Iza zamiast niedzielnego rosołu

W studenckich mieszkaniach, dniem postawionym na głowie jest niedziela. To postawienie polega na tym, że studencka niedziela, przebiega inaczej, niż niedziela w domach powiedzmy zwyczajnych. Najpierw wstają rodzice: poranna toaleta, śniadanko; później wstają dzieci. Jeśli nieco starsze to odsypiają gorączkę sobotniej nocy. Młodsze odpoczywają od szkolnych trudów. W konserwatywnych rodzinach zalicza się niedzielny kościół, i każdy chciwie łapie ostatnie wolne chwile wolnego czasu. Gdzieniegdzie pojawia się niedzielny obiad u dziadków. To  zjawisko nazwałbym polską niedzielą. Inaczej jest w  mieszkaniach studenckich. Największą różnicą jest to, że nikt nie powiedział, że niedziela jest jedynym dniem wolnym. Bo w wielu przypadkach wolne może być jeszcze trzy następne dni. I to powoduje, że nikt nie przestrzega niedzielnego rytuału. Niektórzy chwiejnym krokiem wracają, mijając idące na msze babcie, inni budzą się i właśnie otwierają poranne piwo. Ktoś uśmiechnięty wraca, bo zawarł i skonsumował sobotnią znajomość. Scenariusze są różne.

Ja nie jestem tu wyjątkiem. Też postawiłem na głowie porządek społeczny. Leniwie się przeciągnąłem. Sobotni wieczór przeminął bez uniesień. Kino z Karoliną, później impreza z chłopakami. Kapitan Planeta chciał pokazać się z nową panną. Z Renatą, która była cudownie nieletnia i tym samym pociągająca, przynajmniej dla Kapitana. O dziwo, skończyło się kulturalnie i bez żadnej draki.

Rozglądam się po pokoju i leżę, po prostu leżę. Nie wstydzę przyznać się do tego, że jestem leniem. W ciągu godziny umyłem się i ubrałem. Kilka skibek chleba z szynką i serem wystarczyło na śniadanie. Mijam na przedpokoju Miszę, który wrócił z marketu z porcją rosołową, bukietem warzyw i kilkoma drobiazgami. Chociaż on zachowywał pozory normalności.

– Jesz obiad? – Misza, mimo opinii twardziela i lubiącego burdy zadymiarza, był dobrym człowiekiem i dobrym  kolegą.

– No mogę się załapać.

– To pomagasz mi, nie ma kurwa opierdalania.

– No, ok.

W sumie, nic nie mam do roboty. Siedzimy w kuchni, wszystko przygotowujemy. Rozmawiamy o wszystkim i niczym, Głównie o dziewczynach, seksie i układach towarzyskich. Tak już jest, pewne tematy nie nudzą się nigdy. Po prostu. Zanim się zorientowałem, prawie przygotowaliśmy obiad. Pozostał do zrobienia kurczak. Z tego Misza mnie zwolnił. Zawsze on przygotowywał kurczaka według swojego tajnego przepisu i trzeba przyznać kurczak był świetny. Wiedział o tym i mimo, że zawsze pomstował, że nie będzie karmił darmozjadów, to wszyscy wiedzieliśmy, że lubił robić kurczaka. Lubił też, jak każdy kucharz, widzieć, że smakuje. W miarę jak po mieszkaniu rozchodzi się zapach jedzenia. Zaczyna mnie ssać. Głód, ale nie głód wywołany pustką w żołądku. Głód za czymś niezidentyfikowanym. Ssanie, które tak dobrze znam, a jednocześnie nic o nim nie wiem, w pewnym sensie jestem przed nim bezbronny. Ubieram się.

-A ty gdzie? – Misza z kawałkiem skóry z kurczaka w ręku, wygląda nieco komicznie.

– Skoczę po fajki.

– U mnie leżą, bierz, jak chcesz.

Kręcę głową, na znak, że nie. Nie pyta, on wie, że lubię wychodzić. Niecałą minutę później jestem na klatce schodowej. Zbiegam po schodach. Ciepły miesiąc, ciepły, ale nie gorący. Chodzę po mieście, kupiłem papierosy i tak naprawdę nie wiem co dalej robić. Powinienem wrócić do mieszkania i zjeść obiad, ale nie robię tego. Chcę czegoś. Chyba najprościej byłoby powiedzieć: „baby mi się chce”, ale czy tak jest do końca? Telefon w kieszeni zaczyna przypominać rozżarzony węgiel. Myśli niczym poboczne strumyki, tworzą jeden, główny nurt. Forum, Strona, nowe cipki, cycki, nowe doznania. Iza – młoda gruba dziwka. Czytałem, recenzja Szwagrów krótka: dla amatorów rubensowskich kształtów. To coś nowego. Nigdy nie dymałem naprawdę grubej laski.

To, co się dzieje w następnych minutach, jest poza mną. Krótka rozmowa przez telefon. Adres i cena. Krótko i na temat. Działam na autopilocie, niczym przyciągany magnesem zmierzam w kierunku nowych doznań. Bo nie ma czegoś takiego jak uczucia, są tylko doznania. Jednocześnie, jakaś część, głęboko we mnie mówi mi, że czegoś szukam.

Pukam delikatnie trzy razy. Jedna z zasad w tym świecie głosi, że nie można za głośno wchodzić na mieszkaniówkę, bo nadmiar hałasów może zdenerwować sąsiadów, a tego byśmy nie chcieli. Otwiera mi jakaś postać, w ciemnym przedpokoju. Wchodzę. Już wiedzę, gdzie mam się udać. Pokój, drugi po lewej. Drugie piętro, naliczyłem cztery pokoje. Kolejna masówka. To by tłumaczyło dlaczego otwarte w niedzielę. Nie każda kurewka przyjmuje w niedzielę. Jeśli jakaś diva ma odpowiednią pozycję, czyli pracuje sama na mieszkaniu, to często bywa tak, że wyznacza sobie godziny pracy i na ten przykład weekendy ma wolne. Nie trzeba tu wcale nie wiadomo jakiej pozycji w piramidzie, wystarczy robić swoje. W niedzielę i święta przyjmują dwie kategorie prostytutek. Pierwsza, to stare kurwy, które dosłownie przepierdoliły życie, nie mają rodzin mają tylko świat w którym wszyscy się kręcimy. Kolejna kategoria, to masówki, czyli mieszkania, gdzie przyjmuje kilka dziewczyn. Takie miejsca pracują często niemal dwadzieścia cztery godziny. Zawsze ktoś tam jest. Jak wyznała mi kiedyś pewna diva, rodzinie mówi, że pracuje w kontroli jakości, dlatego czasem chodzi na noce. Cyrk.

Wchodzę do pokoju. Łóżko, jakaś wykładzina na podłodze, stare meble przy ścianie. Standard. Iza jest młodą dziewczyną, na oko dwadzieścia sześć, maks dwadzieścia osiem lat. Jest gruba. Okrągła twarz i zwalista figura, czynią z niej umiarkowany towar, albo deficytowy towar. Chwila rozmowy. Rozmowa nie bardzo nam wychodzi. Powoli się rozbieram. Diva poszła się przygotować. Powraca po kilku minutach, które wystarczyły, żebym stwardniał. Kładziemy się na łóżku. Jej cyce i brzuch rozlewają się. Nie bardzo wiem, co z tym zjawiskiem zrobić, to na razie tylko miętoszę i ugniatam wielkie cyce. Ona leży na plecach, nic nie mówi. Ja macam ją po całym ciele, niczym archeolog, doskonale zachowanego mamuta. Pyta, czy już założyć gumę. Potwierdzam, jednocześnie w głowie rodzi mi się pytanie jak pokonam przeszkodę w postaci jej dużego brzucha. Przypominam sobie powiedzonko: „wejść za trzecią falą”, wszystko wskazuje na to, że ja też będę musiał wejść za trzecią falą. To wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Zauważa to Iza, nasze spojrzenia spotykają się. Nieoczekiwanie na jej twarze również pojawia się uśmiech. Nie jest to uśmiech przesycony rutyną, ani wymuszony. Jest pogodny i miły. Nie wiem, co o tym sądzić. Podobno grube dziewczyny mają bardziej pogodne oblicze od szczupłych koleżanek, ale ja nie do końca się z tym zgodzę. Guma idealnie przylega do mojego przyjaciela. Diva odwraca się tyłem. Wypina monstrualny zad i spiera się na łokciach. Rękami rozchylam tłuste uda. Jej srom jest duży, sprawia wrażenie wielkiej sakwy. Kilka razy pocieram ją palcami. W końcu whodzę. Przyjemne, kojące ciepło. Zaczynam posuwać, równomiernie. Olbrzymie zwały tłuszczu przede mną poddają się rytmicznym pchnięciom. Moje ruchy stopniowo stają się szybsze i bardziej sprężyste. W końcu szybkim zdecydowanym pchnięciem dobijam do końca. Dalsze pchnięcia nieco lżejsze, ale równie szybsze. Zwalniam. Ręce z bioder wędrują na jej plecy i pośladki. Gładzę ją, jednocześnie, powoli penetrując. Po kilku, może kilkunastu minutach czuję, że niebawem trysnę. Łapię za szerokie biodra i dobijam do końca raz, drugi, trzeci, kolejny. Słyszę lekkie sapanie i pojękiwanie. Dochodzę, jeszcze raz dobijam do końca. Kilka słów pożegnania i już mnie nie ma. Kiedy idę wolnym krokiem, dostaję sms: „Nie masz już jedzenia, był Mareczek i Kamil” – Misza. „Ok.” – odpisuję. Wchodzę do najbliższego fastfooda, zamawiam paszę. Jest w tym pewna symbolika. Prawdziwe, domowe jedzenie zamieniłem na śmieciową papkę. Znów odzywa się ssanie. Poszukiwanie czegoś innego  Prawdziwej miłości, innego scenariusza na życie? Wiem, że burdelowo, nie jest odpowiedzią, już nie. Więc co jest?

To pytanie dręczyło mnie długo…..

Wrzesień

Ciepły mamy jesień.

Wtedy też był wrzesień.

Piękna polska złota jesień. Podobał mi się ten wrzesień. Ciepły, słoneczny, nastrajający romantycznie. Szedłem przez park. Rozmyślałem. Kolejny życiowy zakręt. Gdzie tak naprawdę jestem. Ciągle w grze? Pamiętam inną końcówkę września. Dawno temu. Nie potrafię określić dokładnie daty. Któryś z kolejnych semestrów na studiach. Wrześniowy czas na nadrobienie egzaminowych zaległości. że Jadąc na poprawki, nie sprawdziłem prognozy pogody i dwa tygodnie chodziłem w garniturze, bo nic cieplejszego nie miałem.

Szybko się spakowałem. Podręczny bagaż, notatki, kilka koszulek, bielizna. Niewiele tego było. Zabrałem ze sobą coś jeszcze. Spory zapas niewykorzystanego nasienia i głód. O tak, głód. Po blisko trzymiesięcznej przerwie, tęskniłem za burdelowem, za tym brudnym światem, który tak intensywnie oddziaływał na każdy mój zmysł.

Powoli dopalałem papierosa na dworcu autobusowym. Resztki letniego słońca przyjemnie mnie dopieszczały. Obserwowałem ludzi. Wczesnojesienna pora, to bardzo ciekawy czas na obserwację ubioru. Ci zapobiegliwi dumnie kroczą w jesiennym odzieniu, ci odważniejsi nie wypuszczają wspomnień letnich upałów również dumnie krocząc w letnich koszulkach. I jednym i drugim jesienna pogoda płata figle. Gdy słońce schowa się za jesiennymi chmurami, a wiatr poruszy leżące liście, letniacy chuchają, dmuchają i zaczynają się krzywić ku uciesze tych ubranych. Kiedy znów słońce jeszcze nie da za wygraną i przebije się kilkoma promykami, ci cieplej ubrani zaczynają sapać i krzywić się z dyskomfortu, jaki powoduje przepocone ubranie.

Przed oczami mam prawdziwą mozaikę ubrań. Jesionki, lekkie kurteczki, bluzy, koszulki i wszystko inne. Zastanawiam się nad tym, co bardziej się zmieniło w ciągu ostatnich lat: ja, czy moje rodzinne  miasto? Niewątpliwie zmiany zaszły. Zmiany w mieście, w większości na kredyt. A zmiany we mnie?  Moja zmiana, też jest formą pożyczki, którą trzeba spłacić? Moje rozmyślania przerywa wolno sunący, biały autobus. Nie ma wielu ludzi. To dobrze. Kupuję bilet i zajmuję miejsce lekko za połową pojazdu. Siadam wygodnie. Wiem, co teraz będzie. Przez kilka minut będę obserwował trasę, a mniej więcej za pół godziny usnę. Przez sen będę próbował znaleźć najwygodniejszą pozę, jaką można znaleźć w przestrzeni między siedzeniami autobusu. Nie mylę się. Nie mija czterdzieści minut, a ja zanurzam się w półśnie.

Mija mniej więcej trzy czwarte drogi. Budzę się. Przecieram oczy i rozglądam się po wnętrzu autobusu. Ludzi jest więcej, ale i tak zostało dużo wolnego miejsca. Patrzę za okno. Nie wiem, czy to brudna szyba, czy pogoda zaczyna się psuć. Po kilku chwilach, na szybie dostrzegam maleńką, niemal mikroskopijną kroplę wody. Druga, trzecia, czwarta, piata i tyle, więcej się nie pojawiło. Zerkam na notatki. Zawsze obiecuję sobie, że czas w podróży wykorzystam jeśli nie twórczo, to chociaż pożytecznie. Nigdy mi nie wychodzi.

Mój oddech staje się bardziej ciężki. Wiem, czego to objaw. Tak, jakby mój organizm wyczuwał, że z każdym kilometrem zbliżam się do krainy fantazji u uniesień, o jakich zwykły śmiertelnik może pomarzyć. To głupota, burdelowo, jest jak wszechświat, nie ma końca. To, czego skosztowałem, najprawdopodobniej znalazłbym w innych miastach. Jednak mój mózg tak skojarzył to miasto z seksem, z dziwkami i z całym wachlarzem „tych” emocji, że nawet dziś, kiedy to piszę, miasto kojarzy mi się z „jednym”. Oddaję się przyjemnym wspomnieniom minionego roku. To dziwne. Nie  wspominam balang, poderwanych dziewczyn, czy znajomych. Wspominam świat, który jest zakamuflowany, świata, którego nie widać. Wspomnienia stają się coraz bardziej plastyczne. Ucisk w kroczu dowodzi, że moje wspomnienia odżywają. Ostatni przystanek. Za trzydzieści minut wysiądę na docelowej stacji. Moje myśli, niczym grot strzały zmierzają w jednym kierunku. Jeszcze nie dotarło to do mnie w pełni, ale moje myśli, niczym wypuszczona strzała, zmierzają w jednym kierunku. Nie można tego zatrzymać. Za myślami podążą czyny. Na szybach autobusy ląduje coraz więcej kropel. Są coraz większe. Ochłodziło się, jednak to jesień. Ostatnie minuty podróży napełniają mnie mrowiącym oczekiwaniem. Niczym dzieciak, przed rozpakowaniem bożonarodzeniowego prezentu, nie mogę się doczekać tego, co będzie, gdy dotrę na miejsce.

Wysiadam na dworcu. Na szczęście deszcz nieco zelżał. Ubieram, przezornie zabraną letnią kurtkę adidasa. Muszę załatwić zakwaterowanie w akademiku, na czas zaliczeń. Wiem, że to pilne, dopóki jest administracja, mogę to zrobić. Najchętniej jednak razem z podręczną torbą ruszyłbym na poszukiwania. Po kilku przystankach tramwajowych, docieram do akademika. Sprawy pokoju załatwiam szybko i bez problemu. Kierowniczka informuje mnie, z kim mieszkam. Nie słucham jej. Biorę klucz i idę do swojego pokoju. Zostawiam torbę i wychodzę. To dziwne. Wychodzę na zakupy, kupić coś do jedzenia. Tak przynajmniej sobie mówię. Mimo, iż wiem, że najprawdopodobniej w ogóle nie pójdę do sklepu. W tym momencie mój umysł przypomina soczewkę i skupiony jest na jednym celu.

Na ulicy dopada mnie chłodny, jesienny wiatr. Sprawdzam informacje z burdelowa. Kilkumiesięczna przerwa na pewno przyniosła nowe obiekty. Jest. Dwie ulice od akademików, przyjmuje, młoda z dużymi cyckami. Jeden telefon. Jestem w trybie „on”. Zaczyna padać. Mokre plamy na mojej kurtce są coraz większe. Przyspieszam kroku. Kolejny telefon. Domofon. Stęchły zapach klatki schodowej. Scenariusz sprawdza się co do joty. Pukam do drzwi. Zgodnie z zasadami, drzwi uchylają się, a ja wchodzę do przedpokoju. Wyłożony białymi płytkami. Nowa miejscówa, zaraz po remoncie. Ładnie. Wita mnie lekko pulchna dziewczyna z dużym biustem. Ma beżowe włosy i miłe, raczej łagodne spojrzenie. Ubrana bardzo podobnie, do dziewczyn z akademika. Dresy i bluzeczka. Nigdy nie przestanie mnie to intrygować. Zwykłe dziewczyny, nie zabójczo atrakcyjne, ale zwykłe, pełne mankamentów, są dziwkami. To coś niezwykłego. Przechodzimy do pokoju. Jestem nieco zmarznięty, dlatego, gdy tylko kończymy kwestie finansowe, biorę ręcznik i idę pod prysznic. Strumień gorącej wody powoduje, że zaczynam się czuć dobrze.

Już wtedy powinno zaniepokoić mnie to, że potrafię odnaleźć przytulne ciepło w burdelu. Może zakamuflowanym, ale burdelu. Niewielu dwudziestoparolatków jest tak wykolejonych.

Wycieram się ręcznikiem i wychodzę. Moja lanca już sterczy. Czas na deser. Żeby było ciekawiej, nie pamiętam szczegółów. Zaczęło się od loda, skończyłem od tyłu. To, co utkwiło mi w pamięci, to miła atmosfera. Jak już ściągnąłem gumiaka i ponownie zawitałem pod prysznicem, spokojnie porozmawialiśmy. Była w mieście od dwóch miesięcy, trafiła na wyremontowane mieszkanie, mimo krótkiej kariery zawodowej, już miała stałych klientów. W większości facetów po pięćdziesiątce. Nie miałem powodów jej nie wierzyć. Była miła i spełniała kanony piękna sprzed trzydziestu lat. To musiało działać. Hmmm. Zastanawiające jest to, że genralana zasada brzmi: nie wdawać się w zbyt szczere rozmowy z dziwką. Tutaj każdy kłamie. Jednak, kiedy złapie się pewną nić porozumienia, to można z nimi porozmawiać, chociażby na tematy zawodowe. Oczywiście pisząc zawodowe, mam na myśli ich zawód. Dowiedziałem się, że na wakacjach nieco odświeżono burdelowo i jest kilka nowych dziewczyn.

Kiedy wyszedłem z bloku rozpadało się na dobre. Być może to tylko jesienna plucha, a może to świat płakał nad moim żałosnym losem. Trudno stwierdzić. Szedłem w deszczu. Przypomniałem sobie, jak dawno temu, też wracałem z podobnej akcji w deszczu. Pamiętałem swoje rozdarcie uczuciowe, ten cichy głos, że postępuję niewłaściwie. Dziś nic mnie nie ruszało. Kurtka, całkiem przemoczona przylgnęła do ciała. To niemiłe uczucie, dopiero, popchnęło mnie do przyspieszenia kroku. W kilkanaście minut dotarłem do akademika. Na trzecie piętro wszedłem po schodach. W pokoju, byli już moi współlokatorzy. Informatycy. No cóż, studenckie wrześnie rządzą się swoimi prawami. Nie należy wybrzydzać na współlokatorów, bo zawsze można trafić gorzej. Chwila rozmowy, wymiana informacji: kto i z czego poległ. Pierwsze co, poszedłem pod prysznic. Długi, gorący prysznic zmył ze mnie zziębienie i burdelowo. Wróciłem do pokoju i zacząłem się rozpakowywać. Po rozpakowaniu, najzwyczajniej w świecie, nie miałem co robić. Wszystko było szare i matowe. Nuda. Żeby, choć na chwilę poczuć ten dreszcz, który czułem dwie godziny wcześniej. Po tak długim czasie, jakim były trzy miesiące, bez burdelowa, bez tego cudownego, zakazanego owocu, bez tej słodkiej trucizny. Zdecydowanie, jedna wizyta nie mogła zapełnić głodu.

Niczym robot, wyszedłem z akademika i idąc po ulicach miasta, które po deszczu, zdawało się oddychać, szukałem kolejnych doznań. Kolejny numer telefonu też był nowy, podobno było warto. Gdy zdzwoniłem, okazało się, że adres, to ulica, na której jestem, kilkadziesiąt metrów dalej. Eksplozję w moim organizmie można było nazwać motylami w brzuchu, hajem, podenerwowaniem, napięciem seksualnym. Nie ma słowa, które mogłoby określić, co się wtedy czuję. Idąc, niemal lewituję nad ziemią, tak, jakby coś, jakaś siła pchała mnie w ten sam świat. Czas znika, pozostaje tylko przestrzeń. Jestem. Dzwonię. Słyszę numer, pod który mam zadzwonić. Podchodzę do klatki, i czeka mnie zdziwienie, nie ma tego numeru. Numery mieszkań kończą się na trzydzieści numerów, przed moim docelowym. Czyli musi być kolejna klatka. Ale jej nie ma. Obchodzę blok do wokół, nie ma. Dzwonię jeszcze raz pod numer. Pytam o klatkę, zniecierpliwiony głos tłumaczy mi gdzie jest klatka. – Czekaj, kurwo, zaraz cię zerżnę. – Emocja na kształt gniewu przechodzi mi przez głowę. Podchodzę do bloku. Patrzę i nie wierzę. Ze ściany oblepionej plakatami wychodzi facet. Okazało się, że drzwi od klatki były tak oblepione reklamami, że wtopiły się w tło. Podchodzę, domofon, również zakamuflowany, niczym żołnierz sił specjalnych. Dzwonię, dźwięk otwieranych drzwi. Chyba, już zawsze, ten dźwięk będzie mi się kojarzył z brudną stroną życia. Winda sunie powoli w  górę. Odór brudnej klatki wierci w brzuchu. Pukam do obitych sklejką drzwi.

Schemat jest zawsze ten sam. Otwarte drzwi, ciemny przedpokój i wejście pokoju. Moją uwagę przykuła diva. Młoda, nie więcej niż dwadzieścia trzy lata. Szczupła blondynka, o wyrazie twarzy klubowej suki. Dawno nie widziałem takiej suczy w burdelowie. Wchodzę do pokoju i czekam. Pokój niczym nie różni się od wielu innych pomieszczeń na mieszkaniówce. Kiedy czekam, powoli się rozbieram. Wchodzi blondynka, owinięta ręcznikiem. Twarz, spojrzenie, coś w niej mnie irytuje. Chcę jak najszybciej w nią wejść, chcę ją zdominować. Rozbieram się, ona zdejmuje ręcznik i rozściela prześcieradło. Sposób, w jaki zdjęła ręcznik zdradza rutynę i to, że jest świadoma swojego ciała, że ma świadomość swojej władzy nad facetami. Ona była kurwą na długo przed tym, od kiedy zaczęła brać za to kasę. W jej oczach jestem klientem. Po prostu klientem. Dotarło do mnie, że drażni mnie właśnie ta obojętność. Chcę w nią wejść, chcę żeby poczuła mnie w sobie, to z pewnością zmusi ją to zrzucenia tej obojętności. Delikatnie i starannie kończy ścielić prześcieradło. Mówi, żebym się położył. Kiedy się kładę, zaczyna mechanicznie obrabiać fiuta. Pyta, czy sam francuz wystarczy, czy chcę seksu. Chcę seksu, ale najpierw muszę spróbować jej cipki. Tak, jest atrakcyjna, kształtne cycki, zgrabna dupcia i niezła figura, jej cipka będzie ukoronowaniem urody. Mówię jej, żeby się położyła. Kładzie się plecach i rozkłada nogi. Tak, jak myślałem, jej cipka, jest niemal perfekcyjna. Symetryczna, po prostu piękna. Zawsze hołdowałem zasadzie, że najważniejsza jest cipka. Nie jest to mój pomysł na życie. Usłyszałem to na filmie, kwestia Ala Pacino. Kiedy tylko ją usłyszałem, wiedziałem, że to będzie ważne zdanie w moim życiu. Mimo, że cipka blond-kurewki wygląda mega atrakcyjnie, to kilka mechanicznych ruchów językiem w zupełności mi wystarcza. Chcę być w tej idealnej cipce. Unoszę się na kolana. Blondynka zakłada gumę na sterczącego fiuta. Kładzie się. Wchodzę w nią. Kilka minut posuwam ją klasycznie. Na chwilę wychodzę z niej. Odwraca się i kończę od tyłu. Podaje mi chusteczki. Kiedy ubrałem, padło pytanie: – Ładną mam cipkę? – Patrzę na nią. Jej mina jest zupełnie inna, niż pół godziny temu. Na jej twarzy błąka się nieśmiały uśmiech. Jej spojrzenie przybrało wyraz sympatii. – Jest śliczna, ale przecież wiesz o tym. – Odpowiadam z uśmiechem, niewymuszonym, może nawet szczerym. – Wiem – odpowiada z u śmiechem – ale chcę, żeby była najpiękniejsza. Dobrze, że przynajmniej ona ma jasno określone cele. Kilka minut rozmawiamy. Wychodzę, wracam do akademika. Deszcz, przypomina mi się, jak dawno temu, w podobnej aurze wracałem, po podobnej wizycie. Hehe, byłem wtedy debiutantem. Pamiętam rozdarcie i uczucie zaprzedania duszy. Dziś wracam wypłukany z wszelkich uczuć. Zobojętniałem. Wiem, że wszedłem na pewną drogę, czy kiedykolwiek zawrócę? Nie wiem. Nie wiem nawet, czy chcę.

Spędziłem wtedy trzy tygodnie w akademiku. To były tygodnie, które pamiętam do dziś. Blondynka zniknęła. Kilka lat później, jako weteran burdelowa, dowiedziałem się miała problem z piciem. To powodowało jej niedyspozycję. Jej Al się wkurzył i wlał jej na siłę pół litra czystej. Oczywiście w celu terapii. Podobno nie pomogło. Słuch o niej zaginął.

Szczuplutka blondynka (pierwszy anal)

 Nadszedł listopad. Dużo się zmieniło. Dziwnym zrządzeniem losu w lipcu spotkałem Emilię. Od słowa, do słowa i znów byliśmy razem. We wrześniu padła decyzja, że zamieszkamy razem. To wszystko wymagało pewnych zabiegów. Po pierwsze musiałem zerwać umowę najmu. Po drugie: Emilia musiała powiadomić rodziców i zacząć się pakować. No i najważniejsze: wspólne szukanie przyszłego gniazdka. Czasem się zastanawiałem – po chuj to wszystko? Ale zaraz szybko się ganiłem – przecież trzeba się wpasować. Tylko, że ja nigdy nie chciałem się wpasować. Zawsze miałem tylko jedno marzenie: mieć wszystko w dupie i iść swoją drogą. A właściwie, to nie chciałem iść swoją drogą – chciałem wytyczyć swój własny szlak. Niestety, stała się jedna z dwóch rzeczy albo los ze mnie zadrwił albo sam dałem dupy i nie podołałem wyzwaniu. Nie ważne. Płynę z prądem i tylko społeczność jest moją furtą, przez którą mogę uciec do innego świata. Przynajmniej do chwili szczytowania.

Znaleźliśmy mieszkanie (Emilia znalazła). Po remoncie, blisko centrum, częściowo umeblowane. Niedaleko ryneczek ze świeżymi warzywami. W porządku. Umówiliśmy się po pracy, żeby je obejrzeć.

Jesteśmy na miejscu. Nie daję nic po sobie poznać, ale znam to osiedle. Kiedyś tu bywałem. Kiedyś….

 * *

Listopad. Drugi rok ekonomii. Wczesne lata studenckie, to fajna sprawa. Nie ma rutyny, nie ma zblazowania. Wszystko jest nowe. Człowiek poznaje życie na każdej płaszczyźnie. Ja odbijam się niczym kulka w piłkarzykach. Między wydziałem, pijackimi burdami na stancji, dziwnej bliskości z Martą i uczuciem do Beaty. Jeśli dodamy towarzystwo moich współlokatorów, to otrzymujemy coś, co trudno zdefiniować.

Blondynkę znalazłem w anonsach. Były to czasy, kiedy jeszcze nie było Forum, nie było Strony. Nie znałem Społeczności. Tak to jest z tym światem. Człowiek zanurza się w nim powoli. Niczym dziecko, któremu zimna woda w jeziorze, dostarcza dyskomfortu. Niemiłe uczucie ogarniającego zimna, rośnie z sekundy, na sekundę. I jeśli zawierzylibyśmy tylko własnym odczuciom, to powinniśmy, czym prędzej uciekać na brzeg. Jednak nie. Obietnica zabawy i różnych figli w wodzie, każe nam przezwyciężyć strach i uczucie dyskomfortu. Właściwie, sami nie wiemy kiedy zimne krople wody przestają mieć znaczenie. A plusk wody, dostarcza niezliczone formy radości.

 W świecie płatnej zmysłowości jest podobnie. Zaczyna się od oficjalnych przybytków. Każdy wie, gdzie są agencje towarzyskie i burdele. Tam dowiadujesz się o mieszkaniówkach, gdzie zazwyczaj jest taniej i co ważne bardziej anonimowo. Na mieszkaniówkach z kolei…..z resztą nieważne. Ważne, że na mieszkaniówce dowiedziałem się gdzie szukać innych numerów. Dostałem mapę do ziemi obiecanej dla wszelkiej maści okurwieńców i degeneratów.

A wszystko zaczęło się od studenckiej imprezy. Kiedy otworzyłem oczy pierwszym uczuciem była suchość w gardle, smak gliny w ustach. W ogóle jakaś suchość. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem o porannym rżnięciu. Po prostu miałem ochotę wsadzić, a wyrwana kartka z notesu, gdzie miałem zapisane numery, stwarzała nieograniczone możliwości. Jedna z sieci komórkowych rozpoczynała ekspansje i jej numery zaczynały się od charakterystycznych cyfr. I to zdecydowało. Cyfry plus opis: szczupła blondynka z dużym biustem. Wystukałem numer. Usłyszałem głos, o którym nie dało się nic powiedzieć oprócz tego, że należy raczej do młodej kobiety. Okazało się, że przyjmuje dwa przystanki tramwajowe dalej. Ciekawostką jest to, że te panny zawsze używały określenia: „przyjmuję”. Bywały przypadki, że miejsce pracy, było też domem.

Zadziwiające. Rozpoczynające się za dwie godziny zajęcia nie były w stanie zmusić mnie do wstania, a dwie minuty rozmowy z dziwką, dały impuls do mycia zębów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zaczynam wypracowywać swój własny mechanizm, schemat na kaca. Jedni piją wodę z ogórków, inni maślankę, jeszcze inni jedzą banany. Ja w ramach kaca bzykam kurwy. Tak już mam. Testowałem, z tak zwanymi, normalnymi kobietami – to nie to. Czasem jeszcze bardziej głowa boli. Wyszedłem z klatki. Jesień. Wystarczająco ciepło na spacer i wystarczająco chłodno żebym przetrzeźwiał po ciężkiej nocy. Dwudziestominutowy spacer zakończył się na ulicy, której nazwę usłyszałem w telefonie. Kolejny telefon, wiem którego bloku mam szukać. Uwielbiam ten etap. Znacie zapewne ten moment znajomości z dziewczyną, kiedy idziecie do łóżka. Tę fascynującą chwilę. Skupiasz się na jej ciele. Za chwilę poznasz kształty ukryte pod ubraniem i zweryfikujesz swe wyobrażenia. Kiedy dochodzisz do bielizny, wiesz, że to ostatnia prosta, że za chwilę zanurzysz się w  najwspanialszej materii jaka kiedykolwiek istniała. W kobiecym ciele. Jest to chwila tak magiczna, że wielu opisywało ją od początku świata. Wielu później cytowało owe dzieła, a temat i tak nie stracił na aktualności.

Podobnie jest z dziwkami. Dostajesz pierwszy namiar: ulicę. Później numer bloku i mieszkania. Taki rodzaj dziwkarskiej gry wstępnej. Zawsze mam skojarzenia z zabawą w tropicieli, albo z odkrywaniem nowego (na pewno nie dziewiczego  haha) terytorium. Kiedyś usłyszałem argument przeciw pornografii:, „że nie ma co tego oglądać, bo wszyscy są tacy sami”. Wprawdzie nie miałem zbyt wielkiego doświadczenia, ale intuicyjnie wiedziałem, że to lipa. Nikt nie jest taki sam. To tak jakby zniechęcać do podróżowania, bo Ziemia wszędzie jest Ziemią. A co z dżunglami, co z pustyniami co z tajgą, Wielkim Kanionem, naszymi Tatrami etc etc.

I najważniejsze: co z samą przyjemnością podróżowania? Wędrówki po krainie kurew nigdy nie są sztampowe i nudne. A już na pewno nie na początku tej drogi. Jeszcze jedna rzecz. Mam taką małą teorię. Wiecie dlaczego faceci lubią dziewice?

Ne jest to spowodowane szukaniem czystości i niewinności, jak próbują nam wcisnąć ci przyzwoici i porządni ludzie. Niewinność umarła dawno temu. Wiecie dlaczego smoki wyginęły? Pozdychały z głodu, bo żywiły się dziewicami. A my? Dlaczego szukamy dziewic, bo mamy w sobie malutki pierwiastek dawnych facetów – wojowników, odkrywców. Postęp cywilizacyjny stępił w nas te zwierzęce instynkty, staliśmy się metro seksualni i nieco zniewieściali. To nie znaczy jednak, że utraciliśmy te pierwotne instynkty. One cały czas są w nas, zainstalowane przez naturę. I właśnie w stosunku do kobiet te instynkty się objawiają. Lubimy dziewice, lubimy napawać się świadomością, że jesteśmy pierwsi. Nie ma to nic wspólnego z uczuciem, z tak zwanym waniliowym seksem. Lubimy być pierwsi, lubimy odkrywać. Przez chwilę każdy jest jak Krzysztof Kolumb albo Vasco da Gama. A podróżować przez burdelowo. He, to jest tysiąc razy bardziej podniecające. Schodzisz to Tartaru, przekraczasz granicę. Rozpoczynasz swoje odkrycia tam, gdzie większość kończy.

Znalazłem blok. Zalewa mnie fala napięcia seksualnego. Ucisk w dołku. Już nie ma odwrotu. Kolejny telefon. Numer mieszkania. Przyciskam domofon. Słyszę mechanizm otwierający drzwi. Taka jest zasada. Nikt się nie odzywa. Drzwi się po prostu otwierają. Wchodzę po schodach. Mieszkanie jest na pierwszym piętrze. Pukam. Otwierają się drzwi. Wchodzę do trzypokojowego mieszkania. Drzwi pozamykane. Domyślam się, że każdy pokój ma swoją gospodynię. Moja jest niczego sobie. Ładna. Szczupła, naturalna blondynka. Stoi w sportowych szortach i krótkiej bluzeczce. Tyle zauważyłem w ciemnym przedpokoju. Zaprasza mnie do pokoju.

O pewnym Sylwestrze cz. 2

Uśmiechnąłem się i podszedłem do baru. Zaczęliśmy od życzeń noworocznych. Postawiono przede mną kieliszek szampana, na barze, w kubełkach, stały jeszcze trzy.

– Proszę, dziś na koszt firmy, szampanik. – Uśmiech barmanki, nie pozostawał złudzeń, urocza z niej była osóbka. Delikatnie wzniosłem kieliszek i upiłem troszkę. Zacząłem myśleć, ile pieniędzy mam przy sobie i czy za te pieniądze będę w stanie coś sobie zorganizować. Nie wiedzieć czemu, poczułem się tu dobrze, zapomniałem o akademiku i przyjaciołach. Zacząłem rozmowę z dziewczynami przy barze i dwoma kolesiami. Okazało się, że kolesie zaciągają po rusku i są, hmmm, przedsiębiorcami. Ja, nie czułem potrzeby okłamywania kogokolwiek. Poza imieniem, wyznałem, jak na spowiedzi, że jestem studentem i wyszedłem z imprezy w akademiku. Na to, jedna z dziewczyn z zainteresowaniem spojrzała na mnie. Zapytała z którego akademika wyparowałem. Okazało się, że to jej akademik. Zrobiło się coraz przyjemniej, w tym, nietypowym środowisku, czułem się jak ryba w wodzie, kolejne lampki szampana, rozweselały mój umysł. W końcu, zacząłem z zainteresowaniem oglądać dziewczyny przy barze. Dwie inne przewinęły się, gdzieś z boku. Ktoś wszedł, rozejrzał się i wyszedł, ktoś inny wyszedł, pożegnawszy się wcześniej. Czyli nie byłem jedynym ‘takim’ człowiekiem, inni też tu spędzali Sylwestra. Zapytałem barmanki, czy za kwotę, którą mam przy sobie, jest możliwość skorzystania, z której z dziewczyn.

– A to musisz dziewczyn pytać. – Jej odpowiedź, choć uprzejma miała w sobie nutkę profesjonalizmu. Zapewne byłem tam dosyć oryginalnym zjawiskiem, ale interes jest interesem i nic tego nie zmieni. Zapytałem dziewczyny siedzącej między mną, a dżentelmenem w kurtce. Grzecznie odpowiedziała, ze nie. Odpuściłem na chwil temat. Znów rozmawialiśmy miło przy barze. Moje pytanie chyba niepostrzeżenie rozeszło się po lokalu, bo nie minęło jakieś dziesięć minut i inna dziewczyna, ta, z tych, które wcześniej przemykały, podeszła do baru i powiedziała, że z taką kasę zaopiekuje się mną. Cóż więcej chcieć. Poszedłem za nią. Weszliśmy do pokoju. Dałem jej kasę, pytając, co za to dostanę. Nie odpowiedziała. Dostałem ręcznik i poszedłem do łazienki, której drzwi były w rogu pokoju.

Strumienie ciepłej wody, zdawały się przyspawać mnie do tego dziwnego stan. Pomyślałem o tym, żeby na króciutką chwilę przekręcić gałkę z zimną wodą. Jednak nie. Bałem się tego niemiłego uczucia, po drugie, zimna woda mogłaby wyrwać mnie z tego cudownego transu. Wróciłem do pokoju. Położyłem się nagi na łóżku. Diva, stała w bieliźnie, której kolor trudno było rozpoznać, bo cały pokój był skąpany w niebieskawej poświacie. Poszła do łazienki. Ja bezmyślnie leżałem. Doznałem tego momentu, kiedy jesteśmy dokładnie w tym czasie i w tym miejscu, nic ponad to się nie liczy. Kiedy wróciła diva, uklęknęła przy mnie na łóżku i zaczęła delikatnie, palcami muskać mnie po torsie i udach. Co ciekawe, wciąż była w bieliźnie. Zacząłem gładzić ją po pośladku i wsunąłem dwa palce pod jej koronkowe majteczki. Odsunęła się. Zaczęła głaskać mojego penisa. Ten, pod wpływem jej rąk, leniwie się podniósł.

– Weź do buzi. – Wciąż rozleniwiony, niemrawo wydałem polecenie, które jednak bardziej przypominało prośbę.

– Nie, misiu za mało kasy masz na lodzika.

Nic nie odpowiedziałem, wciąż leniwie gapiłem się w sufit, a dłonie divy, leniwie błądziły po moim ciele. Znudziły mnie te pasywne pieszczoty, chciałem czegoś więcej. Poprosiłem, żeby się przysunęła.

– Mogę cię masować w pozycji sześćdziesiąt dziewięć.

– Zdejmij majteczki i pochyl się tak żebym widział twoją dziurę w dupie. – Jej mina na chwilę przybrała wyraz złości, a może pewnego bólu.

– Nie! Nie jestem dziurą do oglądania.

– A mogę włożyć ci tylko palec? –Moje pytania były błagalne i głupie, ewidentnie drążek przejął kontrolę nad pilotem.

– Nie i nie rozbiorę się. Za te pieniądze masz tylko masaż w bieliźnie. – Słowa te wypowiadane były ostro, zniecierpliwienie mieszało się ze zdenerwowaniem. – Leż grzecznie, wymasuje ci członka. – Jej ton głosu uległ zmianie. Jednak byłem klientem. Sposób w jaki położyła nacisk na „cz” w wyrazie „członek”, rozbawił mnie nieco. Leżałem, nic już nie mówiąc. Jej dłonie zaczęły masować mojego członka.

– Zobaczysz, jak wymasuję ci członka. – Znowu zaakcentowała „cz”. Sekret jej masażu polegał na tym, że mnie brandzlowała. Powoli mnie brandzlowała, to był cały masaż członka. Nic nie mówiłem, po prostu leżałem. Nie wiem ile leżałem, z obrabianym fiutem. Minutę? Dziesięć minut? Nie wiem. Usłyszałem pukanie.

– No, misiu czas się skończył. – To mówiąc dwudziestokilkuletnia dziewczyna, zeszła z łóżka, zostawiając mnie na nim, ze stojącym drągiem.

Grzecznie ubrałem się i poszedłem do drzwi, przy drzwiach pożyczyliśmy sobie najlepszego w obecnym już roku. Diva, zniknęła w ciemnym korytarzu, ja poszedłem wprost przed siebie, do głównej sali. Dwóch łysych wciąż siedziało. Zapytałem dziewczynę, czy mogę napić się na drogę szampana.

– Jasne. – Podała mi kieliszek z figlującymi bąbelkami. Łysi się odwrócili. W moją stronę przesunięty został kieliszek czystej.

– Drug, napij się z nami. – Przed oczami miałem ich dłonie, uniesione, z kieliszkami, zachęcająco kołysząca się w nich  wódka, niemal hipnotyzowała. Podniosłem rękę, trzymającą kieliszek i wypiłem jednym haustem. Przepiłem szampanem. Nawiązała się między nami pewna nić porozumienia. Nić, która powstać mogła tylko w najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach. Staliśmy się kompanami od kieliszka. Przez chwilę, w mojej głowie przewinęła się pena wizualizacja. Przecież oni na pewno są szemranymi kolesiami, od szemranych interesów. Jestem na początku studiów, nikt nie gwarantuje mi, że osiągnę sukces. A przecież, to w takich sytuacjach, nawiązuje się kontakty, zaczyna się coś wielkiego. Wizja mnie, jako szemranego kolesia, może wręcz gangstera, owładnęła mną. Ale tylko na krótki czas. Zaraz przyszło pewne otrzeźwienie. Tak, odwiedziłem pewien świat, ale zawieranie szemranych znajomości w agencjach towarzyskich, było czymś „za dużo”, nawet na mnie.

Niemrawo mrok ustępował porannemu granatowi. Spokojnym krokiem szedłem. Bez celu, przed siebie. Miasto było puste. Sporadycznie widywałem pojedynczych niedobitków sylwestrowych szaleństw.  Było nad wyraz ciepło, to był jeden z pierwszych ciepłych Sylwestrów, później stało się to normą, ale wtedy, to też było nowe, jak niemal wszystko tej nocy.

Wróciłem do akademika. Był poranek nowego roku. Kiedy dotarłem na ósme piętro, po cichu odwiedziłem pokoje, gdzie spali znajomi. Wszyscy jeszcze smacznie chrapali. Dwie osoby zauważyły moją wizytę. Misza, który swoje zdziwienie ubrał w:

– Co kurwa? Nie śpisz już?

Drugą osobą była Judyta, która, wraz z Pzemem zajęła pokój jakiejś koleżanki z chemii.

– Co ty robisz ubrany? Która godzina?

Opuściłem pokój. Wyszedłem na korytarz. Podszedłem do okna, gdzie była prowizoryczna palarnia. Palarnią był słoik i porozrzucane wokół pety. Odpaliłem papierosa. Paliłem i przyglądałem się wszystkiemu za oknem i abstrakcyjnym figurom z petów. Wszystko zdało się jednakie. Wszystko to głupstwo – pomyślałem. Wydmuchując dym zrobiłem trzy kółka. Co właściwie się stało, o co w tym wszystkim chodzi? – Myśli turlały się w mojej głowie. Nagle poczułem głód. Nienasycenie, pustkę, przerażającą PUSTKĘ, KTÓRA, WRĘCZ WYŁA, ŻEBY JĄ ZAPEŁNIĆ.

Opuściłem akademik, był poranek. Zaczął się nowy rok. Wciąż niewielu ludzi było na ulicach, ale czuło się, że magiczny odór sylwestrowych wygibasów, osiadł, gdzieś z zaułkach miasta. Sięgnąłem do kieszeni, po telefon. Znowu byłem w transie. Wybierałem numer, za numerem. Potrzebowałem tego, nic nie mogło ukoić tego niegasnącego pragnienia. Jedna kraina, jedno słowo. Burdelowo. Pod wybieranymi numerami nikt się nie zgłaszał albo słychać było pocztę głosową No tak, to normalne – pomyślałem – nawet dziwki świętują. Nie zauważyłem, kiedy usłyszałem kobiecy głos. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. A jednak, bogini zmysłowości, patronka poszukiwaczy zaginionej szpary, czuwała nade mną. Kobiecy głos, powiedział, gdzie przyjmuje i czego mogę tam doznać. W końcu, nie ma uczuć, są tylko doznania.

Szedłem zaśmieconym chodnikiem. Plastykowe kubeczki, resztki petard i sztucznych ogni, butelki. Wszystko to, na szarych chodnikowych płytach zdawało się być pewnego rodzaju przygnębiającą dekoracją. Mętnym spojrzeniem omiotłem najbliższą okolicę. Jakaś para, kobieta w pogniecionym płaszczu i facet, z krawatem w ręku pakowali się do taksówki. Na przemian dziękowali kierowcy, że pracuje o tak nieludzkiej porze. Kilka metrów dalej, foliowa, jednorazowa reklamówka sunęła przy samym podłożu. Po kilku chwilach zawinęła się na rogu kiosku. Wszystko to zdawało się być uzupełnieniem pustki we mnie. Obserwacja otoczenia tak bardzo zajęła moje myśli, że nie zdążyłem załapać, że już jestem pod wskazanym adresem. Kolejne połączenie, dostałem numer mieszkania. Zmęczonym, powolnym krokiem wszedłem do klatki. Kiedy byłem już w mieszkaniu, ze zdziwieniem zobaczyłem Cyctkę. Uśmiechnąłem się sam do siebie – świat jednak jest mniejszy, niż sądzimy. A na pewno nasz mikrokosmos. Obok Cyctaki stała trzydziestokilkuletnia blondynka. Nie była powalająca piękna, nie była też brzydka. Określiłbym ją, jako w miarę ładną kobietę.

– Którą wybierasz? – Cycatka, rzeczowo zapytała.

– Poproszę panią, –  wskazałem blondynkę, jednocześnie posyłając Cycatce przepraszające spojrzenie.

Kiedy szliśmy do pokoju, zauważyłem butelkę po szampanie, stojącą na stole. Czyżby urządziły sobie Sylwestra tylko we dwie? Może.

Kiedy znaleźliśmy się sami. Przyjrzałem się nieco uważniej blondynce. Jej twarz nosiła ślady nałogowego palenia, ale nie straciła całej urody, raczej nieco jej oddała nałogowi. Nie był szczupła, miała dokładnie tyle tkanki tłuszczowej, ile przystoi mieć kobiecie w jej wieku. Miała na sobie czarną spódnicę, niesamowicie miękką i czarną bluzkę. Oboje usiedliśmy, a raczej znaleźliśmy się w pozycji półsiedzącej, półleżącej, zacząłem gładzić ręką jej udo. Nie wiedziałem, co jest milsze, jej skóra, czy materiał tej dziwnej spódnicy. Uśmiechnęła się, nic nie powiedziała. Zaczęła rozpinać guziki mojej koszuli. Nieco niecierpliwie przeniosłem rękę pod jej bluzkę. Odsunęła się, zdjęła bluzkę i czarny stanik. Miała średniej wielkości piersi, dziwnie do niej pasujące. Przyssałem się do nich łapczywie. Blond diva, dała mi chwilę, niczym dziecku, które zobaczyło nową zabawkę. W końcu zapytała:

– To co chcesz? Lodzik, seks?

– A może być wszystkiego po trochu? – Jej piersi obudziły we mnie chciwość kobiecego ciała.

– Jasne – popatrzyła z uśmiechem. – Połóż się i ściąg spodnie.

Nie minęła minuta, kiedy leżałem na plecach ze sterczącym prąciem. Blondynka, ułożyła się obok mnie, ujęła mojego druha w dłoń i włożyła sobie do ust, niczym marchew. Przyjemne ciepło jej ust rozleniwiało i pobudzało jednocześnie. Pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie, to trysnę w jej ustach i nici z eksploracji cipki. Umówieni byliśmy na jednorazową akcję.

– Czekaj, czekaj. – Delikatnie ująłem jej ramię i odsunąłem ją. – Rozbierz się, chcę zobaczyć cię nagą. – Mówiąc to zacząłem ściągać jej spódnicę. Moje dłonie napotkały na opór.

– Nie, daj spokój. – Jej głos był pełen prośby, ale wyczuwałem pewną stanowczość. – Mam na brzuchu okropną bliznę. Wstydzę się jej. Zostawię. To mówiąc podciągnęła spódniczkę na brzuch, i ściągnęła czarne majtki. Moje usta znowu znalazły się w okolicach jej piersi, język zaczął wirować wokół jej sutków. Jednocześnie moja ręka znalazła się na jej wargach. Miękkość jej cipki, sprawiła, że o mało nie trysnąłem. Wytrzymałem. Kilka chwil w tej konfiguracji i poprosiłem, żeby założyła condom. Wszedłem w nią delikatnie, miękko, zwyczajnie. Kilka minut zwyczajnego seksu. Doszedłem. W miłej atmosferze, opuściłem lokum, Cycatka z firmowym, figlarnym uśmiechem pomachała mi.

Styczniowe poranne powietrze, zdawało się unosić mnie. Moja pustka stała się na chwilę wypełniona. W połowie drogi do akademika, zobaczyłem Damiana, też, gdzieś przewinął się na imprezie.

– Co ty tu robisz, najlepszego na nowy rok, bo nie wiem, czy życzyliśmy sobie.

Podziękowałem, szedł po piwo, bo jak się okazało, wszyscy sylwestrowicze już wstali. Po wymianie kilku zdań, każdy poszedł przed siebie. W akademiku, wszyscy wstali, odbywało się wielkie smażenie jajecznicy, jajecznicy „na kaca”. Moje pojawienie się, wywołało niemałe poruszenie. Nawet nie wiedziałem, że jestem tak popularny.

– Gdzieś ty polazł, każdy się martwił o ciebie. No kurwa, po prostu zniknąłeś. – Judyta, była nad wyraz troskliwa.

– Jaka faza, co ty kwasa jakiegoś wziąłeś? – Przepity Aleks, patrzył z głupkowatym wyrazem twarzy.

– Co ty odpierdoliłeś? – Misza, jak zawsze nie przebierał w słowotwórstwie.

Pośmialiśmy się, upichciliśmy jajecznicę, zjedliśmy. Damian wrócił z piwami. Jeszcze kilka minut, moje towarzystwo poroztrząsało moje zniknięcie, później, zaczęliśmy sklejać, z oparów piwa, wspomnienia wczorajszej biby, następnie przyszedł czas na noworoczne postanowienia. Ja, patrzyłem na nich wszystkich i zastanawiałem się, w jaki sposób, wszyscy tak pijani, zauważyli, że opuściłem towarzystwo. Snuli różne przypuszczenia: naćpany wyprułem w miasto, usnąłem pijany, gdzieś na schodach w akademiku i wstydziłem się przyznać, spałem  u jakiejś brzydkiej panny. Nawet nie domyślali się prawdziwego przebiegu zdarzeń. Nie mogli wiedzieć.

  Nie myślałem, o tym, co zrobiłem. Nie myślałem o tej nocy. Jakby nic się nie stało. Nie miałem postanowień na obecny rok. Nie obiecałem sobie, że rzucę palenie, nie oszukiwałem się, że dopracuję na siłowni mięśnie brzucha, potocznie zwane kratą. Nic sobie nie obiecywałem. Jedno wiedziałem, mroki burdelowa, to coś, co z całą pewnością będzie mi towarzyszyć w tym roku i pewnie o wiele dłużej. Nie potrzebowałem postanowień, planów, czy czegokolwiek. Jakaś część, mnie, głęboko ukryta, wiedziała, że tak będzie, bo tak musi być.

****

Koniak przestał mi smakować. Kolejne łyki, zaczęły wywoływać torsje. Zacząłem go przepijać sokiem jabłkowym. Cóż za profanacja. Butelka, w której zostało mniej więcej jedna czwarta trunku, patrzyła na mnie smętnie. Popatrzyłem wokół. Ze ścian pustego pokoju, zaczęło wdzierać się we mnie poczucie przegranej. Uczucie, które od dłuższego czasu starałem się zamaskować, zignorować lub zamienić na inne, powróciło. Tak, przegrałem, przez złośliwość losu, a może na własne życzenie. To niech inni ocenią.

Zmusiłem się, żeby wypić jeszcze pół szklaneczki, szybko popiłem sokiem. Gdzieś w oddali słychać niedobitki domorosłych artylerzystów. Wstałem od stołu i podszedłem do okna. Zaraz zacznie świtać – pomyślałem. Zamglonymi oczami spojrzałem w szybę. Moje odbicie zmieszało się z panoramą za oknem. Jak mogłem tak bardzo przegrać? – Z tym pytaniem zwaliłem się na łóżko.