Z pamiętnika dziwkarza cz. 2 nie zawsze jest kolorowo

Opisała się jako Lena. Dwie fotki typu akt na przedpokoju, zweryfikowane jako prawdziwe. Dwadzieścia trzy lata, blond włosy o średniej długości. Duża stawka w porównaniu do innych, bo doznania też z pierwszej ligi.

Myśli zaczęły mną kołatać. Pozostało jeszcze nie więcej niż piętnaście minut do końca mszy. Nie wytrzymałem. Wyszedłem. Jeszcze będąc pod kościołem, zadzwoniłem. Pięć minut później byłem w dosyć ładnie urządzonej kawalerce. Otwarła nieco zmanierowana blondynka. Procedura poszła w ruch. Kasa, prysznic i ruchanko. Ciekawy byłem, cóż takiego ma w ofercie owa Lena. Lodzik bez gumy, mechanicznie i bezpłciowo. Seks okazał się również bezpłuciowy. Nie rusz, nie dotykaj, tego nie robię, tamtego nie robię. Po kilku minutach sterylnego seksu dobrnąłem do finału. Nieco na siłę, bologia w tym wypadku uległa mechanice. Ubierając się spytałem czy długo przyjmuje. Odpowiedziała, że drugi miesiąc. Zapytana o wrażenia, odpowiedziała, że jest zadowolona. – Wiesz, świadczę usługi na wysokim poziomie, więc nie każdego na mnie stać. Przychodzą tylko ludzie na pewnym poziomie. Jest ich niewielu, dlatego mam nawet sporo czasu. Słuchałem i nie wierzyłem. Ta diva wykreowała taki Matrix, że nawet Gośka z jej koleżankami nie mogły się z nią równać.

Wróciłem pod kościół. Już po mszy, Gośka akurat kończyła rozmowę ze znajomymi. Podeszła do mnie.

– Gdzie zniknąłeś?

– Trochę się znudziłem, to wyskoczyłem po fajeczki.

– Oj, nie ładnie, nie ładnie. – Uśmiechając się pogroziła mi palcem. Poszliśmy na herbatę. Cały wieczór przegadaliśmy o życiu, studiach i perspektywach. Patrzyłem na nią i nie wiedziałem, czy pogardzać nią za totalny brak życiowej wiedzy, czy zazdrościć tego, że nie umazała się tym cały gównem.

Po powrocie nie omieszkałem wstawić odpowiedniego wpisu na Forum. Byłem drugą osobą, o takich odczuciach. Po moim wpisie w ciągu dwóch tygodni pojawiło się jeszcze dwa. W ciągu dwóch miesięcy diva zniknęła z miasta. Któryś ze Szwagrów natknął się na nią osiemdziesiąt kilometrów dalej, podziękował z usługę i wyszedł. Prawa rynku.

Cwana blondynka

Centrum miasta. Blok jakich wiele, pewnie nikt nie kojarzy anonimowego mieszkanka z burdelem. Ruch uliczny, dziesiątki ludzi, którzy w zamyśleniu idą przed siebie. Anonimowe mieszkanie, jedno z wielu. Czasem jak patrzę na ten podziemny, na wpół mityczny świat i ludzi w nim egzystujących myślę o Ameryce z czasów prohibicji. Jesteśmy niczym pijacy znający adresy i hasła, po usłyszeniu których barman podaje butelkę po oranżadzie wypełnioną wódką. Albo jak hazardziści, którzy znają tajny świat karcianych melin. Znają inny wymiar, inną topografię w każdym mieście i miasteczku. Do tej grupy należę również ja.

Zbliża się godzina wyjścia z pracy. Rząd cyferek, dane osobowe, wszystko zbliża się do końca.

Chłodne powietrze owija się wokół mnie. Stoję przed wejściem do firmy. Mój mózg przełącza się. Tak jakby działo się to poza mną.  Neurony przekazują dziesiątki informacji o ewentualnych adresach w pobliżu. Mam. Szybka rozmowa przez telefon. Co i za ile. Pięć minut później już wciskam odpowiedni numer na domofonie. W tym całym procesie nie chodzi o seks, nie chodzi o samą biologię. To coś znacznie więcej. To cały proces, inna kraina. Inna rzeczywistość.  Jedną z rzeczy, która mnie niesamowicie kręci w tym świecie jest możliwość natychmiastowej realizacji niemal wszelkich zachcianek. I to właśnie się dzieje. W tym procesie właśnie uczestniczę.

Drzwi otwiera blondynka, raczej przeciętna. Przypatruję się jej zaledwie chwilę, to wystarcza. Jest kobietą o przeciętnej urodzie, która stara się zwiększyć atrakcyjność farbowaniem włosów i makijażem. Jak zawsze w takich miejscach i sytuacjach. Makijaż jest niechlujny, farba do włosów jest albo tania albo nie umiejętnie nałożona. Wydziera się spod niej prawdziwy kolor włosów, kolor nieokreślony. Zadymiony przedpokój, obity boazerią przypomina mi w ilu takich mieszkaniach już byłem. Tak, jakbym krążył w zaklętym czasoprzestrzennym kręgu. Z przedpokoju można wejść do jednego z trzech pomieszczeń. W prawo, lewo lub prosto. Na lewo jest łazienka, na prawo coś na kształt pokoju stołowego, nieco mniejszy znajduje się naprzeciwko drzwi wejściowych. Diva wprowadza mnie do pokoju na wprost. Stary tapczan, w pomalowanym na seledynowo pokoju wydaje się zapraszać. Mówię, że biorę opcję najtańszą, tak jak ustalaliśmy przez telefon. „Kwadransik” mówiąc żargonem Szwagrów. Kiwa głową i wyciąga rękę po pieniądze. Wręczam jej wyliczoną kwotę. Siadam wygodnie na tapczanie, Powoli zdejmując spodnie. Diva klęka przede mną jej usta zbliżają się do mojego krocza.

– Połóż się wygodnie. – Kładę się na wysłużonym tapczanie. Patrzę w zabrudzony sufit. Moje myśli krążą wokół nowego projektu. Jeśli poprawki KNFu faktycznie wejdą w życie, będzie ciężej. Błogie uczucie rozchodzi się od mojego krocza po całym ciele. Na krótką chwilę nie myślę o firmie, o życiu. Koncentruję się tylko na impulsach, które dostarcza blondynka. Mijają chwilę, w mojego fiuta wpompowana została wystarczająca ilość krwi. Zerkam na nią. Ciekawe, mało div dobrowolnie klęczy, wręcz nie ma tego w zestawie, albo za taki rodzaj poniżenia bądź dominacji trzeba zapłacić dużo więcej. Nie tym razem.

– Połóż się. – Chcę w nią wejść. Bez szaleństw, bez wymyślnych pozycji. Po prostu kilka dynamicznych pchnięć zakończonych orgazmem.

– W kwadransiku masz tylko francuza. – Co? No przecież co innego słyszałem dwadzieścia minut wcześniej. Trudno. Nie będę teraz wyjaśniał, bo jednak to ona ma mojego kutasa między zębami. Ok. – spuszczę się w pyszczku. Też może być. Dalej leżę myśląc o niczym. Dziwka obrabia mnie, co raz częściej wspomagając się ręką. Czuję, że powoli nadchodzi biała fala. Zastanawiam się, czy połknie, czy wypluje. Nagle przestaje ssać. Jej nadgarstek pracuje nad wyraz sprawnie. Zaczynam szczytować. Cały ładunek znalazł się na moim brzuchu. Co to ma być? – Moje oburzone myśli pozostają w mojej głowie, gdyż nie bardzo wiem co powiedzieć. Cwana z niej bestia.

– Trzymaj chusteczkę. – W moim kierunku zostaje wyciągnięta dłoń z kawałkiem papierowego ręczniczka. Odwraca się i zaczyna sprawdzać wiadomości w telefonie. To się nazywa łatwa kasa. Jestem zniesmaczony. Wycieram resztki nasienia z brzucha i rzucam papierowy ręcznik na koc. Coś mi się wydaje, że zostałem wydymany. Wychodzę z mieszkania, jeszcze na klatce schodowej nie mogę się nadziwić, jak bardzo to spotkanie było „nie tak”. Trudno, czasem też tak bywa.

Paranoja ufarbowana na blond

Od kilku tygodni nie zaglądam w zakazane rewiry. Koncentruje się na aktywności fizycznej, chciałbym przed czterdziestką zobaczyć kaloryfer na moim brzuchu. Zawsze odnosiłem wrażenie, że jestem indywidualnością, ale w kwestii ostatnich trendów również popadłem w zachwyt nad wyrzeźbionym brzuchem. To nie tylko piękne zjawisko estetyczne, ale również wyraz uporu i ciężkiej pracy. Właściciel, czy też właścicielka pięknie wyrzeźbionego brzucha udowadnia sobie i innym, że potrafi o coś zawalczyć, coś wypracować. To o czymś świadczy.

Ćwiczenia fizyczne mają mi pomóc w poskładaniu umysłu i duszy. Gdzieś, na gruzach mojej psychiki, niczym statek widmo pojawia się D. Moja sercołamaczka, moja obsesja. Minęło już ponad dwa lata, a ja wciąż tkwię mentalnie w miejscu naszego wspólnego spaceru. Najłatwiej jest doradzać w sytuacjach sercowych: „zamień na lepszy model”, „znajdź sobie kogoś innego”. Te starte niczym dżinsy banały są czymś w rodzaju złotych myśli. Problem zaczyna się, kiedy to my jesteśmy bohaterami sercowej historii. Wtedy możemy się przekonać, że wymienione wyżej porady możemy swobodnie nawinąć na rolkę papieru toaletowego. Z dnia na dzień, czuję jak żądza we mnie wzbiera. Znam ten mechanizm. Można pracować nad silną wolą, nad samokontrolą, nad dyscypliną. Ponad tym wszystkim jest jednak jedno, nadrzędne prawo. Żądza zawsze zwycięży. Nie ma bardziej prawdziwego prawa. Tak po prostu jest. Kiedy napisał mi o tym jeden ze Szwagrów, byłem sceptyczny. Teraz jednak wiem: żądza zawsze zwycięży – tak będzie, bo tak musi być.

Wieczór. Po gimnastyce, która zajęła mi nie więcej jak siedemdziesiąt minut słucham nagrań hipnotycznych, które mają sprawić, że nie będę palił papierosów. Wiem, że powinienem wyłączyć komputer. Wyjść na spacer, pójść na piwo, na zakupy, gdziekolwiek. Zadzwonić do Iwony z działu reklamacji, umówić się na kawę i później…albo po prostu zmarszczyć Freda pod prysznicem. Nie robię tego. Dlaczego? Bo wiem, wiem co się stanie. Moje palce same przesuwają się po klawiaturze. Strona. Nowe ogłoszenia. Wszystko dzieje się automatycznie. Blondynka dwadzieścia osiem lat. Kilkukilogramowa nadwaga czyni z niej odrobinę zbyt postawną dzidzię. Może być. Samochód, bankomat. Po drodze telefon, z ustaleniami co i za ile. Ósme piętro, spokojna dzielnica. Lekko pukam do drzwi. Otwiera dziewczyna, od razu widać, że to ta sama, co na zdjęciach. Wchodzę, do całkiem schludnego mieszkania. Zaprasza mnie do sypialni. Jest ciemno, jedynym oświetleniem jest telewizor, w którym leci „3.10 do Yumy” z dwa tysiące któregoś. Idę pod prysznic. Wracam z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Diva idzie się odświeżyć. Rzuca mi badawcze spojrzenie.

Coś jesteś dziwny. – Nie wiem jak odpowiedzieć na to stwierdzenie. Siadam na łóżku. Czekam, oglądając perypetie biednego farmera, który chce coś udowodnić synowi, zuchwałemu bandziorowi, a może przede wszystkim sobie. Wraca blondynka. Ręcznik chyba zielony, czyni z niej całkiem ponętną istotę. Znowu to dziwne spojrzenie.

To co brałeś? – O co chodzi? – Słucham? – Jej spojrzenie było z gatunku tych spojrzeń, które mnie najbardziej drażnią. Spojrzenie istoty głupiej, która w danym momencie jest przekonana o swojej mądrości.

– No, co brałeś? Jaką pigułę? Słuchaj, mnie nie nabierzesz. – Zaniemówiłem . Kwęknąłem coś od niechcenia. Sięgnąłem ręką do wnętrza jej uda. Liczyłem na to, że przejście do rzeczy zakończy jej durne dochodzenie. Odsunęła się.

– Jak tak chcesz grać, to nie ze mną.

– Co? – Zaczynałem się denerwować.

– Mówisz co brałeś, przecież widzę twoje źrenice. – Miałem ochotę huknąć na nią. Albo roześmiać się. Ty głupia kretynko, jesteśmy w ciemnym pomieszczeniu. Jedynym oświetleniem jest telewizor. Więc, kurwa, jakie mam mieć źrenice. Kilkuminutowy beznamiętny seks z ulgą powitałem finał tej transakcji. Ubrałem się i bez słowa wyszedłem. Głupia cipa.

Jadąc samochodem, zadałem sobie pytanie, a co jeśli ona miała rację? Być może ten podziemny świat jest moim narkotykiem, moim nałogiem i nie będąc tego świadomym zachowuję się jak ćpun. Jaka jest różnica między mną, a menelami skamlącymi o dwa złote. Czy mój wraz twarzy, kiedy siedzę na FORUM jest podobny do wyrazu twarzy żula patrzącego przez witrynę sklepu monopolowego?  Ile razy robiłem mocne postanowienie poprawy, ile razy znajdowałem się na zakręcie? Czy kraina burdelowo, okazała się otchłanią? Otchłanią, która mnie wessała i wobec której miałem okazać się bezsilny? Na to pytanie miałem uzyskać odpowiedź w niedalekiej przyszłości.

W labiryncie burdelowa 4.0

Irka podobno była ćpunką. Dowiedziałem się od Szwagrów, kilka miesięcy od mojego zalogowania na Forum. Nikt nigdy nie powiedział, na jakiej podstawie tak sądzi. Po prostu. Była ładna, było w niej coś uległego. Za niewygórowaną cenę pozwalała skorzystać z każdej swojej dziurki. Kiedy zakończyła wstępne obrabianie kija, położyła się na plecach i rozłożyła nogi. Zupełnie, jakby czytała w moich myślach. Przed moim wejściem posmarowała się lubrykatem. Kiedy spytałem o dupcie, skinęła głową, odwracając się. Wspominam ją jako przyjazne jebanko. Pewnego dnia słuch o niej zaginął.

Miss Solaris        

Po pierwszym niezaliczonym kolokwium poszedłem na dworzec autobusowy i wsiadłem bez pytania do autobusu, pierwszego lepszego. Jadąc i patrząc w szybę, zdałem sobie sprawę, że  jadę w poszukiwaniu nowych doznań. Znalazłem się w innym mieście, blisko sto kilometrów dalej. Tam też istniała kraina burdelowo. Pod podanym adresem ujrzałem opaloną w solarium blondi o urodzie klubowej dzidzi. Jej opalone cycki pamiętam do dziś. Pukałem ją z przodu, z tyłu, bokiem, siedząc i leżąc. Tak było do pierwszego finału, druga runda przebiegła pod znakiem ujeżdżania. Dosiadła mnie, niczym rasowa cowgirl. Po wszystkim porozmawialiśmy o modnych wtedy imprezach techno.

Szczupła lga

Na jej piczy wyćwiczyłem swój język. Wszystko zaczęło się w pewien niedzielny wieczór. Znudzony buszowałem po Internecie, nie było Strony, nie było Szwagrów, nie było niczego. Porno strony i oficjalne witryny miejsc schadzek. Strony zrzeszające amatorów lodów w ramach deseru dopiero raczkowały. W końcu natrafiłem. Niewyraźna fotka i numer telefonu. Zadzwoniłem i okazało się, że jak najbardziej,  przyjmuje w mieszkanku prywatnym, które znajdowało się na ulicy, której nie potrafiłem zlokalizować. Okazało się, że to drugi koniec miasta. Ubrałem się i wyszedłem w mrok jesiennego wieczoru. Przemierzałem ulice i skwery. Wsiadłem w końcu do tramwaju i pomknąłem w kierunku dzielnic, które były obce.  Wykorzystując swój wrodzony urok, spytałem kobieciny w tramwaju, jak dotrzeć pod wskazany adres. Okazało się, że to dalej niż myślałem. Po wysiadce z tramwaju czekało mnie jeszcze około pięciu przystanków autobusem. Grozy dodawał fakt, że byłem w dzielnicy, gdzie łatwo po mordzie oberwać i wrócić bez telefonu. Jechałem autobusem i coraz bardziej ogarniał mnie niepokój. Nie ma co, sam pchałem się w gips. Ale nie zawróciłem, byłem na szlaku i wiedziałem, że nie mogę z niego zawrócić. Trudno, co będzie, to będzie. Przystanek na którym musiałem  wysiąść nie wydawał się bardzo zniszczony. Spodziewałem się scenerii prawdziwych slumsów, jednak nie. Spokojnie rozejrzałem się po tabliczkach na blokach. Jest! Nazwa ulicy pasuje, pozostało odnaleźć numer. Chodząc po osiedlu, cały czas konspiracyjnie oglądałem się za siebie, czy przypadkiem jakaś grupa nie zauważyła obcego. Znalazłem  numer bloku, poszukałem klatki z odpowiednim numerem. Moja ekscytacja sięgała czubka głowy, kiedy stałem przed drzwiami. Dotknąłem przycisku nieopodal drzwi. Drzwi otworzyły się, płonąłem z ciekawości, kto to będzie. Otworzył facet z ciemnymi wąsami. Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć, ani co zrobić.

– Tak? – Mina faceta nie miała groźnego wyrazu, bardziej był zaciekawiony.

– Dobry wieczór, jest Magda? – Tylko to mi przyszło do głowy.

– Nie, to pomyłka, nie jest pan pierwszy. Ktoś niedokładnie podaje adres.

Poszedłem jak po zmyciu.

CDN

W labiryncie Burdelowa 3.2

Miała szramę po cesarce, była miłą trzydziestoparoletnią kobietą. Po seksie nawet zamieniliśmy kilka zdań. Twierdziła, że jest absolwentką resocjalizacji, opowiadała o praktykach w więzieniu. Twierdziła, że miała kontakt z prawdziwym kanibalem, ciekawe. Nie ona pierwsza, i nie ostatnia. Jakoś dziwnie, znaczny odsetek dziewczyn za pieniądze zajmował się resocjalizacją. Okazało się, że nie było to wcale dalekie od prawdy. Po prostu wiele z nich zaliczyło odsiadkę krótszą lub dłuższą. Stąd znajomość resocjalizacji i więziennych praktyk. Rudowłosa szczupła, była receptą na piątkowy marazm. Pamiętam tylko trochę sztucznego postękiwania. Blondyna z seksownymi biodrami była ukojeniem w mroźny poranek. Nie mogłem się rozgrzać, dlatego zacząłem pocierać fiutem o jej uda. Sama zaproponowała, że jeśli mnie to rozluźni, to mogę pocierać o jej cipkę. Miękkość i ciepło postawiły mój korzeń w całej okazałości. Na chwilę popadłem w trans i  powolutku zacząłem zbliżać usta do jej piersi, które były całkiem okazałe. Wsparty na ramionach, zacząłem poruszać biodrami. Mój penis znalazł się niebezpiecznie wejścia do jej cipki. Na chwilę zapomniałem o całym świecie. Poczułem ogarniające ciepło na kutasie. O mały włos złamałbym podstawowe przykazanie burdelowa, uprawiałbym seks bez zabezpieczenia. Na szczęście poprzestałem na „koniuszku”. Ostatecznie wybrałem „drugą dziurkę”, w gumie. Róża, dwudziestoparolatka o przeciętnej urodzie twierdziła, że pracuje przy rozkładaniu towarów w Tesco. Ciałem dorabia, bo mało płacą. Rozpadające, skrzypiące łóżko miało swój klimat, kiedy ją rypałem. Czasem zastanawiałem się, czy kiedyś się rozpadnie. Lubiłem posuwać ją mocno i szybko. Wtedy wydawała charakterystyczne „oohouh, oouhh”. Mirela była szczupłą szatynką, otwartą na każdą propozycję, wszystko podsumowywała jednym zdaniem: „skoro tak lubisz”. Magda była biuściastą, postawną brunetą. Otwarta i rozmowna. To ona powiedziała mi, że znaczny odsetek div ma za sobą epizod w ZK. Sama miała za sobą cztery miesiące do rozprawy i wyrok w zawieszeniu za pobicie. Jak sama mówi, nie przeszkadza jej to. Kręcą ją kolesie w dziarach i co najmniej „pietnastakiem” na koncie. Skorzystałem z każdej dziurki a wszystko dzięki szkoleniu w innym mieście. Alutka, niemiłosiernie szczupła, niezbyt miła. Jej cycki wydawały się być mikroskopijne, jak żelki Harribo Lubiłem ją posuwać z „nogami na pagonach”, fajnie pracowała biodrami. Mimo tak szczupłej budowy, była niesamowicie pojemna. Tęgawa Iza była przyjacielsko nastawiona, ale na anatomii znała się umiarkowanie. Punkt G umiejscowiła co najmniej nie tam gdzie trzeba. Zakończyliśmy ciekawym akcentem. Jej dwa palce ubrane w condom, odrobina lubrykatu i penetracja mojej dupy. Jednocześnie sam się brandzlowałem. Trysnąłem na jej cyce. Po wszystkim zapaliliśmy, zjedliśmy kilka herbatników i wypiliśmy herbatę owocową. Drogę powrotną do mieszkania zapamiętałem przez dziwne uczucie w odbycie. Elżbieta była brunetką, która miała warkoczyki jak siostry Williams. Było coś niecodziennego w seksie z nią. Pewien rodzaj „czegoś więcej”.  Nie dało się nie wyczuć penisem szyjki jej macicy. Było to tak namacalne, że musiało przykuwać uwagę. Jak później powiedziała zostało jej tak po porodzie. Jak sama powiedziała, wie, że to działa na facetów. Po wszystkim kawa i miłe pogaduchy, to ona zdradziła mi dużo z zakresu swoich doświadczeń zawodowych. Zapamiętałem, że kupiła już mieszkanie w Poznaniu i teraz zbiera na czarne BMW. Zdradziła mi, że woli małe miasta, gdzie często nie ma w ogóle konkurencji. Mini wykład ekonomiczny zapadł mi w pamięci.

W labiryncie burdelowa cz. 3.0

 

 

Półwiecznik

Ją odwiedziłem pewnego chłodnego wieczora. Byłem u znajomych. Pracowaliśmy nad prezentacją dotyczącą nowych modeli w zarządzaniu. Nie pamiętam, Kiedy odpłynąłem myślami. Chyba w połowie naszej pracy. Tak po prostu. Dźwignia w mojej głowie sama się przestawiła. Co mogło być tego przyczyną? Wdzierająca się do mojej głowy nuda, czy piersi Justy, które, tak jakby postawiły sobie za cel, cały czas prześladować moje oczy. Uwięzione w czarnym wełnianym sweterku zdawały domagać się wolności. Justa pojawiła się kiedyś na imprezie. Chciałem ją zaliczyć, ot tak dla sportu. Chyba nie była zainteresowana. Nią z kolei zainteresował się Misza. I tak, Justa przestała być kobietą, została kobietą najlepszego kumpla. Tym sposobem stworzyliśmy jedną z najbardziej pokręconych paczek na studiach.

Z mieszkania Justy wyszedłem po siódmej. Było ciemno. Zimny wiatr zdawał się wyganiać wszystkich z ulic do mieszkań, zupełnie, jakby przestrzeń między budynkami należała do niego. Tylko do niego. Misza został u Justy. To dobrze. Zdzwoniłem do Kaśki, pytając, czy wypije ze mną piwko. Zawsze padało to pytanie. Oboje wiedzieliśmy, że piwo jest najmniej ważne, to pretekst. Lubiliśmy poudawać. Zawsze spotykaliśmy się na piwo i tak jakoś wychodziło, że lądowaliśmy w łóżku. Tak przez ponad rok. Zaczęło się banalnie. Studencki klub. Po pierwszej. Ja zamroczony piwem i oparami papierosowymi, szukający ukojenia dla mojego druha. Niska, raczej o przeciętnej urodzie, biorąc poprawkę na wypite piwo, może być. Podszedłem, rozmowa o niczym, kolejne piwo. Wychodzimy. Łatwizna. Po raz pierwszy, tej nocy doświadczyłem, czym jest przeterminowana prezerwatywa. Poważnie, nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Co jeszcze ciekawsze doznałem wtedy olśnienia. Dziewczyny po dwudziestce, czyli dorosłe kobiety, mogą być cholernie nierozbudzone seksualnie. Kaśka na ten przykład nie wiedziała czy jest podniecona.

– Czuję spięcie w brzuchu i stoją mi suty. To chyba jestem gotowa.  – Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Pewnie, gdyby nie stojący maszt, chętnie bym z nią na ten temat porozmawiał.  – Nigdy nie wiem, czy już jestem podniecona – kontynuowała.

Kilka naszych spotkań i już wiedziała kiedy jej ciało domaga się seksu. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że po kilkunastu miesiącach, kiedy nasza relacja dobiegła końca. Katarzyna była w pełni rozbudzoną, świadomą każdego impulsu płynącego z jej ciała. Z pewnością, zostawiłem ją lepszą niż zastałem.

Trzysta metrów dalej, w szarym bloku, za drzwiami obitymi tandetną sklejką, czekały na mnie doznania. Z Kaśką umówiłem się przed dziesiątą. Mam wystarczająco dużo czasu. Wiatr niemile mnie połaskotał. Zapiąłem kurtkę. Wyjąłem telefon. Zadzwoniłem, pytając, czy mogę podejść za dziesięć minut. Mogę. Świetnie. Wiatr wieje coraz mocniej, jakby mnie poganiał, albo wręcz przeciwnie, jakby mnie stąd wyganiał. Idę znajomą droga po raz, no właśnie ile razy już tędy szedłem. Ile razy przemierzałem tą trasę, drogę po doznania, drogę po przyjemność, po zapomnienie. Przy pięciu blokach, sprytnie umiejscowionymi między wolnostojącymi domami stoi krzyż. Zawsze kiedy go mijam w głowie odradza się pytanie: czy jeśli powiedziałbym kiedyś, że żałuję, będzie mi wybaczone? Czy modlitwa grzesznika ma sens? Jaki sens ma spowiedź, jeśli nie ma żalu za grzechy. Te myśli zajmują kilkanaście sekund, może minutę. Przechodzę obok kolejnych, szarych, kilkupiętrowych bloków. W świetle ulicznych lamp widzę karuzelę i huśtawkę. Mikroskopijny plac zabaw. Mój plac zabaw jest w ostatniej klatce. Pukam do drzwi. Te kilkanaście sekund napełnia mnie seksualnym napięciem. Ciekawe z kim dziś będę. O ile wiem [przyjmuje tu trzy albo cztery divy. Już poza głównym nurtem, ale jeszcze przydatne. Tanie i przydatne. Słyszę chrzęst zamka. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta. Sceneria jest ciągle ta sama. Ciemny przedpokój, dalej, skromnie oświetlony pokój. Dywan, zakurzony, meblościanka i rozkładana wersalka. Obok wersalki ława, na której leży pudełko chusteczek nasączanych, budzik i dwa sreberka – kondomy. Patrzę na kobietę. Jest stara. Po pięćdziesiątce. Wiem, że to mieszkanie ma kilka ogłoszeń. Ta pewnie jest z ogłoszenia: „dystyngowana pięćdziesięcioletnia „. Spod farby na włosach wyłania się siwizna. Twarz, pokryta maską zmęczenia zmieszanego z rutyną, świadczy, że wiele takich chwil jak ta przeżyła. Skóra na jej szyi i ramionach jest pomarszczona. Patrzę na zwykłą, starą bladź. Daję jej pieniądze i zaczynam się rozbierać. Wychodzi z pieniędzmi i wraca po chwili, również ściąga sukienkę na ramiączkach. Zostaje w staniku, który sprawia wrażenie zakurzonego i czarnych pończochach. To pewnie ten atrybut „dystyngowanej”. Zdejmuje stanik, ukazując dwie niewielkie piersi. Dziwne. Ma obwisłą dupę, brzuch też, mimo, że jest szczupła, a cycki jeszcze sterczą, niczym ostatnie wspomnienie lat świetności. Kobiece ciało, nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Stoję tylko w slipach. Zdejmuję je. Podchodzę do wersalki, diva siedzi. Z wprawą bierze mojego miękkiego druha. Zaczyna mnie pieścić. Masować, głaskać, delikatnie odsłania główkę. Obsypuje całe krocze pocałunkami. Druga ręka zajmuje się jądrami. Jest całkiem przyjemnie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że z wiekiem kobiety, a zwłaszcza prostytutki stają się bardzo ckliwe w swych pieszczotach. Młode podchodzą do sprawy technicznie . Bez jakichkolwiek uczuć. Te starsze potrafią niemal z matczyną troską zająć się tym i owym. Oczywiście w trakcie całego aktu potrafią przemieć się w prawdziwe wampirzyce. To wszystko, jednak wymaga lat warsztatu.

CDN

(P)o pewnej drabinie

Warto sobie zadać takie pytanie: czy świat płatnych doznań i przyjemności, a może i płatnej miłości ma swoją hierarchię? To środowisko, podobnie zresztą, jak każde inne zbiorowisko ludzi, ma swoją drabinę. Drabina ta, jest o tyle specyficzna, że przesuwanie się po niej, odbiega od norm i zasad, które rządzą podobnymi drabinami.

Dowolna, społeczna drabina, po której ludzie wspominają się z mozołem wygląda mnie więcej tak samo. Startujesz od dołu, od samego dołu. Z punktu zero zaczyna każdy. Człowiek jest młody, nabywa doświadczenia, powoli i systematycznie, szczebel za szczeblem pnie się w górę. Dochodzi się do pewnego szczebla.

Jeśli masz wolę, jesteś zdeterminowany, to pniesz się dalej, szczebel, po szczeblu. W końcu wchodzisz na sam szczyt tej drabiny. Jesteś autorytetem w danej dziedzinie. Wejście na sam szczyt tej drabiny kosztowało. Największą daninę zapłaciłeś w jednej walucie. Ta waluta, to czas. Podobnie wygląda niemal każda drabina, dojście na szczyt kosztuje, z reguły – czas.

W krainie doznań za pieniądze jest nieco inaczej. Nowicjuszka, załóżmy, że zaczyna po dwudziestce, już jest nieco powyżej połowy, powiedzmy, że jest gdzieś na wysokości trzech czwartych takiej drabiny. Wszystko zależy od niej. Jeśli zainwestuje w siebie, jest dobra w łóżku (tak, zdarzają się prostytutki kiepskie w łóżku), to w przeciągu trzech, może czterech lat, jest w stanie dojść na sam szczyt albo w jego pobliże. Może też być inaczej, dziewczyna będzie ładna i uzna, że to wystarczy. Bardzo szybko zacznie schodzić z tej drabiny, do poziomu 30-40 procent. I tak już zostanie. Drabinę kariery w prostytucji, od innych drabin odróżnia, oprócz startu, mniej więcej z połowy, jeszcze jedno, bardzo ważne, prawo. Tu czas jest wrogiem. Z biegiem czasu, każda dziewczyna, czy kobieta zarabiająca własnym ciałem dojdzie do tego, że zaczyna tracić na wartości, i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Czynnikiem, który przyspiesza ten stan, jest też tryb życia. Niestety, w tej profesji alkohol, papierosy, a czasem, narkotyki, to coś powszedniego, a to wszystko się odbija.

Przyjrzyjmy się tej drabinie

Na samym dnie plasują się uliczne prostytutki i tirówki. Jeśli chodzi o panie, które zwane są potocznie ulicznicami, to najczęściej, niestety, panie, które dobijają do wieku emerytalnego w tym fachu. Do tego dochodzi problem z alkoholem i ogólne zmęczenie materiału. Oczywiście są młodsze, ale prawie zawsze towarzyszy im jakiś defekt. Najczęściej jakaś patologia, narkotyki, konflikt z prawem, różnie. Wśród Szwagrów panuje przekonanie, że w tych przypadkach najczęściej złapać jakiegoś kalafiora. Ja uważam, że to działa w obie strony. Do takich kobiet i dziewczyn przychodzą różni śmierdziele i tak koło się zamyka. Spotkać je można raczej tylko w większych miastach. Wskazówka: uważać, lepiej uważać.

Tirówka, nie wiem, czy termin ten występuje poza językiem polskim. Grzybiarki, jagodziany, dziewczyny przydrożne, różnie je nazywają. Jeśli ktoś pragnie zasmakować w obcym ciasteczku, to jak najbardziej. Nie znam statystyk, ale najwięcej jest Bułgarek, młode, stare, ładne, brzydkie, co, kto lubi. Radziłbym uważać na „nasze” tirówki. Według reguł, na trasę wydalane są te, które miały pecha, albo po prostu były głupie i z jakiegoś względu znacząco straciły na wartości rynkowej, na przykład są zarażone. Nie oznacza to, oczywiście, że inne narodowości są odporne na różne świństwa, ale dla dziewczyn „ze Wschodu”, praca przy drogach, to pewien sposób na życie i wiedzą, że wszelkie niechciane „przygody”, mogą je wyautować z biznesu.

Kolejny szczebel, to grupa, którą roboczo można nazwać „dziwki i burdele”. Ktoś może powiedzieć, że przecież tirówka, ulicznica, dziwka, prostytutka, to synonimy i chodzi o to samo. Jednak nie. Wszystko wyjaśnię, zostańmy na razie przy dziwkach. Dziwka, konkretnie tania dziwka, w hierarchii stoi wyżej od tirówki, czy ulicznej kurwy, ale z racji urody, bądź wieku, już jest, niejako poza głównym obiegiem, dlatego utrzymuje się w branży dzięki cenom. Takie dziwki, mogą urzędować w prywatnych mieszkaniach – najczęściej to tanie nory, gdzie czas zatrzymał się na piecyku gazowym i meblościance z Polski Ludowej. Mogą też grupować się w stada i tworzyć coś, na kształt burdelu. Uwaga ! Nie tylko wiek jest tu narzędziem pomiarowym. Chodzi o całokształt: urodę, zadbanie, umiejętne zaprezentowanie się. Spotkałem kilka młodych, tanich dziwek. Pamiętam, jak Przemo, jeden z kumpli, łkał miesiącami, po rozstaniu z dziewczyną. Jestem dobrym człowiekiem, dlatego postanowiłem, że pomogę mu, tak jak potrafię najbardziej. Zabrałem go na dziwki. Taksiarz zabrał nas do dzielnicy peerelowskich kamienic. Na samym końcu uliczki duży sześcian oknami. I nazwa przybytku na tandetnej tabliczce ze sklejki. W środku, lichy bar, obdarte sofy i kilka dziewczyn do wyboru. W wieku do trzydziestu kilku lat. Obraz nędzy i rozpaczy. Przepite, zaniedbane w pogniecionych ciuchach. Zamglonym wzrokiem błądziły po nas. Wyszliśmy stamtąd jak oparzeni. To był typowy, tani burdel.

         Kolejny stopień, to tak zwane prostytutki i agencje towarzyskie. Wiadomo, że w agencjach towarzyskich pracują też prostytutki, ale pojawienie się mieszkań z paniami lekkich obyczajów spowodowało pewien rozłam. Tak zwane agencje towarzyskie, night cluby to lokale, gdzie można wypić drinka, porozmawiać z panią (po uprzednim postawieniu drinka), w końcu pójść na górę. Mała ciekawostka: większość takich agencji, chce uchodzić za night cluby(takie jak w Ameryce), gdzie dziewczyny „tylko tańczą”, mamy też takie, ale o tym za chwilę, większość lokali, to po prostu burdele, ale w lepszej scenerii. Czasem jest jacuzzi.

Mieszkania to wymysł dwudziestego pierwszego wieku. Nie pamiętam, aby wcześniej, coś takiego bywało. Mieszkania, to iluzja. Jedna wielka iluzja. Po pierwsze klient, który idzie do takiego mieszkanka, ma o wiele większe szanse pozostania anonimowym. Gdyby wybrał się do agencji i zobaczył tam kogoś znajomego byłby spalony. Tu, w razie czego, zawsze może coś ściemnić. Obalić należy jeszcze jeden mit. Mit dziennikarski o studentkach dorabiających sobie własnym ciałem. Idzie sobie taki jeleń, jeden z drugim, na mieszkaniówkę i okłamuje SAM siebie, że dziwki nigdy ni posuwał, ale studentkę, prawie wyrwał, no bo w końcu, był u niej w mieszkaniu. Biedni naiwniacy.

Obok mieszkań, klasą średnią (w tej społeczności) są agencje towarzyskie. Najczęściej lokale określane mianem „night club”,albo salon masażu lub jeszcze inaczej (mnie urzeka określenie klubu dla dżentelmenów). Idea jest taka. Miejsce mające sprawiać wrażenie ekskluzywnego. Drogie alkohole, dziewczyny atrakcyjne, przynajmniej atrakcyjniejsze od tych w burdelach niższej ligi. To, co odróżnia agencję towarzyską od night clubu, to podejście do seksu. W agencjach, rozmowa, czy taniec (przy róże, lub jakkolwiek), ograniczone są do minimum. Ma to być, tylko grzecznościowy wstęp, żeby tylko iść na górę. W night clubach jest inaczej. Cała zabawa polega na tym, że dziewczyny tańczą, ładnie, powabnie i profesjonalnie. Zagadują, namawiają na drinki, pokazują cycki. Kiedy jeleń, ogłupiony cyckami i drinkami, staje się niczym plastelina, dziewczyna składa propozycję. Pokój dla VIPów. Z reguły, taki jeleń, bywał w podobnych przybytkach i VIP pokój, kojarzy tylko z jednym. Z posuwaniem. Kładzie kasę na ladę i chodu, do góry. A tu, niemiła niespodzianka. Bardzo często okazuje się, że w pokoju dochodzi do tańca (tylko?!). Tak, tylko. Jeleń się awanturuje, ochrona reaguje i mamy niemiłą sytuację, gdzie nie wiadomo, kto tak naprawdę winien. Dziewczyna, twierdzi, że tylko zmysłowo opisała, jak wykona taniec, klient, twierdzi, że liczył chociaż na lodzika. Awantura, szkoda gadać. Oczywiście, to nie jest reguła, są dziewczyny w takich klubach, które  dadzą, ale za wielokrotność stawki, jak obowiązuje.

Taką rozrywką dla bogatszych, na miarę night clubu, ale nieco bardziej kameralną są call girl, świadczące usługi na wysokim poziomie. Kilka lat temu, w prasie pojawił się artykuł, gdzie dziennikarze starali się dociec, co oznacza ten nowy, w branży termin. Przypuszczali, że to po prostu kolejny, ugrzeczniony synonim słowa „kurwa”. Tak jednak nie jest. Dziewczyny na telefon (oczywiście, z burdelu też można zamówić lalkę na telefon, ale to nie to samo), to dziewczyny z czołówki. Bardzo atrakcyjne, mające zadatki na modelki. Zgrabne, jeśli nie posiadają wykształcenia formalnego, to nadrabiają osobowością i życiowym doświadczeniem. Jednym słowem towarzystwo takiej kobiety, to sama przyjemność. Gustowna, jej bielizna, to coś ekskluzywnego, nie fatałaszek kupiony na straganie, powabna. Cechą charakterystyczną call girl jest to, że raczej nie umawia się na numerki, czyli godzinkę, dwie. Raczej noc lub wieczór plus noc.

Oczywiście to nie wszystkie gatunki i rodzaje pań do towarzystwa. Jest jeszcze cały przemysł seksualny. Sex shopy, peep showy, gdzie za mniejszą lub większą kwotę można skorzystać z kabiny life. Nie zapominajmy o hotelowych kurwach lub cichodajkach. Nie zapomniałem o sponsoringu, który w pewnym filmie został nieco przeinaczony. Gimnazjalistki chodzące po galeriach handlowych i proponujące loda za spodnie, to ewenement, margines. O wiele bardziej rozpowszechnione są relacje, które można nazwać układem (bez podtekstów politycznych). Starszy albo dobrze sytuowany facet jest w relacji (bo raczej związkiem tego nie można nazwać) z kobietą, którą obsypuje podarkami. Mogą to być drobne kwoty albo coś innego. Kolega, pracujący w salonie jednej z sieci komórkowej opowiadał mi, jak przyszła do niego pewna dziewczyna mniej więcej w wieku dwudziestu lat, z facetem pod pięćdziesiątkę.

Najpierw rozmowa z laseczką. Wypytała mnie o telefony, abonamenty. Co będzie miała i za ile. Popatrzyła na w miarę drogi telefon i pyta mnie w jakim abonamencie będzie tak do dwóch stów. Wszystko jej wyjaśniłem. Jak już obejrzała telefon, to mówi, że ok i kiwa na faceta, który stał przed salonem. Wchodzi i nic nie mówi. Nie wiedziałem, o co chodzi, to proszę laskę o dowód. A ta odpowiada, że nie na nią będzie umowa, pytam na kogo. Trzy sekundy kłopotliwego milczenia i pada odpowiedź: na wujka. Patrzę, więc na faceta. Kolejne pięć sekund kłopotliwego milczenia, w końcu młoda warczy: „daj dowód.” I facet zrozumiał, że jest wujkiem….

 Bardziej zaawansowaną formą sponsoringu jest instytucja utrzymanki. To relacja podobna do relacji rodzic – dziecko, gdzie jedna ze stron przejmuje rolę rodzica, w stu procentach finansując tę drugą stronę. Ta druga strona, niczym dziecko, w stu procentach opiera swoje (finansowe) jestestwo, na ekonomiczny rodzicu. Nie muszę dodawać, że od układu rodzicielskiego odróżnia się to jednym szczegółem – rżnięciem.

Legendy, legendy, legendy

Tu, w tym i tak na wpół tajemnym świecie również krążą legendy. Nie będę opowiadał bajek rodem z filmów pt. „Hostel”, bo z czymś takim się nie spotkałem. W środowisku Szwagrów, krąży jednak legenda o domku pod miastem. To zwyczajny dom. Nie ma tam zarejestrowanej działalności. Wtajemniczeni wiedzą. Dostać się tam można tylko poprzez kogoś. W domku tym żyją kobiety. Każda o urodzie modelki bądź aktorki i figurze instruktorki fitness. Obok walorów fizycznych, każda posiada wykształcenie i nie mówimy tu o kursie dla pielęgniarek (nie ujmując pielęgniarkom), ale o gruntownym, uniwersyteckim wykształceniu, które poparte jest wiedzą i obyciem. Towarzystwo takich kobiet można sobie kupić. Na weekend, na jeden event, na tydzień wakacji lub ferii. Zasady są proste. Płacimy wynagrodzenie dzienne (słyszałem o stawkach powyżej średniej krajowej – mam na myśli miesięczne zarobki) oprócz tego, musowo trzeba zabrać taką dziewczynę na zakupy: kreacja, biżuteria, czy perfumy, to dodatek, bonus.

Czy tak jest, czy nie, trudno powiedzieć, nigdy tam nie byłem, ale o tym słyszałem. I jako Wasz oddany kronikarz z burdelowa, o tym piszę.

Zuza cz. 1

W mieście jest nowa i ma zostać wypróbowana.

***

Przekroczyłem tę niewidzialną granicę. Sam nie wiem kiedy. To subtelna i płynna granica. Wielu starało się wytyczyć ją precyzyjnie. Nikomu się nie udało. Mówię o atrakcyjności. Stałem się atrakcyjnym facetem. Może zawsze nim byłem? Nie wiem.

Kiedy masz kilkanaście lat i jesteś na młodzieńczym etapie życia dostrzegasz coś. Dostrzegasz, że oprócz wszystkich bogactw na tym świecie jest coś jeszcze. Pewna wartość, jeszcze jedno bogactwo, które trudno zmierzyć surowcem lub walutą. To świadomość i aktywność seksualna. Jak każdą dziedzinę życia, tę też może charakteryzować dostatek, jak i skrajne ubóstwo. Granicą do tej krainy jest atrakcyjność. Co ciekawe, atrakcyjność, której mówię, nie zawsze jest tożsama z atrakcyjnością fizyczną. Ale to temat na inne rozważanie. Nie wiem jak przekroczyłem granicę. W pewnym momencie po prostu to wiesz. Widzisz to w spojrzeniach ludzi – kobiet.

 Właśnie tego doświadczam. Siedzę w pubie. Loża naprzeciwko baru. Piję piwo i myślę. Przy barze trzech leszczy. Każdy po kolei zagaduje do barmanki. Pewnie nazwą to podrywem albo rwaniem. Ja to nazywam stękaniem. Stękaniem tak prymitywnym, że ja subtelniejsze dźwięki wydaję przebywając w WC. Barmanka. Typ zwyczajnej kobiety. Ani gruba, ani chuda. Bez zbędnego makijażu, spięte włosy (kolor naturalny). Kobieca figura, obfity biust napierający na beżową bluzkę a`la polar. Ładna dziewczyna. Za godzinę dowiem się jak ma na imię. Za kilka wieczorów odprowadzę ją do domu po pracy i zostanę na noc. Ten fakt sprawi, że będziemy nieco zażenowani obrotem sprawy. Żeby nie komplikować przestanę odwiedzać pub. Ale teraz siedzę przy piwie i leniwie spoglądam w kierunku baru. Napotykam spojrzenie barmanki. Otwiera usta i wydaje dźwięki tak, że leszcze przy barze ulegają złudzeniu rozmowy. Ale spojrzenie ponad nimi i leciutki uśmiech mówiący „my przeciw nim” wystarczy abym miał pewność, że emocjonalnie siedzi ze mną w loży.

Kiedyś wiele bym dał za taką sytuację. Dziś, po prostu ma miejsce. Może prawdziwa jest teza, według której, wystarczająca ilość seksu w życiu powoduje, że nie wysyła się sygnałów seksualnego głodu. Tym samym jest się atrakcyjniejszym (bo kto lubi seksualnych frustratów). Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Natomiast, jeśli chodzi o seks, to lubię go porównywać do jedzenia. Podobieństw jest tak wiele, że o tym też napiszę, później. Bardzo modne, w ostatnich latach jest eksperymentowanie z dietami i wszelkie majsterkowanie przy jadłospisie. Liczenie kalorii, głodówki, koncentracja na takim produkcie, a unikanie innego. Zauważcie, że z seksem jest podobnie. Ilość artykułów, porad i najprzeróżniejszych opisów, stwarza złudzenie, że całe społeczeństwo żyje wyłącznie seksem. Właściwie, to panuje tu dziwna korelacja. Koncentrujemy się, albo na tym, co mamy w talerzu, albo na tym co (i z kim) robimy w wyrze.

***

I właśnie o tym wam opowiem. Lecz nie będzie to jakaś tam opowiastka o jedzeniu i ciupcianiu. Opowiem wam o podziemnym życiu. Tak pełnym i tak pustym zarazem. „Strona”, „Forum”, „Diva”, „Szwagrowie”, „Cyfry”, „Ustawka” (nie chodzi o kiboli), „FBG”. Te słowa jeszcze nic dla was nie znaczą. Jeszcze. Ale poczekajcie. Dla mnie stanowią ostatnie dziesięć lat życia. Tak szczelnie je wypełniły, że nie było miejsca na nic ważniejszego. Z czasem i dla was pewne słowa nabiorą znaczenia i zanurzycie się w pustym świecie przepełnionym doznaniami. Zobaczycie. Jeżeli czytając to zastanawiacie się, czy jest to kolejny blog z porno opowiastkami, to was rozczaruję. Potraktujcie to, raczej jako pewien przewodnik. Przewodnik po krainie, którą, żeby poznać, nie wystarczy odwiedzić, trzeba ją chłonąć, każdą cząstką ciała. A w końcu zapłacić cenę.

***

Dzień jak każdy. Koniec pracy. Sprzątam biurko i wychodzę. Wracam do swojego mieszkania. Małe zakupy po drodze. Wychodząc ze sklepu otwieram puszkę wiśniowej coli. Mimo, że minęły lata, pamiętam wszystko, dosyć dokładnie. Końcówka maja – ciepło. Myślę o Arku, koledze z pracy. Na przerwie zagadał o mnie o swoim internetowym odkryciu – Stronie. – No wiesz, taka stronka, gdzie ogłaszają się panny. Studentki, mężatki, no wiesz ruchanie za kasę. Nie odpowiedziałem za wiele. Kiwałem głową i pomrukiwałem. Mało rozmawiam z Arkiem. Według mnie prostak, który swoje prostactwo uznaje za bycie czarującym. Czasem się zastanawiam, jak może zajmować się klientem biznesowym będąc takim chamem. Ale co ja – głupi, sam szukam zagadek do rozwiązania. Tu rozwiązanie jest wręcz banalne. Większość ludzi w tym kraju to chamy, więc pewnie traktują go jak swojego.

Kiedy opowiada mi o stronce, w głowie pojawia się myśl: „czyżby kolejny szwagier dołączył do szacownego grona, które za najlepszy deser uznaje lody?” Wróciliśmy, każdy do sowich obowiązków i moje myśli powędrowały do klientów. Teraz wracam myślami do naszej rozmowy. Dlaczego akurat mnie o tym powiedział? Czytałem kiedyś „Mury Hebronu” Stasiuka. Stary garus, edukuje małolata: grypsujący zawsze pozna grypsującego – to po prostu widać „po mordzie”. Czyżby, tu było tak samo? Może Arek nie jest       ( nie będzie) debiutantem? Może to jeden ze Szwagrów? I rozpoznał mnie, a ta krótka rozmowa miała dać mi do zrozumienia…coś.

Jestem w mieszkaniu. W ramach obiadu mrożone warzywa z patelni. Po obiedzie pełen relaks. Lubię nic nie robić. Jakby nie to, że zdechłbym z głodu, to nie ruszałbym się z mieszkania. Włączam komputer, uruchamiam przeglądarkę i wchodzę na Stronę. Dziesiątki kolorowych obrazków, pod każdym Kika linijek tekstu. Gdzie niegdzie, komentarze.  Nie myślę o tym co robię, działam automatycznie. Przeglądanie Strony jest dla mnie niczym rutynowa prasówka dla dziennikarza.  Na Forum pisali o nowej. Podobno przyjmuje niedaleko. Jest. Zuza. Ciemna blondynka, przy kości, podobno osiemnaście lat. Nie jest droga. To podejrzane. Jak dziwka jest tania, to prawie na pewno nie grzeszy urodą. Co mi tam. Po obiedzie lodzik będzie dobrym deserem. Wystukuję numer, w słuchawce słyszę dziewczęcy głos. Szybka ustawka. Faktycznie przyjmuje niedaleko.

Ustawka w żargonie Szwagrów to telefon do dziwki, omówienie wstępnych warunków: co i za ile. I najważniejsze: słyszymy adres i umawiamy się mniej więcej na godzinę. Sama ustawka jest punktowana u Szwagrów, ale o tym kiedy indziej.

Moja świadomość działa w niewielkim procencie. Znam procedurę, jak pisałem, to rutyna. Nie myślę. Działam. Ubieram się i wychodzę. Piętnaście minut i faktycznie jestem pod umówionym adresem. Jeśli powiedzenie, że fiut kimś rządzi nabiera mocy, to właśnie w takich chwilach. Nie myślę, nie czuję i nic mnie nie obchodzi. Podążam za radarem w gaciach. Kolejny telefon. Numer mieszkania. W tym momencie jestem oderwany od rzeczywistości – po prostu mnie nie ma. Widzę tylko kolejne klatki i numery mieszkań na domofonach. Mam…