Gruba blondyna cz. 2

Wstałem z ławki i dalej ruszyłem przed siebie. Świat widziany z perspektywy kaca, jest inny, niż na trzeźwo. Czasem lepszy, czasem gorszy, ale zawsze inny. Kolory, dźwięki, wszystko niby jest normalne, ale dziwnie inne. W cudownym otępieniu dotarłem na wiadomą ulicę. Miałem poszukać odpowiedni numer lokalu i zadzwonić. Wszystko poszłoby po mojej myśli gdyby nie mały drobiazg. Blok, w którym miało się znajdować burdelowo, okazał się mieszanką peerelowskiego bloku i kamienicy. Dziwny, budowlany twór, w kolorze żółtym. Pięciopiętrowy w kształcie litery C. Naliczyłem około sześciu klatek. Na domiar złego, ponad trzy czwarte budowli pokryte było rusztowaniami – trwały prace ociepleniowe. Podszedłem do najbliższej klatki. Żadnego spisu, żadnej numeracji, poszedłem do kolejnej, również nic. Zadzwoniłem do divy, prosząc o wskazówkę. Jej wskazówka okazała się na tyle niekonkretna, że obszedłem blok dwukrotnie i za nic  nie mogłem znaleźć odpowiedniej klatki. Kolejny telefon, podaje numer ten i ten. I znowu moje badanie każdej klatki. Zapytałem jednego z ekipy remontowej, ale nie potrafił mi odpowiedzieć. Kolejny telefon, diva z cierpliwością tłumaczy. Chodzę od klatki, do klatki. Zaraz się zdenerwuję. Kolejny telefon, tłumaczenie divy, która cierpliwie tłumaczy, która to klatka, niewiele daje. Nie wiem, czy mój mózg, który jeszcze nie przetrawił wódy, czy może jej umiejętności klarownego tłumaczenia, ale coś szwankuje. Zaczynam myśleć, że może to znak. Znak, żeby zawrócić, żeby odejść. Żeby odpuścić. Nie. Jeszcze nie, jeszcze jeden telefon.

– Wiesz co, podejdź do tej zielonej budki, blaszanej, widzisz?

– Tak.

– To podejdź.

Podchodzę do budki. Otwiera się okno na pierwszym piętrze. W oknie pojawia się pucułowata twarz, z blond prostymi włosami.

– To ta klatka, numer mieszkania…

Owładnął mnie amok. Tak to moja rzeczywistości, to mój świat. I jua chciałem odejść? I gdzie iść. Nie ma innego świata, jest tylko burdelowo. Podchodzę do drzwi, brzęk domofonu, wchodzę na ciemną, obszerną klatkę schodową, charakterystyczny swąd takich klatek wypełnia moje nozdrza. Wchodzę po schodach, na pierwsze piętro, w zaciemnionej części, są drzwi z magicznym numerem. Pukam, otwierają się, wchodzę. Patrzę, na postawną, młodą kobietę. Szeroka twarz, sympatyczna, z uśmiechem, który niewiele zdradza. Pyta mnie, na ile chcę zostać, biorę „kwadransik”, który oznacza tylko jeden numerek albo „lodzik”. Wchodzimy do pokoju, który jest nieco zagracony, pod oknem stoi coś, na kształt tapczanu. Blondyna ubrana jest w przydługą koszulkę. Siada na tapczanie, ściąga koszulkę, ja łapczywie łapię za duże, dorodne cyce, jej dłonie nie pozostają dłużne i moje gacie lądują na moich stopach.

– Chcesz lodzika, czy seks?

– Seks. – Zawszę biorę seks, lodzik raczej nie jest moim ulubionym „małym co nieco”

Jestem gotowy. Postawna diva, zakłada prezerwatywę. Przechyla się do tyłu, kładzie na plecach i unosi nogi. Wyprostowane, w kształcie litery V. Przybliżam się, pochylam i energicznie wchodzę. Cały kat jest szybki, energiczny. Kończę szybko. Zmęczony wczorajszym aktem pijaństwa, wycofuję się, jestem oszołomiony, lekko zawirowało mi w głowie. Blondynka, rozpoczyna higieniczny proces, za pomocą jednorazowego wilgotnego ręczniczka. Ubieram się, żegnam i wychodzę. Słońce, po wyjściu z klatki wydaje się wdzierać we mnie ze zdwojoną siłą. Dobrze, że kilkadziesiąt metrów dalej jest sklep spożywczy. Zimna cola przywraca mi moc. Nie myślę, o tym co się przed chwilą stało. Jestem znieczulony, wręcz otępiony. Z marazmu wyciąga mnie dzwonek telefonu.

– Gdzieś ty jest? Coś ty kurwa wczoraj odpierdolił?! – Jego powitanie, brzmi niepokojąco. – Marta powiedziała Edycie, a Edyta dalej. Wszyscy już wiedzą, że chcesz się jej spuścić na uśmiech. Na początku cię broniłem, że na pewno tak nie powiedziałeś, ale pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że w końcu to ty. Przychodź kurwa. – Koniec rozmowy, cały Misza. A więc powiedziałem. Telefon od Miszy rozwiał moje wątpliwości.

Wieczór, kolejna biba, kolejne litry, jeśli nie hektolitry alkoholu. Te same roześmiane twarze, te same osoby, ta sama niesamowita atmosfera. W końcu ten sam klub. Wszystko jest takie samo. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, pojawia się zmienna, której nie brałem pod uwagę. Czas na ułamek sekundy staje w miejscu. Przestrzeń ogranicza się do jednego punktu. ONA. Jest tu, bawi się ze swoimi znajomymi, jest jakby z innej planety, poza moim układem planetarnym, poza moim wszechświatem. Zaczynam czuć tęsknotę. Dlaczego nie jestem tacy jak inni, dlaczego nie mogę po prostu się zakochać? Dlaczego to akurat mnie trawi ten palący głód nowych doznań, pragnienie, żądza, która jest nienasycona. I znowu słyszę głos własnych myśli. Zastanawiam się, czy to moje myśli, czy coś innego.

– Teraz rozumiesz? Ty już dokonałeś wyboru, dawno temu, w pewien wiosenny dzień To twój świat. Będziesz miał więcej kobiet, niż wszyscy twoi znajomi, ale jej nie będziesz miał. Doznania, których tak szukasz będą na wyciągnięcie ręki, ale nie miłość. Zrozumiałeś?

Idę do baru, po kolejne piwo.

 

 

 

W labiryncie burdelowa cz. 3.0

 

 

Półwiecznik

Ją odwiedziłem pewnego chłodnego wieczora. Byłem u znajomych. Pracowaliśmy nad prezentacją dotyczącą nowych modeli w zarządzaniu. Nie pamiętam, Kiedy odpłynąłem myślami. Chyba w połowie naszej pracy. Tak po prostu. Dźwignia w mojej głowie sama się przestawiła. Co mogło być tego przyczyną? Wdzierająca się do mojej głowy nuda, czy piersi Justy, które, tak jakby postawiły sobie za cel, cały czas prześladować moje oczy. Uwięzione w czarnym wełnianym sweterku zdawały domagać się wolności. Justa pojawiła się kiedyś na imprezie. Chciałem ją zaliczyć, ot tak dla sportu. Chyba nie była zainteresowana. Nią z kolei zainteresował się Misza. I tak, Justa przestała być kobietą, została kobietą najlepszego kumpla. Tym sposobem stworzyliśmy jedną z najbardziej pokręconych paczek na studiach.

Z mieszkania Justy wyszedłem po siódmej. Było ciemno. Zimny wiatr zdawał się wyganiać wszystkich z ulic do mieszkań, zupełnie, jakby przestrzeń między budynkami należała do niego. Tylko do niego. Misza został u Justy. To dobrze. Zdzwoniłem do Kaśki, pytając, czy wypije ze mną piwko. Zawsze padało to pytanie. Oboje wiedzieliśmy, że piwo jest najmniej ważne, to pretekst. Lubiliśmy poudawać. Zawsze spotykaliśmy się na piwo i tak jakoś wychodziło, że lądowaliśmy w łóżku. Tak przez ponad rok. Zaczęło się banalnie. Studencki klub. Po pierwszej. Ja zamroczony piwem i oparami papierosowymi, szukający ukojenia dla mojego druha. Niska, raczej o przeciętnej urodzie, biorąc poprawkę na wypite piwo, może być. Podszedłem, rozmowa o niczym, kolejne piwo. Wychodzimy. Łatwizna. Po raz pierwszy, tej nocy doświadczyłem, czym jest przeterminowana prezerwatywa. Poważnie, nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Co jeszcze ciekawsze doznałem wtedy olśnienia. Dziewczyny po dwudziestce, czyli dorosłe kobiety, mogą być cholernie nierozbudzone seksualnie. Kaśka na ten przykład nie wiedziała czy jest podniecona.

– Czuję spięcie w brzuchu i stoją mi suty. To chyba jestem gotowa.  – Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Pewnie, gdyby nie stojący maszt, chętnie bym z nią na ten temat porozmawiał.  – Nigdy nie wiem, czy już jestem podniecona – kontynuowała.

Kilka naszych spotkań i już wiedziała kiedy jej ciało domaga się seksu. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że po kilkunastu miesiącach, kiedy nasza relacja dobiegła końca. Katarzyna była w pełni rozbudzoną, świadomą każdego impulsu płynącego z jej ciała. Z pewnością, zostawiłem ją lepszą niż zastałem.

Trzysta metrów dalej, w szarym bloku, za drzwiami obitymi tandetną sklejką, czekały na mnie doznania. Z Kaśką umówiłem się przed dziesiątą. Mam wystarczająco dużo czasu. Wiatr niemile mnie połaskotał. Zapiąłem kurtkę. Wyjąłem telefon. Zadzwoniłem, pytając, czy mogę podejść za dziesięć minut. Mogę. Świetnie. Wiatr wieje coraz mocniej, jakby mnie poganiał, albo wręcz przeciwnie, jakby mnie stąd wyganiał. Idę znajomą droga po raz, no właśnie ile razy już tędy szedłem. Ile razy przemierzałem tą trasę, drogę po doznania, drogę po przyjemność, po zapomnienie. Przy pięciu blokach, sprytnie umiejscowionymi między wolnostojącymi domami stoi krzyż. Zawsze kiedy go mijam w głowie odradza się pytanie: czy jeśli powiedziałbym kiedyś, że żałuję, będzie mi wybaczone? Czy modlitwa grzesznika ma sens? Jaki sens ma spowiedź, jeśli nie ma żalu za grzechy. Te myśli zajmują kilkanaście sekund, może minutę. Przechodzę obok kolejnych, szarych, kilkupiętrowych bloków. W świetle ulicznych lamp widzę karuzelę i huśtawkę. Mikroskopijny plac zabaw. Mój plac zabaw jest w ostatniej klatce. Pukam do drzwi. Te kilkanaście sekund napełnia mnie seksualnym napięciem. Ciekawe z kim dziś będę. O ile wiem [przyjmuje tu trzy albo cztery divy. Już poza głównym nurtem, ale jeszcze przydatne. Tanie i przydatne. Słyszę chrzęst zamka. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta. Sceneria jest ciągle ta sama. Ciemny przedpokój, dalej, skromnie oświetlony pokój. Dywan, zakurzony, meblościanka i rozkładana wersalka. Obok wersalki ława, na której leży pudełko chusteczek nasączanych, budzik i dwa sreberka – kondomy. Patrzę na kobietę. Jest stara. Po pięćdziesiątce. Wiem, że to mieszkanie ma kilka ogłoszeń. Ta pewnie jest z ogłoszenia: „dystyngowana pięćdziesięcioletnia „. Spod farby na włosach wyłania się siwizna. Twarz, pokryta maską zmęczenia zmieszanego z rutyną, świadczy, że wiele takich chwil jak ta przeżyła. Skóra na jej szyi i ramionach jest pomarszczona. Patrzę na zwykłą, starą bladź. Daję jej pieniądze i zaczynam się rozbierać. Wychodzi z pieniędzmi i wraca po chwili, również ściąga sukienkę na ramiączkach. Zostaje w staniku, który sprawia wrażenie zakurzonego i czarnych pończochach. To pewnie ten atrybut „dystyngowanej”. Zdejmuje stanik, ukazując dwie niewielkie piersi. Dziwne. Ma obwisłą dupę, brzuch też, mimo, że jest szczupła, a cycki jeszcze sterczą, niczym ostatnie wspomnienie lat świetności. Kobiece ciało, nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Stoję tylko w slipach. Zdejmuję je. Podchodzę do wersalki, diva siedzi. Z wprawą bierze mojego miękkiego druha. Zaczyna mnie pieścić. Masować, głaskać, delikatnie odsłania główkę. Obsypuje całe krocze pocałunkami. Druga ręka zajmuje się jądrami. Jest całkiem przyjemnie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że z wiekiem kobiety, a zwłaszcza prostytutki stają się bardzo ckliwe w swych pieszczotach. Młode podchodzą do sprawy technicznie . Bez jakichkolwiek uczuć. Te starsze potrafią niemal z matczyną troską zająć się tym i owym. Oczywiście w trakcie całego aktu potrafią przemieć się w prawdziwe wampirzyce. To wszystko, jednak wymaga lat warsztatu.

CDN

W krainie Burdelowo cz. II

Większość facetów swój burdelowy debiut zalicza między dwudziestką, a trzydziestką. Są nieliczni, którzy rozpoczynają wcześniej, do tej grupy należy autor niniejszej publikacji, ale to temat na inny wpis. Typowy facet, debiutuje przy okazji pijackiej imprezy, która się niebezpiecznie przeciągnęła albo któryś z jego kolegów żegna się z kawalerskim życiem. Później w okolicach czterdziestki, delegacja albo zwyczajne znużenie „starą” pcha nieszczęsnego faceta w opary płatnych doznań. Gdzieś, w okolicach starości z wolna kończy się przygoda z burdelowem.

Ale jest też inny scenariusz. Pierwszy raz idzie się z ciekawości, drugi, żeby sprawdzić, czy będzie tak, jak za pierwszym, kolejny, bo jest okazja (a raczej okazją jest brak okazji) i kolejny i pięćdziesiąty i setny. Z czasem tylko po głowie błądzą resztki wspomnień.

Katia

Kłótnia z Emilią.Wychodzę.

To był czas „ruskich” w burdelowie. Krótki telefon. No jasne, ten system nigdy nie zawodzi. Słyszę cudny, wschodni akcent. Kwestia dwudziestu minut i jestem na ulicy. Tu czeka mnie mała niespodzianka. Nigdzie nie mogę znaleźć ulicy. Dzwonię po raz kolejny. Słyszę, żeby obok urzędu przejść obok szlabanu i zauważę blok. Tak robię. Coś niesamowitego. Cała ulica  ukryta przed ciekawskimi. Gdybym był alfonsem i miał dużo siana, wykupiłbym cały blok i zrobił z niego gigantyczny burdel. Dzwonię, w słuchawce słyszę numer mieszkania. Drzwi obite boazerią, to zaskakujące. Raczej przyjęło się, że mieszkania pod dziwki, nie szokują standardem, a tu jednak. Drzwi otwierają się. W przedpokoju widzę blondynkę, tuż po trzydziestce. Uśmiechnięta, w zwiewnej, fioletowo-czarnej haleczce. Zaprasza mnie do pokoju. Małe mieszkanko, klimat, jak nie z burdelowa. Po szybkim prysznicu idę do pokoju uciech. Za chwilę przychodzi blondyneczka. Mówi, że ma na imię Katia. Hmm może ma, może nie. Mało istotne, bardzo miła. Oboje lądujemy na łóżku. Jej ciało, smukłe, o przyjemnej w dotyku skórze staje się enklawą, gdzie zapominam o niepowodzeniach dnia. Jej piersi, nie za duże, nie za małe duże, lekko obwisłe jabłka. Lekkie poddanie się grawitacji, zapewne związane z wiekiem, czynią z tych cudownych krągłości gigantyczny, erotyczny wabik. Sutek znalazł się w moich ustach, jej dłonie nie pozostają dłużne. Delikatne drapanie moich ud powoduje, że jeszcze więcej krwi znajduje się w penisie. Moje usta wędrują, z piersi, w stronę szyi. Łapię ją za pośladki, dwie gładkie półkule oszałamiają mnie. Zespoleni w uścisku, obsypujemy się pieszczotami. Wszystko odbywa się naturalnie. Jej usta zaczynają obejmować pulsującego fiuta, dłonie w tym czasie, sprawnie masują uda. Jest niesamowicie przyjemnie. Wyciągam się niczym struna od gitary i delikatnie pomrukuję. Nie pamiętam, kiedy tak się odprężyłem u dziwki. Kiedy mój kutas został oblizany, wylizany, i wyssany wprost koncertowo, nastała zmiana ról. Rosjanka leży, z rozłożonymi nogami, które lekko ugięła w kolanach. Ja zataczam kręgi po jej wargach, obsypuję pocałunkami jej uda, tuż przy zgięciu. Moja ręka gładzi jej podbrzusze, wyczuwam lekki zarost, pozostałość, po goleniu maszynką. Rozchylam wargi i koncentruje się na łechtaczce. Nie wiem, ile to trwa, ale po dwóch dreszczach, które wstrząsnęły ciałem dziwki, delikatnie wsuwam palec, jest obwicie wilgotna, po chwili dołączam kolejny i jeszcze jeden. Tyle wystarczy -  słyszę. Poruszam dosyć szybko palcami. Słyszę kolejne pojękiwania. Wygina się. Mam świadomość, że prostytutki, to mistrzynie w oszukiwaniu facetów, te najlepsze, potrafią wykreować takie przedstawienie, że każdy facet wychodzi spełniony w stu procentach, niczym seksualny heros. Zawsze mnie jednak interesowało, czy można doprowadzić dziwkę do wrzenia, a w końcu do orgazmu. W pierwszych latach burdelowa to, miedzy innymi było moim celem. Później zobojętniałem. Dziś na nowo to poczułem. Po solidnej lekcji francuskiego, condom ląduje na kindybale. I rozpoczyna się jazda. Klasycznie, wolno, szybko, wolno i znów szybko. Wychodzę z niej i przechodzę za jej plecy. Rozumiemy się bez słów, unosi nogę wchodzę. Później na jeźdźca. Ujeżdża mnie niczym nastolatka, żeby za chwilę, w sposób dostojny, niczym hrabianka z dziewiętnastowiecznej powieści delikatnie unosić się na moim korzeniu. Kończę od tyłu. Oboje patrzymy na siebie z uśmiechem. Chwila miłej rozmowy. Wychodzę.

W mieszkaniu, chwila rozmowy z Emilą. Pogodziliśmy się. Położyliśmy się po dwudziestej pierwszej. Pieprzyliśmy się całą noc. Do białego rana. Tak, jakbyśmy oboje chcieli wypieprzyć cały syf z naszego związku. Nie wiem, co mnie tak cholernie kręciło, chyba to, że czułem bliski koniec tego związku. Nie myliłem się. Niecały miesiąc później zrezygnowaliśmy ze wspólnego mieszkania i wspólnych planów na przyszłość.

Rosjanek ciąg dalszy.

Po zakończeniu związku z Emilią, miałem mocne postanowienie, żadnych głębszych relacji. Bez komplikacji, bez nadmiernych emocji. Zamieszkałem u znajomych. To był dosyć nerwowy czas, to znaczy ja w tamtym okresie czasu byłem nerwowy. Wystarczyła jedna głupia uwaga i byłem nabuzowany. Niestety pomieszkiwałem u znajomych, dlatego musiałem hamować złość. Wentylem było burdelowo.

Siadłem w samochód, i jeżdżąc po mieście wybrałem numer. A właściwie ktoś go wybrał za mnie, po prostu. Samo się zrobiło. Zanim się spostrzegłem już pukałem do drzwi. Otwarła kobieta ze wschodnim akcentem. Wysoka, przed trzydziestką, nawet zgrabna. Wystarczyło skrzyżowanie spojrzeń i już wiedziałem, że nie polubimy się. Spytałem co ma w repertuarze. Chciałem w dupkę, jakoś tak uznałem, że anal pozwoli złapać mi oddech. Warknęła, że nie. Pozostało na seksie. Chciała od razu przejść do rzeczy, ja odparłem, że jeszcze nie. Chwilę ugniatałem jej cycki, które niczym się nie wyróżniały, ale były odpowiednie. Widząc zniecierpliwienie na jej twarzy, celowo to przedłużyłem. Kiedy założyła kalosza, chciała od tyłu. Przez lata, wiele rozmawiałem z dziwkami i można powiedzieć, że znam dziwkarskie strategie. Jedną z nich jest strategia na „odpierdol się”, którą można tak scharakteryzować: „poruchaj i spadaj”. Dziwka nadstawia szparę, w sposób tak zlewczy, że facet musi zrozumieć, że jest nie mile widziany. Według relacji jednej z dam mojego…fiuta, takie podejście ma niemal magiczną moc. Znacznej części facetów odechciewa się seksu albo miękną. Ja jednak byłem za bardzo obyty na tych salonach. Powiedziałem, że chcę od przodu. Zgodziła się. Kiedy w nią wszedłem, oboje doświadczyliśmy czegoś, co można nazwać niechętnym seksem. Ona patrzyła na mnie z niechęcią, ja na nią również, a mimo wszystko właśnie odbywaliśmy akt miłosny, jak powiedzieliby romantycy. Porąbane. Wyszedłem bez słowa.

Kolejna niedziela

Dotarło do mnie, że mój tryb życia, w ostatnich latach był troszkę wykolejony. Zaczęło do mnie docierać..no właśnie co? Głupota postępowania, żal za grzechy, strach? Spojrzałem na Stronę, przeczytałem kilka ogłoszeń. Swoje zrobiłem – powiedziałem sam do siebie. – Dosyć. Tak po prostu. W tym miejscu miało się to skończyć.  Odetchnąłem z ulgą. Było już ciemno. Jesienny wieczór nastrajał do przemyśleń. Byłem przed półmetkiem studiów. Poza uczelnią, również odebrałem edukację. Nie wiem, czy ktokolwiek inny, z moich znajomych tak mocno spenetrował ten mroczny i upajający świat. Pomyślałem o Kamilu. Znawca trawy i sposobów palenia. Pokazał mi ze cztery sposoby palenia trawy, o których nie widziałem. Autorytet w tym temacie. Kiedy ostatnim razem robiliśmy zrzutę na imprezę, Kamil zaproponował kupno za całą kwotę zielska i wypalenie go, w ramach imprezy. Kapitan Planeta uznał wtedy, że Kamil żyje w swojej rzeczywistości. Im dłużej chodziłem, tym więcej myśli kłębiło się mi w głowie. Czy ja też zacząłem żyć w swojej własnej rzeczywistości?              Powrót do mieszkania nieco nie wyciszył.  Mocno postanowiłem skończyć z tym. Nigdy więcej dziwek i tego świata. Swoje zdziałałem w tym temacie. Wystarczy. Siedząc przed komputerem, jeszcze raz popatrzyłem na Stronę, na Forum. Mimo chorej rzeczywistości, w pewien sposób zżyłem się z tymi Nickami na Forum. W końcu to Szwagrowie. No cóż, wystarczy. Usunąłem zakładki wraz z hasłami.

W niedziele, kiedy się ocknąłem, wciągałem spodnie. Sam nie wiem jak tu trafiłem. Na łóżku siedziała trzydziestokilkuletnia szatynka. Ładna, szczupła. Miała zastanawiająco inteligentny wyraz twarzy. Seks był zwyczajny, przyjemny. Pożegnałem się i wyszedłem. Kiedy ziemne powietrze wywietrzyło mi odór burdelowa zadałem sobie pytanie, co się stało. Ile warte jest moje postanowienie? Nie wiedziałem, jak to rozumieć. Czyżbym z wyznawcy Erosa i poszukiwacza zaginionej szpary, przepoczwarzył się w niewolnika cipy? Powoli, niczym walec drogowy, z takim ciężarem, zaczęła przygniatać mnie myśl, że coś wymknęło się spod kontroli i to coś, będzie bardzo trudno opanować.

Zofia

To zdjęcie zaintrygowało mnie odkąd spojrzałem na nie pierwszy raz. Widać było, że zrobił je profesjonalista. Kobieta, która pozowała, również nie sprawiała wrażenia nowicjuszki. Bielizna – gustowna, nieco w stylu retro, pobudzająca moje zmysły. Włosy, długie rozpuszczone, w dokładnie zaplanowanym nieładzie, jakby prosto od fryzjera. Gra światłem, tak dobrana, aby twarz pozostawała niewidoczna, ale całość wydawała się zapraszać, kusić. I perły. Sznur pereł, na szyi, w dłoni, w ustach. Musiałem, po prostu musiałem wiedzieć, kto kryje się za tymi  fotografiami.

 

Mały przestój w firmie, problemy z dopięciem kolejnego zlecenia. W zaistniałej sytuacji, dzień wolny – żaden problem. Dzień wolny bez żadnego powodu. Dzień na złapanie oddechu, dzień na zmarnowanie, dzień na burdelowo.

Poranna toaleta i śniadanie. Dzień jest szaro-bury, trudno określić porę roku. Nie muszę włączać strony, numer mam w telefonie. Tak, jakbym to planował, może planowałem. Nie wiem. Dzwonię. W słuchawce słyszę miły głos, głos, należący do damy. A posiada go kurwa. To intryguje mnie jeszcze bardziej. Ustalamy cenę spotkania i czas. Za pół godziny. To wystarczy żebym dojechał na osiedle nad rzeką.

Powietrze ma specyficzny zapach. To pewnie od wody, która płynie trzysta metrów dalej. Kiedyś było to osiedle robotnicze, teraz mieszka tu drugie pokolenie. Rzadko tu bywałem. W pewnym sensie ta część miasta jest dla mnie tajemnicza. Ciśnienie zaczyna się podnosić. Szukam bloku z numerem, który usłyszałem w słuchawce. Ten element, to bez  wątpienia element gry wstępnej. Jest! Wyciągam telefon dzwonię. Łapię oddech. To już za parę minut kolejna biała plama krainy Burdelowo zostanie odkryta. Słyszę numer  mieszkania. Powoli zmierzam do klatki kilkupiętrowego bloku. Jestem podniecony. W powietrzu czuję zapach cipki. Niemożliwe? A jednak. Dzwonię, wciskając przycisk domofonu. Drzwi zostają otwarte. Mieszkanie znajduje się na pierwszym piętrze. Pukam. Słyszę chrzęst zamka w drzwiach. Uchylone drzwi, to zaproszenie. Wchodzę, to co spotykam wprawia mnie w osłupienie. Boazeria na ścianach przedpokoju każe mi przypuszczać, że mieszkanie zostało wykończone we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Całe mieszkanie wydaje się być nieco przykurzone. Pasuje do gospodyni, bo oto patrzę na kobietę „pod pięćdziesiątkę, albo po pięćdziesiątce. Jest stara i brzydka. Zaprasza mnie do małej klitki  z rozklekotanym wyrem. Żaluzje w oknach są tak ustawione, że do pokoju wpada minimalna ilość światła. Pyta, czy chcę skorzystać z łazienki i na ile zostaję. Patrzę na nią podczas tej wymiany zdań. Pierwszą myślą jest grzecznie podziękować i opuścić mieszkanie. Jednak rządzi mną mechanizm psychologiczny. Sięgam po pieniądze, jednak zostaje. Gdzieś w tej brzydocie i życiowym zmęczeniu dostrzegam pierwiastek kobiety ze zdjęcia. Włosy te same, z naturalną tendencją do skręcania się. Kiedyś pewnie były totalnym wabikiem na facetów. Dziś stanową relikt czasów świetności. Wskazuje mi łóżko i sama wychodzi. Jest uprzejma, dystyngowana. Zdecydowanie różni się od wszystkich prostytutek, z jakimi miałem styczność. Ale nie jest atrakcyjna.

Tu nie ma żadnej filozofii, my faceci jesteśmy nieskomplikowani. Albo ktoś na nas działa albo nie. Oczywiście bywają dylematy towarzyskie: ktoś nas pociąga fizycznie, ale odpycha intelektualnie, ktoś inny wzbudza podziw intelektualnie, ale odpycha fizycznie, ktoś trzeci przyciąga niczym magnes ciepłym charakterem.

Ale jesteśmy w krainie Burdelowo. Tu nie ma komplikacji. Wszystko jest proste, chodzi tylko o wzwód. Wzwód, którego nie mam, dlaczego więc zostałem?

Wchodzi Zofia, ma na sobie szlafrok. Moja gospodyni przygotowuje łóżko. Ja rozbieram się.

– Chodź, połóż się – słyszę.

Leżę, patrzę w sufit. Zaczynam wątpić, czy cokolwiek z tego będzie. Jej dłoń delikatnie gładzi moje uda i podbrzusze. Ma zaskakująco delikatny dotyk. Ciekawe. Podobno w przygniatającej większości jesteśmy wzrokowcami. To, co przyjemne dla oka, przyjemne i dla nas. Doznania kinestetyczne również są silne, o czym świadczy powolne wypełnianie się krwią mojego penisa. Dłoń starej, zwiotczałej prostytutki raz po raz, niby nieśmiało zahacza o fiuta i jaja. Biorę głęboki oddech. Rozluźniam się. Dziwka nie przestaje gładzić moich ud, nieco częściej zahaczając o jaja. Kutas zaczyna się budzić. Cóż za fascynująca sprzeczność. To co widzę napawa mnie obrzydzeniem, to co czuję przyprawia o erekcję. Pieszczoty koncentrują się na wewnętrznej stronie ud. Jest przyjemnie. Sięgam po zwiotczałą pierś. Jest jak wymięty papier. Cofam rękę. Palce przesuwają się po jajach, kierują się w stronę fiuta. Na wpół rozbudzony kutas znajduje się w ciepłych, starych ustach. Muszę się dostymulować. Ręką, w rzadkich włosach między udami szukam wejścia do szparki. Jest. Wsuwam dwa palce. Wnętrze starej cipy jest przyjemne. To jedyna przestrzeń, którą mógłbym pomylić. Wsuwam palce głębiej.

– Delikatnie. – Mówi z uśmiechem stara kobieta.

Kutas od kilku minut stoi. Zofia z profesjonalnym zaangażowaniem obrabia mój maszt. Czuję coś w rodzaju niesmaku. Chcę to jak najszybciej zakończyć.

-Możesz założyć. – Mówię i w mgnieniu na moim Wacku znajduje się fioletowa prezerwatywa. Pada pytanie jak, od tyłu, czy klasycznie. Klasycznie. Klękam przed rozchylonymi nogami, patrzę na stare, zwiotczałe, sterane swoją profesją, kurwskie ciało. Wchodzę. Sprężyście, szybko i mocno. Dymam intensywnie, byle jak najszybciej dojść. Żałosną scenerię dopełnia skrzypiące łóżko. Dochodzę. Wycieram chuja w chusteczkę. Ubieram się, wychodzę. Idę przed siebie. Jestem niczym pusty dzban.

Fisting

Wiosna zaczęła wydzierać zimie coraz więcej czasu. Ja również zacząłem wychodzić z zimowego letargu. Nie żebym zastygł w zimowym półśnie, ale…

Po kilku latach w świecie burdeli miałem swój stały schemat. Za dnia chłopak Karoliny od nas z wydziału. A w chwilach wolnych: szpetna „przedczterdziestka” na gniewne ruchanie – żeby odreagować. Pozytywny seks dawała Ola, otwarta i towarzyska. Bywały też miejsca na awaryjne ciupcianie. Kręciłem się w kółko. Nawet na Stronę i Forum wchodziłem sporadycznie (jeśli ktoś nie wie co to jest Strona i Forum, odsyłam do wcześniejszych wpisów). Trzeba z tym skończyć – pomyślałem.

Wchodzę na Stronę. Kilka zdjęć, opisów, cenników. Niewiele się zmieniło. Znalazłem. Ogłoszenie bez rewelacji, fotki też. Jedno słowo w ogłoszeniu działało magnetycznie: fisting. Jeśli poczytać kobiece i męskie pisma, można się dowiedzieć, że to „be” i na całym świecie tylko kilka gwiazdek porno się na to zdecydowało. Tak naprawdę, to nie jest takie „be”, a ilość dziewczyn dających się spenetrować dłonią z pewnością przekracza kilka. Problemem jest znalezienie pojemnej pochwy. – To dziwka, z pewnością ma rozjechaną. –Swego rodzaju etykietowanie, zazwyczaj błędne, doskwiera większości facetów. To jednak temat, na osobne przemyślenie.

Idąc do windy, wykonuję pierwsze połączenie. Cena – przystępna, adres blisko, pytam, czy rzeczywiście jest fisting – jest. To dodaje mi skrzydeł. Nie czekam na windę, biegnę schodami. Powietrze jest zimowo-wiosenne, specyficzne.

STOP! Właśnie Was okłamałem. Nie pamiętam, jakie było powietrze, nie pamiętam jaką drogą szedłem i o czym myślałem.

Oto, co pamiętam.

Pięciopiętrowy blok niedaleko akademików. Środkowa klatka. Spokojna okolica. Dzwonię po raz drugi, słyszę numer mieszkania. Naciskam domofon, drzwi się otwierają, wchodzę do klatki. Wyjmuję pieniądze, odliczoną kwotę przekładam do kieszeni kurtki. Taką mam zasadę, nie wyjmuję portfela w kurwidołkach. Wchodzę na drugie piętro. Pukam. Drzwi otwierają się. Scenariusz jest banalny i oklepany. Zastanawiam się, czy warto pisać. Mieszkanie to typowy burdelik w M3. Wchodzimy do najbliższego pokoju. Rozłożona wersalka pozostawia niewiele miejsca. Standardowe pytania: na ile zostaje, czy biorę prysznic. Nie biorę – w końcu jestem po później, porannej toalecie. Diva bierze pieniądze i wychodzi.  Słyszę wodę w łazience. Po pięciu minutach wchodzi, owinięta ręcznikiem w kolorze bordowym, który przypomina spódniczkę. Otwiera szafę i wyjmuje prześcieradło, które rozściela na łóżku. Ja rozbieram się i patrzę na nią. Około czterdziestki, nie jest gruba, raczej tęgawa, duże cyce i czarne włosy (na głowie). Może być. Odczuwam coś w rodzaju zadowolenia, że tu trafiłem.

Wchodzimy razem na łóżko. Moje ręce i usta kierują się w stronę jej piersi. Ręka obejmuje jedną, a usta ogarniają brodawkę drugiej. Język chaotycznie tańczy z jej sutkiem. Jej ręka kieruje się do moich jaj. Po chwili koncentruje się na sterczącym kiju. Kładę się na wznak, a jej głowa przenosi się w stronę mojego krocza. Zaczyna obciągać. Odprężające uczucie.

– Chciałbym spróbować fistingu – mówię.

– Dobrze – diva kładzie się na łóżku i rozchyla nogi.

Jej cipa jest wygolona, spora. Zaczynam masować wargi i okolice łechtaczki, która chowa się pod fałdami skóry. Nie wiem dlaczego, ale mam ochotę ją polizać. Nie powinno się lizać cipek należących do prostytutek ze względów higieniczno-estetycznych, ale co tam. Zaczynam coś, co przypomina minetę. Jej cipka jest bez zapachu, smak ma neutralny. Wsuwam palec, po chwili drugi. Jak na ten wiek i profesję całkiem ciasno. Mija kilka chwil. Zwilżam jej otworek sporą dawką śliny i dokładam trzeci palec. Posuwając w przód i tył, robię z palców piramidkę i dokładam czwarty. To znacznie ogranicza ruchy, jest za ciasna. To już moja Karolina, a ściślej, jej cipka jest pojemniejsza. Dziwka może i jest otwarta na propozycje, ale nie ma warunków.

– Możesz założyć – mówię do niej przyjmując pozycję siedząco-klęczącą. Czterdziestka zakłada gumę. Pyta jak będziemy się pieprzyć. Mówię, że klasycznie. Biorę jej nogi do góry, „na pagony”. Wchodzę, zaczynam posuwać. Kilka minut zdrowego rypania. Spuszczam się. W chwili orgazmu przychodzi mi na myśl, że trzeba się wybić z letargu. Znów zanurzyć się w ten cudowny świat. Świat burdeli, nieskończonej ilości cipek, dup i cycków.

Skoro ten epizod dał mi tyle euforii, to, co czeka mnie za rogiem?

Ubieram się i wychodzę. Odnajduje osiedlowy sklepik. Kupuję papierosy i napój. Czas ruszyć do przodu.

Czterdziestka z ul Zana cz IV

Diva odbiera, mówię, że jestem. Słyszę numer bloku i mieszkania. Nie jest to blok obok którego stroję. Dwa numery dalej. Ok, to już nie daleko. Moje ciało pulsuje. W pobliżu bloku widzę sklep spożywczy. Układ ulic jest dziwny, za blokiem, który mijam, widzę kamienice, ale nazwa ulicy jest już inna. To budzi sygnał w głowie: może zawrócić? Nie teraz! Za późno. Tłamszę myśl, która jeszcze ledwo co zdołała zakiełkować. W głowie pojawia się obraz cycków. Jeszcze chwila i hipnotyzujące cycki staną się realne. Przechodzę przez ulicę i dostrzegam numer bloku. Miałbym teraz zwrócić? Nigdy! Gorąco na zewnątrz zdaje się przenikać mnie na wskroś. Czuję skwar w całym ciele, zwłaszcza wewnątrz. Pierwsza klatka, to ta. Już za chwilę, za krótką chwilę. Stoję pod klatką. Nie wiem dlaczego, ale odwracam się. Blok stoi przy osiedlowej parafii. Widzę duży, okazały kościół. Jak to jest, że jest naprawdę duży, a zauważyłem go dopiero teraz. Drzwi świątyni wydają się zapraszać. Pojawia się myśl: – masz wybór, możesz zawrócić. To nie ta droga. Skąd pojawiła się ta myśl? Gorączka trawi moje ciało. Zadaję sobie pytanie: co ja tu robię, dlaczego nie zawrócę? Naciskam odpowiedni numer na panelu domofonu. Wróciła zimna kalkulacja. Instynkt każe mi iść do przodu. Wkrada się mechanizm psychologiczny: tyle zainwestowałeś w tę wyprawę i co masz odejść z kwitkiem? Odpowiada szczęk otwieranych drzwi. Przyjemny chłód klatki schodowej i odór, który kocha każdy wychowany na blokowisku. Chłód przynosi ukojenie. Wracam na utarte myślowe trakty. Mrok klatki schodowej działa jak soczewka na moje zmysły, skupia je w jednym punkcie – seks z divą ze Strony. Żądza spowija moje ciało. Pukam trzy razy. Drzwi otwierają się. Wchodzę. W przedpokoju wita mnie prostytutka. Przyglądam się jej. Trudno określić urodę. Ani ładna, ani brzydka. Jest słownikową definicją „czterdziechy”. Nie będę wykładał damsko-męskiego abecadła – zorientowani wiedzą co to „czterdziecha” albo mature (to dla zwolenników porno). Ubrana w zwiewną koszulkę nocną. Co ważne dobraną gustownie. Patrzymy na siebie. Na naszych twarzach pojawiają się uśmiechy. Zostaje zaproszony do pokoju. Dobijamy targu. Standardowe pytanie o prysznic. Wchodzę do łazienki. PRL, ale da się wytrzymać. Szybko opłukuję swoje ciało i wychodzę owinięty ręcznikiem, z ubraniem w ręku. Wchodzę do pokoju, moja diva ścieli łóżko. To też niepisana zasada w burdelowym królestwie. Zmiana pościeli po każdym kliencie. W niektórych przypadkach łóżko jest ścielone przy kliencie, żeby dowieść, że dziwkarskie BHP w tym lokalu jest przestrzegane. Oczywiście słodką tajemnicą każdej divy jest ile razy to samo prześcieradło rozkłada przy każdym kliencie. To, na które patrzę jest niebieskie, nosi znamiona wielokrotnego prania i sprawia wrażenie niedawno prasowanego. Kto wie, może faktycznie jest świeże. Czterdziestka kończy ścielić łóżko. Można śmiało stwierdzić, że nieźle się trzyma. Zwiewna koszulka czyni ją naprawdę seksowną. Trochę za dużo waży, ale w jej wieku jakoś te nadprogramowe kilogramy pasują. Kiedy założyła ostatni róg prześcieradła odwraca się do mnie.

– Usiądź sobie, ja idę się odświeżyć – mówiąc to patrzy z uśmiechem.

Wychodzi. Kładę ubranie na pufie stojącej przy łóżku. Ściągam ręcznik, rzucam go na drugą pufę. Siadam na łóżku. Jest bardzo ciepło, nagość, to najlepsza forma. Słyszę wodę w łazieńce. Wyobrażam sobie, jak strumienie chłodnej wody spływają po ciele rasowej czterdziestki. Rutyna wkracza na scenę: atmosfera erotyzmu, tak dobrze znana, wypełnia pokój. Woda w łazience przestaje lecieć. Mój oddech jakoś dziwnie staje się cięższy. Krew spływa powoli do mojego fiuta. Mija może minuta, w otwartych drzwiach pojawia się dziwka. Jest naga. Duże cycki przypominają o sobie. Lekko masywne uda i biodra, do tego troszkę za duży brzuch. Typowa, rasowa czterdziestka. Przystrzyżone łono powoduje zupełną erekcję. W takich sytuacjach, w przygniatającej większości przypadków usłyszysz dwa teksty: „połóż się” albo „jak chcesz”. Tu jest inaczej. To profesjonalistka. Podchodzi i mówi: – Wstań. Posłusznie staję ze sterczącym kutafonem. Diva siada przede mną na łóżku, tak, że stoję bezpośrednio przed nią. Dłońmi delikatnie przejeżdża po moich udach. Ona zna się na tym fachu.

– Lubię takich młodych – stwierdza z uśmiechem – od razu stoi. W tym momencie bierze mojego Wacka do ust. Wnętrze jej ust działa na wpół kojąco, na wpół transowe. Podejrzewam, że to samo odczuwają narkomani.

– Mmmmmm, mruczy z takim przekonaniem, że dochodzę do wniosku, że mój kutas naprawdę jej smakuje. Kolejne porcje przyjemności dostarczane przez jej usta potęgują podniecenie. Przypominam sobie o jej cycach, w końcu to one mnie zwabiły. Sięgam po nie. Dojrzałe, duże, ze sterczącymi sutkami. Są idealne. Ciało też idealnie dojrzałe. Jeszcze nie obwisłe, jeszcze nie pomarszczone. Jej skóra nie ma już tej sprężystości, co u dziewczyn po dwudziestce, ale to właśnie brak tej sprężystości powoduje, że jej ciało jest miękkie, delikatne, przyjazne. Kiedy jej ręka zaczyna obracać moje jaja, przez chwilę myślę, że dojdę w jej ustach. Biorę oddech, napinam okolicę lędźwi. Delikatnie się odsuwam. Profesjonalistka wie, co to oznacza.

– To co, zakładamy gumę? – moje ciche „tak” wystarcza. Prezerwatywa w czerwonym kolorze pokrywa mojego druha. – Ale masz go fajnego – czterdziecha z uśmiechem komplementuje chuja. Nie wiem co odpowiedzieć, uśmiecham się tylko.

– To jak chcesz, klasycznie? – Pyta, przesuwając się w głąb łóżka.

– Może być klasycznie. – Odpowiadam wchodząc na łóżko.  Klęczę przed nią, widok, który mam przed sobą utrzymuję moją lance naprężoną. Dwa duże cycki, idealnie się rozkładają, kobiece biodra, delikatna, miękka skóra – kwintesencja kobiecości. Rozchyla uda, odkrywając źródło mocy. Jej cipka wydaje się zapraszać. Przystrzyżona kępka włosów, rozchylone wargi, to wszystko jest takie kobiece. Muszę w niej być! Chwytam jej nogi pod kolanami i uginam w kierunku tułowia. Cipka staje się jeszcze bardziej wyeksponowana. Poprawiam gumiaka i wchodzę. Zdecydowanie, mocno, do końca. Słyszę jej głośne stęknięcie. Delikatnie wygina się w łuk.

– Dobiłeś od razu do samego końca.

Łapie za uda i raz za razem mocno dobijam. Posuwam na całego. Jej falujące cycki powodują, że chcę ją wygrzmocić tak, jakby nie było jutra. Zresztą, nie ma jutra, jest tylko teraz. Jest tylko magiczna cipka, którą eksploruję. Posuwam coraz szybciej. Jej oddech staję się bardziej ciężki, chrapliwy. Jest dobrą aktorką albo faktycznie poczuła bluesa i się jej spodobało. Do chrapliwego oddech dochodzi ciche pojękiwanie. Sama szerzej rozchyla nogi i wygina się jeszcze bardziej, sprawiając, że wchodzę maksymalnie głęboko i mocno.

– Do końca. – słyszę, między jej pojękiwaniem. Zauważam, że mój oddech też stał się głośniejszy. Orgazm nadchodzi bez majestatycznego przeżycia. Po prostu dobre mocne rżnięcie doprowadziło mnie do zenitu. Kiedy czuję, że trysnę, dobijam naprawdę mocno. Trzy fale, trzy ostatnie pchnięcia. Ciśnienie zaczyna opadać. Serce jeszcze bije mocno, ale napięcie spadło. Wychodzę z jej cipki. Delikatnie. Guma napełniona moim nasieniem. Delikatnie ściągam. Patrzę na divę – leży z błogim uśmiechem. – Bez jaj, nie mówcie, że doszła – myślę sobie. Z reguły do seksu z dziwkami podchodzę bardzo handlowo. Zapłaciłem, wiec interesuj mnie przede wszystkim mój orgazm. Dziś jest inaczej. Dobrze mi z tym, że jej jest dobrze. Podaje mi ręcznik papierowy. Wycieram fiuta i zawijam gumę. Wrzucam do malutkiego kubła przy łóżku. Diva wciąż leży  rozchylonymi nogami.

– Mogę jeszcze zostać, czy kończy się czas? – Pytam, bo według relacji Szwagrów czas w takich mieszkaniach różnie jest liczony i trzeba od razu wiedzieć co i jak. Szwagrowie wielokrotnie opowiadali, jak nie doszli do finału, bo czas się skończył. Szczytem bezczelności, było, kiedy w trakcie rypania, Szwagier dowiedział się, że pisząc „godzina” w ogłoszeniu, kurwa miała na myśli „godzinę lekcyjną” czyli 45 min.

– Pewnie, siedź. Nikt nas nie goni. – Słyszę w odpowiedzi.

Leżymy nadzy. Rozmawiamy o upale, o wypadach na kąpieliska i różnych mniej istotnych sprawach. Gładzę ją po wewnętrznej stronie uda. Jest naprawdę przyjemna w dotyku. Dziwne zjawisko. Zapłaciłem za seks, czysty seks, a teraz dziwka jest mi jakoś bliska. Może nawet bliższa, niż nie jedna z tak zwanych normalnych dziewczyn, z którymi byłem. Jestem pewien, że nie ma uczuć na tym świecie, są tylko doznania. Co więc czuję teraz? Rozmawiamy jeszcze kilka minut. Ubieram się.

– Cześć.

– Cześć. – Wychodzę.

Kiedy wyszedłem z klatki znów patrzę na kościół. – Tym razem upadłeś, spróbujemy następnym razem – ten sam głos, który mówił, że mam wybór, mogę zawrócić. Do kogo należy? Czy to część mojego mózgu, nieskażona łaknieniem wciąż nowych doznań. A może Anioł Stróż, przypomniał o sobie.

Wchodzę do spożywczej sieciówki, którą mijałem. Zimny, wiśniowy napój gasi moje pragnienie. Wracam do mieszkania.

Czterdziestka z ulicy Zana cz. 3

Rytuał z burdelami ukrytymi pomiędzy blokowiskami jest prosty i przypomina harcerskie zabawy. Słyszysz w telefonie nazwę ulicy, jeśli znasz ulicę przechodzisz dalej: słyszysz numer bloku. Divy raczej więcej nie podają przy pierwszej rozmowie – po prostu dzwoni wielu napaleńców, uczniaków i innych dziwolągów, którym (tak sadzę) potrzeba do orgazmu usłyszeć głos. Ci zaawansowani – Szwagrowie przechodzą wyżej. I tę grę lubię. Lubię usłyszeć nazwę ulicy, jeśli nie znam, proszę o małą wskazówkę. Nigdy nie pytam o dokładną lokalizację. Niesamowitą frajdę sprawia mi szukanie tej ulicy. Później, seks, to rodzaj nagrody za wytropienie ulicy. Dzięki tej grze, topografia nawet dużego miasta przestaje być straszna. Kiedy znajduję ulicę, pozostaje pytanie, który to blok, która klatka, które mieszkanie. Naprawdę, czuję się wtedy, jak na wyprawie po skarb.

Podobnie jest teraz. Słyszę: przyjmuję na Zana – nic mi to nie mówi, ale to jeszcze bardziej mnie kręci. Ulica blisko centrum. Wiem, że nawet nie muszę kluczyć. Jestem w centrum, wystarczy ruszyć przed siebie. Iść – nie iść? Ostatnie drgania w żołądku. Umysł przeskakuje na inny tor, na razie częściowo. – Spacer po jedzeniu dobrze mi zrobi – tłumaczę sobie – i ruszam. – Tylko kawałek, dwieście, trzysta metrów – Pan Racjonalizator uspokaja. Później zawrócę i usunę numer z telefonu. Tak sobie to wszystko tłumaczę, chociaż znam siebie, i znam przyszłość, przynajmniej tę najbliższą. Idę przed siebie, powoli. Jestem ociężały po żarciu i otępiały przez walkę w mojej mózgownicy. Kiedy przeszedłem zakładane trzysta metrów, nigdzie nie widzę nazwy ulicy. Według założeń powinienem zawrócić i usunąć numer, który pali. Nie będzie tak. Stoję w miejscu i czekam na myśl, która niebawem nadejdzie, wiem, że nadejdzie, zawsze nadchodzi. Nie mija sekunda i oczekiwana myśl nadchodzi – skoro tyle przeszedłeś, to jeszcze kilka kroków nie zrobi różnicy. W końcu i tak tam pójdziesz. Mózg potęguje przekaz włączając zdjęcie idealnego cycyka ze Strony, a może to nie mózg, może to kutas zhakował układ centralny? Nieistotne – idę naprzód. Mijam kilka ulic i zatrzymuję się. Teraz się rozejrzę, jeśli nie będzie ul. Zana, zawracam. Powoli rozglądam się. Jest! Po drugiej stronie skrzyżowania: trawnik i blok. Nie widzę nazwy ulicy, ale czuję, to tutaj. Przechodzę na drugą stronę. Tak. Znalazłem. W tym momencie mój umysł przechodzi na zupełnie inny tor. Niemal poczułem to fizycznie. Dopiero teraz dostrzegam ukrop z nieba. Żar, który wylewa się na mnie, potęguję doznania. Wiem, że znalazłem się na jednokierunkowej drodze. Nie ma powrotu. Wszystko układa się w jedną całość. Upał, moje pożądanie, zieleń trawnika. Tak jest, bo tak miało być. Idę chodnikiem przecinającym trawnik obok bloku. Drżącą ręką wyjmuje telefon. Przecież jestem już na umówionej ulicy. Dziwkarska etykieta musi być spełniona.

Czterdziestka z ulicy Zana cz. II

Na zewnątrz jest ciepło, parno. To jednak nie przeszkadza. Lubię spacerować bez celu po mieście. Nie tylko latem, przez cały rok. Kiedy już wyjdę, zawsze jakiś cel się znajdzie. Mijam ludzi skąpanych w słońcu. Sporadyczne podmuchy wiatru dodają energii. Pewnie teraz powinien nastąpić opis miasta zanurzonego w letniej porze, jednak tak nie będzie. Prawda jest zupełnie inna. Nie dostrzegam ludzi, miasta, czegokolwiek. Idę bezwiednie, po prostu przemieszczam się względem obiektów wokół mnie. Myśli zamieniły się w huśtawkę: iść – nie iść. Świadomość numeru zapisanego w telefonie parzy, niczym wrzątek. Podobno nie da się nie ćpać, mając towar w kieszeni. A to jest mój narkotyk.  Na samym dnie świadomości potrafię zdobyć się na szczerość. Wiem, po co wyszedłem. Wiem, jak się ten spacer skończy. Ale to mały zakamarek mózgu, oficjalny umysł mówi coś innego: jest piękna pogoda, nie warto kisić się w murach. Dlatego wyszedłem. Idę i „delektuję się” pogodą i miejską scenerią. Znam siebie, wiem, że ulegnę. Zadzwonię. Jedynym wyjściem jest poszukanie zajęcia dla umysłu, a raczej dla zmysłów. Poszukując awaryjnego scenariusza, docieram do centrum. Los daje mi odpowiedź. Duże logo sieci ze śmieciowym żarciem, wręcz zaprasza. To powinno przynieść ulgę skołatanym zmysłom. Śmieciowe żarcie zamiast śmieciowego seksu.

Lubię porównanie seksu do jedzenia. Właściwie nic tak nie opisuje seksu, jak kulinarna metafora. Jedno z lepszych porównań, to porównanie do bigosu (nie mojego autorstwa). Usłyszałem je od księdza. Seks bez uczuć, seks sportowy, seks anonimowy, to bigos w dworcowej jadłodajni. O przepraszam! W lokalu typu „Snack Bar”. Seks małżeński, po ślubie, uprawiany nieużywanymi dotąd narządami to też bigos, ale bigos podany podczas Wigilii. Podany na świątecznym stole, w świątecznej atmosferze, spożywany w sposób godny. Niby bigos, to bigos, a różnica fiu fiu. Kiedy po raz pierwszy to usłyszałem miałem ochotę ryknąć – Księże! Bigos świąteczny wyjątkowy jest dlatego, że podawany jest raz do roku, gdyby wcinać go ca drugi dzień, byłby powszedni niczym dworcowa bryja. Wyjątkowość, to pochodna niedostępności. Tak myślałem wtedy, z czasem częściowo się zgodziłem, ba nawet rozwinąłem seksualno-gastronomiczne rozważania. Cały seks, to lustrzane odbicie gastronomii. Dochodzimy w życiu do momentu, kiedy każdy potrafi coś upitrasić. Co, kto upitrasi, to już sprawa indywidualnych predyspozycji. Jedni kombinują na miarę Top Chefa, innym wystarczą ziemniaki ze skwarkami. Uśredniając – przeciętny obiad jest w zasięgu każdego, a przynajmniej większości. No dobrze – ktoś powie – skoro każdy ma czym/kim zapchać kichy, to w czym problem? Ano w tym, że każdemu, po różnym okresie czasu znudzi się żreć ciągle to samo. I tu na scenę wchodzi gastronomia za pieniądze, wedle upodobań i wedle zasobów portfela.

Wchodzę do lokalu. Patrzę na oferty. Zestawy zdają się patrzeć z neonów zachęcająco. Nigdy nie biorę zestawów, zawsze tworzę własne kombinacje. Jest drożej, ale mam to co chcę. Zamawiam, płacę, odbieram. Siadam pod ścianą, nie lubię siedzieć na środku. Tępe spojrzenia w porównaniu z ruszającą się żuchwą odbierają apetyt. Pochłaniane białko i węglowodany poprawiają mi nastrój. A może nie tyle poprawiają nastrój, bo ten mam dobry, ale zapełniają pewną pustkę. Kiedy popijam sok pomarańczowy pustka wewnątrz mnie zdaje się być zapchana. Nie ma co jedzenie, to rokosz. Kąpiel, masaż, dobra lektura, jedzenie, to wszystko jest rozkoszne, ale rację miał Al Pacino: na pierwszym miejscu jest cipka. Przechylam tackę nad koszem. Wychodzę. Starszy gość stanowiący logo sieci zdaje się zapraszać ponownie. Wychodzę na zewnątrz. Jest południe. Słońce zdaje się świecić na mnie ciut mocniej, niż na innych. Posiłek mnie rozleniwił. Pojadłem, teraz bym poruchał albo przynajmniej lodzik – tak zawsze mawiał Kapitan Planeta na studenckich grillach. Nie wiem, dlaczego akurat teraz o tym pomyślałem. Może kawałki kurczaka, frytki i buła z kurczakiem popite sokiem napchały mnie równie skutecznie, jak kilogramy smażonej kiełbasy i ocean piwa dawno temu. A może po moim mózgu krąży obraz divy z nieziemskimi cycami i stara się przebić do świadomości. Może. Dotknąć te cycki, posmakować je, objąć ustami pieścić językiem. To wszystko zaczyna być dostępne. Czuję na rękach tłuszcz, pozostałość o kurczaku. Ostrożnie wyjmuję chusteczki z kieszeni i starannie wycieram ręce. Chowając paczkę chusteczek, nie mogę nie dotknąć telefonu w kieszeni. Czuję ucisk w dołku. Znajome uczucie. Lada chwila przestanę myśleć. Zacznie się trans, który doprowadzi mnie do celu.

Wyjmuję telefon – przecież nikt nie powiedział, ze muszę pierzyć tę dziwkę, tylko zadzwonię, Pan Racjonalizator w mózgu wydaje się mieć rację. Miałem świadomość już rano, że tak to się skończy. Wyjmuję komórkę, i wciskam zielona słuchawkę. Podnoszę telefon do ucha. Dwa sygnały, słyszę głos. Niemal przeszywa mnie dreszcz. Rozmowa trwa krótko: co? Za ile? Gdzie przyjmuje? Kończę stałym tekstem: jak będę w okolicy, to się odezwę. Telefon ląduje w kieszeni. Zamykam oczy. Resztki zdrowego rozsądku mówią, żeby wracać na mieszkanie. Mam robotę do zrobienia. Ale to są resztki, niewielki promil mojego „ja”. Cały „ja” chcę rozpocząć rytuał.

CDN

Szczuplutka blondyneczka (pierwszy anal) cz IV

Tak to już jest w samczym świecie. Zawsze, ale to zawsze rywalizujemy o kobiety – samice. Bez względu, czy nam zależy, czy nie musimy, się wykazać, wyeliminować przeciwnika. Nawet jeśli faceci, to koledzy, przyjaciele, to i tak w obliczu kobiety muszą rywalizować. Tak po prostu jest. Wracając na stancję myślałem o Marcie i o Beacie.

Beata. Poznałem ją w klasie maturalnej. To dosyć głupi czas na zawieranie znajomości i jeszcze gorszy na zakochiwanie się. Co do „zakochania się” jak większość facetów w tym wieku, ja również wpadałem w pułapkę. Pułapka polega na wykreowaniu wielkiego uczucia, tam, gdzie go nie ma. Czasem, tak jak w moim przypadku, po maturze znajomość zaczyna trawić towarzyska gangrena, objawiająca się w niezliczonych wiadomościach SMS i rozmowach telefonicznych, które tak naprawdę do niczego nie prowadzą. Szczenięca miłość. Tak, Beata była ostatkiem szczenięcej miłości. Z Martą było inaczej. To też było młodzieńcze zauroczenie, ale schłodzone bardziej dorosłym spojrzeniem. Marta była pewną granicą. Choć nie przekroczyliśmy nigdy granicy fizyczności, to dzięki niej szczeniak zamienił się w psa.

Na takich rozmyślaniach upłynęła mi droga do łóżka w moim pokoju. Zmęczony wczorajszym alkoholem i dzisiejszymi doznaniami zapadłem w kamienny sen.

Po przebudzeniu życie toczyło się nadal. Kawy z Martą, uczelnia, stancja, imprezy – pijaństwo, seks, zawieranie przyjaźni. Tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Im więcej ludzi poznawałem, tym bardziej byłem przekonany, że szczenięcą znajomość należy odpuścić. Jak wiadomo, gdy pojawia się gangrena jedynym wyjściem jest amputacja. Antybiotykiem też miała być Marta. Miała być, bo jednak wybrałem inne lekarstwo, inną terapię.

Im bliżej wiosny, moje kontakty z Beatą stawały się jakby intensywniejsze. To spowodowało, że w głowie zaczęła kiełkować mi myśl. Myśla tak ciepła, i tak radosna, że tylko wiosenne słońce mogło się z nią równać, a może nawet nie. Jednak jej zależy – nie mogłem przestać o tym myśleć. Mimo sporej odległości ustaliliśmy, że spotkamy się w maju. Jak się okazało, było inaczej. Wracałem z majówki. Przez cały czas liczyłem na spotkanie z Beatą. Każdy kolejny SMS działał pobudzająco. Jej brak odpowiedzi doprowadził mnie stanu napięcia.

Testosteron rozsadzał mnie. Czułem go nawet pod paznokciami. Wiedziałem, że muszę puknąć. Nie chodziło nawet o sam seks. Chodziło o coś więcej. Chodziło o rytuał. Odnalazłem numer telefonu (niczym alkoholik – skrawek gazety z numerem miałem w małej, ukrytej w kurtce kieszonce). Pierwsza rozmowa. Idę pod znajomy adres. Przyspieszone bicie serca. Stoję pod blokiem. Kolejny telefon. Domofon, dźwięk otwieranych drzwi od klatki schodowej. Kilka schodów do pokonania i ciekawość, kto będzie za drzwiami. Dobrze wiem, kto będzie, ale ciekawość, nawet nieuzasadniona, jest częścią rytuału, bez niej kurewski rytuał straciłby na wartości. I tego właśnie potrzebowałem. Beata, Marta, niepowodzenia na uczelni, wszystko jest odległe, jakby na drugim końcu wielkiego oceanu. Pukam do drzwi. Smukła blondynka. Scenariusz ten sam. Co? Na Ile? Prysznic i czekanie. Siedzę nagi i czekam na rozwój wypadków. Czekanie mnie upaja. Kiedy wchodzi moja kurewka, wszystko dzieje się banalnie. Trochę lodzika, zabawa cyckami i seks. Przyjemny, ale pozostawiający niedosyt, bo wiedziałem o jeszcze jednej dziurze do spenetrowania.

– Odwróć się. Teraz anal. – Te słowa spowodowały, że mój kutas wyprężył się jeszcze bardziej. Erekcja staje się bolesna. Zmiana ogumienia. Blondyneczka wypina się smarując anus. W powietrzu rozchodzi się zapach truskawek. Ciekawe, czy to ten sam lubryka, co kilka miesięcy temu – zastanawiam się. Mając w pamięci, analne perypetie za pierwszym razem, skupiam, niczym chirurg przed operacją. Niepotrzebnie. Blond diva klęcząc na kolanach położyła twarz na łóżku. Jej delikatnie rozchylone nogi i pozycja sprawiły, że perfekcyjnie wypięła tyłeczek. Żaden anal później nie charakteryzował się tak rozkosznie zachęcającym tyłeczkiem. Do dziś czuję ruch w gaciach, gdy przypomnę sobie wypięty tyłeczek i anus zachęcający do storpedowania. Przysunąłem się do jej dupki. Przystawiłem fiuta do rozkosznego pączka i delikatnie naparłem. Jak w masło. Znów poczułem na pycie wszechogarniającą ciasnotę. Na chwilę świat przestał istnieć. Istniała błogość, która wypełniła cały pokój, stała się moim wszechświatem. Istniałem ja i wypięty tyłeczek blondyny, który wypełniony był moim kutasem. Nic poza tym. Mechanicznie wykonywane ruchy w przód – w tył. Z punktu widzenia biologii, to tylko stosunek analny, ale dla mnie było to coś, znacznie przekraczającego seks. Ruchy mojego fiuta w wypiętej dupie były symboliczne i wielowymiarowe. Pierwszym poziomem był popęd. Zwykła chuć. Pod tą przyziemną warstwą kryło się coś znacznie więcej. Ruchy frykcyjne były ucieczką i pogonią jednocześnie. Posuwając ten świetny tyłeczek uciekałem, wtedy jeszcze nie wiedziałem przed czym, ale uciekałem. Pół biedy, żebym tylko uciekał, ale ja jeszcze goniłem, goniłem to coś, czego nie da się złapać. Ciekawe, czy gdyby ktoś, wtedy powiedział mi, że nie muszę uciekać, nie muszę łapać, to ubrałbym się i wyszedł? Czy dokończyłbym to, co zacząłem? Nie, na pewno nie. Sam musiałem do tego dojść. Po swojemu. To, że wybrałem „tę drugą dziurkę” było pewnym symbolem. To był znak mojego własnego szlaku. Moje szukanie swojej prawdy. Nadchodzący orgazm poczułem najpierw w łydkach. Energia przesuwała się udami w górę. Kiedy napięcie doszło do klatki piersiowej znalazłem się na ostatniej prostej. Już nic nie mogło przerwać mojego szczytowania. Wchodzę w tyłek szybciej i mocniej. Energia z wysokości mostka opada, niczym lawina kieruje się do mojego prącia. Zatracam się w intensywności doznań. Energia z niewyobrażalną siłą opuszcza mojego druha. Ostatnie trzy mocne pchnięcia, mój przyspieszony oddech, moja ręka głaszcząca dół pleców kobiety klęczącej przede mną, resztki nasienia zapełniające zbiorniczek prezerwatywy. Wszystko to dzieje się jednocześnie. Delikatnie i powoli wyjmuję fiuta z wypiętej dupci. Kiedy wyciągam fiuta, prezerwatywa troszkę się zsuwa. Po moim wycofaniu zwieracz blond divy zaciska się, wskutek czego część prezerwatywy zostaje w jej odbycie. Łapię przy końcu i wyciągam. Blondynka nie patrząc mi w oczy podaje papierowy ręcznik. Zaczynam się ubierać. Prysznic wezmę w domu. Kiedy kończę ubieranie, mogę przysiąc, że słyszę chichot. Chichot wewnątrz mnie, gdzieś ze środka, a może za moją głową? Bańka mydlana, wypełniona doznaniami, w której znajdowałem się kilka sekund temu rozpadała się na milion cząstek, a każda z nich powędrowała w kierunku wyznaczonym przez chaos. Nie wiem kto chichocze. Los? Diabeł? Anioł Stróż (anioł raczej by nie chichotał)? Podświadomość? Z dna mojej głowy, a może serca słyszę wyraźnie płynące myśli, A może to nie myśli, może to przekaz Siły Wyższej Od Nas Samych. „Nigdy nie będziesz miał ani Marty, ani Beaty. Cała majówka była próbą, sprawdzianem.” – Słyszę głos mojej głowie. – „Zdałeś ten sprawdzian, przeszedłeś próbę. Wszystko co musiałeś zrobić, to wybrać, dokonać wyboru. I wybrałeś”. Dotarło do mnie. Zrozumiałem, że znalazłem się po złej stronie mocy i raczej nie będzie odwrotu. „Nie” – krzyczałem w myślach. – Można to jeszcze odkręcić, poprawię się. Poczułem chęć natychmiastowej ucieczki. Po opuszczeniu mieszkania przeskakiwałem po trzy stopnie. Znalazłem się na zewnątrz. W głowie myśli przelatywały mi niczym bile po zielonym suknie. Czy faktycznie przekroczyłem Rubicon, czy nie ma odwrotu? Czy moje poszukiwanie wciąż nowych doznań przekreśli szanse na normalne życie (zdarzało się, że wybiegałem myślami w przyszłość i pytałem sam siebie, czy rola męża i ojca to coś, co będzie mi pisane i ważniejsze, czy ja się spiszę w tej roli). Mały parking przy nijakim bloku zaczął mnie przytłaczać. Do mieszkania miałem spory kawałek, ale ruszyłem starając się odgonić złe myśli. Zaczęło wiać. Cały dzień był lekko pochmurny. Świeże powietrze otrzeźwiło mnie. Zacząłem układać wszystko w racjonalną mapę będąc ciekawym, gdzie mnie zaprowadzi. – Przecież nic wielkiego się nie stało, przeleciałem dziwkę i tyle. – Uspakajałem sam siebie. Dlaczego więc pomyślałem, o Beacie, o Marcie, dlaczego pojawiło się to dziwne uczucie, taki chłodny niepokój? Z nieba zaczęła kapać drobne krople. Wiosenny deszczyk. Jeszcze dobrze nie przetworzyłem w mózgownicy informacji o wiosennym deszczyku, Kiedy poleciały hektolitry wody. Z wiosennego deszczyku zrobiła się wiosenna burza. Chodnik zaczął pustoszeć. Każdy szukał schronienia. Wycieraczki przejeżdżających samochodów pracowały na najwyższych obrotach. Zostałem sam na chodniku. Zacząłem czuć deszcz. Chciałem go chłonąć. Instynktownie czułem, że to jedna z tych chwil w życiu, które pamiętamy zawsze. Pomyślałem, że jeśli deszcz dostatecznie mnie spłucze, to będzie symboliczne oczyszczenie. Od jutra zacznę wszystko do nowa. Porozmawiam z Martą, porozmawiam z Beatą. Koniec z dziwkami! Trzeba zacząć nad sobą pracować. Przez chwilę sam to uwierzyłem. Chciałem zaczarować rzeczywistość, ale w głębi wiedziałem, że to nic nie da. W strugach deszczu spływających po mojej twarzy niezauważenie spłynęły dwie łzy.

Dotarłem do mieszkania. Otwieram drzwi. Słyszę salwy śmiechu. Niebieski dym i słodkawy zapach czuję już w przedpokoju. Wchodzę do pokoju Miszy, skąd słychać śmiech. No tak, Miszą, Kapitan Planeta, Olek, Przemo, dwa Kamile i Władek.

– Siemaneczko. Co tam. – Firmowy, radosny uśmiech Kapitana.

– Powitać, powitać. – Nienaturalny uśmiech Kamila każe mi sądzić, że dawka THC w jego organizmie przekracza średnią krajową. Misza i Przemo unoszą ręce na znak powitania. Idę do siebie. Jestem przemoczony. Ściągam mokre ubranie. Spodnie dresowe i bluza zastępują mój ubiór. Wracam do ekipy. Na stole i biurku niezliczone ilości zielonych butelek po piwie. I Jedna najważniejsza. U dołu wybita jednogroszówką dziura, szyjka owinięta sreberkiem. W środku unosi się cudowny dym. Rozglądam się po ludziach. Jedni rozmawiają,  ktoś stuka w telefonie, inny kontempluje napisy na butelce piwa. Wszyscy naćpani, wszyscy szczęśliwi. Wszystkie niespokojne myśli zostają zepchnięte w kąt. Jestem wśród swoich, jestem bezpieczny. Widok znajomych twarzy uspokaja mnie. Butelka ze sreberkiem wędruje do mnie.

– Rozpalaj chłopaku. W końcu i tak masz największe tyły – pada komenda kapitana.

– To takie zaszyty? – Pytam z uśmiechem biorąc butelkę. Przybliżam dziurę po jednogroszówce do ust. Kamil przypala mi mieszankę tytoniu i marihuany. Biorę głęboki oddech. Widzę, jak dym przesuwa się w dół – do moich ust, a później w płuca. Wstrzymuję oddech, patrzę na dym za zielonym szkłem – podoba mi się jego chaotyczna wędrówka, trochę jak ja. Butelka wędruje z rąk do rąk, z ust do ust. Wszyscy rozbawieni do rozpuku. Misza wyciera łzy rozbawienia. Nie wiadomo kiedy Kamil wyszedł, bo właśnie wrócił z dwiema reklamówkami piwa. Kolejne głębokie oddechy THC, kolejne piwa, rozmowa, śmiech. Jest błogo. Czas przestaje odgrywać rolę. Powoli otacza mnie mgła. Słyszę głosy i śmiech w oddali. Powoli opadam w nicość.

Kilka dni później SMS od Beaty. Jest z kimś i wolałaby nie utrzymywać bliższego kontaktu. Czy było mi smutno? Z pewnością, ale w końcu tak miało być. Z Martą do czerwca układ koleżeński, od października każde z nas poszło swoją drogą. Kilka tygodni po majówce poznałem Żanetę – maturzystkę, krzyżówkę punka i metala. Pewnie dlatego, później miałem opinię typa lubiącego małolaty, chociaż nie sądzę abym tu odbiegał od innych facetów. A co do blond divy, jeszcze parę razy u niej byłem. Zostaliśmy dobrymi znajomymi. Kiedy przypadkowo spotkaliśmy się na ryneczku obok miejsca jej pracy, przez chwilę zamieniliśmy kilka słów. Chyba faktycznie tego pamiętnego popołudnia wybrałem życiowy szlak. Wiele lat później kiedy, była Strona, kiedy było Forum spytałem Szwagrów o blond divę. Znali – pamiętali. Ktoś wysłał mi link do jej profilu na Stronie – wciąż aktywna zawodowo (w innym mieście), ale widać było zmęczenie materiału na zdjęciach. Cóż taki fach.

Nie wynajęliśmy z Emilią tego mieszkania. Może to i lepiej. Kiedy poszliśmy wieczorem do mnie, po kolacji i po całkiem dobrym seksie zacząłem się zastanawiać: jak to się stało, że znów się zeszliśmy. A, już wiem kluczem do naszego zejścia jest „czterdziestka”

Szczuplutka blondynka (pierwszy anal)

 Nadszedł listopad. Dużo się zmieniło. Dziwnym zrządzeniem losu w lipcu spotkałem Emilię. Od słowa, do słowa i znów byliśmy razem. We wrześniu padła decyzja, że zamieszkamy razem. To wszystko wymagało pewnych zabiegów. Po pierwsze musiałem zerwać umowę najmu. Po drugie: Emilia musiała powiadomić rodziców i zacząć się pakować. No i najważniejsze: wspólne szukanie przyszłego gniazdka. Czasem się zastanawiałem – po chuj to wszystko? Ale zaraz szybko się ganiłem – przecież trzeba się wpasować. Tylko, że ja nigdy nie chciałem się wpasować. Zawsze miałem tylko jedno marzenie: mieć wszystko w dupie i iść swoją drogą. A właściwie, to nie chciałem iść swoją drogą – chciałem wytyczyć swój własny szlak. Niestety, stała się jedna z dwóch rzeczy albo los ze mnie zadrwił albo sam dałem dupy i nie podołałem wyzwaniu. Nie ważne. Płynę z prądem i tylko społeczność jest moją furtą, przez którą mogę uciec do innego świata. Przynajmniej do chwili szczytowania.

Znaleźliśmy mieszkanie (Emilia znalazła). Po remoncie, blisko centrum, częściowo umeblowane. Niedaleko ryneczek ze świeżymi warzywami. W porządku. Umówiliśmy się po pracy, żeby je obejrzeć.

Jesteśmy na miejscu. Nie daję nic po sobie poznać, ale znam to osiedle. Kiedyś tu bywałem. Kiedyś….

 * *

Listopad. Drugi rok ekonomii. Wczesne lata studenckie, to fajna sprawa. Nie ma rutyny, nie ma zblazowania. Wszystko jest nowe. Człowiek poznaje życie na każdej płaszczyźnie. Ja odbijam się niczym kulka w piłkarzykach. Między wydziałem, pijackimi burdami na stancji, dziwnej bliskości z Martą i uczuciem do Beaty. Jeśli dodamy towarzystwo moich współlokatorów, to otrzymujemy coś, co trudno zdefiniować.

Blondynkę znalazłem w anonsach. Były to czasy, kiedy jeszcze nie było Forum, nie było Strony. Nie znałem Społeczności. Tak to jest z tym światem. Człowiek zanurza się w nim powoli. Niczym dziecko, któremu zimna woda w jeziorze, dostarcza dyskomfortu. Niemiłe uczucie ogarniającego zimna, rośnie z sekundy, na sekundę. I jeśli zawierzylibyśmy tylko własnym odczuciom, to powinniśmy, czym prędzej uciekać na brzeg. Jednak nie. Obietnica zabawy i różnych figli w wodzie, każe nam przezwyciężyć strach i uczucie dyskomfortu. Właściwie, sami nie wiemy kiedy zimne krople wody przestają mieć znaczenie. A plusk wody, dostarcza niezliczone formy radości.

 W świecie płatnej zmysłowości jest podobnie. Zaczyna się od oficjalnych przybytków. Każdy wie, gdzie są agencje towarzyskie i burdele. Tam dowiadujesz się o mieszkaniówkach, gdzie zazwyczaj jest taniej i co ważne bardziej anonimowo. Na mieszkaniówkach z kolei…..z resztą nieważne. Ważne, że na mieszkaniówce dowiedziałem się gdzie szukać innych numerów. Dostałem mapę do ziemi obiecanej dla wszelkiej maści okurwieńców i degeneratów.

A wszystko zaczęło się od studenckiej imprezy. Kiedy otworzyłem oczy pierwszym uczuciem była suchość w gardle, smak gliny w ustach. W ogóle jakaś suchość. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem o porannym rżnięciu. Po prostu miałem ochotę wsadzić, a wyrwana kartka z notesu, gdzie miałem zapisane numery, stwarzała nieograniczone możliwości. Jedna z sieci komórkowych rozpoczynała ekspansje i jej numery zaczynały się od charakterystycznych cyfr. I to zdecydowało. Cyfry plus opis: szczupła blondynka z dużym biustem. Wystukałem numer. Usłyszałem głos, o którym nie dało się nic powiedzieć oprócz tego, że należy raczej do młodej kobiety. Okazało się, że przyjmuje dwa przystanki tramwajowe dalej. Ciekawostką jest to, że te panny zawsze używały określenia: „przyjmuję”. Bywały przypadki, że miejsce pracy, było też domem.

Zadziwiające. Rozpoczynające się za dwie godziny zajęcia nie były w stanie zmusić mnie do wstania, a dwie minuty rozmowy z dziwką, dały impuls do mycia zębów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zaczynam wypracowywać swój własny mechanizm, schemat na kaca. Jedni piją wodę z ogórków, inni maślankę, jeszcze inni jedzą banany. Ja w ramach kaca bzykam kurwy. Tak już mam. Testowałem, z tak zwanymi, normalnymi kobietami – to nie to. Czasem jeszcze bardziej głowa boli. Wyszedłem z klatki. Jesień. Wystarczająco ciepło na spacer i wystarczająco chłodno żebym przetrzeźwiał po ciężkiej nocy. Dwudziestominutowy spacer zakończył się na ulicy, której nazwę usłyszałem w telefonie. Kolejny telefon, wiem którego bloku mam szukać. Uwielbiam ten etap. Znacie zapewne ten moment znajomości z dziewczyną, kiedy idziecie do łóżka. Tę fascynującą chwilę. Skupiasz się na jej ciele. Za chwilę poznasz kształty ukryte pod ubraniem i zweryfikujesz swe wyobrażenia. Kiedy dochodzisz do bielizny, wiesz, że to ostatnia prosta, że za chwilę zanurzysz się w  najwspanialszej materii jaka kiedykolwiek istniała. W kobiecym ciele. Jest to chwila tak magiczna, że wielu opisywało ją od początku świata. Wielu później cytowało owe dzieła, a temat i tak nie stracił na aktualności.

Podobnie jest z dziwkami. Dostajesz pierwszy namiar: ulicę. Później numer bloku i mieszkania. Taki rodzaj dziwkarskiej gry wstępnej. Zawsze mam skojarzenia z zabawą w tropicieli, albo z odkrywaniem nowego (na pewno nie dziewiczego  haha) terytorium. Kiedyś usłyszałem argument przeciw pornografii:, „że nie ma co tego oglądać, bo wszyscy są tacy sami”. Wprawdzie nie miałem zbyt wielkiego doświadczenia, ale intuicyjnie wiedziałem, że to lipa. Nikt nie jest taki sam. To tak jakby zniechęcać do podróżowania, bo Ziemia wszędzie jest Ziemią. A co z dżunglami, co z pustyniami co z tajgą, Wielkim Kanionem, naszymi Tatrami etc etc.

I najważniejsze: co z samą przyjemnością podróżowania? Wędrówki po krainie kurew nigdy nie są sztampowe i nudne. A już na pewno nie na początku tej drogi. Jeszcze jedna rzecz. Mam taką małą teorię. Wiecie dlaczego faceci lubią dziewice?

Ne jest to spowodowane szukaniem czystości i niewinności, jak próbują nam wcisnąć ci przyzwoici i porządni ludzie. Niewinność umarła dawno temu. Wiecie dlaczego smoki wyginęły? Pozdychały z głodu, bo żywiły się dziewicami. A my? Dlaczego szukamy dziewic, bo mamy w sobie malutki pierwiastek dawnych facetów – wojowników, odkrywców. Postęp cywilizacyjny stępił w nas te zwierzęce instynkty, staliśmy się metro seksualni i nieco zniewieściali. To nie znaczy jednak, że utraciliśmy te pierwotne instynkty. One cały czas są w nas, zainstalowane przez naturę. I właśnie w stosunku do kobiet te instynkty się objawiają. Lubimy dziewice, lubimy napawać się świadomością, że jesteśmy pierwsi. Nie ma to nic wspólnego z uczuciem, z tak zwanym waniliowym seksem. Lubimy być pierwsi, lubimy odkrywać. Przez chwilę każdy jest jak Krzysztof Kolumb albo Vasco da Gama. A podróżować przez burdelowo. He, to jest tysiąc razy bardziej podniecające. Schodzisz to Tartaru, przekraczasz granicę. Rozpoczynasz swoje odkrycia tam, gdzie większość kończy.

Znalazłem blok. Zalewa mnie fala napięcia seksualnego. Ucisk w dołku. Już nie ma odwrotu. Kolejny telefon. Numer mieszkania. Przyciskam domofon. Słyszę mechanizm otwierający drzwi. Taka jest zasada. Nikt się nie odzywa. Drzwi się po prostu otwierają. Wchodzę po schodach. Mieszkanie jest na pierwszym piętrze. Pukam. Otwierają się drzwi. Wchodzę do trzypokojowego mieszkania. Drzwi pozamykane. Domyślam się, że każdy pokój ma swoją gospodynię. Moja jest niczego sobie. Ładna. Szczupła, naturalna blondynka. Stoi w sportowych szortach i krótkiej bluzeczce. Tyle zauważyłem w ciemnym przedpokoju. Zaprasza mnie do pokoju.