Mały Szczebiot

Pory roku mijały niepostrzeżenie. Miesiące, lata. Zmieniłem postrzeganie czasu. Niczym okręt utkwiłem na mieliźnie w postaci  administracyjnego etatu. Stałem się urzędasem. Gdzieś po drodze zostawiłem marzenia, ambicje i plany. Towarzysko też gdzieś utkwiłem, chyba w ślepej uliczce. Kraina b…., kraina, która kiedyś definiowała moje jestestwo teraz przypominała lej po bombie. Pustą dziurę w ziemi, która poza tym, że jest, nie wnosi absolutnie nic. Dzień przemija za dniem, noc za nocą. W prawdzie nie budziłem się sam, ale czegoś w tej układance brakowało. Dzień za dniem, dni płodzą tygodnie, tygodnie zamieniają się w miesiące i tak bez końca.

Dotrwałem do kolejnych wakacyjnego czerwca. Sezon urlopowy, żółto-szary budynek administracji publicznej zaczyna pustoszeć. Coraz mniej ludzi, urlopy. Ja swój zostawiłem na wrzesień i tak nie mam co robić z tym czasem. Komfort ludzi zawieszonych w pustce – nam jest wszystko jedno.

Ten dzień też był zwyczajny, i miał taki pozostać. Fala gorąca zdawała przenikać wszystko. Mury, szyby, otwarte okna. Bezmyślnie stukałem w klawiaturę służbowego laptopa. Lato przestało mnie w jakikolwiek sposób inspirować. Popadłem w letarg. Kiedyś przeczytałem, że w życiu faceta liczą się pewne momenty – granicznie, ten po przekroczeniu dwudziestki, ten po przekroczeniu trzydziestki i kilka następnych. Tego po dwudziestce nie zauważyłem, byłem tak spragniony nowych doznań, że w tym  pędzie umknęło mi, kiedy skończyłem lat dwadzieścia. Trzydziestka minęła pod znakiem uporczywych myśli o przegranej.  Kiedy te myśli przeminęły zobojętniałem, po prostu było mi doskonale wszystko jedno.

   Niestety, wszystkiemu zawiniło jedzenie. Tak to już jest w różnej maści zakładach pracy. Gdzieś jest mały paśnik –  zakątek, gdzie ludzie jedzą. U nas taki zakątek był nieopodal mojego pokoju.

 Siedziałem z pustym wzrokiem utkwionym w komputer, mierząc się ze stertami dokumentów, które choć nikomu nie potrzebne musiały być. Usłyszałem charakterystyczne „klap” –  drzwi na korytarzu. Odgłos kilku kroków na podłogowych płytkach i skrzypnięcie szafki. No tak, kolejna osoba do paśnika – pomyślałem i na chwilę odwróciłem głowę. Nastroszona fryzura i letnia jasna sukienka, która umiejętnie podkreślała kobiecą figurę właścicielki. Schyliła się i włożyła talerz do mikrofali.

– Hmmmm – wyrwało mi niespodziewanie – odpowiedział mi perlisty śmiech.

– Oj dzieciaku, żeby tak zaczepiać starszą panią. – i znów radosny śmiech.

Kilka minut, które cząsteczki wody w jedzeniu potrzebowały do nabrania temperatury minęło na przyjemnym przekomarzaniu. Po chwili żegnał mnie radosny śmiech i wróciłem do swojej stery papierów. Co ciekawe, moje „hmm”, które zostało odebrane jako zaczepka, nie miało takiego podtekstu. Był to raczej sposób wyrażenia aprobaty dla jej gibkości. Większość ludzi, którzy przychodzili do naszego paśnika i to bez względu na wiek czy płeć niezdarnie się pochylało do mikrofali, stękając i sapiąc. Ona zrobiła to inaczej, z gracją godną gimnastyczki. I to właśnie tego dotyczyło moje „hmm”.

 Jeśli chodzi o pracę, miała jedną zaletę, jak każdy państwowy i urzędniczy moloch, gdzie przy odrobinie szczęścia można było pozostać anonimowym. I oto mi chodziło. Nie potrzebowałem i nie zamierzałem z nikim bratać się ponad służbowe potrzeby. Jeśli zaś chodzi o kobiety, to oddzieliłem się  emocjonalnym spiżowym murem. Moja towarzyska obecność w pracy zaczynała się i kończyła na kilku uprzejmościach względem mijanych ludzi. Tyle.

Po kilku dniach znowu spotkaliśmy się przy mikrofali i znowu przyjemna wymiana zdań. Tym razem nieco dłuższa. Nie mogę powiedzieć, ze nie sprawiła mi ta konwersacja przyjemności, było w tym coś sympatycznego. Po naszej drugiej rozmowie dotarło do mnie, że nie wiem jak ma na imię i czym się zajmuje. Przy kolejnej rozmowie zacząłem się jej bacznie przyglądać. My faceci, jeśli chodzi o weryfikację kobiecej  urody jesteśmy nieskomplikowani. Generalnie, niemal na każdej szerokości geograficznej obowiązuje tak zwany rating, skala od 1 do 10. Wiadomo, 6 – 7 to potocznie zwana średnia krajowa; 5 to nieco poniżej, ale jeszcze w polu zainteresowań (do puknięcia, jak mawia klasyk) 8 – 9, to kobiety wyróżniające się urodą, te, za którymi oglądamy się na ulicach. I w końcu 10, perfekcyjne 10 czyli piękności, kobiety poza zasięgiem przeciętnego faceta. Patrząc na nią starałem się ją sklasyfikować. Nie potrafiłem. Problem z nią był taki, że jej nie potrafiłem umieścić w żadnym rankingu. To mnie zaniepokoiło.

W końcu przypadkowo odkryłem, że pracuje piętro niżej, a tabliczka na drzwiach oświeciła mnie jej imieniem. Zupełnie nieoczekiwanie moja praca zaczęła wymagać wizyt na trzecim piętrze. Każda wizyta kończyła się w jej pokoju na miłej rozmowie. Cały czas w głowie miałem mentalny mur, który jasno określał granicę zwaną pracą. Granicę, którą sam sobie wyznaczyłem, granicę, której twardo strzegłem przez ostatnie dwa lata. Relacje w pracy były relacjami służbowymi, nic ponad to. Okłamałbym sam siebie twierdząc, że zachowywałem zimną obojętność i nie miałem żadnych emocji. Nie było tak. Polubiłem część ludzi. Część kobiet w pracy darzyłem szczerą sympatią i lubiłem z nimi rozmawiać, choć były to jedynie służbowe, sympatyczne relacje. W tym przypadku było inaczej. Nie mogłem udawać, że nasza relacja nie jest  flirtem. W pracy, ale flirtem. Cóż a banał –w myślach ganiłem sam siebie. I chociaż staram się e wszystkich sił unikać banału,  musiałem przyznać, że lubię przebywać w jej towarzystwie.  Wywoływała mój szczery śmiech. A to nie jest łatwe. Mam w sobie coś takiego, że zawsze posiadałem swój wewnętrzny świat, pewien filtr, który nader aktywnie działał w sytuacjach towarzyskich. Gdy poznaję kobietę, potrafię aktywnie rozmawiać, potrafię wyrazić zainteresowanie, sprawić by czuła, że jestem z nią. I choć może poczuć ciepło mojej skóry, może nawet odnieść wrażenie, że coś nas łączy, to w mojej głowie trwa nieprzerwana analiza. Ja już ją zakwalifikowałem. Już trafiła do odpowiedniej przegródki. Jeśli celem jest łóżko, to potrafię iluzje bliskości utrzymać wystarczająco długo. Z wiekiem dojrzałem, dotarło do mnie, że łóżko czasami  trzeba okupić ceną zbyt wysoką. Nie warto jej płacić. Wtedy znajomość zaczyna wkraczać na kurs koleżeństwa. Rozmawiając z nią starałem się zmusić do jakiejkolwiek kwalifikacji. Nie potrafiłem. Lubiłem z nią przebywać, sprawiało mi to  przyjemność. Podobała mi się, była zabawna, inteligentna i nieznośna w dokładnie takim stopniu, jakim powinna być.  Dodatkowo lubiła czytać, i nie poprzestała na Grey`u

 Zupełnie jakby pewne rzeczy działy się poza moim analitycznym umysłem.

Nie mogłem temu zaprzeczyć. Nasza relacja wyszło poza ramy flirtu w pracy. Uśmiechy, wpatrywanie się w oczy, przypadkowe odwiedziny na piętrach. Wszystko wskazywało na to, że chyba coś między nami iskrzy. Nie dowierzałem. Wydawało mi się, że świat uczuć i doznań spenetrowałem i wszystko mam pod kontrolą. A jednak, mała istota w okularach, nastroszonej fryzurze i szczebiotliwym głosem, który słychać było na pół piętra skradła mi rzeczywistość.

Kiedy wracałem, nad ranem, po pijaństwie zakończonym seksem w kiblu, z dziewczyną, której imienia nawet nie starałem się zapamiętać pomyślałem o Małym Szczebiocie  i poczułem jakiś niezidentyfikowany wyrzut. W myślach zadrwiłem sam z siebie  Po pierwsze, nie byliśmy w najmniejszym stopniu  w jakiejkolwiek relacji określanej słowem „razem”, po drugie, równie dobrze ona teraz mogła pojękiwać w innym klubie, po trzecie i po czwarte i tak dalej. Mimo to, nie ważne ile racjonalnych argumentów bym wynalazł czułem coś na kształt wyrzutu. Poczułem niemiłe ukłucie z odległej przeszłości. Zacząłem się zastanawiać, jaki scenariusz los przygotował dla mojej znajomości z Małym Szczebiotem. Czy jeśli jutro spotkałbym się z zimnym prysznicem obojętności, to przeszedłbym nad tym do porządku, czy w jakiś sposób poczułbym się źle. Czy jeśli…. Nowe pytania pojawiały się z minuty na minutę. Z głową pełną rozmyślań poszedłem spać. Ostatnią myślą było niedowierzanie jak wiele o niej myślę.

Następne dni niosły ze sobą ciąg dalszy towarzyskich podchodów. Niech się dzieje wola nieba – stwierdziłem za Fredrą. Z dziecinnym zaskoczeniem odkryłem, że mimo wytarzania się w niezliczonych doznaniach, zatopienia w pewnej, niewidocznej dla normalnych ludzi rzeczywistości wciąż jestem podatny na takie proste gesty, jak podłożenie na biurko babeczki, czy przelotny uścisk dłoni na korytarzu. Czyżby mimo wszelkich starań pewna część mojej osobowości nigdy nie obumarła? Dziwne, tak zwany czynnik ludzki zawsze sprawi, że temat relacji między ludźmi będzie się wymykał psychologom, pisarzom, poetom i wszelkiej maści badaczom.

Do mojego urlopu zostało niewiele ponad tydzień. Żeby móc z czystym sumieniem na dwa tygodnie opuścić moje miejsce pracy musiałem zostawać po godzinach. Nie narzekałem, taka jest rzeczywistość administracji publicznej. Mały Szczebiot skończył wcześniej pracę. Pozostał nam kontakt telefoniczny. Wymiana wiadomości tekstowych wypełniała mi godziny pracy. Pojawił się temat ukołysania do snu. Kolejna wiadomość zawierała jej adres. Stało się jasne, że tę noc spędzę u niej. Kiedy po pracy wsiadłem w autobus dotarło do mnie, że się denerwuje. Rozejrzałem się dokoła. Co się ze mną działo?  Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek się denerwował przed spotkaniem z kobietą. To była kolejna rzecz, która mnie zdziwiła w tej relacji. W jakiś przemyślny sposób wszystko było postawione na głowie, a ja nie umiałem nad tym zapanować. Po kilkudziesięciu minutach pukałem do jej drzwi. Otworzyła mi czarnej koszulce na ramiączkach i szortach. Typowy domowy strój nadawał jej nowego odcieniu, znowu nie potrafię jej zdefiniować – pomyślałem. Mimo uroczego podenerwowania czułem przy niej dziwne ukojnie. Kiedy zobaczyłem jej duże łóżko w sypialni przez głowę przemknęła mi myśl – ile przestrzeni potrzebuje ta mała istota… ���+���@

Wrzesień

Ciepły mamy jesień.

Wtedy też był wrzesień.

Piękna polska złota jesień. Podobał mi się ten wrzesień. Ciepły, słoneczny, nastrajający romantycznie. Szedłem przez park. Rozmyślałem. Kolejny życiowy zakręt. Gdzie tak naprawdę jestem. Ciągle w grze? Pamiętam inną końcówkę września. Dawno temu. Nie potrafię określić dokładnie daty. Któryś z kolejnych semestrów na studiach. Wrześniowy czas na nadrobienie egzaminowych zaległości. że Jadąc na poprawki, nie sprawdziłem prognozy pogody i dwa tygodnie chodziłem w garniturze, bo nic cieplejszego nie miałem.

Szybko się spakowałem. Podręczny bagaż, notatki, kilka koszulek, bielizna. Niewiele tego było. Zabrałem ze sobą coś jeszcze. Spory zapas niewykorzystanego nasienia i głód. O tak, głód. Po blisko trzymiesięcznej przerwie, tęskniłem za burdelowem, za tym brudnym światem, który tak intensywnie oddziaływał na każdy mój zmysł.

Powoli dopalałem papierosa na dworcu autobusowym. Resztki letniego słońca przyjemnie mnie dopieszczały. Obserwowałem ludzi. Wczesnojesienna pora, to bardzo ciekawy czas na obserwację ubioru. Ci zapobiegliwi dumnie kroczą w jesiennym odzieniu, ci odważniejsi nie wypuszczają wspomnień letnich upałów również dumnie krocząc w letnich koszulkach. I jednym i drugim jesienna pogoda płata figle. Gdy słońce schowa się za jesiennymi chmurami, a wiatr poruszy leżące liście, letniacy chuchają, dmuchają i zaczynają się krzywić ku uciesze tych ubranych. Kiedy znów słońce jeszcze nie da za wygraną i przebije się kilkoma promykami, ci cieplej ubrani zaczynają sapać i krzywić się z dyskomfortu, jaki powoduje przepocone ubranie.

Przed oczami mam prawdziwą mozaikę ubrań. Jesionki, lekkie kurteczki, bluzy, koszulki i wszystko inne. Zastanawiam się nad tym, co bardziej się zmieniło w ciągu ostatnich lat: ja, czy moje rodzinne  miasto? Niewątpliwie zmiany zaszły. Zmiany w mieście, w większości na kredyt. A zmiany we mnie?  Moja zmiana, też jest formą pożyczki, którą trzeba spłacić? Moje rozmyślania przerywa wolno sunący, biały autobus. Nie ma wielu ludzi. To dobrze. Kupuję bilet i zajmuję miejsce lekko za połową pojazdu. Siadam wygodnie. Wiem, co teraz będzie. Przez kilka minut będę obserwował trasę, a mniej więcej za pół godziny usnę. Przez sen będę próbował znaleźć najwygodniejszą pozę, jaką można znaleźć w przestrzeni między siedzeniami autobusu. Nie mylę się. Nie mija czterdzieści minut, a ja zanurzam się w półśnie.

Mija mniej więcej trzy czwarte drogi. Budzę się. Przecieram oczy i rozglądam się po wnętrzu autobusu. Ludzi jest więcej, ale i tak zostało dużo wolnego miejsca. Patrzę za okno. Nie wiem, czy to brudna szyba, czy pogoda zaczyna się psuć. Po kilku chwilach, na szybie dostrzegam maleńką, niemal mikroskopijną kroplę wody. Druga, trzecia, czwarta, piata i tyle, więcej się nie pojawiło. Zerkam na notatki. Zawsze obiecuję sobie, że czas w podróży wykorzystam jeśli nie twórczo, to chociaż pożytecznie. Nigdy mi nie wychodzi.

Mój oddech staje się bardziej ciężki. Wiem, czego to objaw. Tak, jakby mój organizm wyczuwał, że z każdym kilometrem zbliżam się do krainy fantazji u uniesień, o jakich zwykły śmiertelnik może pomarzyć. To głupota, burdelowo, jest jak wszechświat, nie ma końca. To, czego skosztowałem, najprawdopodobniej znalazłbym w innych miastach. Jednak mój mózg tak skojarzył to miasto z seksem, z dziwkami i z całym wachlarzem „tych” emocji, że nawet dziś, kiedy to piszę, miasto kojarzy mi się z „jednym”. Oddaję się przyjemnym wspomnieniom minionego roku. To dziwne. Nie  wspominam balang, poderwanych dziewczyn, czy znajomych. Wspominam świat, który jest zakamuflowany, świata, którego nie widać. Wspomnienia stają się coraz bardziej plastyczne. Ucisk w kroczu dowodzi, że moje wspomnienia odżywają. Ostatni przystanek. Za trzydzieści minut wysiądę na docelowej stacji. Moje myśli, niczym grot strzały zmierzają w jednym kierunku. Jeszcze nie dotarło to do mnie w pełni, ale moje myśli, niczym wypuszczona strzała, zmierzają w jednym kierunku. Nie można tego zatrzymać. Za myślami podążą czyny. Na szybach autobusy ląduje coraz więcej kropel. Są coraz większe. Ochłodziło się, jednak to jesień. Ostatnie minuty podróży napełniają mnie mrowiącym oczekiwaniem. Niczym dzieciak, przed rozpakowaniem bożonarodzeniowego prezentu, nie mogę się doczekać tego, co będzie, gdy dotrę na miejsce.

Wysiadam na dworcu. Na szczęście deszcz nieco zelżał. Ubieram, przezornie zabraną letnią kurtkę adidasa. Muszę załatwić zakwaterowanie w akademiku, na czas zaliczeń. Wiem, że to pilne, dopóki jest administracja, mogę to zrobić. Najchętniej jednak razem z podręczną torbą ruszyłbym na poszukiwania. Po kilku przystankach tramwajowych, docieram do akademika. Sprawy pokoju załatwiam szybko i bez problemu. Kierowniczka informuje mnie, z kim mieszkam. Nie słucham jej. Biorę klucz i idę do swojego pokoju. Zostawiam torbę i wychodzę. To dziwne. Wychodzę na zakupy, kupić coś do jedzenia. Tak przynajmniej sobie mówię. Mimo, iż wiem, że najprawdopodobniej w ogóle nie pójdę do sklepu. W tym momencie mój umysł przypomina soczewkę i skupiony jest na jednym celu.

Na ulicy dopada mnie chłodny, jesienny wiatr. Sprawdzam informacje z burdelowa. Kilkumiesięczna przerwa na pewno przyniosła nowe obiekty. Jest. Dwie ulice od akademików, przyjmuje, młoda z dużymi cyckami. Jeden telefon. Jestem w trybie „on”. Zaczyna padać. Mokre plamy na mojej kurtce są coraz większe. Przyspieszam kroku. Kolejny telefon. Domofon. Stęchły zapach klatki schodowej. Scenariusz sprawdza się co do joty. Pukam do drzwi. Zgodnie z zasadami, drzwi uchylają się, a ja wchodzę do przedpokoju. Wyłożony białymi płytkami. Nowa miejscówa, zaraz po remoncie. Ładnie. Wita mnie lekko pulchna dziewczyna z dużym biustem. Ma beżowe włosy i miłe, raczej łagodne spojrzenie. Ubrana bardzo podobnie, do dziewczyn z akademika. Dresy i bluzeczka. Nigdy nie przestanie mnie to intrygować. Zwykłe dziewczyny, nie zabójczo atrakcyjne, ale zwykłe, pełne mankamentów, są dziwkami. To coś niezwykłego. Przechodzimy do pokoju. Jestem nieco zmarznięty, dlatego, gdy tylko kończymy kwestie finansowe, biorę ręcznik i idę pod prysznic. Strumień gorącej wody powoduje, że zaczynam się czuć dobrze.

Już wtedy powinno zaniepokoić mnie to, że potrafię odnaleźć przytulne ciepło w burdelu. Może zakamuflowanym, ale burdelu. Niewielu dwudziestoparolatków jest tak wykolejonych.

Wycieram się ręcznikiem i wychodzę. Moja lanca już sterczy. Czas na deser. Żeby było ciekawiej, nie pamiętam szczegółów. Zaczęło się od loda, skończyłem od tyłu. To, co utkwiło mi w pamięci, to miła atmosfera. Jak już ściągnąłem gumiaka i ponownie zawitałem pod prysznicem, spokojnie porozmawialiśmy. Była w mieście od dwóch miesięcy, trafiła na wyremontowane mieszkanie, mimo krótkiej kariery zawodowej, już miała stałych klientów. W większości facetów po pięćdziesiątce. Nie miałem powodów jej nie wierzyć. Była miła i spełniała kanony piękna sprzed trzydziestu lat. To musiało działać. Hmmm. Zastanawiające jest to, że genralana zasada brzmi: nie wdawać się w zbyt szczere rozmowy z dziwką. Tutaj każdy kłamie. Jednak, kiedy złapie się pewną nić porozumienia, to można z nimi porozmawiać, chociażby na tematy zawodowe. Oczywiście pisząc zawodowe, mam na myśli ich zawód. Dowiedziałem się, że na wakacjach nieco odświeżono burdelowo i jest kilka nowych dziewczyn.

Kiedy wyszedłem z bloku rozpadało się na dobre. Być może to tylko jesienna plucha, a może to świat płakał nad moim żałosnym losem. Trudno stwierdzić. Szedłem w deszczu. Przypomniałem sobie, jak dawno temu, też wracałem z podobnej akcji w deszczu. Pamiętałem swoje rozdarcie uczuciowe, ten cichy głos, że postępuję niewłaściwie. Dziś nic mnie nie ruszało. Kurtka, całkiem przemoczona przylgnęła do ciała. To niemiłe uczucie, dopiero, popchnęło mnie do przyspieszenia kroku. W kilkanaście minut dotarłem do akademika. Na trzecie piętro wszedłem po schodach. W pokoju, byli już moi współlokatorzy. Informatycy. No cóż, studenckie wrześnie rządzą się swoimi prawami. Nie należy wybrzydzać na współlokatorów, bo zawsze można trafić gorzej. Chwila rozmowy, wymiana informacji: kto i z czego poległ. Pierwsze co, poszedłem pod prysznic. Długi, gorący prysznic zmył ze mnie zziębienie i burdelowo. Wróciłem do pokoju i zacząłem się rozpakowywać. Po rozpakowaniu, najzwyczajniej w świecie, nie miałem co robić. Wszystko było szare i matowe. Nuda. Żeby, choć na chwilę poczuć ten dreszcz, który czułem dwie godziny wcześniej. Po tak długim czasie, jakim były trzy miesiące, bez burdelowa, bez tego cudownego, zakazanego owocu, bez tej słodkiej trucizny. Zdecydowanie, jedna wizyta nie mogła zapełnić głodu.

Niczym robot, wyszedłem z akademika i idąc po ulicach miasta, które po deszczu, zdawało się oddychać, szukałem kolejnych doznań. Kolejny numer telefonu też był nowy, podobno było warto. Gdy zdzwoniłem, okazało się, że adres, to ulica, na której jestem, kilkadziesiąt metrów dalej. Eksplozję w moim organizmie można było nazwać motylami w brzuchu, hajem, podenerwowaniem, napięciem seksualnym. Nie ma słowa, które mogłoby określić, co się wtedy czuję. Idąc, niemal lewituję nad ziemią, tak, jakby coś, jakaś siła pchała mnie w ten sam świat. Czas znika, pozostaje tylko przestrzeń. Jestem. Dzwonię. Słyszę numer, pod który mam zadzwonić. Podchodzę do klatki, i czeka mnie zdziwienie, nie ma tego numeru. Numery mieszkań kończą się na trzydzieści numerów, przed moim docelowym. Czyli musi być kolejna klatka. Ale jej nie ma. Obchodzę blok do wokół, nie ma. Dzwonię jeszcze raz pod numer. Pytam o klatkę, zniecierpliwiony głos tłumaczy mi gdzie jest klatka. – Czekaj, kurwo, zaraz cię zerżnę. – Emocja na kształt gniewu przechodzi mi przez głowę. Podchodzę do bloku. Patrzę i nie wierzę. Ze ściany oblepionej plakatami wychodzi facet. Okazało się, że drzwi od klatki były tak oblepione reklamami, że wtopiły się w tło. Podchodzę, domofon, również zakamuflowany, niczym żołnierz sił specjalnych. Dzwonię, dźwięk otwieranych drzwi. Chyba, już zawsze, ten dźwięk będzie mi się kojarzył z brudną stroną życia. Winda sunie powoli w  górę. Odór brudnej klatki wierci w brzuchu. Pukam do obitych sklejką drzwi.

Schemat jest zawsze ten sam. Otwarte drzwi, ciemny przedpokój i wejście pokoju. Moją uwagę przykuła diva. Młoda, nie więcej niż dwadzieścia trzy lata. Szczupła blondynka, o wyrazie twarzy klubowej suki. Dawno nie widziałem takiej suczy w burdelowie. Wchodzę do pokoju i czekam. Pokój niczym nie różni się od wielu innych pomieszczeń na mieszkaniówce. Kiedy czekam, powoli się rozbieram. Wchodzi blondynka, owinięta ręcznikiem. Twarz, spojrzenie, coś w niej mnie irytuje. Chcę jak najszybciej w nią wejść, chcę ją zdominować. Rozbieram się, ona zdejmuje ręcznik i rozściela prześcieradło. Sposób, w jaki zdjęła ręcznik zdradza rutynę i to, że jest świadoma swojego ciała, że ma świadomość swojej władzy nad facetami. Ona była kurwą na długo przed tym, od kiedy zaczęła brać za to kasę. W jej oczach jestem klientem. Po prostu klientem. Dotarło do mnie, że drażni mnie właśnie ta obojętność. Chcę w nią wejść, chcę żeby poczuła mnie w sobie, to z pewnością zmusi ją to zrzucenia tej obojętności. Delikatnie i starannie kończy ścielić prześcieradło. Mówi, żebym się położył. Kiedy się kładę, zaczyna mechanicznie obrabiać fiuta. Pyta, czy sam francuz wystarczy, czy chcę seksu. Chcę seksu, ale najpierw muszę spróbować jej cipki. Tak, jest atrakcyjna, kształtne cycki, zgrabna dupcia i niezła figura, jej cipka będzie ukoronowaniem urody. Mówię jej, żeby się położyła. Kładzie się plecach i rozkłada nogi. Tak, jak myślałem, jej cipka, jest niemal perfekcyjna. Symetryczna, po prostu piękna. Zawsze hołdowałem zasadzie, że najważniejsza jest cipka. Nie jest to mój pomysł na życie. Usłyszałem to na filmie, kwestia Ala Pacino. Kiedy tylko ją usłyszałem, wiedziałem, że to będzie ważne zdanie w moim życiu. Mimo, że cipka blond-kurewki wygląda mega atrakcyjnie, to kilka mechanicznych ruchów językiem w zupełności mi wystarcza. Chcę być w tej idealnej cipce. Unoszę się na kolana. Blondynka zakłada gumę na sterczącego fiuta. Kładzie się. Wchodzę w nią. Kilka minut posuwam ją klasycznie. Na chwilę wychodzę z niej. Odwraca się i kończę od tyłu. Podaje mi chusteczki. Kiedy ubrałem, padło pytanie: – Ładną mam cipkę? – Patrzę na nią. Jej mina jest zupełnie inna, niż pół godziny temu. Na jej twarzy błąka się nieśmiały uśmiech. Jej spojrzenie przybrało wyraz sympatii. – Jest śliczna, ale przecież wiesz o tym. – Odpowiadam z uśmiechem, niewymuszonym, może nawet szczerym. – Wiem – odpowiada z u śmiechem – ale chcę, żeby była najpiękniejsza. Dobrze, że przynajmniej ona ma jasno określone cele. Kilka minut rozmawiamy. Wychodzę, wracam do akademika. Deszcz, przypomina mi się, jak dawno temu, w podobnej aurze wracałem, po podobnej wizycie. Hehe, byłem wtedy debiutantem. Pamiętam rozdarcie i uczucie zaprzedania duszy. Dziś wracam wypłukany z wszelkich uczuć. Zobojętniałem. Wiem, że wszedłem na pewną drogę, czy kiedykolwiek zawrócę? Nie wiem. Nie wiem nawet, czy chcę.

Spędziłem wtedy trzy tygodnie w akademiku. To były tygodnie, które pamiętam do dziś. Blondynka zniknęła. Kilka lat później, jako weteran burdelowa, dowiedziałem się miała problem z piciem. To powodowało jej niedyspozycję. Jej Al się wkurzył i wlał jej na siłę pół litra czystej. Oczywiście w celu terapii. Podobno nie pomogło. Słuch o niej zaginął.