Ciężarna blondynka cz. 2

Skąd mam. Dobre pytanie, sam nie wiem. Nie znam odpowiedzi, ale odpowiedź jest nieistotna. Liczy się wiedza. Wiedza, że ten numer to lustro. Po drugiej stronie kryje się tajemna kraina – burdelowo. Dzieli mnie od tej krainy nie więcej niż siedemdziesiąt metrów. Do głosu dochodzi napalenie i erekcja. Odwieczny związek, na dobre i na złe. Szybka akcja: pytanie czy mogę przyjść, odpowiedź – tak. Idę szybko pod dobrze znany blok. Po drodze zanoszę modły do Boga, do losu, do samego siebie: – Proszę, żeby to nie była prawda, żeby mnie puściło. To zdanie powtarzam jak mantrę , idąc krok za krokiem. Kiedy brzęczenie domofonu oznacza, że mogę wejść. Wahanie ustępuje. Ogarnia mnie pożądanie, które wywiera słodki ucisk na wnętrzności. Wsiadam do windy. Przyciskam kawałek plastiku z numerem 5. Kiedy winda jedzie w górę, oddech staje się szybszy, nieznaczenie szybszy. Szczęk mechanizmu windy. Otwieram drzwi i wychodzę na klatkę. Białe drzwi, do ukrytego burdelowa wydają się zapraszać. To już. Pukam. Otwiera młoda brunetka, taką ją zapamiętałem. Ma na sobie szlafrok. Krótka wymiana zdań. Daję jej pieniądze i powoli ściągam ubranie. Zostawiam skarpety. To podobno polski znak firmowy – seks w skarpetach na stopach. Mam to w dupie, nie zamierzam tu zostać długo. Kładę się na łóżku. Dziewczyna krząta się po pokoju. Ściąga szlafrok. Mam atrakcyjne ciało. Kobieca, ani gruba, ani chuda. Cycki coś na kształt c70. Jest ładna. Podchodzi do łóżka. Tworzymy ciekawą instalacje. Ja leżę na plecach. Leżę tak, że nogi, mniej więcej w połowie łydki zwisają mi z łóżka. Ładna dziwka klęczy na podłodze i pochyla się w taki sposób, że jej usta atakują mojego bata. Obciąga fachowo i dynamicznie. Dobrze obciąga. Głębokie gardło – zupełnie jak kiedyś, trzy razy pod rząd niemal połyka kutasa. Powraca do dynamicznych, krótkich ruchów głową. Zaczyna bawić się jajami. Ostatnich kilka ruchów i jej język wędruje po jajach i całej okolicy, aby za chwilę znów cały kutas utonął w jej ustach. Kiedy jej nos znajduje się

na moim podbrzuszu przytrzymuje jej głowę. Pulsujący kutas w jej krtani uwalnia mnie od białego balastu. Bez zbędnych formalności. Ubieram się i kieruję do drzwi. Przy drzwiach słyszę:

– Ty chyba już u mnie byłeś?

– Mhm. – Uśmiecham się i wychodzę.

 

Kiedy jestem na klatkowskiej, coś się zmienia.

 

Coś ulega zmianie. We mnie, w otaczającym mnie świecie. Niby wszystko jest takie samo jak było przed godziną. Jednak nie. Tylko lodzik, niby nic złego.

Przez ostatnie dni zamknąłem swój mały światek, zwany burdelowem, w szafie. Nie do końca zamknąłem drzwi od tej szafy. Pozwoliłem, aby pozostały delikatnie uchylone. To wystarczyło. Wytrysk w ustach dziwki otworzył je. Znów jestem sobą, znów szukam doznań, które zapełnią pustkę. Nie chcę tego robić, jednak to pozostaje poza moją wolą. Kiedy wyszedłem z klatki, już miałem pewność, że to nie koniec, to była uwertura do prawdziwego koncertu. Powoli kroczę przed siebie, Nie wiem, gdzie dotrę, ale wiem, że punktem końcowym będzie nowe doznanie. Mijam ludzi, mijam świat. Cała moja uwaga skupia się na Stronie i ogłoszeniach (o boginio poszukiwaczy zaginionej szpary, dzięki ci za Internet w telefonie). Strona to nie wszystko, są inne miejsca. Jeśli eksplorujesz ten świat wystarczająco długo, to wiesz, gdzie szukać.

„Blondynka 22 lata, ciężarna” – patrzę, jak zahipnotyzowany. Chciałem coś wyjątkowego i znalazłem. Oral, anal, fisting, to wszystko się chowa. Połączenie tych dwóch stanów…

Macierzyństwo, wynik miłości fizycznej. Efekt najintymniejszego zbliżenia, jakiego może doświadczyć istota ludzka. Początek ewolucji, miłości zmysłowej w miłość macierzyńską, w miłość dojrzałą. Ciąża, stan błogosławiony, najbardziej święty, ze świętych stanów, w jakim może być kobieta.

Prostytucja, kurestwo, jedna z niewielu rzeczy, która nieodwracalnie odbiera godność. Podobno nie ma większego upodlenia dla kobiety, niż oddawanie własnego ciała za pieniądze. Stąd określenie, kobieta upadała.

Połączenie tych dwóch stanów wydaje się być niemożliwe. Błogosławiony stan, przy jednoczesnym skurwieniu, wydaje się być granicą perwersji.

Celowo napisałem „stanów”. Ciąża, to niewątpliwie „stan”, ale kurestwo, to też stan. Niektórzy pseudo-znawcy życia mówią: „kurwa, to charakter, nie profesja”. Otóż nie. To coś znacznie więcej, niż zawód. To stan, stan ciała, umysłu i ducha. Coś nieuchwytnego, jeśli się tego nie doświadczyło. I właśnie ten awers i rewers monety zwanej kobiecością pcha mnie do przodu. Wiem, że nie cofnę się dopóki tego nie doświadczę.

Mój oddech się zmienia. Muszę zapalić żeby opanować emocje. Umysł przełącza się na inny tryb. Skoro wróciłem,po krótkich wakacjach do tego świata, to nie może być to powrót byle jaki.

Dzwonię i pytam, czy można podejść. Można. Adres, który słyszę nie jest daleko. Niecały kilometr. Idę przyspieszonym krokiem. Kiedy docieram do przejścia dla pieszych biję się z myślami. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby żeby potrącił mnie samochód. Nie, nie mam myśli samobójczych, ale jakaś część mnie mówi, że to co robię, jest złe i chore. Nic się nie dzieje. Przechodzę przez dwa pasy, wyspę i kolejne dwa pasy. Docieram do osiedla, gdzie znajduje się docelowy wieżowiec. Znam to osiedle. Wspomnienia z nim związane zostawię na inny wpis. Ponownie wybieram telefon. Pada numer mieszkania. Nic nie ma znaczenia, muszę jak najszybciej dotrzeć do klatki. Plac zabaw, szara płyta, z której zbudowany jest dziesięciopiętrowy kloc. Patrzę na to wszystko, jakbym przeglądał komiks. Połowicznie jestem w innym wymiarze.

Dźwięk domofonu. Podchodzę do windy. Dziwna sprawa, w większości przypadków, winda zawsze jest na parterze. Wysiadam. Patrzę na białe drzwi. Pukam. Otwiera kobieta. Szczupła, niska, farbowane kasztanowe włosy. Szefowa, znam ją. Zaprasza mnie do środka. Kiedy jestem w przedpokoju, wskazuje pokój.

– Zaraz przyjdzie. – Mówi, jakby instruowała turystę, jak dojść.

Wchodzę do niewielkiego pokoju. Żaluzje w oknie, rozkładana wersalka i regał obok drzwi. Umeblowanie mieszkaniówek jest bliźniaczo podobne.

Wchodzi diva. Na oko, jakieś dwadzieścia kilka lat. Farbowana blondynka, ładna twarz, nieco tępawe spojrzenie. Ubrana w króciutką bluzeczkę i jeansy. Pod bluzeczką wyraźnie zarysowany brzuch.

-Cześć. – Mówi naturalnie, bez większych emocji.

-Cześć.

– To na ile zostajesz? Uzgadniamy cenę i czas, jaki mi poświęci. Bierze pieniądze i kładzie na regale. Podchodzi do łóżka. Wyciąga z wersalki koc i prześcieradło. Kiedy kończy ścielać, bez słowa rozbiera się. Również zaczynam pozbywać się garderoby. Patrzę na jej ciało. Młode, zgrabne. Pasuje jej ciąża. Cycki większe, jakby nabrzmiałe. Nie pasują do szczupłej figury. Pewnie efekt ciąży. Blond diva kładzie się na placach, rozchyla nogi i lekko ugina je w kolanach. Siadam na brzegu łóżka. Zaczynam delikatnie ją dotykać. Powoli. Przesuwam ręką od kostek, do połowy wewnętrznej strony uda. Kilka razy w jedną i drugą stronę. Ma miłą skórę. Po krótkiej chwili koncentruje się na wewnętrznej stronie ud. Moja ręka wędruje w stronę krocza. Jej cipka jest ciepła, przytulna. Zaczynam gładzić jej brzuch. Skóra na nim jest napięta. Większość ludzi gładzi w ten sposób brzuch swojej żony, dziewczyny, narzeczonej. Ja robię to z dziwką, w burdelu. Z pewnością odwiedziłem krainę szaleństwa. Odwiedziłem? A może dawno temu się do niej przeprowadziłem, i jestem jednym z jej mieszkańców? Przestaje ją dotykać, to znak, że czas na jej pracę.

– Chcesz lodzika na początek? – Pyta tym samym bezbarwnym głosem, którym mówiła :cześć”.

Kiwam głową. Obraca się na bok. Jej usta wyglądają zachęcająco. Zaczyna obrabiać druta. Całkiem, całkiem. Moje ręce zwiedzają jej ciało. Pupa, uda, brzuch, cycki. Ma niespotykanie ciemne brodawki. Sutki twarde, sterczące, sprawiają wrażenie dojrzałych. Przesuwam się nieco do tyłu. Chcę ich posmakować. Kilka kółek językiem wokół nich. I Odsuwam się, jestem nieco zniecierpliwiony. Chcę w nią wejść.

– Zakładamy? – To pytanie zawsze pada. Zabawne. W  burdelowie wszytkie rozmowy mają ten sam schemat. Kto wie może powinienem napisać coś na kształt słownika, albo rozmówek w burdelowie. Condom idealnie pasuje do mojego fiuta. Blondynka ponownie kładzie się na plecach rozchylone, ugięte nogi, zapraszająca cipka, jestem na haju. Przysuwam się na kolanach i delikatnie wchodzę. Posuwam spokojnie, rytmicznie. Moje ręce spoczywają na jej udach. Jedną kładę na jej brzuchu. Patrzę na jej twarz. Jest spokojna, uległa. Nie dostrzegam najmniejszych oznak zniechęcenia, czy obrzydzenia. Przez głowę przechodzi pytanie: o czym myśli? Sam seks jest spokojny, bez fajerwerków. Przyspieszam nieco kilka ostanich ruchów, szybszych, bardziej dynamicznych. Spuszczam się i natychmiast wycofuję. Ściągam gumę. Dostaję kilka kawałków papierowego ręcznika. To też pewien element protokołu. Po napisaniu „rozmówek w burdelowie” powinienem napisać savoir vivre w burdelowie. Kiedy fiut jest suchy, wyrzucam ręczniczek  do plastykowego kubełka i ubieram się. Dziwka robi to samo. Z moich spodni wypada paczka papierosów.

-Palisz?

– Tak…. – chcę powiedzieć, że nie zapalę przy niej, bo nie chcę jej truć.

– Poczęstujesz mnie?

Jestem w szoku. Myślę, co z niej będzie za matka, skoro tak nierozważnie postępuje. Dociera do mnie bezsens i groteska mojego rozumowania. Podaje jej paczkę. Palimy i rozmawiamy. Wychodzę.

Mój głód burdelowa został zaspokojony. Moje samoupodlenie osiągnęło kolejny poziom.

Kilka dni później trawiony pewnym wyrzutem i obrzydzeniem do siebie. Założyłem lipny adres email i napisałem do organizacji zajmującej się kobietami w takiej sytuacji. Napisałem miasto, adres i stan blondynki.

Po kolejnych kilku dniach opisałem wizytę na Forum, nie byłem pierwszy, inni Szwagrowie też dotarli do ciężarnej blondynki.

W labiryncie burdelowa 3.1

Półwiecznik cz. II

Stoję,  stara prostytutka sięga ręką po sreberko leżące na ławie. Sprawnie zakłada gumę. Odwraca się, jej kolana i łokcie zapewniają stabilizację. Wchodzę w nią. Dosyć szybko się poruszam. Patrzę na jej plecy, na jej pośladki, które wydają się być flagą jej wieku. Przychodzi mi do głowy, że muszę być zdrowo wykolejony, skoro decyduję się na seks w takim wydaniu. Zdecydowałem się, a może jakaś nieuchwytna istota, mój własny demon zmusił mnie do tego? Kolejna myśl, to chęć spenetrowania tej obwisłej dupy. Nie wychodzę. Zastygam w miejscu.

– Jest możliwy anal?

– Tylko, jeśli zostajesz na dłużej niż godzinkę.

Dalej posuwam. Dowiedziałem się wszystko czego chciałem. Po kilku minutach kończę. Wyjmuję penisa i ściągam prezerwatywę. Owijam ją papierowym ręcznikiem. Zawiniątko oddaję gospodyni. Kiedy ubieram spodnie słyszę:

– Miłość analna jest możliwa, jak najbardziej, ale minimum w godzinnym spotkaniu. Wtedy jest więcej czasu na przyjemność, na wszystkie rodzaje przyjemności.

– Aha. – Nie słucham jej. Chcę po prostu wyjść. Miłość? Przyjemność? Co za absurd. Tu jest tylko rżnięcie, jebanie, pierdolenie. Nic więcej. Kobieto, jesteś dla mnie tylko substytutem ręki. To wszystko. Tego jednak nie mówię. Chcę jak najszybciej wyjść z obskurnego mieszkania.

Już na zewnątrz oddycham głęboko. Idę na przystanek. Za godzinę przychodzi Kaśka. Pijemy kilka piwek. Idziemy do łóżka. Rano, Kaśka wychodzi. Ja jem śniadanie i wychodzę. Patrzę na zachmurzone niebo i szukam określenia na stan mojego umysłu. Przez dłuższą chwilę nic nie przychodzi mi do głowy. W końcu mam. Aberracja. Tak, to odpowiednie słowo.

Cichodajka nr….

Kolejna cichodajka. Żadnych ogłoszeń, tylko numer telefonu. Załatwiam sprawy służbowe. Urzędy, instytucje finansowe. W gąszczu spraw służbowych do mojej świadomości dociera to, że mam numer telefonu, którego jeszcze nie sprawdziłem. Pali mnie żywym ogniem. Obiecałem sobie, że chociaż miesiąc odetchnę od burdelowa. A raczej, że to Burdelowo zechce mnie wypluć ze swych wnętrzności chociaż na miesiąc. Chociaż na krótką chwilę, żeby odetchnąć. Niestety nikt jeszcze nie wygrał z bestią. Nie można pogrywać z tą bestią, zawsze poniesie się karę. Zawsze się przegra.

W słuchawce słyszę nieco przychrypnięty głos. Jak przystało na prawdziwą cichodajkę przyjmuję w hotelu. Tanim hoteliku nad Wisłą. Podjeżdżam samochodem w okolicę. Parkuję przy supermarkecie (…)

Miała diastemę i miała niewiarygodną technikę zakładania gumy ustami. Śmieszne, bo legenda głosi, że takie cuda tylko w najlepszych agenturach . Kiedy po wszystkim wychodziłem, postawiłem kołnierz. Z jakiś irracjonalnych powodów boję się, że ktoś mnie rozpozna. Śmieszne. Wychodząc do drzwi, zerkam na portiera, siedzi i nic nie widzi. Pewnie w takich miejscach, wynagrodzenie płacone jest właśnie za to, żeby nie wiedzieć. Każdy, czy to goście, czy to personel jest wierny zasadzie trzymania się swoich spraw. Co do samej bohaterki. Jej zamiłowanie do piwa w puszkach spowodowało, że kilka lat później mieszkała u jakiejś dalekiej rodziny. Dorabiała lodami robionymi samochodach. Tak wyszło.

Calineczka

Nie wiem dlaczego używała zawodowego pseudonimu „Calineczka”. Nie przypominała Calineczki w żadnym calu. Blondynka, zadbana, miła. Można powiedzieć, atrakcyjna. Z wyjątkiem piersi. Miała najbardziej pomarszczone cycki, jakie widziałem. To dziwne, nie była najstarszą kobietą, jaką widziałem nagą, ale miała najbardziej naruszone czasem cycki. Zastanowiło mnie, jak, przy tak nieatrakcyjnych cyckach jeszcze się utrzymuje. Kiedy wypięła przede mną pośladki, zrozumiałem. Okazało się, że jest właścicielką niemal perfekcyjnej dupci. Jej pączek wręcz zapraszał do igraszek. Mimo lubrykatu, rozprowadziłem palcem trochę śliny. Wsunąłem palec, później drugi. W końcu wszedłem. Potrafiła tak wyeksponować tyłek, że sam widok o mało nie przyprawił mnie o szczyt. To było dobre rżnięcie. Kiedy się ubierałem, wspomniała o tym, że jest prawnikiem, a „tym” para się z nudów. Udałem, że wierzę. W końcu, cały ten świat, to jedna ściema.

I znowu blondynka

Wietrzny wrzesień. Stoję pod klatką.

-Cześć, ty do mnie? – Uśmiechnięta, blond, troszkę za dużo kilogramów na udach, ale całkiem, całkem.

– No tak. – Uśmiecham się. Wchodzimy do klatki, idziemy po schodach na pierwsze piętro. Dzwoniłem do niej kilkanaście minut wcześniej. Musiałem jakoś uczcić przyjęcie do pierwszej pracy. Miała intensywnie czerwoną cipkę. Jak wnętrze przepołowionej brzoskwini. Przez monet pomyślałem o krwistym kawałku mięsa, to spowodowało, że wolałem od tyłu.

Pewnie nie zapamiętałbym tej jednej z wielu wizyty, ale…

Dwa lata później, odwiedziłem larwy. Larwy, nieładnie określane dziewczyny, koleżanki, a raczej znajome ze studiów, które czasem sypały się po mieszance alkoholu, muzyki i niewyszukanego bajeru. Tym razem, była jeszcze koleżanka, blondynka o imieniu Bożenka. Dziwnie znajoma, choć nigdy jej wcześniej nie widziałem. Kilka razy wymieniliśmy spojrzenia. Potraktowała mnie jak powietrze. Coś niesamowitego, jakbym nie istniał. Nie jestem mega fajnym kolesiem, którego każdy musi pokochać, ale grzecznościowe dwa zdania z każdym potrafię zamienić, teraz było inaczej. Może nie tylko ja uznałem, że gdzieś już się widzieliśmy.

Gruba blondyna cz. 2

Wstałem z ławki i dalej ruszyłem przed siebie. Świat widziany z perspektywy kaca, jest inny, niż na trzeźwo. Czasem lepszy, czasem gorszy, ale zawsze inny. Kolory, dźwięki, wszystko niby jest normalne, ale dziwnie inne. W cudownym otępieniu dotarłem na wiadomą ulicę. Miałem poszukać odpowiedni numer lokalu i zadzwonić. Wszystko poszłoby po mojej myśli gdyby nie mały drobiazg. Blok, w którym miało się znajdować burdelowo, okazał się mieszanką peerelowskiego bloku i kamienicy. Dziwny, budowlany twór, w kolorze żółtym. Pięciopiętrowy w kształcie litery C. Naliczyłem około sześciu klatek. Na domiar złego, ponad trzy czwarte budowli pokryte było rusztowaniami – trwały prace ociepleniowe. Podszedłem do najbliższej klatki. Żadnego spisu, żadnej numeracji, poszedłem do kolejnej, również nic. Zadzwoniłem do divy, prosząc o wskazówkę. Jej wskazówka okazała się na tyle niekonkretna, że obszedłem blok dwukrotnie i za nic  nie mogłem znaleźć odpowiedniej klatki. Kolejny telefon, podaje numer ten i ten. I znowu moje badanie każdej klatki. Zapytałem jednego z ekipy remontowej, ale nie potrafił mi odpowiedzieć. Kolejny telefon, diva z cierpliwością tłumaczy. Chodzę od klatki, do klatki. Zaraz się zdenerwuję. Kolejny telefon, tłumaczenie divy, która cierpliwie tłumaczy, która to klatka, niewiele daje. Nie wiem, czy mój mózg, który jeszcze nie przetrawił wódy, czy może jej umiejętności klarownego tłumaczenia, ale coś szwankuje. Zaczynam myśleć, że może to znak. Znak, żeby zawrócić, żeby odejść. Żeby odpuścić. Nie. Jeszcze nie, jeszcze jeden telefon.

– Wiesz co, podejdź do tej zielonej budki, blaszanej, widzisz?

– Tak.

– To podejdź.

Podchodzę do budki. Otwiera się okno na pierwszym piętrze. W oknie pojawia się pucułowata twarz, z blond prostymi włosami.

– To ta klatka, numer mieszkania…

Owładnął mnie amok. Tak to moja rzeczywistości, to mój świat. I jua chciałem odejść? I gdzie iść. Nie ma innego świata, jest tylko burdelowo. Podchodzę do drzwi, brzęk domofonu, wchodzę na ciemną, obszerną klatkę schodową, charakterystyczny swąd takich klatek wypełnia moje nozdrza. Wchodzę po schodach, na pierwsze piętro, w zaciemnionej części, są drzwi z magicznym numerem. Pukam, otwierają się, wchodzę. Patrzę, na postawną, młodą kobietę. Szeroka twarz, sympatyczna, z uśmiechem, który niewiele zdradza. Pyta mnie, na ile chcę zostać, biorę „kwadransik”, który oznacza tylko jeden numerek albo „lodzik”. Wchodzimy do pokoju, który jest nieco zagracony, pod oknem stoi coś, na kształt tapczanu. Blondyna ubrana jest w przydługą koszulkę. Siada na tapczanie, ściąga koszulkę, ja łapczywie łapię za duże, dorodne cyce, jej dłonie nie pozostają dłużne i moje gacie lądują na moich stopach.

– Chcesz lodzika, czy seks?

– Seks. – Zawszę biorę seks, lodzik raczej nie jest moim ulubionym „małym co nieco”

Jestem gotowy. Postawna diva, zakłada prezerwatywę. Przechyla się do tyłu, kładzie na plecach i unosi nogi. Wyprostowane, w kształcie litery V. Przybliżam się, pochylam i energicznie wchodzę. Cały kat jest szybki, energiczny. Kończę szybko. Zmęczony wczorajszym aktem pijaństwa, wycofuję się, jestem oszołomiony, lekko zawirowało mi w głowie. Blondynka, rozpoczyna higieniczny proces, za pomocą jednorazowego wilgotnego ręczniczka. Ubieram się, żegnam i wychodzę. Słońce, po wyjściu z klatki wydaje się wdzierać we mnie ze zdwojoną siłą. Dobrze, że kilkadziesiąt metrów dalej jest sklep spożywczy. Zimna cola przywraca mi moc. Nie myślę, o tym co się przed chwilą stało. Jestem znieczulony, wręcz otępiony. Z marazmu wyciąga mnie dzwonek telefonu.

– Gdzieś ty jest? Coś ty kurwa wczoraj odpierdolił?! – Jego powitanie, brzmi niepokojąco. – Marta powiedziała Edycie, a Edyta dalej. Wszyscy już wiedzą, że chcesz się jej spuścić na uśmiech. Na początku cię broniłem, że na pewno tak nie powiedziałeś, ale pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że w końcu to ty. Przychodź kurwa. – Koniec rozmowy, cały Misza. A więc powiedziałem. Telefon od Miszy rozwiał moje wątpliwości.

Wieczór, kolejna biba, kolejne litry, jeśli nie hektolitry alkoholu. Te same roześmiane twarze, te same osoby, ta sama niesamowita atmosfera. W końcu ten sam klub. Wszystko jest takie samo. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, pojawia się zmienna, której nie brałem pod uwagę. Czas na ułamek sekundy staje w miejscu. Przestrzeń ogranicza się do jednego punktu. ONA. Jest tu, bawi się ze swoimi znajomymi, jest jakby z innej planety, poza moim układem planetarnym, poza moim wszechświatem. Zaczynam czuć tęsknotę. Dlaczego nie jestem tacy jak inni, dlaczego nie mogę po prostu się zakochać? Dlaczego to akurat mnie trawi ten palący głód nowych doznań, pragnienie, żądza, która jest nienasycona. I znowu słyszę głos własnych myśli. Zastanawiam się, czy to moje myśli, czy coś innego.

– Teraz rozumiesz? Ty już dokonałeś wyboru, dawno temu, w pewien wiosenny dzień To twój świat. Będziesz miał więcej kobiet, niż wszyscy twoi znajomi, ale jej nie będziesz miał. Doznania, których tak szukasz będą na wyciągnięcie ręki, ale nie miłość. Zrozumiałeś?

Idę do baru, po kolejne piwo.

 

 

 

W labiryncie burdelowa cz. 3.0

 

 

Półwiecznik

Ją odwiedziłem pewnego chłodnego wieczora. Byłem u znajomych. Pracowaliśmy nad prezentacją dotyczącą nowych modeli w zarządzaniu. Nie pamiętam, Kiedy odpłynąłem myślami. Chyba w połowie naszej pracy. Tak po prostu. Dźwignia w mojej głowie sama się przestawiła. Co mogło być tego przyczyną? Wdzierająca się do mojej głowy nuda, czy piersi Justy, które, tak jakby postawiły sobie za cel, cały czas prześladować moje oczy. Uwięzione w czarnym wełnianym sweterku zdawały domagać się wolności. Justa pojawiła się kiedyś na imprezie. Chciałem ją zaliczyć, ot tak dla sportu. Chyba nie była zainteresowana. Nią z kolei zainteresował się Misza. I tak, Justa przestała być kobietą, została kobietą najlepszego kumpla. Tym sposobem stworzyliśmy jedną z najbardziej pokręconych paczek na studiach.

Z mieszkania Justy wyszedłem po siódmej. Było ciemno. Zimny wiatr zdawał się wyganiać wszystkich z ulic do mieszkań, zupełnie, jakby przestrzeń między budynkami należała do niego. Tylko do niego. Misza został u Justy. To dobrze. Zdzwoniłem do Kaśki, pytając, czy wypije ze mną piwko. Zawsze padało to pytanie. Oboje wiedzieliśmy, że piwo jest najmniej ważne, to pretekst. Lubiliśmy poudawać. Zawsze spotykaliśmy się na piwo i tak jakoś wychodziło, że lądowaliśmy w łóżku. Tak przez ponad rok. Zaczęło się banalnie. Studencki klub. Po pierwszej. Ja zamroczony piwem i oparami papierosowymi, szukający ukojenia dla mojego druha. Niska, raczej o przeciętnej urodzie, biorąc poprawkę na wypite piwo, może być. Podszedłem, rozmowa o niczym, kolejne piwo. Wychodzimy. Łatwizna. Po raz pierwszy, tej nocy doświadczyłem, czym jest przeterminowana prezerwatywa. Poważnie, nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Co jeszcze ciekawsze doznałem wtedy olśnienia. Dziewczyny po dwudziestce, czyli dorosłe kobiety, mogą być cholernie nierozbudzone seksualnie. Kaśka na ten przykład nie wiedziała czy jest podniecona.

– Czuję spięcie w brzuchu i stoją mi suty. To chyba jestem gotowa.  – Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Pewnie, gdyby nie stojący maszt, chętnie bym z nią na ten temat porozmawiał.  – Nigdy nie wiem, czy już jestem podniecona – kontynuowała.

Kilka naszych spotkań i już wiedziała kiedy jej ciało domaga się seksu. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że po kilkunastu miesiącach, kiedy nasza relacja dobiegła końca. Katarzyna była w pełni rozbudzoną, świadomą każdego impulsu płynącego z jej ciała. Z pewnością, zostawiłem ją lepszą niż zastałem.

Trzysta metrów dalej, w szarym bloku, za drzwiami obitymi tandetną sklejką, czekały na mnie doznania. Z Kaśką umówiłem się przed dziesiątą. Mam wystarczająco dużo czasu. Wiatr niemile mnie połaskotał. Zapiąłem kurtkę. Wyjąłem telefon. Zadzwoniłem, pytając, czy mogę podejść za dziesięć minut. Mogę. Świetnie. Wiatr wieje coraz mocniej, jakby mnie poganiał, albo wręcz przeciwnie, jakby mnie stąd wyganiał. Idę znajomą droga po raz, no właśnie ile razy już tędy szedłem. Ile razy przemierzałem tą trasę, drogę po doznania, drogę po przyjemność, po zapomnienie. Przy pięciu blokach, sprytnie umiejscowionymi między wolnostojącymi domami stoi krzyż. Zawsze kiedy go mijam w głowie odradza się pytanie: czy jeśli powiedziałbym kiedyś, że żałuję, będzie mi wybaczone? Czy modlitwa grzesznika ma sens? Jaki sens ma spowiedź, jeśli nie ma żalu za grzechy. Te myśli zajmują kilkanaście sekund, może minutę. Przechodzę obok kolejnych, szarych, kilkupiętrowych bloków. W świetle ulicznych lamp widzę karuzelę i huśtawkę. Mikroskopijny plac zabaw. Mój plac zabaw jest w ostatniej klatce. Pukam do drzwi. Te kilkanaście sekund napełnia mnie seksualnym napięciem. Ciekawe z kim dziś będę. O ile wiem [przyjmuje tu trzy albo cztery divy. Już poza głównym nurtem, ale jeszcze przydatne. Tanie i przydatne. Słyszę chrzęst zamka. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta. Sceneria jest ciągle ta sama. Ciemny przedpokój, dalej, skromnie oświetlony pokój. Dywan, zakurzony, meblościanka i rozkładana wersalka. Obok wersalki ława, na której leży pudełko chusteczek nasączanych, budzik i dwa sreberka – kondomy. Patrzę na kobietę. Jest stara. Po pięćdziesiątce. Wiem, że to mieszkanie ma kilka ogłoszeń. Ta pewnie jest z ogłoszenia: „dystyngowana pięćdziesięcioletnia „. Spod farby na włosach wyłania się siwizna. Twarz, pokryta maską zmęczenia zmieszanego z rutyną, świadczy, że wiele takich chwil jak ta przeżyła. Skóra na jej szyi i ramionach jest pomarszczona. Patrzę na zwykłą, starą bladź. Daję jej pieniądze i zaczynam się rozbierać. Wychodzi z pieniędzmi i wraca po chwili, również ściąga sukienkę na ramiączkach. Zostaje w staniku, który sprawia wrażenie zakurzonego i czarnych pończochach. To pewnie ten atrybut „dystyngowanej”. Zdejmuje stanik, ukazując dwie niewielkie piersi. Dziwne. Ma obwisłą dupę, brzuch też, mimo, że jest szczupła, a cycki jeszcze sterczą, niczym ostatnie wspomnienie lat świetności. Kobiece ciało, nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Stoję tylko w slipach. Zdejmuję je. Podchodzę do wersalki, diva siedzi. Z wprawą bierze mojego miękkiego druha. Zaczyna mnie pieścić. Masować, głaskać, delikatnie odsłania główkę. Obsypuje całe krocze pocałunkami. Druga ręka zajmuje się jądrami. Jest całkiem przyjemnie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że z wiekiem kobiety, a zwłaszcza prostytutki stają się bardzo ckliwe w swych pieszczotach. Młode podchodzą do sprawy technicznie . Bez jakichkolwiek uczuć. Te starsze potrafią niemal z matczyną troską zająć się tym i owym. Oczywiście w trakcie całego aktu potrafią przemieć się w prawdziwe wampirzyce. To wszystko, jednak wymaga lat warsztatu.

CDN

W krainie Burdelowo cz. II

Większość facetów swój burdelowy debiut zalicza między dwudziestką, a trzydziestką. Są nieliczni, którzy rozpoczynają wcześniej, do tej grupy należy autor niniejszej publikacji, ale to temat na inny wpis. Typowy facet, debiutuje przy okazji pijackiej imprezy, która się niebezpiecznie przeciągnęła albo któryś z jego kolegów żegna się z kawalerskim życiem. Później w okolicach czterdziestki, delegacja albo zwyczajne znużenie „starą” pcha nieszczęsnego faceta w opary płatnych doznań. Gdzieś, w okolicach starości z wolna kończy się przygoda z burdelowem.

Ale jest też inny scenariusz. Pierwszy raz idzie się z ciekawości, drugi, żeby sprawdzić, czy będzie tak, jak za pierwszym, kolejny, bo jest okazja (a raczej okazją jest brak okazji) i kolejny i pięćdziesiąty i setny. Z czasem tylko po głowie błądzą resztki wspomnień.

Katia

Kłótnia z Emilią.Wychodzę.

To był czas „ruskich” w burdelowie. Krótki telefon. No jasne, ten system nigdy nie zawodzi. Słyszę cudny, wschodni akcent. Kwestia dwudziestu minut i jestem na ulicy. Tu czeka mnie mała niespodzianka. Nigdzie nie mogę znaleźć ulicy. Dzwonię po raz kolejny. Słyszę, żeby obok urzędu przejść obok szlabanu i zauważę blok. Tak robię. Coś niesamowitego. Cała ulica  ukryta przed ciekawskimi. Gdybym był alfonsem i miał dużo siana, wykupiłbym cały blok i zrobił z niego gigantyczny burdel. Dzwonię, w słuchawce słyszę numer mieszkania. Drzwi obite boazerią, to zaskakujące. Raczej przyjęło się, że mieszkania pod dziwki, nie szokują standardem, a tu jednak. Drzwi otwierają się. W przedpokoju widzę blondynkę, tuż po trzydziestce. Uśmiechnięta, w zwiewnej, fioletowo-czarnej haleczce. Zaprasza mnie do pokoju. Małe mieszkanko, klimat, jak nie z burdelowa. Po szybkim prysznicu idę do pokoju uciech. Za chwilę przychodzi blondyneczka. Mówi, że ma na imię Katia. Hmm może ma, może nie. Mało istotne, bardzo miła. Oboje lądujemy na łóżku. Jej ciało, smukłe, o przyjemnej w dotyku skórze staje się enklawą, gdzie zapominam o niepowodzeniach dnia. Jej piersi, nie za duże, nie za małe duże, lekko obwisłe jabłka. Lekkie poddanie się grawitacji, zapewne związane z wiekiem, czynią z tych cudownych krągłości gigantyczny, erotyczny wabik. Sutek znalazł się w moich ustach, jej dłonie nie pozostają dłużne. Delikatne drapanie moich ud powoduje, że jeszcze więcej krwi znajduje się w penisie. Moje usta wędrują, z piersi, w stronę szyi. Łapię ją za pośladki, dwie gładkie półkule oszałamiają mnie. Zespoleni w uścisku, obsypujemy się pieszczotami. Wszystko odbywa się naturalnie. Jej usta zaczynają obejmować pulsującego fiuta, dłonie w tym czasie, sprawnie masują uda. Jest niesamowicie przyjemnie. Wyciągam się niczym struna od gitary i delikatnie pomrukuję. Nie pamiętam, kiedy tak się odprężyłem u dziwki. Kiedy mój kutas został oblizany, wylizany, i wyssany wprost koncertowo, nastała zmiana ról. Rosjanka leży, z rozłożonymi nogami, które lekko ugięła w kolanach. Ja zataczam kręgi po jej wargach, obsypuję pocałunkami jej uda, tuż przy zgięciu. Moja ręka gładzi jej podbrzusze, wyczuwam lekki zarost, pozostałość, po goleniu maszynką. Rozchylam wargi i koncentruje się na łechtaczce. Nie wiem, ile to trwa, ale po dwóch dreszczach, które wstrząsnęły ciałem dziwki, delikatnie wsuwam palec, jest obwicie wilgotna, po chwili dołączam kolejny i jeszcze jeden. Tyle wystarczy -  słyszę. Poruszam dosyć szybko palcami. Słyszę kolejne pojękiwania. Wygina się. Mam świadomość, że prostytutki, to mistrzynie w oszukiwaniu facetów, te najlepsze, potrafią wykreować takie przedstawienie, że każdy facet wychodzi spełniony w stu procentach, niczym seksualny heros. Zawsze mnie jednak interesowało, czy można doprowadzić dziwkę do wrzenia, a w końcu do orgazmu. W pierwszych latach burdelowa to, miedzy innymi było moim celem. Później zobojętniałem. Dziś na nowo to poczułem. Po solidnej lekcji francuskiego, condom ląduje na kindybale. I rozpoczyna się jazda. Klasycznie, wolno, szybko, wolno i znów szybko. Wychodzę z niej i przechodzę za jej plecy. Rozumiemy się bez słów, unosi nogę wchodzę. Później na jeźdźca. Ujeżdża mnie niczym nastolatka, żeby za chwilę, w sposób dostojny, niczym hrabianka z dziewiętnastowiecznej powieści delikatnie unosić się na moim korzeniu. Kończę od tyłu. Oboje patrzymy na siebie z uśmiechem. Chwila miłej rozmowy. Wychodzę.

W mieszkaniu, chwila rozmowy z Emilą. Pogodziliśmy się. Położyliśmy się po dwudziestej pierwszej. Pieprzyliśmy się całą noc. Do białego rana. Tak, jakbyśmy oboje chcieli wypieprzyć cały syf z naszego związku. Nie wiem, co mnie tak cholernie kręciło, chyba to, że czułem bliski koniec tego związku. Nie myliłem się. Niecały miesiąc później zrezygnowaliśmy ze wspólnego mieszkania i wspólnych planów na przyszłość.

Rosjanek ciąg dalszy.

Po zakończeniu związku z Emilią, miałem mocne postanowienie, żadnych głębszych relacji. Bez komplikacji, bez nadmiernych emocji. Zamieszkałem u znajomych. To był dosyć nerwowy czas, to znaczy ja w tamtym okresie czasu byłem nerwowy. Wystarczyła jedna głupia uwaga i byłem nabuzowany. Niestety pomieszkiwałem u znajomych, dlatego musiałem hamować złość. Wentylem było burdelowo.

Siadłem w samochód, i jeżdżąc po mieście wybrałem numer. A właściwie ktoś go wybrał za mnie, po prostu. Samo się zrobiło. Zanim się spostrzegłem już pukałem do drzwi. Otwarła kobieta ze wschodnim akcentem. Wysoka, przed trzydziestką, nawet zgrabna. Wystarczyło skrzyżowanie spojrzeń i już wiedziałem, że nie polubimy się. Spytałem co ma w repertuarze. Chciałem w dupkę, jakoś tak uznałem, że anal pozwoli złapać mi oddech. Warknęła, że nie. Pozostało na seksie. Chciała od razu przejść do rzeczy, ja odparłem, że jeszcze nie. Chwilę ugniatałem jej cycki, które niczym się nie wyróżniały, ale były odpowiednie. Widząc zniecierpliwienie na jej twarzy, celowo to przedłużyłem. Kiedy założyła kalosza, chciała od tyłu. Przez lata, wiele rozmawiałem z dziwkami i można powiedzieć, że znam dziwkarskie strategie. Jedną z nich jest strategia na „odpierdol się”, którą można tak scharakteryzować: „poruchaj i spadaj”. Dziwka nadstawia szparę, w sposób tak zlewczy, że facet musi zrozumieć, że jest nie mile widziany. Według relacji jednej z dam mojego…fiuta, takie podejście ma niemal magiczną moc. Znacznej części facetów odechciewa się seksu albo miękną. Ja jednak byłem za bardzo obyty na tych salonach. Powiedziałem, że chcę od przodu. Zgodziła się. Kiedy w nią wszedłem, oboje doświadczyliśmy czegoś, co można nazwać niechętnym seksem. Ona patrzyła na mnie z niechęcią, ja na nią również, a mimo wszystko właśnie odbywaliśmy akt miłosny, jak powiedzieliby romantycy. Porąbane. Wyszedłem bez słowa.

Kolejna niedziela

Dotarło do mnie, że mój tryb życia, w ostatnich latach był troszkę wykolejony. Zaczęło do mnie docierać..no właśnie co? Głupota postępowania, żal za grzechy, strach? Spojrzałem na Stronę, przeczytałem kilka ogłoszeń. Swoje zrobiłem – powiedziałem sam do siebie. – Dosyć. Tak po prostu. W tym miejscu miało się to skończyć.  Odetchnąłem z ulgą. Było już ciemno. Jesienny wieczór nastrajał do przemyśleń. Byłem przed półmetkiem studiów. Poza uczelnią, również odebrałem edukację. Nie wiem, czy ktokolwiek inny, z moich znajomych tak mocno spenetrował ten mroczny i upajający świat. Pomyślałem o Kamilu. Znawca trawy i sposobów palenia. Pokazał mi ze cztery sposoby palenia trawy, o których nie widziałem. Autorytet w tym temacie. Kiedy ostatnim razem robiliśmy zrzutę na imprezę, Kamil zaproponował kupno za całą kwotę zielska i wypalenie go, w ramach imprezy. Kapitan Planeta uznał wtedy, że Kamil żyje w swojej rzeczywistości. Im dłużej chodziłem, tym więcej myśli kłębiło się mi w głowie. Czy ja też zacząłem żyć w swojej własnej rzeczywistości?              Powrót do mieszkania nieco nie wyciszył.  Mocno postanowiłem skończyć z tym. Nigdy więcej dziwek i tego świata. Swoje zdziałałem w tym temacie. Wystarczy. Siedząc przed komputerem, jeszcze raz popatrzyłem na Stronę, na Forum. Mimo chorej rzeczywistości, w pewien sposób zżyłem się z tymi Nickami na Forum. W końcu to Szwagrowie. No cóż, wystarczy. Usunąłem zakładki wraz z hasłami.

W niedziele, kiedy się ocknąłem, wciągałem spodnie. Sam nie wiem jak tu trafiłem. Na łóżku siedziała trzydziestokilkuletnia szatynka. Ładna, szczupła. Miała zastanawiająco inteligentny wyraz twarzy. Seks był zwyczajny, przyjemny. Pożegnałem się i wyszedłem. Kiedy ziemne powietrze wywietrzyło mi odór burdelowa zadałem sobie pytanie, co się stało. Ile warte jest moje postanowienie? Nie wiedziałem, jak to rozumieć. Czyżbym z wyznawcy Erosa i poszukiwacza zaginionej szpary, przepoczwarzył się w niewolnika cipy? Powoli, niczym walec drogowy, z takim ciężarem, zaczęła przygniatać mnie myśl, że coś wymknęło się spod kontroli i to coś, będzie bardzo trudno opanować.

Zofia

To zdjęcie zaintrygowało mnie odkąd spojrzałem na nie pierwszy raz. Widać było, że zrobił je profesjonalista. Kobieta, która pozowała, również nie sprawiała wrażenia nowicjuszki. Bielizna – gustowna, nieco w stylu retro, pobudzająca moje zmysły. Włosy, długie rozpuszczone, w dokładnie zaplanowanym nieładzie, jakby prosto od fryzjera. Gra światłem, tak dobrana, aby twarz pozostawała niewidoczna, ale całość wydawała się zapraszać, kusić. I perły. Sznur pereł, na szyi, w dłoni, w ustach. Musiałem, po prostu musiałem wiedzieć, kto kryje się za tymi  fotografiami.

 

Mały przestój w firmie, problemy z dopięciem kolejnego zlecenia. W zaistniałej sytuacji, dzień wolny – żaden problem. Dzień wolny bez żadnego powodu. Dzień na złapanie oddechu, dzień na zmarnowanie, dzień na burdelowo.

Poranna toaleta i śniadanie. Dzień jest szaro-bury, trudno określić porę roku. Nie muszę włączać strony, numer mam w telefonie. Tak, jakbym to planował, może planowałem. Nie wiem. Dzwonię. W słuchawce słyszę miły głos, głos, należący do damy. A posiada go kurwa. To intryguje mnie jeszcze bardziej. Ustalamy cenę spotkania i czas. Za pół godziny. To wystarczy żebym dojechał na osiedle nad rzeką.

Powietrze ma specyficzny zapach. To pewnie od wody, która płynie trzysta metrów dalej. Kiedyś było to osiedle robotnicze, teraz mieszka tu drugie pokolenie. Rzadko tu bywałem. W pewnym sensie ta część miasta jest dla mnie tajemnicza. Ciśnienie zaczyna się podnosić. Szukam bloku z numerem, który usłyszałem w słuchawce. Ten element, to bez  wątpienia element gry wstępnej. Jest! Wyciągam telefon dzwonię. Łapię oddech. To już za parę minut kolejna biała plama krainy Burdelowo zostanie odkryta. Słyszę numer  mieszkania. Powoli zmierzam do klatki kilkupiętrowego bloku. Jestem podniecony. W powietrzu czuję zapach cipki. Niemożliwe? A jednak. Dzwonię, wciskając przycisk domofonu. Drzwi zostają otwarte. Mieszkanie znajduje się na pierwszym piętrze. Pukam. Słyszę chrzęst zamka w drzwiach. Uchylone drzwi, to zaproszenie. Wchodzę, to co spotykam wprawia mnie w osłupienie. Boazeria na ścianach przedpokoju każe mi przypuszczać, że mieszkanie zostało wykończone we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Całe mieszkanie wydaje się być nieco przykurzone. Pasuje do gospodyni, bo oto patrzę na kobietę „pod pięćdziesiątkę, albo po pięćdziesiątce. Jest stara i brzydka. Zaprasza mnie do małej klitki  z rozklekotanym wyrem. Żaluzje w oknach są tak ustawione, że do pokoju wpada minimalna ilość światła. Pyta, czy chcę skorzystać z łazienki i na ile zostaję. Patrzę na nią podczas tej wymiany zdań. Pierwszą myślą jest grzecznie podziękować i opuścić mieszkanie. Jednak rządzi mną mechanizm psychologiczny. Sięgam po pieniądze, jednak zostaje. Gdzieś w tej brzydocie i życiowym zmęczeniu dostrzegam pierwiastek kobiety ze zdjęcia. Włosy te same, z naturalną tendencją do skręcania się. Kiedyś pewnie były totalnym wabikiem na facetów. Dziś stanową relikt czasów świetności. Wskazuje mi łóżko i sama wychodzi. Jest uprzejma, dystyngowana. Zdecydowanie różni się od wszystkich prostytutek, z jakimi miałem styczność. Ale nie jest atrakcyjna.

Tu nie ma żadnej filozofii, my faceci jesteśmy nieskomplikowani. Albo ktoś na nas działa albo nie. Oczywiście bywają dylematy towarzyskie: ktoś nas pociąga fizycznie, ale odpycha intelektualnie, ktoś inny wzbudza podziw intelektualnie, ale odpycha fizycznie, ktoś trzeci przyciąga niczym magnes ciepłym charakterem.

Ale jesteśmy w krainie Burdelowo. Tu nie ma komplikacji. Wszystko jest proste, chodzi tylko o wzwód. Wzwód, którego nie mam, dlaczego więc zostałem?

Wchodzi Zofia, ma na sobie szlafrok. Moja gospodyni przygotowuje łóżko. Ja rozbieram się.

– Chodź, połóż się – słyszę.

Leżę, patrzę w sufit. Zaczynam wątpić, czy cokolwiek z tego będzie. Jej dłoń delikatnie gładzi moje uda i podbrzusze. Ma zaskakująco delikatny dotyk. Ciekawe. Podobno w przygniatającej większości jesteśmy wzrokowcami. To, co przyjemne dla oka, przyjemne i dla nas. Doznania kinestetyczne również są silne, o czym świadczy powolne wypełnianie się krwią mojego penisa. Dłoń starej, zwiotczałej prostytutki raz po raz, niby nieśmiało zahacza o fiuta i jaja. Biorę głęboki oddech. Rozluźniam się. Dziwka nie przestaje gładzić moich ud, nieco częściej zahaczając o jaja. Kutas zaczyna się budzić. Cóż za fascynująca sprzeczność. To co widzę napawa mnie obrzydzeniem, to co czuję przyprawia o erekcję. Pieszczoty koncentrują się na wewnętrznej stronie ud. Jest przyjemnie. Sięgam po zwiotczałą pierś. Jest jak wymięty papier. Cofam rękę. Palce przesuwają się po jajach, kierują się w stronę fiuta. Na wpół rozbudzony kutas znajduje się w ciepłych, starych ustach. Muszę się dostymulować. Ręką, w rzadkich włosach między udami szukam wejścia do szparki. Jest. Wsuwam dwa palce. Wnętrze starej cipy jest przyjemne. To jedyna przestrzeń, którą mógłbym pomylić. Wsuwam palce głębiej.

– Delikatnie. – Mówi z uśmiechem stara kobieta.

Kutas od kilku minut stoi. Zofia z profesjonalnym zaangażowaniem obrabia mój maszt. Czuję coś w rodzaju niesmaku. Chcę to jak najszybciej zakończyć.

-Możesz założyć. – Mówię i w mgnieniu na moim Wacku znajduje się fioletowa prezerwatywa. Pada pytanie jak, od tyłu, czy klasycznie. Klasycznie. Klękam przed rozchylonymi nogami, patrzę na stare, zwiotczałe, sterane swoją profesją, kurwskie ciało. Wchodzę. Sprężyście, szybko i mocno. Dymam intensywnie, byle jak najszybciej dojść. Żałosną scenerię dopełnia skrzypiące łóżko. Dochodzę. Wycieram chuja w chusteczkę. Ubieram się, wychodzę. Idę przed siebie. Jestem niczym pusty dzban.

Fisting

Wiosna zaczęła wydzierać zimie coraz więcej czasu. Ja również zacząłem wychodzić z zimowego letargu. Nie żebym zastygł w zimowym półśnie, ale…

Po kilku latach w świecie burdeli miałem swój stały schemat. Za dnia chłopak Karoliny od nas z wydziału. A w chwilach wolnych: szpetna „przedczterdziestka” na gniewne ruchanie – żeby odreagować. Pozytywny seks dawała Ola, otwarta i towarzyska. Bywały też miejsca na awaryjne ciupcianie. Kręciłem się w kółko. Nawet na Stronę i Forum wchodziłem sporadycznie (jeśli ktoś nie wie co to jest Strona i Forum, odsyłam do wcześniejszych wpisów). Trzeba z tym skończyć – pomyślałem.

Wchodzę na Stronę. Kilka zdjęć, opisów, cenników. Niewiele się zmieniło. Znalazłem. Ogłoszenie bez rewelacji, fotki też. Jedno słowo w ogłoszeniu działało magnetycznie: fisting. Jeśli poczytać kobiece i męskie pisma, można się dowiedzieć, że to „be” i na całym świecie tylko kilka gwiazdek porno się na to zdecydowało. Tak naprawdę, to nie jest takie „be”, a ilość dziewczyn dających się spenetrować dłonią z pewnością przekracza kilka. Problemem jest znalezienie pojemnej pochwy. – To dziwka, z pewnością ma rozjechaną. –Swego rodzaju etykietowanie, zazwyczaj błędne, doskwiera większości facetów. To jednak temat, na osobne przemyślenie.

Idąc do windy, wykonuję pierwsze połączenie. Cena – przystępna, adres blisko, pytam, czy rzeczywiście jest fisting – jest. To dodaje mi skrzydeł. Nie czekam na windę, biegnę schodami. Powietrze jest zimowo-wiosenne, specyficzne.

STOP! Właśnie Was okłamałem. Nie pamiętam, jakie było powietrze, nie pamiętam jaką drogą szedłem i o czym myślałem.

Oto, co pamiętam.

Pięciopiętrowy blok niedaleko akademików. Środkowa klatka. Spokojna okolica. Dzwonię po raz drugi, słyszę numer mieszkania. Naciskam domofon, drzwi się otwierają, wchodzę do klatki. Wyjmuję pieniądze, odliczoną kwotę przekładam do kieszeni kurtki. Taką mam zasadę, nie wyjmuję portfela w kurwidołkach. Wchodzę na drugie piętro. Pukam. Drzwi otwierają się. Scenariusz jest banalny i oklepany. Zastanawiam się, czy warto pisać. Mieszkanie to typowy burdelik w M3. Wchodzimy do najbliższego pokoju. Rozłożona wersalka pozostawia niewiele miejsca. Standardowe pytania: na ile zostaje, czy biorę prysznic. Nie biorę – w końcu jestem po później, porannej toalecie. Diva bierze pieniądze i wychodzi.  Słyszę wodę w łazience. Po pięciu minutach wchodzi, owinięta ręcznikiem w kolorze bordowym, który przypomina spódniczkę. Otwiera szafę i wyjmuje prześcieradło, które rozściela na łóżku. Ja rozbieram się i patrzę na nią. Około czterdziestki, nie jest gruba, raczej tęgawa, duże cyce i czarne włosy (na głowie). Może być. Odczuwam coś w rodzaju zadowolenia, że tu trafiłem.

Wchodzimy razem na łóżko. Moje ręce i usta kierują się w stronę jej piersi. Ręka obejmuje jedną, a usta ogarniają brodawkę drugiej. Język chaotycznie tańczy z jej sutkiem. Jej ręka kieruje się do moich jaj. Po chwili koncentruje się na sterczącym kiju. Kładę się na wznak, a jej głowa przenosi się w stronę mojego krocza. Zaczyna obciągać. Odprężające uczucie.

– Chciałbym spróbować fistingu – mówię.

– Dobrze – diva kładzie się na łóżku i rozchyla nogi.

Jej cipa jest wygolona, spora. Zaczynam masować wargi i okolice łechtaczki, która chowa się pod fałdami skóry. Nie wiem dlaczego, ale mam ochotę ją polizać. Nie powinno się lizać cipek należących do prostytutek ze względów higieniczno-estetycznych, ale co tam. Zaczynam coś, co przypomina minetę. Jej cipka jest bez zapachu, smak ma neutralny. Wsuwam palec, po chwili drugi. Jak na ten wiek i profesję całkiem ciasno. Mija kilka chwil. Zwilżam jej otworek sporą dawką śliny i dokładam trzeci palec. Posuwając w przód i tył, robię z palców piramidkę i dokładam czwarty. To znacznie ogranicza ruchy, jest za ciasna. To już moja Karolina, a ściślej, jej cipka jest pojemniejsza. Dziwka może i jest otwarta na propozycje, ale nie ma warunków.

– Możesz założyć – mówię do niej przyjmując pozycję siedząco-klęczącą. Czterdziestka zakłada gumę. Pyta jak będziemy się pieprzyć. Mówię, że klasycznie. Biorę jej nogi do góry, „na pagony”. Wchodzę, zaczynam posuwać. Kilka minut zdrowego rypania. Spuszczam się. W chwili orgazmu przychodzi mi na myśl, że trzeba się wybić z letargu. Znów zanurzyć się w ten cudowny świat. Świat burdeli, nieskończonej ilości cipek, dup i cycków.

Skoro ten epizod dał mi tyle euforii, to, co czeka mnie za rogiem?

Ubieram się i wychodzę. Odnajduje osiedlowy sklepik. Kupuję papierosy i napój. Czas ruszyć do przodu.

Czterdziestka z ul Zana cz IV

Diva odbiera, mówię, że jestem. Słyszę numer bloku i mieszkania. Nie jest to blok obok którego stroję. Dwa numery dalej. Ok, to już nie daleko. Moje ciało pulsuje. W pobliżu bloku widzę sklep spożywczy. Układ ulic jest dziwny, za blokiem, który mijam, widzę kamienice, ale nazwa ulicy jest już inna. To budzi sygnał w głowie: może zawrócić? Nie teraz! Za późno. Tłamszę myśl, która jeszcze ledwo co zdołała zakiełkować. W głowie pojawia się obraz cycków. Jeszcze chwila i hipnotyzujące cycki staną się realne. Przechodzę przez ulicę i dostrzegam numer bloku. Miałbym teraz zwrócić? Nigdy! Gorąco na zewnątrz zdaje się przenikać mnie na wskroś. Czuję skwar w całym ciele, zwłaszcza wewnątrz. Pierwsza klatka, to ta. Już za chwilę, za krótką chwilę. Stoję pod klatką. Nie wiem dlaczego, ale odwracam się. Blok stoi przy osiedlowej parafii. Widzę duży, okazały kościół. Jak to jest, że jest naprawdę duży, a zauważyłem go dopiero teraz. Drzwi świątyni wydają się zapraszać. Pojawia się myśl: – masz wybór, możesz zawrócić. To nie ta droga. Skąd pojawiła się ta myśl? Gorączka trawi moje ciało. Zadaję sobie pytanie: co ja tu robię, dlaczego nie zawrócę? Naciskam odpowiedni numer na panelu domofonu. Wróciła zimna kalkulacja. Instynkt każe mi iść do przodu. Wkrada się mechanizm psychologiczny: tyle zainwestowałeś w tę wyprawę i co masz odejść z kwitkiem? Odpowiada szczęk otwieranych drzwi. Przyjemny chłód klatki schodowej i odór, który kocha każdy wychowany na blokowisku. Chłód przynosi ukojenie. Wracam na utarte myślowe trakty. Mrok klatki schodowej działa jak soczewka na moje zmysły, skupia je w jednym punkcie – seks z divą ze Strony. Żądza spowija moje ciało. Pukam trzy razy. Drzwi otwierają się. Wchodzę. W przedpokoju wita mnie prostytutka. Przyglądam się jej. Trudno określić urodę. Ani ładna, ani brzydka. Jest słownikową definicją „czterdziechy”. Nie będę wykładał damsko-męskiego abecadła – zorientowani wiedzą co to „czterdziecha” albo mature (to dla zwolenników porno). Ubrana w zwiewną koszulkę nocną. Co ważne dobraną gustownie. Patrzymy na siebie. Na naszych twarzach pojawiają się uśmiechy. Zostaje zaproszony do pokoju. Dobijamy targu. Standardowe pytanie o prysznic. Wchodzę do łazienki. PRL, ale da się wytrzymać. Szybko opłukuję swoje ciało i wychodzę owinięty ręcznikiem, z ubraniem w ręku. Wchodzę do pokoju, moja diva ścieli łóżko. To też niepisana zasada w burdelowym królestwie. Zmiana pościeli po każdym kliencie. W niektórych przypadkach łóżko jest ścielone przy kliencie, żeby dowieść, że dziwkarskie BHP w tym lokalu jest przestrzegane. Oczywiście słodką tajemnicą każdej divy jest ile razy to samo prześcieradło rozkłada przy każdym kliencie. To, na które patrzę jest niebieskie, nosi znamiona wielokrotnego prania i sprawia wrażenie niedawno prasowanego. Kto wie, może faktycznie jest świeże. Czterdziestka kończy ścielić łóżko. Można śmiało stwierdzić, że nieźle się trzyma. Zwiewna koszulka czyni ją naprawdę seksowną. Trochę za dużo waży, ale w jej wieku jakoś te nadprogramowe kilogramy pasują. Kiedy założyła ostatni róg prześcieradła odwraca się do mnie.

– Usiądź sobie, ja idę się odświeżyć – mówiąc to patrzy z uśmiechem.

Wychodzi. Kładę ubranie na pufie stojącej przy łóżku. Ściągam ręcznik, rzucam go na drugą pufę. Siadam na łóżku. Jest bardzo ciepło, nagość, to najlepsza forma. Słyszę wodę w łazieńce. Wyobrażam sobie, jak strumienie chłodnej wody spływają po ciele rasowej czterdziestki. Rutyna wkracza na scenę: atmosfera erotyzmu, tak dobrze znana, wypełnia pokój. Woda w łazience przestaje lecieć. Mój oddech jakoś dziwnie staje się cięższy. Krew spływa powoli do mojego fiuta. Mija może minuta, w otwartych drzwiach pojawia się dziwka. Jest naga. Duże cycki przypominają o sobie. Lekko masywne uda i biodra, do tego troszkę za duży brzuch. Typowa, rasowa czterdziestka. Przystrzyżone łono powoduje zupełną erekcję. W takich sytuacjach, w przygniatającej większości przypadków usłyszysz dwa teksty: „połóż się” albo „jak chcesz”. Tu jest inaczej. To profesjonalistka. Podchodzi i mówi: – Wstań. Posłusznie staję ze sterczącym kutafonem. Diva siada przede mną na łóżku, tak, że stoję bezpośrednio przed nią. Dłońmi delikatnie przejeżdża po moich udach. Ona zna się na tym fachu.

– Lubię takich młodych – stwierdza z uśmiechem – od razu stoi. W tym momencie bierze mojego Wacka do ust. Wnętrze jej ust działa na wpół kojąco, na wpół transowe. Podejrzewam, że to samo odczuwają narkomani.

– Mmmmmm, mruczy z takim przekonaniem, że dochodzę do wniosku, że mój kutas naprawdę jej smakuje. Kolejne porcje przyjemności dostarczane przez jej usta potęgują podniecenie. Przypominam sobie o jej cycach, w końcu to one mnie zwabiły. Sięgam po nie. Dojrzałe, duże, ze sterczącymi sutkami. Są idealne. Ciało też idealnie dojrzałe. Jeszcze nie obwisłe, jeszcze nie pomarszczone. Jej skóra nie ma już tej sprężystości, co u dziewczyn po dwudziestce, ale to właśnie brak tej sprężystości powoduje, że jej ciało jest miękkie, delikatne, przyjazne. Kiedy jej ręka zaczyna obracać moje jaja, przez chwilę myślę, że dojdę w jej ustach. Biorę oddech, napinam okolicę lędźwi. Delikatnie się odsuwam. Profesjonalistka wie, co to oznacza.

– To co, zakładamy gumę? – moje ciche „tak” wystarcza. Prezerwatywa w czerwonym kolorze pokrywa mojego druha. – Ale masz go fajnego – czterdziecha z uśmiechem komplementuje chuja. Nie wiem co odpowiedzieć, uśmiecham się tylko.

– To jak chcesz, klasycznie? – Pyta, przesuwając się w głąb łóżka.

– Może być klasycznie. – Odpowiadam wchodząc na łóżko.  Klęczę przed nią, widok, który mam przed sobą utrzymuję moją lance naprężoną. Dwa duże cycki, idealnie się rozkładają, kobiece biodra, delikatna, miękka skóra – kwintesencja kobiecości. Rozchyla uda, odkrywając źródło mocy. Jej cipka wydaje się zapraszać. Przystrzyżona kępka włosów, rozchylone wargi, to wszystko jest takie kobiece. Muszę w niej być! Chwytam jej nogi pod kolanami i uginam w kierunku tułowia. Cipka staje się jeszcze bardziej wyeksponowana. Poprawiam gumiaka i wchodzę. Zdecydowanie, mocno, do końca. Słyszę jej głośne stęknięcie. Delikatnie wygina się w łuk.

– Dobiłeś od razu do samego końca.

Łapie za uda i raz za razem mocno dobijam. Posuwam na całego. Jej falujące cycki powodują, że chcę ją wygrzmocić tak, jakby nie było jutra. Zresztą, nie ma jutra, jest tylko teraz. Jest tylko magiczna cipka, którą eksploruję. Posuwam coraz szybciej. Jej oddech staję się bardziej ciężki, chrapliwy. Jest dobrą aktorką albo faktycznie poczuła bluesa i się jej spodobało. Do chrapliwego oddech dochodzi ciche pojękiwanie. Sama szerzej rozchyla nogi i wygina się jeszcze bardziej, sprawiając, że wchodzę maksymalnie głęboko i mocno.

– Do końca. – słyszę, między jej pojękiwaniem. Zauważam, że mój oddech też stał się głośniejszy. Orgazm nadchodzi bez majestatycznego przeżycia. Po prostu dobre mocne rżnięcie doprowadziło mnie do zenitu. Kiedy czuję, że trysnę, dobijam naprawdę mocno. Trzy fale, trzy ostatnie pchnięcia. Ciśnienie zaczyna opadać. Serce jeszcze bije mocno, ale napięcie spadło. Wychodzę z jej cipki. Delikatnie. Guma napełniona moim nasieniem. Delikatnie ściągam. Patrzę na divę – leży z błogim uśmiechem. – Bez jaj, nie mówcie, że doszła – myślę sobie. Z reguły do seksu z dziwkami podchodzę bardzo handlowo. Zapłaciłem, wiec interesuj mnie przede wszystkim mój orgazm. Dziś jest inaczej. Dobrze mi z tym, że jej jest dobrze. Podaje mi ręcznik papierowy. Wycieram fiuta i zawijam gumę. Wrzucam do malutkiego kubła przy łóżku. Diva wciąż leży  rozchylonymi nogami.

– Mogę jeszcze zostać, czy kończy się czas? – Pytam, bo według relacji Szwagrów czas w takich mieszkaniach różnie jest liczony i trzeba od razu wiedzieć co i jak. Szwagrowie wielokrotnie opowiadali, jak nie doszli do finału, bo czas się skończył. Szczytem bezczelności, było, kiedy w trakcie rypania, Szwagier dowiedział się, że pisząc „godzina” w ogłoszeniu, kurwa miała na myśli „godzinę lekcyjną” czyli 45 min.

– Pewnie, siedź. Nikt nas nie goni. – Słyszę w odpowiedzi.

Leżymy nadzy. Rozmawiamy o upale, o wypadach na kąpieliska i różnych mniej istotnych sprawach. Gładzę ją po wewnętrznej stronie uda. Jest naprawdę przyjemna w dotyku. Dziwne zjawisko. Zapłaciłem za seks, czysty seks, a teraz dziwka jest mi jakoś bliska. Może nawet bliższa, niż nie jedna z tak zwanych normalnych dziewczyn, z którymi byłem. Jestem pewien, że nie ma uczuć na tym świecie, są tylko doznania. Co więc czuję teraz? Rozmawiamy jeszcze kilka minut. Ubieram się.

– Cześć.

– Cześć. – Wychodzę.

Kiedy wyszedłem z klatki znów patrzę na kościół. – Tym razem upadłeś, spróbujemy następnym razem – ten sam głos, który mówił, że mam wybór, mogę zawrócić. Do kogo należy? Czy to część mojego mózgu, nieskażona łaknieniem wciąż nowych doznań. A może Anioł Stróż, przypomniał o sobie.

Wchodzę do spożywczej sieciówki, którą mijałem. Zimny, wiśniowy napój gasi moje pragnienie. Wracam do mieszkania.

Czterdziestka z ulicy Zana cz. 3

Rytuał z burdelami ukrytymi pomiędzy blokowiskami jest prosty i przypomina harcerskie zabawy. Słyszysz w telefonie nazwę ulicy, jeśli znasz ulicę przechodzisz dalej: słyszysz numer bloku. Divy raczej więcej nie podają przy pierwszej rozmowie – po prostu dzwoni wielu napaleńców, uczniaków i innych dziwolągów, którym (tak sadzę) potrzeba do orgazmu usłyszeć głos. Ci zaawansowani – Szwagrowie przechodzą wyżej. I tę grę lubię. Lubię usłyszeć nazwę ulicy, jeśli nie znam, proszę o małą wskazówkę. Nigdy nie pytam o dokładną lokalizację. Niesamowitą frajdę sprawia mi szukanie tej ulicy. Później, seks, to rodzaj nagrody za wytropienie ulicy. Dzięki tej grze, topografia nawet dużego miasta przestaje być straszna. Kiedy znajduję ulicę, pozostaje pytanie, który to blok, która klatka, które mieszkanie. Naprawdę, czuję się wtedy, jak na wyprawie po skarb.

Podobnie jest teraz. Słyszę: przyjmuję na Zana – nic mi to nie mówi, ale to jeszcze bardziej mnie kręci. Ulica blisko centrum. Wiem, że nawet nie muszę kluczyć. Jestem w centrum, wystarczy ruszyć przed siebie. Iść – nie iść? Ostatnie drgania w żołądku. Umysł przeskakuje na inny tor, na razie częściowo. – Spacer po jedzeniu dobrze mi zrobi – tłumaczę sobie – i ruszam. – Tylko kawałek, dwieście, trzysta metrów – Pan Racjonalizator uspokaja. Później zawrócę i usunę numer z telefonu. Tak sobie to wszystko tłumaczę, chociaż znam siebie, i znam przyszłość, przynajmniej tę najbliższą. Idę przed siebie, powoli. Jestem ociężały po żarciu i otępiały przez walkę w mojej mózgownicy. Kiedy przeszedłem zakładane trzysta metrów, nigdzie nie widzę nazwy ulicy. Według założeń powinienem zawrócić i usunąć numer, który pali. Nie będzie tak. Stoję w miejscu i czekam na myśl, która niebawem nadejdzie, wiem, że nadejdzie, zawsze nadchodzi. Nie mija sekunda i oczekiwana myśl nadchodzi – skoro tyle przeszedłeś, to jeszcze kilka kroków nie zrobi różnicy. W końcu i tak tam pójdziesz. Mózg potęguje przekaz włączając zdjęcie idealnego cycyka ze Strony, a może to nie mózg, może to kutas zhakował układ centralny? Nieistotne – idę naprzód. Mijam kilka ulic i zatrzymuję się. Teraz się rozejrzę, jeśli nie będzie ul. Zana, zawracam. Powoli rozglądam się. Jest! Po drugiej stronie skrzyżowania: trawnik i blok. Nie widzę nazwy ulicy, ale czuję, to tutaj. Przechodzę na drugą stronę. Tak. Znalazłem. W tym momencie mój umysł przechodzi na zupełnie inny tor. Niemal poczułem to fizycznie. Dopiero teraz dostrzegam ukrop z nieba. Żar, który wylewa się na mnie, potęguję doznania. Wiem, że znalazłem się na jednokierunkowej drodze. Nie ma powrotu. Wszystko układa się w jedną całość. Upał, moje pożądanie, zieleń trawnika. Tak jest, bo tak miało być. Idę chodnikiem przecinającym trawnik obok bloku. Drżącą ręką wyjmuje telefon. Przecież jestem już na umówionej ulicy. Dziwkarska etykieta musi być spełniona.

Czterdziestka z ulicy Zana cz. II

Na zewnątrz jest ciepło, parno. To jednak nie przeszkadza. Lubię spacerować bez celu po mieście. Nie tylko latem, przez cały rok. Kiedy już wyjdę, zawsze jakiś cel się znajdzie. Mijam ludzi skąpanych w słońcu. Sporadyczne podmuchy wiatru dodają energii. Pewnie teraz powinien nastąpić opis miasta zanurzonego w letniej porze, jednak tak nie będzie. Prawda jest zupełnie inna. Nie dostrzegam ludzi, miasta, czegokolwiek. Idę bezwiednie, po prostu przemieszczam się względem obiektów wokół mnie. Myśli zamieniły się w huśtawkę: iść – nie iść. Świadomość numeru zapisanego w telefonie parzy, niczym wrzątek. Podobno nie da się nie ćpać, mając towar w kieszeni. A to jest mój narkotyk.  Na samym dnie świadomości potrafię zdobyć się na szczerość. Wiem, po co wyszedłem. Wiem, jak się ten spacer skończy. Ale to mały zakamarek mózgu, oficjalny umysł mówi coś innego: jest piękna pogoda, nie warto kisić się w murach. Dlatego wyszedłem. Idę i „delektuję się” pogodą i miejską scenerią. Znam siebie, wiem, że ulegnę. Zadzwonię. Jedynym wyjściem jest poszukanie zajęcia dla umysłu, a raczej dla zmysłów. Poszukując awaryjnego scenariusza, docieram do centrum. Los daje mi odpowiedź. Duże logo sieci ze śmieciowym żarciem, wręcz zaprasza. To powinno przynieść ulgę skołatanym zmysłom. Śmieciowe żarcie zamiast śmieciowego seksu.

Lubię porównanie seksu do jedzenia. Właściwie nic tak nie opisuje seksu, jak kulinarna metafora. Jedno z lepszych porównań, to porównanie do bigosu (nie mojego autorstwa). Usłyszałem je od księdza. Seks bez uczuć, seks sportowy, seks anonimowy, to bigos w dworcowej jadłodajni. O przepraszam! W lokalu typu „Snack Bar”. Seks małżeński, po ślubie, uprawiany nieużywanymi dotąd narządami to też bigos, ale bigos podany podczas Wigilii. Podany na świątecznym stole, w świątecznej atmosferze, spożywany w sposób godny. Niby bigos, to bigos, a różnica fiu fiu. Kiedy po raz pierwszy to usłyszałem miałem ochotę ryknąć – Księże! Bigos świąteczny wyjątkowy jest dlatego, że podawany jest raz do roku, gdyby wcinać go ca drugi dzień, byłby powszedni niczym dworcowa bryja. Wyjątkowość, to pochodna niedostępności. Tak myślałem wtedy, z czasem częściowo się zgodziłem, ba nawet rozwinąłem seksualno-gastronomiczne rozważania. Cały seks, to lustrzane odbicie gastronomii. Dochodzimy w życiu do momentu, kiedy każdy potrafi coś upitrasić. Co, kto upitrasi, to już sprawa indywidualnych predyspozycji. Jedni kombinują na miarę Top Chefa, innym wystarczą ziemniaki ze skwarkami. Uśredniając – przeciętny obiad jest w zasięgu każdego, a przynajmniej większości. No dobrze – ktoś powie – skoro każdy ma czym/kim zapchać kichy, to w czym problem? Ano w tym, że każdemu, po różnym okresie czasu znudzi się żreć ciągle to samo. I tu na scenę wchodzi gastronomia za pieniądze, wedle upodobań i wedle zasobów portfela.

Wchodzę do lokalu. Patrzę na oferty. Zestawy zdają się patrzeć z neonów zachęcająco. Nigdy nie biorę zestawów, zawsze tworzę własne kombinacje. Jest drożej, ale mam to co chcę. Zamawiam, płacę, odbieram. Siadam pod ścianą, nie lubię siedzieć na środku. Tępe spojrzenia w porównaniu z ruszającą się żuchwą odbierają apetyt. Pochłaniane białko i węglowodany poprawiają mi nastrój. A może nie tyle poprawiają nastrój, bo ten mam dobry, ale zapełniają pewną pustkę. Kiedy popijam sok pomarańczowy pustka wewnątrz mnie zdaje się być zapchana. Nie ma co jedzenie, to rokosz. Kąpiel, masaż, dobra lektura, jedzenie, to wszystko jest rozkoszne, ale rację miał Al Pacino: na pierwszym miejscu jest cipka. Przechylam tackę nad koszem. Wychodzę. Starszy gość stanowiący logo sieci zdaje się zapraszać ponownie. Wychodzę na zewnątrz. Jest południe. Słońce zdaje się świecić na mnie ciut mocniej, niż na innych. Posiłek mnie rozleniwił. Pojadłem, teraz bym poruchał albo przynajmniej lodzik – tak zawsze mawiał Kapitan Planeta na studenckich grillach. Nie wiem, dlaczego akurat teraz o tym pomyślałem. Może kawałki kurczaka, frytki i buła z kurczakiem popite sokiem napchały mnie równie skutecznie, jak kilogramy smażonej kiełbasy i ocean piwa dawno temu. A może po moim mózgu krąży obraz divy z nieziemskimi cycami i stara się przebić do świadomości. Może. Dotknąć te cycki, posmakować je, objąć ustami pieścić językiem. To wszystko zaczyna być dostępne. Czuję na rękach tłuszcz, pozostałość o kurczaku. Ostrożnie wyjmuję chusteczki z kieszeni i starannie wycieram ręce. Chowając paczkę chusteczek, nie mogę nie dotknąć telefonu w kieszeni. Czuję ucisk w dołku. Znajome uczucie. Lada chwila przestanę myśleć. Zacznie się trans, który doprowadzi mnie do celu.

Wyjmuję telefon – przecież nikt nie powiedział, ze muszę pierzyć tę dziwkę, tylko zadzwonię, Pan Racjonalizator w mózgu wydaje się mieć rację. Miałem świadomość już rano, że tak to się skończy. Wyjmuję komórkę, i wciskam zielona słuchawkę. Podnoszę telefon do ucha. Dwa sygnały, słyszę głos. Niemal przeszywa mnie dreszcz. Rozmowa trwa krótko: co? Za ile? Gdzie przyjmuje? Kończę stałym tekstem: jak będę w okolicy, to się odezwę. Telefon ląduje w kieszeni. Zamykam oczy. Resztki zdrowego rozsądku mówią, żeby wracać na mieszkanie. Mam robotę do zrobienia. Ale to są resztki, niewielki promil mojego „ja”. Cały „ja” chcę rozpocząć rytuał.

CDN