

Tak, to wszystko miłe wspomnienia. Pamiętam też inny Sylwester. Kilka lat później. Na przestrzeni życia człowieka, kilka lat, mniej niż pięć, to wcale nie jest dużo. Trzeba jednak wziąć poprawkę, że ludziom młodym, czas, a w zasadzie przestrzeń też płyną zupełnie inaczej. Ja odczułem to jeszcze intensywniej. Przez te kilka lat, otwarłem wrota pewnej krainy. Krainy burdelowo. Krainy, która spływała doznaniami, z materialnych rzeczy zabierała pieniądze. Ponad to zabierała coś jeszcze. Zabierała, to może źle dobrane słowo. Wypełniała, swego rodzaju, szczególną antymaterią.

                Nie pamiętam, kto wpadł na pomysł zorganizowania sylwestrowych baletów. Ja dowiedziałem się od Jacka, niskiego, łysego chłopka-roztropka, gdzieś, z południa Polski. To co, wypijemy co, pojemy i może no jeszcze… – tu, wykonał kilka ruchów łokciem, do przodu i do tyłu. Skinąłem głową. Była końcówka listopada. Zanim ktokolwiek się zorientował, pokrzykiwaliśmy na siebie z Miszą, przeganiając się z wspólnej łazienki. W końcu, za niecałe pół godziny, mieliśmy wsiąść do tramwaju i udać się wprost do akademików. Szykowała się naprawdę impreza na poziomie. Jacek, zorganizował swoich, czyli ludzi od baz danych: Piotra, Huma i Skarabeusza. Ja z Miszą zorganizowaliśmy Kamila nr dwa, i Aleksa. Oprócz nas miała przyjść Milena, Klaudia i Judyta, odłam ekologicznej ekonomii. One miały zapewnić większą ilość kobiet. Do tego jeszcze jacyś poboczni znajomi.

Ubrani w wyprasowane jeansy i koszule, kupione poprzedniego dnia, niecierpliwie przestępowaliśmy z nogi, na nogę, w tramwaju. Popatrzyła na nas starsza kobiecina, uśmiechnęła się, nie do nas, raczej do własnych wspomnień. Na jej twarzy malował się, ten specyficzny uśmiech, który zdaje się powlekać mgiełka przeszłości. W końcu dotarliśmy na miejsce. Gwar, powitania, pierwsze toasty, pierwsze krople oleju ze śledzi poleciały na nowe spodnie. Moją uwagę przykuła Aleksandra, zielonooka brunetka, dwa kilogramy nadwagi, odłożone w biuście, ładna – pomyślałem. Jedno spojrzenie, drugie spojrzenie. Padło hasło: kto idzie na papierosa. Wyszliśmy w kilka osób. Sami swoi. Podoba mi się ta Ola. – Skarabeusz, wyznał konfidencjonalnie. Pokiwałem głową. Nie chciałem psuć nastroju i dodawać, że mnie też się podoba. Wróciliśmy do pokoju. Ciasnego, trzyosobowego, akademickiego pokoju. Trzy biurka ustawione w jeden długi stół i zdająca się nie kończyć kolejka kieliszków wódki. Wypiliśmy. Chwila rozmów o niczym. Skarabeusz przypuścił szturm w stronę Oli. Oboje rozmawiali o albumie Blunta, „Your Beautiful” Oczy Oli skierowały się na mnie, pojawił się uśmiech mówiący, że ona czeka. Zdecydowałem podejść i włączyć się do rozmowy.

-Chodź na fajeczkę. – To był Aleks. Dlaczego, akurat teraz?

– Mhm. – Wyszliśmy.

Po papierosie, wróciliśmy do pokoju. Oczy Olki, już na mnie nie spoczęły. Za pięć minut, siedziała na kolanach Sakarebeusza. Zrozumiałem, że poszedłem w odstawkę. W myślach przekląłem Aleksa. Głupi fiut – pomyślałem. O jedenastej, poszliśmy na Rynek. W tłumie ludzi, między walającymi się butelkami i pod niebem jasnym od sztucznych ogni, skakaliśmy, odliczaliśmy, życzyliśmy sobie nawzajem wszystkiego najlepszego i siarczyście cmokaliśmy się. Nadszedł Nowy Rok. Wróciliśmy do akademika, do zostawionego alkoholu i pozostałych smakołyków, które każdy przywiózł z domu. Skarabeusz z Aleksandrą, za rękę, zostali parą. Z głośników w pokoju popłynęła muzyka i wskrzesiliśmy imprezę. Narzucone tempo, nie pozostało bez odzewu, po godzinie, każdy zaczął opadać z sił. Zaczęła być coraz bardziej poruszana kwestia noclegu. Niby chłopaki załatwili nam nocleg, ale w miarę wypitego alkoholu i coraz bardziej zacieśnianych stosunków, każdy zaczął szukać noclegu u przedstawiciela płci przeciwnej. Ja też, Ola poszła gdzieś ze Skarabeuszem, a ja, im bardziej byłem pijany, to mój fiut był bardziej trzeźwy i domagał się złożenia ofiary. Padło na Milenę, nieco na chama, ale władowałem się jej do łóżka. Milena. Dobra pannica, wychowywana przez babcię i hołdująca starym zasadom etykiety. Swój kwiatuszek skrzętnie trzymała do ślubu. Ostatecznie usnęliśmy bez żadnych ekscesów. Spałem może godzinę, może dłużej. Obudziłem się. Czułem w ciele wypity alkohol, ale poczułem coś jeszcze. Jakby zew. Zupełnie, jakby mnie coś obudziło. Po cichu wstałem i wziąłem swoje rzeczy. Przeszedłem się po pokojach, w których nocowali moi znajomi. Każdy spał, jak suseł. Ogarnął mnie pewien rodzaj wyobcowania. Jakieś uczucie niepokoju. Nie pasowałem tu. Patrzyłem na tych ludzi i oczywiście byli mi bliscy, ale coś we mnie gnało mnie gdzieś przed siebie, gdzieś daleko. Ubrałem kurtkę i wyszedłem, mijając śpiącego portiera. Ruszyłem przed siebie. W kieszeni kurtki spoczywała niedopita butelka wódki. Pociągnąłem spory i ruszyłem przed siebie. Wóda rozlała się po moim ciele, napędzając mózg.  Zacząłem robić rachunek minionego roku, minionych lat. Nie zauważyłem, jak mówię sam do siebie. Raz, po raz pociągałem z flaszki, i ciągle szedłem przed siebie. Pomyślałem, że dobrze byłoby napotkać jakiś łobuzów. Czułem się niepokonany. Mógłbym zmierzyć się z każdym. I nie chodziło o to, że alkohol obudził we mnie herosa. Nie, biorąc pod uwagę starcie z kimś, kalkulowałem, że dostanę, może nawet bardzo. Ale nie robiło to na mnie wrażenia. Nawet liczyłem na solidny wpierdol.

 Przeszedłem kilka dzielnic, mamrocząc coś do siebie w pijanym widzie. Nie wiem jak doszedłem na ciemną uliczkę, którą oświetlały jedynie neony agencji towarzyskich. Znałem to miejsce, dlaczego zawędrowałem tu, nie miałem pojęcia. Moje zdziwienie okazało się jeszcze większe, bo oba lokale były zamknięte. Z taksówki, która zatrzymała się na środku drogi wysiadł facet, na oko po czterdziestce.

– Co jest, pozamykane? – Kilka razy dźgnął palcem w biały dzwonek i zapukał do drzwi. Bez odzewu.

– Proszę pana, gdzie może być coś jeszcze? – Nieśmiało nawiązałem kontakt, z pijacką rubasznością.

– No, jest jeszcze jedno miejsce, jak chcesz siadaj, jedziemy.

Wskoczyłem do taksówki i ruszyliśmy przed siebie. Kilka ulic dalej, wysiedliśmy na rogu, mój nowy towarzysz, pewnym krokiem wszedł do lokalu, ja za nim. Chyba był znany, bo gdzieś zniknął mi z oczu. Przy barze, siedziały trzy dziewczyny, dwóch facetów. Ogolonych na łyso, w skórach. Barmanka, powitała mnie uśmiechem.

– Dobry wieczór. Zapraszamy.

C.D.N.