W labiryncie burdelowa cz. 3.0

 

 

Półwiecznik

Ją odwiedziłem pewnego chłodnego wieczora. Byłem u znajomych. Pracowaliśmy nad prezentacją dotyczącą nowych modeli w zarządzaniu. Nie pamiętam, Kiedy odpłynąłem myślami. Chyba w połowie naszej pracy. Tak po prostu. Dźwignia w mojej głowie sama się przestawiła. Co mogło być tego przyczyną? Wdzierająca się do mojej głowy nuda, czy piersi Justy, które, tak jakby postawiły sobie za cel, cały czas prześladować moje oczy. Uwięzione w czarnym wełnianym sweterku zdawały domagać się wolności. Justa pojawiła się kiedyś na imprezie. Chciałem ją zaliczyć, ot tak dla sportu. Chyba nie była zainteresowana. Nią z kolei zainteresował się Misza. I tak, Justa przestała być kobietą, została kobietą najlepszego kumpla. Tym sposobem stworzyliśmy jedną z najbardziej pokręconych paczek na studiach.

Z mieszkania Justy wyszedłem po siódmej. Było ciemno. Zimny wiatr zdawał się wyganiać wszystkich z ulic do mieszkań, zupełnie, jakby przestrzeń między budynkami należała do niego. Tylko do niego. Misza został u Justy. To dobrze. Zdzwoniłem do Kaśki, pytając, czy wypije ze mną piwko. Zawsze padało to pytanie. Oboje wiedzieliśmy, że piwo jest najmniej ważne, to pretekst. Lubiliśmy poudawać. Zawsze spotykaliśmy się na piwo i tak jakoś wychodziło, że lądowaliśmy w łóżku. Tak przez ponad rok. Zaczęło się banalnie. Studencki klub. Po pierwszej. Ja zamroczony piwem i oparami papierosowymi, szukający ukojenia dla mojego druha. Niska, raczej o przeciętnej urodzie, biorąc poprawkę na wypite piwo, może być. Podszedłem, rozmowa o niczym, kolejne piwo. Wychodzimy. Łatwizna. Po raz pierwszy, tej nocy doświadczyłem, czym jest przeterminowana prezerwatywa. Poważnie, nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Co jeszcze ciekawsze doznałem wtedy olśnienia. Dziewczyny po dwudziestce, czyli dorosłe kobiety, mogą być cholernie nierozbudzone seksualnie. Kaśka na ten przykład nie wiedziała czy jest podniecona.

– Czuję spięcie w brzuchu i stoją mi suty. To chyba jestem gotowa.  – Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Pewnie, gdyby nie stojący maszt, chętnie bym z nią na ten temat porozmawiał.  – Nigdy nie wiem, czy już jestem podniecona – kontynuowała.

Kilka naszych spotkań i już wiedziała kiedy jej ciało domaga się seksu. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że po kilkunastu miesiącach, kiedy nasza relacja dobiegła końca. Katarzyna była w pełni rozbudzoną, świadomą każdego impulsu płynącego z jej ciała. Z pewnością, zostawiłem ją lepszą niż zastałem.

Trzysta metrów dalej, w szarym bloku, za drzwiami obitymi tandetną sklejką, czekały na mnie doznania. Z Kaśką umówiłem się przed dziesiątą. Mam wystarczająco dużo czasu. Wiatr niemile mnie połaskotał. Zapiąłem kurtkę. Wyjąłem telefon. Zadzwoniłem, pytając, czy mogę podejść za dziesięć minut. Mogę. Świetnie. Wiatr wieje coraz mocniej, jakby mnie poganiał, albo wręcz przeciwnie, jakby mnie stąd wyganiał. Idę znajomą droga po raz, no właśnie ile razy już tędy szedłem. Ile razy przemierzałem tą trasę, drogę po doznania, drogę po przyjemność, po zapomnienie. Przy pięciu blokach, sprytnie umiejscowionymi między wolnostojącymi domami stoi krzyż. Zawsze kiedy go mijam w głowie odradza się pytanie: czy jeśli powiedziałbym kiedyś, że żałuję, będzie mi wybaczone? Czy modlitwa grzesznika ma sens? Jaki sens ma spowiedź, jeśli nie ma żalu za grzechy. Te myśli zajmują kilkanaście sekund, może minutę. Przechodzę obok kolejnych, szarych, kilkupiętrowych bloków. W świetle ulicznych lamp widzę karuzelę i huśtawkę. Mikroskopijny plac zabaw. Mój plac zabaw jest w ostatniej klatce. Pukam do drzwi. Te kilkanaście sekund napełnia mnie seksualnym napięciem. Ciekawe z kim dziś będę. O ile wiem [przyjmuje tu trzy albo cztery divy. Już poza głównym nurtem, ale jeszcze przydatne. Tanie i przydatne. Słyszę chrzęst zamka. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta. Sceneria jest ciągle ta sama. Ciemny przedpokój, dalej, skromnie oświetlony pokój. Dywan, zakurzony, meblościanka i rozkładana wersalka. Obok wersalki ława, na której leży pudełko chusteczek nasączanych, budzik i dwa sreberka – kondomy. Patrzę na kobietę. Jest stara. Po pięćdziesiątce. Wiem, że to mieszkanie ma kilka ogłoszeń. Ta pewnie jest z ogłoszenia: „dystyngowana pięćdziesięcioletnia „. Spod farby na włosach wyłania się siwizna. Twarz, pokryta maską zmęczenia zmieszanego z rutyną, świadczy, że wiele takich chwil jak ta przeżyła. Skóra na jej szyi i ramionach jest pomarszczona. Patrzę na zwykłą, starą bladź. Daję jej pieniądze i zaczynam się rozbierać. Wychodzi z pieniędzmi i wraca po chwili, również ściąga sukienkę na ramiączkach. Zostaje w staniku, który sprawia wrażenie zakurzonego i czarnych pończochach. To pewnie ten atrybut „dystyngowanej”. Zdejmuje stanik, ukazując dwie niewielkie piersi. Dziwne. Ma obwisłą dupę, brzuch też, mimo, że jest szczupła, a cycki jeszcze sterczą, niczym ostatnie wspomnienie lat świetności. Kobiece ciało, nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Stoję tylko w slipach. Zdejmuję je. Podchodzę do wersalki, diva siedzi. Z wprawą bierze mojego miękkiego druha. Zaczyna mnie pieścić. Masować, głaskać, delikatnie odsłania główkę. Obsypuje całe krocze pocałunkami. Druga ręka zajmuje się jądrami. Jest całkiem przyjemnie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że z wiekiem kobiety, a zwłaszcza prostytutki stają się bardzo ckliwe w swych pieszczotach. Młode podchodzą do sprawy technicznie . Bez jakichkolwiek uczuć. Te starsze potrafią niemal z matczyną troską zająć się tym i owym. Oczywiście w trakcie całego aktu potrafią przemieć się w prawdziwe wampirzyce. To wszystko, jednak wymaga lat warsztatu.

CDN

(P)o pewnej drabinie

Warto sobie zadać takie pytanie: czy świat płatnych doznań i przyjemności, a może i płatnej miłości ma swoją hierarchię? To środowisko, podobnie zresztą, jak każde inne zbiorowisko ludzi, ma swoją drabinę. Drabina ta, jest o tyle specyficzna, że przesuwanie się po niej, odbiega od norm i zasad, które rządzą podobnymi drabinami.

Dowolna, społeczna drabina, po której ludzie wspominają się z mozołem wygląda mnie więcej tak samo. Startujesz od dołu, od samego dołu. Z punktu zero zaczyna każdy. Człowiek jest młody, nabywa doświadczenia, powoli i systematycznie, szczebel za szczeblem pnie się w górę. Dochodzi się do pewnego szczebla.

Jeśli masz wolę, jesteś zdeterminowany, to pniesz się dalej, szczebel, po szczeblu. W końcu wchodzisz na sam szczyt tej drabiny. Jesteś autorytetem w danej dziedzinie. Wejście na sam szczyt tej drabiny kosztowało. Największą daninę zapłaciłeś w jednej walucie. Ta waluta, to czas. Podobnie wygląda niemal każda drabina, dojście na szczyt kosztuje, z reguły – czas.

W krainie doznań za pieniądze jest nieco inaczej. Nowicjuszka, załóżmy, że zaczyna po dwudziestce, już jest nieco powyżej połowy, powiedzmy, że jest gdzieś na wysokości trzech czwartych takiej drabiny. Wszystko zależy od niej. Jeśli zainwestuje w siebie, jest dobra w łóżku (tak, zdarzają się prostytutki kiepskie w łóżku), to w przeciągu trzech, może czterech lat, jest w stanie dojść na sam szczyt albo w jego pobliże. Może też być inaczej, dziewczyna będzie ładna i uzna, że to wystarczy. Bardzo szybko zacznie schodzić z tej drabiny, do poziomu 30-40 procent. I tak już zostanie. Drabinę kariery w prostytucji, od innych drabin odróżnia, oprócz startu, mniej więcej z połowy, jeszcze jedno, bardzo ważne, prawo. Tu czas jest wrogiem. Z biegiem czasu, każda dziewczyna, czy kobieta zarabiająca własnym ciałem dojdzie do tego, że zaczyna tracić na wartości, i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Czynnikiem, który przyspiesza ten stan, jest też tryb życia. Niestety, w tej profesji alkohol, papierosy, a czasem, narkotyki, to coś powszedniego, a to wszystko się odbija.

Przyjrzyjmy się tej drabinie

Na samym dnie plasują się uliczne prostytutki i tirówki. Jeśli chodzi o panie, które zwane są potocznie ulicznicami, to najczęściej, niestety, panie, które dobijają do wieku emerytalnego w tym fachu. Do tego dochodzi problem z alkoholem i ogólne zmęczenie materiału. Oczywiście są młodsze, ale prawie zawsze towarzyszy im jakiś defekt. Najczęściej jakaś patologia, narkotyki, konflikt z prawem, różnie. Wśród Szwagrów panuje przekonanie, że w tych przypadkach najczęściej złapać jakiegoś kalafiora. Ja uważam, że to działa w obie strony. Do takich kobiet i dziewczyn przychodzą różni śmierdziele i tak koło się zamyka. Spotkać je można raczej tylko w większych miastach. Wskazówka: uważać, lepiej uważać.

Tirówka, nie wiem, czy termin ten występuje poza językiem polskim. Grzybiarki, jagodziany, dziewczyny przydrożne, różnie je nazywają. Jeśli ktoś pragnie zasmakować w obcym ciasteczku, to jak najbardziej. Nie znam statystyk, ale najwięcej jest Bułgarek, młode, stare, ładne, brzydkie, co, kto lubi. Radziłbym uważać na „nasze” tirówki. Według reguł, na trasę wydalane są te, które miały pecha, albo po prostu były głupie i z jakiegoś względu znacząco straciły na wartości rynkowej, na przykład są zarażone. Nie oznacza to, oczywiście, że inne narodowości są odporne na różne świństwa, ale dla dziewczyn „ze Wschodu”, praca przy drogach, to pewien sposób na życie i wiedzą, że wszelkie niechciane „przygody”, mogą je wyautować z biznesu.

Kolejny szczebel, to grupa, którą roboczo można nazwać „dziwki i burdele”. Ktoś może powiedzieć, że przecież tirówka, ulicznica, dziwka, prostytutka, to synonimy i chodzi o to samo. Jednak nie. Wszystko wyjaśnię, zostańmy na razie przy dziwkach. Dziwka, konkretnie tania dziwka, w hierarchii stoi wyżej od tirówki, czy ulicznej kurwy, ale z racji urody, bądź wieku, już jest, niejako poza głównym obiegiem, dlatego utrzymuje się w branży dzięki cenom. Takie dziwki, mogą urzędować w prywatnych mieszkaniach – najczęściej to tanie nory, gdzie czas zatrzymał się na piecyku gazowym i meblościance z Polski Ludowej. Mogą też grupować się w stada i tworzyć coś, na kształt burdelu. Uwaga ! Nie tylko wiek jest tu narzędziem pomiarowym. Chodzi o całokształt: urodę, zadbanie, umiejętne zaprezentowanie się. Spotkałem kilka młodych, tanich dziwek. Pamiętam, jak Przemo, jeden z kumpli, łkał miesiącami, po rozstaniu z dziewczyną. Jestem dobrym człowiekiem, dlatego postanowiłem, że pomogę mu, tak jak potrafię najbardziej. Zabrałem go na dziwki. Taksiarz zabrał nas do dzielnicy peerelowskich kamienic. Na samym końcu uliczki duży sześcian oknami. I nazwa przybytku na tandetnej tabliczce ze sklejki. W środku, lichy bar, obdarte sofy i kilka dziewczyn do wyboru. W wieku do trzydziestu kilku lat. Obraz nędzy i rozpaczy. Przepite, zaniedbane w pogniecionych ciuchach. Zamglonym wzrokiem błądziły po nas. Wyszliśmy stamtąd jak oparzeni. To był typowy, tani burdel.

         Kolejny stopień, to tak zwane prostytutki i agencje towarzyskie. Wiadomo, że w agencjach towarzyskich pracują też prostytutki, ale pojawienie się mieszkań z paniami lekkich obyczajów spowodowało pewien rozłam. Tak zwane agencje towarzyskie, night cluby to lokale, gdzie można wypić drinka, porozmawiać z panią (po uprzednim postawieniu drinka), w końcu pójść na górę. Mała ciekawostka: większość takich agencji, chce uchodzić za night cluby(takie jak w Ameryce), gdzie dziewczyny „tylko tańczą”, mamy też takie, ale o tym za chwilę, większość lokali, to po prostu burdele, ale w lepszej scenerii. Czasem jest jacuzzi.

Mieszkania to wymysł dwudziestego pierwszego wieku. Nie pamiętam, aby wcześniej, coś takiego bywało. Mieszkania, to iluzja. Jedna wielka iluzja. Po pierwsze klient, który idzie do takiego mieszkanka, ma o wiele większe szanse pozostania anonimowym. Gdyby wybrał się do agencji i zobaczył tam kogoś znajomego byłby spalony. Tu, w razie czego, zawsze może coś ściemnić. Obalić należy jeszcze jeden mit. Mit dziennikarski o studentkach dorabiających sobie własnym ciałem. Idzie sobie taki jeleń, jeden z drugim, na mieszkaniówkę i okłamuje SAM siebie, że dziwki nigdy ni posuwał, ale studentkę, prawie wyrwał, no bo w końcu, był u niej w mieszkaniu. Biedni naiwniacy.

Obok mieszkań, klasą średnią (w tej społeczności) są agencje towarzyskie. Najczęściej lokale określane mianem „night club”,albo salon masażu lub jeszcze inaczej (mnie urzeka określenie klubu dla dżentelmenów). Idea jest taka. Miejsce mające sprawiać wrażenie ekskluzywnego. Drogie alkohole, dziewczyny atrakcyjne, przynajmniej atrakcyjniejsze od tych w burdelach niższej ligi. To, co odróżnia agencję towarzyską od night clubu, to podejście do seksu. W agencjach, rozmowa, czy taniec (przy róże, lub jakkolwiek), ograniczone są do minimum. Ma to być, tylko grzecznościowy wstęp, żeby tylko iść na górę. W night clubach jest inaczej. Cała zabawa polega na tym, że dziewczyny tańczą, ładnie, powabnie i profesjonalnie. Zagadują, namawiają na drinki, pokazują cycki. Kiedy jeleń, ogłupiony cyckami i drinkami, staje się niczym plastelina, dziewczyna składa propozycję. Pokój dla VIPów. Z reguły, taki jeleń, bywał w podobnych przybytkach i VIP pokój, kojarzy tylko z jednym. Z posuwaniem. Kładzie kasę na ladę i chodu, do góry. A tu, niemiła niespodzianka. Bardzo często okazuje się, że w pokoju dochodzi do tańca (tylko?!). Tak, tylko. Jeleń się awanturuje, ochrona reaguje i mamy niemiłą sytuację, gdzie nie wiadomo, kto tak naprawdę winien. Dziewczyna, twierdzi, że tylko zmysłowo opisała, jak wykona taniec, klient, twierdzi, że liczył chociaż na lodzika. Awantura, szkoda gadać. Oczywiście, to nie jest reguła, są dziewczyny w takich klubach, które  dadzą, ale za wielokrotność stawki, jak obowiązuje.

Taką rozrywką dla bogatszych, na miarę night clubu, ale nieco bardziej kameralną są call girl, świadczące usługi na wysokim poziomie. Kilka lat temu, w prasie pojawił się artykuł, gdzie dziennikarze starali się dociec, co oznacza ten nowy, w branży termin. Przypuszczali, że to po prostu kolejny, ugrzeczniony synonim słowa „kurwa”. Tak jednak nie jest. Dziewczyny na telefon (oczywiście, z burdelu też można zamówić lalkę na telefon, ale to nie to samo), to dziewczyny z czołówki. Bardzo atrakcyjne, mające zadatki na modelki. Zgrabne, jeśli nie posiadają wykształcenia formalnego, to nadrabiają osobowością i życiowym doświadczeniem. Jednym słowem towarzystwo takiej kobiety, to sama przyjemność. Gustowna, jej bielizna, to coś ekskluzywnego, nie fatałaszek kupiony na straganie, powabna. Cechą charakterystyczną call girl jest to, że raczej nie umawia się na numerki, czyli godzinkę, dwie. Raczej noc lub wieczór plus noc.

Oczywiście to nie wszystkie gatunki i rodzaje pań do towarzystwa. Jest jeszcze cały przemysł seksualny. Sex shopy, peep showy, gdzie za mniejszą lub większą kwotę można skorzystać z kabiny life. Nie zapominajmy o hotelowych kurwach lub cichodajkach. Nie zapomniałem o sponsoringu, który w pewnym filmie został nieco przeinaczony. Gimnazjalistki chodzące po galeriach handlowych i proponujące loda za spodnie, to ewenement, margines. O wiele bardziej rozpowszechnione są relacje, które można nazwać układem (bez podtekstów politycznych). Starszy albo dobrze sytuowany facet jest w relacji (bo raczej związkiem tego nie można nazwać) z kobietą, którą obsypuje podarkami. Mogą to być drobne kwoty albo coś innego. Kolega, pracujący w salonie jednej z sieci komórkowej opowiadał mi, jak przyszła do niego pewna dziewczyna mniej więcej w wieku dwudziestu lat, z facetem pod pięćdziesiątkę.

Najpierw rozmowa z laseczką. Wypytała mnie o telefony, abonamenty. Co będzie miała i za ile. Popatrzyła na w miarę drogi telefon i pyta mnie w jakim abonamencie będzie tak do dwóch stów. Wszystko jej wyjaśniłem. Jak już obejrzała telefon, to mówi, że ok i kiwa na faceta, który stał przed salonem. Wchodzi i nic nie mówi. Nie wiedziałem, o co chodzi, to proszę laskę o dowód. A ta odpowiada, że nie na nią będzie umowa, pytam na kogo. Trzy sekundy kłopotliwego milczenia i pada odpowiedź: na wujka. Patrzę, więc na faceta. Kolejne pięć sekund kłopotliwego milczenia, w końcu młoda warczy: „daj dowód.” I facet zrozumiał, że jest wujkiem….

 Bardziej zaawansowaną formą sponsoringu jest instytucja utrzymanki. To relacja podobna do relacji rodzic – dziecko, gdzie jedna ze stron przejmuje rolę rodzica, w stu procentach finansując tę drugą stronę. Ta druga strona, niczym dziecko, w stu procentach opiera swoje (finansowe) jestestwo, na ekonomiczny rodzicu. Nie muszę dodawać, że od układu rodzicielskiego odróżnia się to jednym szczegółem – rżnięciem.

Legendy, legendy, legendy

Tu, w tym i tak na wpół tajemnym świecie również krążą legendy. Nie będę opowiadał bajek rodem z filmów pt. „Hostel”, bo z czymś takim się nie spotkałem. W środowisku Szwagrów, krąży jednak legenda o domku pod miastem. To zwyczajny dom. Nie ma tam zarejestrowanej działalności. Wtajemniczeni wiedzą. Dostać się tam można tylko poprzez kogoś. W domku tym żyją kobiety. Każda o urodzie modelki bądź aktorki i figurze instruktorki fitness. Obok walorów fizycznych, każda posiada wykształcenie i nie mówimy tu o kursie dla pielęgniarek (nie ujmując pielęgniarkom), ale o gruntownym, uniwersyteckim wykształceniu, które poparte jest wiedzą i obyciem. Towarzystwo takich kobiet można sobie kupić. Na weekend, na jeden event, na tydzień wakacji lub ferii. Zasady są proste. Płacimy wynagrodzenie dzienne (słyszałem o stawkach powyżej średniej krajowej – mam na myśli miesięczne zarobki) oprócz tego, musowo trzeba zabrać taką dziewczynę na zakupy: kreacja, biżuteria, czy perfumy, to dodatek, bonus.

Czy tak jest, czy nie, trudno powiedzieć, nigdy tam nie byłem, ale o tym słyszałem. I jako Wasz oddany kronikarz z burdelowa, o tym piszę.

Zuza cz. 1

W mieście jest nowa i ma zostać wypróbowana.

***

Przekroczyłem tę niewidzialną granicę. Sam nie wiem kiedy. To subtelna i płynna granica. Wielu starało się wytyczyć ją precyzyjnie. Nikomu się nie udało. Mówię o atrakcyjności. Stałem się atrakcyjnym facetem. Może zawsze nim byłem? Nie wiem.

Kiedy masz kilkanaście lat i jesteś na młodzieńczym etapie życia dostrzegasz coś. Dostrzegasz, że oprócz wszystkich bogactw na tym świecie jest coś jeszcze. Pewna wartość, jeszcze jedno bogactwo, które trudno zmierzyć surowcem lub walutą. To świadomość i aktywność seksualna. Jak każdą dziedzinę życia, tę też może charakteryzować dostatek, jak i skrajne ubóstwo. Granicą do tej krainy jest atrakcyjność. Co ciekawe, atrakcyjność, której mówię, nie zawsze jest tożsama z atrakcyjnością fizyczną. Ale to temat na inne rozważanie. Nie wiem jak przekroczyłem granicę. W pewnym momencie po prostu to wiesz. Widzisz to w spojrzeniach ludzi – kobiet.

 Właśnie tego doświadczam. Siedzę w pubie. Loża naprzeciwko baru. Piję piwo i myślę. Przy barze trzech leszczy. Każdy po kolei zagaduje do barmanki. Pewnie nazwą to podrywem albo rwaniem. Ja to nazywam stękaniem. Stękaniem tak prymitywnym, że ja subtelniejsze dźwięki wydaję przebywając w WC. Barmanka. Typ zwyczajnej kobiety. Ani gruba, ani chuda. Bez zbędnego makijażu, spięte włosy (kolor naturalny). Kobieca figura, obfity biust napierający na beżową bluzkę a`la polar. Ładna dziewczyna. Za godzinę dowiem się jak ma na imię. Za kilka wieczorów odprowadzę ją do domu po pracy i zostanę na noc. Ten fakt sprawi, że będziemy nieco zażenowani obrotem sprawy. Żeby nie komplikować przestanę odwiedzać pub. Ale teraz siedzę przy piwie i leniwie spoglądam w kierunku baru. Napotykam spojrzenie barmanki. Otwiera usta i wydaje dźwięki tak, że leszcze przy barze ulegają złudzeniu rozmowy. Ale spojrzenie ponad nimi i leciutki uśmiech mówiący „my przeciw nim” wystarczy abym miał pewność, że emocjonalnie siedzi ze mną w loży.

Kiedyś wiele bym dał za taką sytuację. Dziś, po prostu ma miejsce. Może prawdziwa jest teza, według której, wystarczająca ilość seksu w życiu powoduje, że nie wysyła się sygnałów seksualnego głodu. Tym samym jest się atrakcyjniejszym (bo kto lubi seksualnych frustratów). Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Natomiast, jeśli chodzi o seks, to lubię go porównywać do jedzenia. Podobieństw jest tak wiele, że o tym też napiszę, później. Bardzo modne, w ostatnich latach jest eksperymentowanie z dietami i wszelkie majsterkowanie przy jadłospisie. Liczenie kalorii, głodówki, koncentracja na takim produkcie, a unikanie innego. Zauważcie, że z seksem jest podobnie. Ilość artykułów, porad i najprzeróżniejszych opisów, stwarza złudzenie, że całe społeczeństwo żyje wyłącznie seksem. Właściwie, to panuje tu dziwna korelacja. Koncentrujemy się, albo na tym, co mamy w talerzu, albo na tym co (i z kim) robimy w wyrze.

***

I właśnie o tym wam opowiem. Lecz nie będzie to jakaś tam opowiastka o jedzeniu i ciupcianiu. Opowiem wam o podziemnym życiu. Tak pełnym i tak pustym zarazem. „Strona”, „Forum”, „Diva”, „Szwagrowie”, „Cyfry”, „Ustawka” (nie chodzi o kiboli), „FBG”. Te słowa jeszcze nic dla was nie znaczą. Jeszcze. Ale poczekajcie. Dla mnie stanowią ostatnie dziesięć lat życia. Tak szczelnie je wypełniły, że nie było miejsca na nic ważniejszego. Z czasem i dla was pewne słowa nabiorą znaczenia i zanurzycie się w pustym świecie przepełnionym doznaniami. Zobaczycie. Jeżeli czytając to zastanawiacie się, czy jest to kolejny blog z porno opowiastkami, to was rozczaruję. Potraktujcie to, raczej jako pewien przewodnik. Przewodnik po krainie, którą, żeby poznać, nie wystarczy odwiedzić, trzeba ją chłonąć, każdą cząstką ciała. A w końcu zapłacić cenę.

***

Dzień jak każdy. Koniec pracy. Sprzątam biurko i wychodzę. Wracam do swojego mieszkania. Małe zakupy po drodze. Wychodząc ze sklepu otwieram puszkę wiśniowej coli. Mimo, że minęły lata, pamiętam wszystko, dosyć dokładnie. Końcówka maja – ciepło. Myślę o Arku, koledze z pracy. Na przerwie zagadał o mnie o swoim internetowym odkryciu – Stronie. – No wiesz, taka stronka, gdzie ogłaszają się panny. Studentki, mężatki, no wiesz ruchanie za kasę. Nie odpowiedziałem za wiele. Kiwałem głową i pomrukiwałem. Mało rozmawiam z Arkiem. Według mnie prostak, który swoje prostactwo uznaje za bycie czarującym. Czasem się zastanawiam, jak może zajmować się klientem biznesowym będąc takim chamem. Ale co ja – głupi, sam szukam zagadek do rozwiązania. Tu rozwiązanie jest wręcz banalne. Większość ludzi w tym kraju to chamy, więc pewnie traktują go jak swojego.

Kiedy opowiada mi o stronce, w głowie pojawia się myśl: „czyżby kolejny szwagier dołączył do szacownego grona, które za najlepszy deser uznaje lody?” Wróciliśmy, każdy do sowich obowiązków i moje myśli powędrowały do klientów. Teraz wracam myślami do naszej rozmowy. Dlaczego akurat mnie o tym powiedział? Czytałem kiedyś „Mury Hebronu” Stasiuka. Stary garus, edukuje małolata: grypsujący zawsze pozna grypsującego – to po prostu widać „po mordzie”. Czyżby, tu było tak samo? Może Arek nie jest       ( nie będzie) debiutantem? Może to jeden ze Szwagrów? I rozpoznał mnie, a ta krótka rozmowa miała dać mi do zrozumienia…coś.

Jestem w mieszkaniu. W ramach obiadu mrożone warzywa z patelni. Po obiedzie pełen relaks. Lubię nic nie robić. Jakby nie to, że zdechłbym z głodu, to nie ruszałbym się z mieszkania. Włączam komputer, uruchamiam przeglądarkę i wchodzę na Stronę. Dziesiątki kolorowych obrazków, pod każdym Kika linijek tekstu. Gdzie niegdzie, komentarze.  Nie myślę o tym co robię, działam automatycznie. Przeglądanie Strony jest dla mnie niczym rutynowa prasówka dla dziennikarza.  Na Forum pisali o nowej. Podobno przyjmuje niedaleko. Jest. Zuza. Ciemna blondynka, przy kości, podobno osiemnaście lat. Nie jest droga. To podejrzane. Jak dziwka jest tania, to prawie na pewno nie grzeszy urodą. Co mi tam. Po obiedzie lodzik będzie dobrym deserem. Wystukuję numer, w słuchawce słyszę dziewczęcy głos. Szybka ustawka. Faktycznie przyjmuje niedaleko.

Ustawka w żargonie Szwagrów to telefon do dziwki, omówienie wstępnych warunków: co i za ile. I najważniejsze: słyszymy adres i umawiamy się mniej więcej na godzinę. Sama ustawka jest punktowana u Szwagrów, ale o tym kiedy indziej.

Moja świadomość działa w niewielkim procencie. Znam procedurę, jak pisałem, to rutyna. Nie myślę. Działam. Ubieram się i wychodzę. Piętnaście minut i faktycznie jestem pod umówionym adresem. Jeśli powiedzenie, że fiut kimś rządzi nabiera mocy, to właśnie w takich chwilach. Nie myślę, nie czuję i nic mnie nie obchodzi. Podążam za radarem w gaciach. Kolejny telefon. Numer mieszkania. W tym momencie jestem oderwany od rzeczywistości – po prostu mnie nie ma. Widzę tylko kolejne klatki i numery mieszkań na domofonach. Mam…