Anka cz. 2

Ankę zobaczyłem w tramwaju. Pierwsza popołudniowa, ludzka fala zalała tramwaje. To dziwne, ale wśród dziesiątek twarzy rozpoznałem ją. Nigdy nie nosiła ekstrawaganckich ciuchów, nigdy nie była tą wyróżniającą się z tłumu. Jedynie jej fryzura, niby zwyczajna, a jednak nie. Podszedłem, uśmiechnąłem się, i oboje wysiedliśmy jako nowi znajomi. To zabawne, jak wielu facetów widzi problem z podejściem do dziewczyny, jakby to była jakaś wojna, a przecież ostatecznie wszyscy gramy do tej samej bramki.

 Tydzień później zaprosiłem ją na pierwszą randkę. Były kwiaty, był buziak na „dzień dobry” i  „do widzenia”.  Odblokowała we mnie pewien obszar, obszar, który ostatnie lata, z całym swoim kolorytem doznań przykryły i nie dopuściły na światło dzienne. Była podręcznikowym przykładem dziewczyny. Kiedy przy wieczornym piwku relacjonowałem wszystko Miszy, tylko kiwał głową.

– I tak to powinno wyglądać. I to jest kurwa piękne. – Podsumował.

 – Wiem, kurwa, wiem. – Stuknięcie butelkami przypieczętowało naszą zgodność poglądów. Misza od ponad roku był z Justyną, był szczęśliwy. Zawsze mi kibicował, ale czasem w jego głosie pobrzmiewała nuta troski.

– Kiedy ty kurwa znajdziesz sobie dupę, tak na dłużej. Wsadzasz tu i tam, no ale ile można? Wiem, że masz instynkt łowcy, też go mam, ale jestem szczęśliwy z Justyną, też jak sobie znajdziesz dupę, zobaczysz, że to inna bajka. Będziesz szczęśliwy.

– Ja jestem szczęśliwy- zawsze odpowiadałem, i byłem. Zdarzały się chwile, kiedy odczuwałem niezidentyfikowany brak, ale byłem szczęśliwy, tak mi się przynajmniej wydawało. Nadszedł szalony czas – juwenalia, to na nich Anka oficjalnie pojawiła się jako dziewczyna z którą się spotykam. Tak byłem wtedy szczęśliwy. Cała moja ekipa przyjęła ją ciepło. Dziewczyny na znak solidarności porwały ją na chwilę. Do tej pory nie wiem, co jej powiedziały. Moje ananasy z uśmiechem na mnie patrzyły. Prym wiódł Misza z Kamilem. Doleciały do mnie też kąśliwe uwagi. Byli życzliwi, którzy w zawoalowany sposób Dalimi do zrozumienia, że po mnie, spodziewali się więcej, a nie przeciętnej dziewczyny. Miałem to w dupie. Ona miała być ze mną nie z nimi. Kiedy w nocy, po koncercie szliśmy, trzymając się za ręce, zerknąłem na Anię. Tak, to był ten czas, dobry wybór.

 Nie było to uczucie takie samo, jak w przypadku D. którą postrzegałem w ramach wielkiego romantycznego uniesienia, które przerodziło się niemal w obsesję. Tu było inaczej. Po prostu, spotkałem dziewczynę. Tylko dziewczynę i aż dziewczynę.  Przez ostatnie lata, kraina doznań seksualnych, nie miała przede mną tajemnic. Dymałem młode, stare, grube, chude, ładne, brzydkie. Rżnąłem w mieszkaniu, w kiblu w pubie, w zagajniku na nowo budowanym osiedlu, w samochodzie, na klatce schodowej, w windzie. Do kolekcji brakowało mi pociągu.  Przesadą byłby napisać, że zrobiłem wszystko, co możliwe na tej płaszczyźnie, ale z pewnością robiłem dużo. Z Anką, było inaczej. Kiedy byłem przy niej, z nią, nie miałem żadnych pokręconych scenariuszy w głowie. Nie chciałem próbować żadnych nowinek. Z nią mogło być normalnie, klasycznie. Tak po prostu. Wprost niewyobrażalną frajdą było dla mnie chodzenie na randki, wizyty z winem. Po prostu spotykaliśmy się ze sobą. Było dobrze. Tak bardzo zapętliłem się w ostatnich latach,  że zapomniałem, jak wiele radości może przynieść normalne życie.

Szkoda tylko, że zapomniałem o pewnej istotnej regule. Podstawowe prawo burdelowa, związków i całego wszechświata relacji brzmi: prędzej czy później żądza zawsze zwycięży.

Byliśmy umówieni na siedemnastą u niej. Kolacja ze znajomymi. Butelka wina na szafce czekała aby trafić do mojej torby. Kończyłem prasować koszulę. Jeszcze prysznic i gotowy. Sam nie wiem kiedy, ale gdy resztki szamponu spływały wraz letnią wodą niemal hipnotyczny głos mówił: „poddaj się, poddaj się, jak długo możesz oszukiwać sam siebie” Nie trwało to dłużej niż sekundę, ale byo tak realne, że momentalnie zakręciłem prysznic i rozejrzałem się wokół. W jakiś przedziwny sposób, ktoś lub coś mówiło mi, że to nie ma szans. Żebym przestał się okłamywać, że dawno temu wybrałem drogę i jeśli zechcę z niej kiedyś zejść, to sama się o mnie upomni. To prawda. Myślałem o tym wcześniej, czy los nie kpi ze mnie, przecież, to nie moja bajka. To prawda, mimo, że się spotykaliśmy, choć przestałem posuwać na boku, to nie przestałem flirtować. Nie przestałem, bo nie padły żadne wiążące deklaracje. Mocne postanowienie poprawy, a co za tym idzie poprawa, miały dopiero nastąpić. Balsam po goleniu, wyprasowana koszula, i gotowy do drogi. W myślach wykrzyczałem (chyba do losu) „i co?! Idę na randkę, nie spieprzę tego i nie poddam się !”.

Po kilku tygodniach, odczułem marazm i pustkę. Zacząłem dawać temu wyraz. W końcu dostałem od niej krótkiego SMSa” nie chcę się już spotykać  – ok, pa – moja odpowiedź była krótka.   Przestaliśmy się widywać. Ne była to moja wina, po prostu nie wyszło.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Minął prawie rok. Anka gdzieś rozpłynęła się w otaczającej rzeczywistości. Straciłem ją z oczu. Wszystko toczyło się dalej. Miesiące mijały nieubłaganie. Dotarło do mnie, że jednak świetlana kariera brokera, zniknęła z horyzontu, umknęła. Przygniotło mnie nic nie robienie. I już tego nie potrafiłem unieść. Moje marzenia, zamieniłem tylko na plany, plany ukończenia studiów. Nic więcej. Moje założenia nie wychodziły poza najbliższe tygodnie. Ostatnie seminaria, ćwiczenia i laborki na wydziale. W pierwszym dniu po Świętach Wielkanocnych, na wydziale, trwając w mocnym postanowieniu poprawy czekałem na pierwsze zajęcia. Przez chwilę zerknąłem na krótkowłosą blondynę,  popatrzyłem na nią. Tak, jednak to ona. Anka! Co robi na wydziale? Czyli się nie obroniła w terminie – pomyślałem. I w dziwny sposób, myśl ta sprawiła mi przyjemność. Dobrze jej tak. Mimo, że nasza znajomość zakończyła się neutralnie, to z przyczyn niewiadomych, udawaliśmy, że się nie znamy. Dumnym krokiem przemierzyła korytarz i podeszła do portierni. Nie wiedziałem, co się dzieje. Po niecałej minucie odeszła, w ręku trzymała klucz. To było poza scenariuszem, jaki kreśliłem. Doktorantka. Nigdy nie byłem zawistnikiem. Nie zazdrościłem i nie złorzeczyłem gdy byłem świadkiem czyjegoś sukcesu. Nie wiem co mnie opętało. Poczułem złość na wydział, na Ankę, na wszystkich, tylko nie na siebie. Byłem zły, że się jej udało że, prawdopodobnie jest szczęśliwa. Musiałem się przewietrzyć. Wyszedłem przed wydział i zapaliłem papierosa. Spokojnie paląc papierosa starałem się koić nerwy. Mózg sam zaczął pracować na innych obrotach. To realne doświadczenie, empirycznie doświadczyłem, jak umysł wypracował strategie radzenia sobie ze stresem. Po chwili już jestem w zupełnie innym świecie.  Myślę o Stronie, to myślenie całkowicie mnie pochłania. Anka zeszła na dalszy plan, albo w ogóle zeszła ze sceny.

Dzień się nie skończył, a już byłem na mieszkaniówce. Ciche mieszkanko w bloku typu bliźniak. Drzwi otwarła kobieta, brunetka. Mogła mieć trzydzieści kilka lat. Szczupła, ubrana w getry i cienką bluzeczkę. Chwila rozmowy, co i za ile. Wcześniej ustaliłem tylko adres. Powiedziała mi, że jeśli dołożę to może dołączyć koleżanka. Z drugiego pokoju wyszła druga kobieta. Kasztanowe włosy i spojrzenie zdradzające ironiczne i raczej pogodne podejście do życia. Miała na sobie czarną sukienkę, która wydawała się nieco za ciasna, a może taka miała być. Duże piersi niemal z niej wyskakiwały. Basia i Aneta. Pojawił się problem, bo akurat nie miałem tyle pieniędzy. Wyskoczyłem ze wszystkiego, co miałem w portfelu. Finalnie usłyszałem, że za taką kwotę Aneta może asystować. Cokolwiek to znaczy. Poszedłem wziąć prysznic. Kiedy wróciłem owinięty ręcznikiem, Aneta poszła do łazienki, ja zostałem z Basią. Krótka rozmowa o świątecznych potrawach i nadchodzących, letnich miesiącach, kiedy wróciła Aneta odświeżyć poszła się Basia.

– Połóż się, wymasuję cię. – Aneta, jak większość kobiet o szerokich biodrach była pogodna. Położyłem się posłusznie na brzuchu. Zaczęła przyjemnie gładzić mnie po plecach, od czasu do czasu ugniatając obręcz barkową. Nie nazwałbym tego masażem, ale było przyjemnie. Po kilku minutach przyjemnego niby masażątka usiadła na mnie i zaczęła ugniatać kark. Wróciła Basia.

– No, odwróć się, zaczynamy działać.

 Uśmiechnąłem się z głupkowatym „ok” na ustach.

Leżałem na plecach. Większa z div masowała mi tors, szczuplejsza, zaczęła od masaż ud i robiła go naprawdę umiejętnie. Kiedy przeszła w okolice krocza, błogie uczucie zaczęło mnie owijać, niczym magiczny szal. Chuj z Anką, chuj z tym wszystkim. Liczą się tylko doznania. Resztki logicznych myśli ulatywały. Kasztanowe włosy Anety przyjemnie drażniły moje ciało, jej język zakreślał ósemki wokół moich sutków. Kolejna para rąk bardzo wprawnie zajmowała się fiutem i jajami. Błogość i przyjemnie rozleniwienie, zdawały się opanować cały pokój. Mógłbym tak przeleżeć dziesięć lat. Przyjemność ustała. Aneta, odeszła ode mnie i wyszła z pokoju. Popatrzyłem zdziwiony, mojemu zdziwieniu odpowiedziała Baśka: – Aneta tylko asystowała, to było w kwocie.  – Nic nie odpowiedziałem, znałem zasady. I w kwestii pieniędzy, nie było odstępstw.

– No, jesteś gotowy. Zakładamy i jazda! –  Niczym za sprawą magicznej sztuczki, w ręku mojej rozmówczyni pojawił się condom w opakowaniu, które bardzo wprawnie zdjęła. Rozwinęła kalosza, na moim wyprężonym wyżle i dosiadła mnie niczym mityczna amazonka. Zaczęła mnie ujeżdżać. Mocno, sprężyście. Minęło kilka minut. Uniosłem się na łokciach, bo chciałem zasugerować zmianę pozycji. Położyła lewą rękę na mnie i przytrzymała. Przesunęła ręką po mojej klatce i złapała mnie za sutek. Mocno ścisnęła i przekręciła. Ssss – syknąłem z bólu.

– No, co? – Spojrzała na mnie z zadziornym uśmiechem i kpiącym spojrzeniem. – Ja lubię sado-maso. Druga ręka powędrowała do moich jaj. Uścisk był bolesny, o dziwo pobudzający. Kiedy jeszcze minimalnie zwiększyła uścisk, nie wytrzymałem.

– Aaaał. – Ta krótka fraza miała jej uzmysłowić, że tyle wystarczy. Uścisk powoli zelżał, a diva zaczęła na mnie jeszcze bardziej skakać. Ujeżdżała mnie i ujeżdżała, co jakiś czas serwując dawkę niespodziewanego bólu. Jaja, sutki, tors, włosy. Nie wiedziałem, kiedy poczuję jej ostre paluszki. Kiedy się spuściłem, oboje uśmiechnęliśmy się do siebie. Nasze spojrzenia mówiły: „kawał dobrej roboty”.

Ubrałem się i wyszedłem na przedpokój. Stała tam Aneta.

– Już, po wszystkim? – Zapytała z uśmiechem.

– Taak. – Odpowiedziałem zmęczonym głosem. Zachichotała.

Dołączyła do nas Baśka. Po obfitym spuszczeniu, odezwała się we mnie łajza. Streściłem im historię nieszczęsnego relacji z Anką. Dziwne, że nie dostrzegłem wtedy, jaki jestem żałosny. Na pożegnanie usłyszałem:

– Jesteś fajny facet, na pewno sobie kogoś znajdziesz. – Słyszałem to wielokrotnie, mimo wszystko czułem się wybrakowany.

Anka cz. I

Niebo w kolorze stali zdawało się osądzać. Ja też osądzałem – siebie. Obok autoosądu nurtowało mnie pytanie: jak to się stało? Złamałem dane sobie słowo.

Miesiąc wcześniej

Uważam za bardzo przydatne dwa okresy w roku. Czas przed jednymi i drugimi świętami. Już chyba zapomniano, ale nasza cywilizacja – łacińska, daje nam dwa razy do roku możliwość naprawy, swoistego resetu. Mało kto dziś o tym wie, ale te dwa okresy trwające coś około miesiąca mają takie właśnie zadanie. Na chwilę nas zatrzymać, skłonić do refleksji, może skłonić do naprawienia czegoś, albo do rezygnacji.

Jechałem na wielkanocne Święta do domu z mocnym postanowieniem: koniec! Koniec z moją przygodą. Koniec z pogonią za doznaniami, koniec z pewną drogą. Przez ostatnie tygodnie dużo myślałem. Wspominałem jak to się zaczęło, w którą stronę poszedłem. Dlaczego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Przez ostatnie kilka lat moje życie wypełnione było doznaniami. Wszelkimi. Uznałem, że na chwilę obecną wystarczy. Zaczynało do mnie docierać, że trzy czwarte studiów za mną, a ja w ogóle nie ruszyłem do przodu. Co się stało? Kiedy ten czas minął. Chcę się zmienić. Muszę się zmienić. Trzeba uporządkować pewne sprawy. Wrócić do systematycznej nauki. Śledzić wytyczne KNF. Kto wie, może kariera w dużych, brokerskich firmach jeszcze nie przepadła. Kto wie?

Rok wcześniej

Wszystko zaczęło się od Ani. Ankę widywałem na uczelni od pierwszego roku. Podobno faceci, a z pewnością znaczna ich część, cierpią na syndrom matki i dziwki. Pewne kobiety kwalifikują jako potencjalne matki i żony, inne z kolei mają, powiedzmy, wymiar bardziej przedmiotowy. Zawsze starałem się unikać tego schematu. Uważałem to za krzywdzące i nie w porządku. Wyjątek stanowiła Anka.  Emanował czymś takim, że nie potrafiłem na nią patrzeć w sposób inny niż „potencjalna dziewczyna – żona”. Blondynka o obfitym biuście, w porównaniu z którymi jej tyłek wydawał się nieco mały. Figura, jakby troszkę zwalista. Pod jej okularami, kryły się niebieskie oczy, intrygująca, sympatyczna twarz. Zawsze mnie intrygowała. Zawsze. A poznałem ją dopiero na czwartym roku.

Wiosna. początek sezonu randkowego. Ta wiosna miała być inna, miała dać początek czemuś innemu, lepszemu. Coraz bardziej zaczynałem mieć tego wszystkiego dosyć. Coraz częściej patrzyłem wstecz i w głowie miałem mętlik. Nie chciałem zawracać ze szlaku na którym byłem. Jeśli o to chodzi, byłem przekonany, że droga, którą dawno temu wybrałem, jest drogą dla mnie i co do tego nie było wątpliwości. Jednak nie mogłem nie zauważyć tego, że nie jestem szczęśliwy. I to nie dawało mi spokoju. Skoro szedłem szlakiem, który sam sobie wytyczyłem, to dlaczego niemal fizycznie odczuwałem pewien brak. Odpowiedź znalazłem w rozmowie z Luizką.

– Jesteś dziwkarzem, ale myślę, że będziesz dobrym mężem. – Tu Luizka obdarzyła mnie uśmiechem lisicy. –  Wiesz, ty masz opinię dziwkarza, Misza każdego leje i się go boją, a jak się was pozna, to jest zupełnie co innego. Obaj macie w sobie taki gen pantoflarza, takiego męża „ciepłe kluchy”.

Myślałem nad tym długo. Rzeczywiście, związek z kimś wydawał się nową i zarazem fascynującą przygodą. Raczej nie bywałem w takich relacjach. Nie miałem dziewczyny (jednej, swojej), ja miewałem dziewczyny.  Nie zdecydowałem się na żaden związek, bo chciałem być fair. Fair wobec drugiej osoby i fair wobec siebie. Zbyt wiele razy słyszałem od partnerek moich kolegów coś w stylu: jestem z nim, ale sama nie wiem, czy to jest to. Zawsze wtedy czułem zakłopotanie, bo w tym momencie głosicielka powyższego stwierdzenia wpatrywała się w moje oczy z pewnym oczekiwaniem.

Powoli zaczynało do mnie docierać, że chyba odczuwam głód emocjonalnej relacji. Relacji z randkami, kwiatami, buziaczkami na przywitanie i pożegnanie. Postanowiłem, że to ta wiosna, ten czas. 

Od rana wszystko mówiło, że to będzie dobry dzień, dzień pełen pozytywnej energii. Wiosenne słońce obiecywało to wszystko, co starałem się zatrzeć w sobie przez ostatnie lata. Zieleń na osiedlu, niebieskie niebo i budynki skąpane w wiośnie dawały nadzieję. Po porannej toalecie i lekkim śniadaniu spojrzałem w lustro i przejechałem dłonią po swojej białej koszuli. Spojrzałem w lustro.

– Dziś załatwiam wszystkie rodzinne sprawy – nie wiem skąd do głowy wleciała mi kwestia z „Ojca Chrzestnego”, ale wypowiedziałem ją przed lustrem zupełnie serio. Skropiłem się nowymi perfumami i wyszedłem. Kilka spraw natury administracyjnej , odwiedzenie akademików i powrót. Plan dnia był prosty.

Idąc chodnikiem, czułem na skórze wiosenny wiatr. Tak, ta wiosna przyniosła nadzieję. Ze zdziwieniem odkryłem, że towarzyszy mi pewna determinacja. Jakieś dziwne napięcie. Zacząłem analizować. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dotarło do mnie, że od kliku dniu moje myśli krążą wokół Anki. Nie tylko Anka była tu problemem. Ja zafiksowałem się na punkcie związku, relacji długoterminowej, jakkolwiek zwał. Co było powodem? Coraz więcej par wokół? Pesel, który nieubłaganie, niczym okręt, przybijał do trzydziestki? Rozmowa z Luizką? Nie potrafiłem sobie na to pytanie odpowiedzieć. Jakaś część mnie starała się przedrzeć przez warstwy pustki, które tak pieczołowicie wyhodowałem w sobie. Powoli docierało do mnie, że ostatnie lata były niczym szczególnym. Nie to żebym żałował, bo nie żałowałem, ale jakoś spełnienia też nie czułem. Czy ostatnie lata uczyniły mnie lepszym? – Zastanawiałem się. Na pewno mnie zmieniły. Ponad wszelką wątpliwość, bogactwo doznań które posiadłem zostawiło we mnie ślad. A może bliznę? Podobno są blizny, które uszlachetniają, ale czy wszystkie?

Dotarłem do miasteczka akademickiego. Kiedy wchodziłem po wiecznie niedomytych schodach, minęły mnie dwie roześmiane dziewczyny. Szybkie ukradkowe spojrzenia, coś szepnęły, zachichotały i minęliśmy się.

– Ładnie pachniesz chłopcze, wiesz? – dobiegł mnie dźwięczny głos jednej z nich.

– Wiem. – Odpowiedziałem z uśmiechem.

– Przystojny jesteś? To też wiesz? – znowu chichot

– Mama mi to powtarza. – Grymas uśmiechu, niczym slalomista przemknął po mojej twarzy.

– Okłamuje cię – i znowu chichot.

Odwracam się, patrzmy na siebie. Puszczam oko, i znowu chichot. Odwracam się i idę do znajomych. Po godzinie wychodzę z akademika. Słońce  staje się popołudniową, gigantyczną tarczą na niebie. Coś w środku nie daje mi spokoju, coś pcha mnie przed siebie. Śmieszne i dziwne zarazem. Zanim Ronda Byrne napisała „Sekret”, ja już go doświadczyłem. Los sprzyja gotowości umysłu.

Seksualny padlinożerca cz. I

Sobotni wieczór. Wszechogarniające zimno wygania z ulic.

Underground, ciężkie brzmienie wybrzmiewa z głośników. Znowu jestem w klubie, którego nawet nie lubię, ale zawsze tu ląduję. To kolejny przejaw marazmu, który nie tylko mnie otacza, ale wręcz wdarł się we mnie.  Delikatnie stłumiony wypitym alkoholem rozglądam się wokół. Trudno określić średnią wieku, ludzie na parkiecie wykonują ruchy, które z pewnością nie są tańcem, jest czymś pośrednim między mozolnym  parciem do przodu, na przykład w kolejce do szatni, a czymś przypominającym prastare rytuały. Patrzę w stronę DJ. Dwudziestokilkuletni chłopak jest niczym kapłan nowej religii.

Podchodzę do baru. Dziwne, ale nie ma aż tak wielu ludzi. Barman odwrócony rozmawia z jakąś kobietą. Na krótką chwilę oczy kobiety wpatrują się w moje piekące do dymu źrenice. Uśmiecha się, oddaję jej uśmiech. Barman w tym czasie sporządza drinka. Kobieta nachyla się nad barem i coś mówi. Barman bierze z suszarki pusty kieliszek. Podaje mi Jaggemeistera wskazując na kobietę, która patrzy na mnie i się uśmiecha. Unoszę kieliszek, oboje wypijamy. Przeciskam się do niej. Krótka chwila na malutki rekonesans. Wiek coś pod trzydziestkę, włosy brązowe, nieco za ucho, ubrana w beżowy płaszcz. Nasze usta wykonują ruchy, z boku przypomina to rozmowę, ale łupanka z głośników uniemożliwia jakąkolwiek rozmowę. 

Patrzę na jej oczy i uśmiech. Unoszę dłoń, dając znać barmanowi. Ta kolejka jest na mój koszt. Jestem konserwatywnym libertynem. W kwestii finansowej, konserwatyzm bierze górę. Różnej maści samozwańczy trenerzy podrywania uważają to za przejaw słabości, coś, co dyskwalifikuje w oczach kobiet. Śmieszne i głupie.

Przypatrujemy się sobie. Wypijamy kolejkę, później następną. Nasze ręce dotykają się po to żeby za chwilę się połączyć. Mówimy coś do siebie, ale sami nie wiemy co, prowadzimy niby-rozmowę. Przechodzę do palarni, unoszę dwa palce do ust, żeby zasygnalizować mojej nowej znajomej, gdzie idę. Wydyma usta jej twarz przybiera ignorujący wyraz, jej spojrzenie płynnie z uśmiechu przechodzi w obojętność. Wzrusza ramionami i odwraca się do baru. Uśmiecham się i odchodzę. W palarni odpalam Marlboro light i zaciągam się. Ogarniając wszystko i wszystkich leniwym spojrzeniem. Patrzę na festiwal ucieczki, inaczej nie potrafię tego nazwać. W potężnym słoju wypełnionym elektronicznym brzemieniem i mefedronem banda dzieciaków ucieka. Ucieka przed światem, ucieka przed życiem, może nawet przed sobą. Śmieszne, jestem jednym z nich, moja przewaga polega na tym, że ja o tym wiem.

Nieznajoma w beżowym płaszczyku odnajduje mnie. Patrzymy na siebie, a raczej to ona na mnie patrzy wzrokiem, który stracił nieco na ostrości w skutek spożytego alkoholu. Ja, intensywnie patrzę w jej oczy, ale ta intensywność ma inne, osobne źródło. Szukam odpowiedzi, na pytanie, którego nie potrafię sformułować. Obejmujemy się, przez chwilę bujamy się, niby do ballady romantycznej. To nieco groteskowe, bo łupanka z głośników powoduje, że ludzie wokół skaczą niczym atrakcja w menażerii. Na raz nieznajoma odkleja się ode mnie jej spojrzenie pada na szczupłego chłopaka o ciemnej karnacji i szerokim uśmiechu. Nie reaguje na to. Wyciągam kolejnego papierosa. Staram się, z wydobywającego się z moich ust dymu, utworzyć coś na kształt koła. Systematyczne ruchy żuchwą przynoszą rezultat w postaci wyraźnych , grubych kół z dymu. Dopalam i kieruję się w stronę wyjścia. Już prawie dotarłem do drzwi, gdy ktoś ciągnie mnie za rękę – znowu ona.

– Wychodzisz ze mną. – Łapie mnie za rękę i wychodzimy.

Na zewnątrz świta. Wczesno-poranny chłód  działa jak nawilżana chusteczka do higieny intymnej – daje iluzje odświeżenia.

– Gdzie nas dalej noc zaprowadzi? – Pytam patrząc na moją towarzyszkę. Staram się ocenić ją teraz, poza klubowym zgiełkiem. Ciekawe, nic ponad to, co zauważyłem w klubie w niej nie ma. Ma przeciętną twarz, lekko zwalistą figurę lekko kręcone włosy w nieokreślonym kasztanowo-brązowym kolorze. Kierujemy się do postoju taksówek. Wsiadamy i bezimienna podaje adres. Zaczynam rozumieć dlaczego do tej pory niewiele mówiła. Niemiłosiernie sepleni. Jedziemy pod wskazany adres. Boję się kłopotliwego milczenia, dlatego prawię jakiś oklepany komplement, całujemy się. Po kolejnych dwóch pocałunkach i coraz bardziej banalnych i wulgarnych komplementach, dojeżdżamy na miejsce. Taksówkarz podaje kwotę, regulujemy rachunek i wychodzimy.

Gdy zostajemy sami na chodniku pada pytanie, które nieco mnie otrzeźwia: – po co ze mną przyjechałeś? – Nic nie odpowiedziałem. Lepiej milczeć. Milczeć i stać w miejscu. Bezimienna podchodzi do bramki-furtki. Blok ma specyficzną architekturę. Od ulicy trzeba wejść po schodach i skręcić w lewo, dopiero docieramy do klatek. Bezimienna weszła za bramkę i powolnym krokiem zmierzyła się ze schodami. Gdy była na szczycie, odwróciła się spojrzała na mnie zniecierpliwiona, mlasnęła i wykonała zapraszający, wręcz teatralny  ruch ręką. Uff, czyli jednak zwycięstwo. Lekkim, na ile pozwolił alkohol, krokiem ruszyłem przed siebie.

CDN

O porażce

Wstałem po trzynastej, w głowie odczuwam lekki szmer, pamiątka po wczorajszym piwie. Wszystko zaczęło się od jednego piwa, zawsze tak się zaczyna.

Poszedłem  do knajpki. Zwykła przeciętne knajpka, większość klientów to dwudziestoparolatkowie, tania wódka i piwo przyciąga niczym lep. Przez trzy pilznery obserwuję ludzi. Grupki znajomych żywiołowo dyskutujących o palących problemach, gdzieniegdzie pary: chłopiec – dziewczyna, jak na dłoni widać napiętą atmosferę pierwszego, wspólnego piwa. Czym się objawia? Nawzajem pochłaniają się wzrokiem i każdemu albo prawie słowu towarzyszy nerwowy uśmiech. Och, to urocze zdenerwowanie, świadczy o czystości intencji, a może nawet o pewnej niewinności. Jednopłciowe pary, też delektują się niezbyt drogimi trunkami. Babskie i męskie wieczory.

Po trzecim pilznerze przenoszę się do klubu nieopodal. Nie jest to żaden topowy klub, bliżej mu do tancbudy, ale jest klimatyczny, to z pewnością. Biorę whiskey, to mnie wyróżnia z tłumu, który bierze piwo lub najtańszy drink. Siadam na wysokim stołku pod ścianą. Mam ochotę obserwować, czy coś się zmieniło w dynamice takich miejsc, odkąd tam bywałem? Nic się nie zmieniło, grupki facetów, grupki dziewczyn o odwieczna gra w podchody. Nie staram się nawiązać z nikim kontaktu wzrokowego, właściwie, nie mam planów, co do pobytu tutaj. Po skończonym drinku, biorę jeszcze piwo, już zupełnie wtopiłem się w tłum. Wychodzę na papierosa. Obok mnie pali para, kobieta, brunetka, z urody podobna dziewczyny z teledysku Martyniuka, troszkę bardziej świecąca, ale wciąż podobna, na faceta nie zwracam uwagi. Brunetka podchodzi z pytaniem o ogień, podaje jej zapalniczkę. Kilka minut później znów pyta o zapalniczkę, w jej oczach widzę oczekiwanie. Może jestem zbyt pewny siebie, ale dostrzegam wyczekiwanie na ruch z mojej strony. Nie robię nic, ogarnia mnie bierność.

Po kolejnej wódce z energetykiem znowu palę. Tym razem uśmiecha się do mnie dziewczyna o urodzie chłopca. Oddaję uśmiech. Rozmawiamy. Jej wywód na temat tego, jak to w takich miejscach faceci szukają łatwych wsadów nudzi mnie – ja to znam. Nie daję tego po sobie poznać, idę to toalety. Kiedy rozmawiamy po raz kolejny, za jakiś czas w klubie, pada pytanie, czy wierzę w możliwość odnalezienia miłości w klubie. Aha, czyli muszę zadeklarować uczucie i mam szanse na obciąganko. Mówię, że nie, i żegnam się. Czas spadać. Na pożegnanie słyszę, że chętnie przyjmie zaproszenie na kawę. Nie odpowiadam. Wychodzę.

Zamiast iść spać, poszedłem do mrocznego klimatycznego klubu, dla prawdziwych zombie. Przez moment, po przekroczeniu progu czuję się nieswojo, w czymś takim jeszcze nie byłem. Zaczynam się zastanawiać, czy obciąganko nie poprawiłoby mi nastroju i nie wyrwało z marazmu. Szukam, w takim miejscu nie powinno być problemu ze znalezieniem odpowiednich ust. Robię rundę po tym mrocznym miejscu. Jednak, znalezienie druciary, może być problemem. Czuję na sobie czyjś wzrok, odwracam się, łysy spaślak, o głowę wyższy ode mnie. Może ochrona – myślę. Liczę się z tym, że mogą mnie wypierzyć stąd, bo faktycznie, trochę inny klimat i mogę nie być tu mile widziany. Zmieniam lokalizację, za chwilę pojawia się grubas. Mówi coś do mnie o piwie. Nosz kurwa, to są Himalaje ironii losu. Myślę po obciąganiu i zarywa do mnie gej. Nie mam nic przeciwko homo, ale czy ja mu, do chuja wafla, wysłałem jakiś sygnał, że do mnie podbił. Kręcę głową i odchodzę. Nie mija dziesięć minut, znowu grubas, tym razem zaczyna się bujać z nogi na nogę, coś na kształt tańca. Mam dość. Spieprzam stąd. Kiedy opuściłem klub i spojrzałem na zegarek było po ósmej rano. Ludzie od mniej więcej godziny pracują. Dobrze, że mam wolne. Wracam i myślę, o tym wszystkim, jak to się stało, że tyle rzeczy umknęło mi w życiu. Co raz częściej patrzę na swoje życie z perspektywy porażki.

O uczuciach ciąg dalszy

– A może to nie tak. Może źle na to patrzycie. Albo traktujecie kobietę jak szmatę albo pałacie romantyczną miłością. A to nie tak.  – Głos zabrał Adam. – Kto go tu w ogóle zaprosił? – Przemknęło mi przez głowę. Lubiłem Adama. Mimo, że pochodziliśmy z dwóch różnych światów, to szanowałem go za intelekt i twardy charakter. Byłem zdziwiony jego obecnością, bo po prostu nie pasował do tej zgrai i raczej nie bywał na pijackich posiedzeniach, gdzie z oparów piwa i wódki wyłaniał się nasz prymitywizm.

– Miłość, to nie jest magiczne „coś”, to ciężka robota. Nie ma sytuacji, gdzie ktoś jest ci pisany przez los, przeznaczenie, czy cokolwiek innego. – Zaczynał. Odkąd poznałem Adama, zawsze podziwiałem u niego ewangelizacyjny zapał. Kiedy rozpoczynał swoje przemówienia, było w tym coś z dobrego kazania. Nie chodziło o tani chwyt retoryczny. To nie była chęć zabłyśnięcia kąśliwą uwagą, czy błyskotliwym tekstem. To była przemowa, wygłaszana z przekonaniem, z wiarą mówiącego, że oto objawia prawdę. Nie było tu agresji, nutki szaleństwa – był przekaz. Szczery przekaz. Tak. Niewątpliwie Adam nadawał się na kaznodzieję.

– Poznajesz dziewczynę. Poznajecie się nawzajem, spotykacie się, chodzicie ze sobą, znajomość przeradza się w związek. I to wspólne wzloty i upadki umacniają wieź, tworzą miłość. Cementują na dobre i na złe.

– Ale, to takie gadanie, albo się zakochujesz albo nie. – Kapitan Planeta, lubiący lekkie dragi romantyk próbował przeforsować swoją filozofię towarzyską.

– Zakochać możesz się zawsze. – Adam był jednak nieugięty. Zmiażdżył oponenta zanim  tamten zdążył wystawić na retoryczny ring pierwsze argumenty. – To normalne, że ktoś się nam podoba, że kogoś pożądamy, że kogoś lubimy lub wręcz jesteśmy kimś zauroczeni, czy w kimś zakochani. Ale to nie jest miłość. Namiętność odchodzi, ale osoba zostaje. I co wtedy? Rozwód? Rozstanie? Tylko dojrzałe uczucie pozwoli dostrzec w drugiej połowie piękno ponadczasowe.

– A tam, pierdolisz. – To była licha obrona Miszy, przed płomiennym wystąpieniem. Znałem go zbyt długo. Wiedziałem, że taki tekst był oznaką intelektualnej bezradności i chęcią ukrycia tego, że nie ma kontrargumentów.

Wkrótce otwarte zostały kolejne piwa. Niedawna dyskusja został zepchnięta na boczny tor. Pojawiły się nowe tematy. Opary alkoholu zaczęły gęstnieć.

Wielokrotnie wracałem do tej rozmowy. Sam chciałem rozwiązać zagadkę albo raczej sklasyfikować, to, co nazywamy relacjami z kobietami. Co to jest miłość? Co to jest namiętność? Czy niezobowiązujący seks, zawsze niczym nie zobowiązuje?

Pytań było dużo. Rozwiązaniem było doświadczenie i wnioski. Z ochotą oddałem się towarzyskim manewrom, żeby pewnego dnia usiąść z lampką wina i stwierdzić: „Świat uczuć i doznań, nie ma przede mną tajemnic.” Czy to był młodzieńczy idiotyzm, czy stawałem się prorokiem własnej religii?

W przeciwieństwie do moich znajomych, ja miałem, niczym mickiewiczowski mędrzec, swoje szkiełko i oko. Burdelowo było szkiełkiem i okiem. Dzięki temu, że penetrowałem ten świat stałem się chłodniejszy emocjonalnie, to pozwalało mi, niczym naukowcowi w laboratorium, zabrać się do swoich pokręconych badań.

 

Moje plany zakładały eksploracje i celebrację, tego cudownego świata; świata kobiet, emocji i doznań. Miałem też nadzieję przeprowadzić choć jedną deflorację, czego niestety nie dokonałem…

 

Porozmawiajmy o atrakcyjności

Mój kolega, Przemek, to podwójny rozwodnik. Dwa małżeństwa, dwoje dzieci. Nieuchronnie zbliża się do czterdziestki, mieszka z rodzicami i zarabia w dorywczej pracy. Życiowy przegrany, można by rzec.

A jednak, z pewnych przyczyn, to gość, któremu nie jeden, zaliczający się do normalnych facetów, może zazdrościć. Przemek, zawsze miał zapał do podrywania kobiet. ZAWSZE. Zawsze był okrągłym chłopcem, którym do najprzystojniejszych nie należał. Teraz, gruby, zarośnięty, śmierdzący potem i widać na nim nadmiar wypitego alkoholu. Ale od początku. Zawsze, kiedy mijaliśmy jakieś dziewczyny, jeszcze w latach wczesnego dzieciństwa. Z ust mojego druha padało coś na kształt: „cipki rude”. Był nieprzejednany. Kiedy nieco podrośliśmy i szliśmy razem w miasto, nie przepuszczał żadnej dziewoi. „Cześć”, „znasz Kaśkę jakąś tam” to tylko jedne z łagodniejszych tekstów. Wtedy jeszcze nie bardzo rozumiałem o co chodzi. Nie znałem magicznego słowa podryw. On znał. Nie wiem, czy to fart, czy statystyka, ale w wieku dziewiętnastu lat został ojcem. Kontakt nam się urwał, kiedy poszedłem na studia. Słyszałem, że życie go przerosło, ale nie uszało mnie to. Czasem, kiedy w wyczynach seksualno-towarzyskich, można powiedzieć ścigałem się sam ze sobą nachodziła mnie myśl, czy już osiągnąłem jego level, czy może jeszcze nie. A może poszedłem dalej? Kiedyś spotkaliśmy się przypadkiem, dowiedziałem się, że jest po raz drugi żonaty.

Zderzyliśmy się ostatnio. Dwa rozwody na koncie. I, co najważniejsze, niekończący się apetyt na nowe dupy. Co prawda, teraz nie interesują go pojedyncze wsady, a raczej, jak to określa związki, ale wciąż ten sam chłopak. Pokazał mi fotki w telefonie dwóch swoich aktualnych wybranek. Trzydzieści dwa i dwadzieścia siedem lat. Nie jakieś kaszaloty, ale całkiem dobre dupy. Jak je wyrwał, nie mam pojęcia. Co ciekawe wie, która z koleżnek się rozwiodła, albo jest sama cały czas. Facet jest po prostu, niczym szalony naukowiec pracujący nad niezrozumiałą formułą. Biorąc pod uwagę, że to purchawa nasączona piwem, nasuwa się pytanie. Jak w świecie zdominowanym przez lifestylowe programy, gdzie na topie są wyepilowani solarmeni, ciągle rucha polska wersja Rona Jeremy`ego.

Ja sądzę, że pod powłoczką medialnego bełkociku o trendach w modzie i kosmetyce, w realnym świecie żyją prawdziwe kobiety które chcą po prostu chłopa. A wszystkie porady i tipy odnośnie sztuczek w alkowie nijak się mają do tradycyjnego, swojskiego, dobrego rypania. Jak u Fredry.

Czy możemy zdobyć czyjeś serce

 

 

Paląc papierosa w całkiem miłej knajpce, patrzyłem na otaczające mnie pary. Pod oknem para w średnim wieku. Farbowana szczupła brunetka, której twarz zdradzała nadmiar wypalonych papierosów i dobrze ubrany facet, pewnie jakiś handlowiec. Obok  kilkoro nastolatków, dziewczyny wdzięczące się do chłopaków w śmiesznych czapeczkach. Nie ma bardziej skomplikowanej gry niż gra towarzyska. Żadna gra nie jest tak ekscytująca, w żadnej innej grze wygrana nie ma tak słodkiego smaku, a porażka nie daje o sobie zapomnieć długo, po samym fakcie zaistnienia. Gdziekolwiek nie spojrzymy roi się ludzi, którzy są z kimś, byli z kimś albo zamierzają być.

Podobno najpopularniejszym podarunkiem walentynkowym są serca, w najróżniejszych postaciach. Łatwo dać komuś pudełko pomadek, ale czy tak łatwo sięgnąć po serce, to w środku?

Zawsze nurtowało mnie jedno zagadnienie. Co jest przejawem większych uczuć: bycie razem przez kilkadziesiąt lat, czy krótki, namiętny i płomienny romans. Obie formy bycia ze sobą mają dobre i złe strony. Obie mają zwolenników. Pytanie, kto ma rację.

Weźmy za przykład małżeństwo. Staż kilkudziesięcioletni. Typowy cebulowy rodak i typowa, cebulowa rodaczka. Mniej więcej dziesięć lat po ślubie seks i zmysłowość, o ile jakąś posiadali odstawili na półkę. Pozostało im wychowanie dwójki dzieci, remonty w mieszkaniu, odkładanie na wakacje nad morzem. Między czasie przeszli takie przygody jak krótkie pobyty w szpitalu, utrata pracy, kłopoty wychowawcze z dziećmi. Jednak cały czas byli razem. Dziś, kiedy kładą się wieczorem spać, jedno chrapie, drugie poprykuje przez sen. Jednak zawsze, w rozmowach określają siebie mianem „mój”, „moja”.

Kolejna para. Młodzi ludzie po dwudziestce. Przyjmijmy wariant studentów, mieszkających w akademiku. Poznają się na imprezie studenckiej. Coś iskrzy. Mija kilka dni, lądują w łóżku. Są mega kompatybilni. Nie wychodzą z łóżka. Ich ciała i zmysły wydają się nadawać na tych samych falach. W przypływie namiętności, przekraczają coraz więcej barier w sferze seksu, ale również w sferze uczuć. Taki stan trwa kilka miesięcy. Odkrywają, że mimo fantastycznego seksu i szczerego oddania, na dłuższą metę, nie potrafią być ze sobą. Kolejne kilka miesięcy i powoli, ich znajomość umiera śmiercią naturalną. Za kilka lat każde z nich wejdzie w poważny związek, jednak zawsze, każde z nich będzie pielęgnować tę cząstkę serca, którą kiedyś zdobyło.

To tylko dwa skrajne przykłady. Pomiędzy nimi jest całą masa innych. Typowe seks-układy, związki z rozsądku, związki-pomyłki, romantyczne relacje, etc etc.

Kiedy następuje moment, zdobycia serca, czyjegoś serca, kiedy nasze serce ktoś zdobywa? Po udanej nocy? Po wspólnym dramacie? Po narodzinach dziecka? A może w ogóle nie można zdobyć serca, bo to najbardziej egoistyczny organ (no, może poza dwoma innymi). A nasze związki, to tylko kwestia przyzwyczajenia i seksu?

Certyfikat Casanovy

Coraz większa liczba ludzi cierpi na tzw. wyuczoną nieporadność. Nieporadność ta dotyczy każdej płaszczyzny życia w tym i relacji damsko-męskich. Rynek nie zna pojęcia „próżnia”, toteż od kilku lat pojawiła się nowa gałąź szkoleń. Szkolenia z podrywania czy też interakcji międzyludzkich.  Przeglądając oferty, znajdziemy tak wiele filozofii i metod podrywu, że nie wiadomo co wybrać.

Nie chcę stawiać się w roli oskarżyciela czy też szydercy, na dowód tego przyznam się, że jeszcze kilka lat temu sam takich informacji szukałem w celu wypróbowania tego w praktyce… Chcę tylko przyjrzeć się zjawisku, napisać co o tym sądzę i pozostawić czytelnikom do przemyślenia, ewentualnie zachęcić do dyskusji.

 

Kiedy przyjrzymy się historii podrywu lincencjonowanego (tak to nazywam, gdyż na jednej ze stron widnieje informacja, że kursanci mogą dostać dyplom/certyfikat ukończenia kursu), to początek sięga lat 80-tych, kiedy to w USA znalazł się człowiek twierdzący, że za pomocą NLP(jest to pewien zbiór sposobów komunikacji) umie uwodzić kobiety. Po tym jak wiedza sprawdziła się w praktyce zaczął uczyć innych. Przez lata 90-te spoleczność podrywaczy rozrastała się, przybywało guru  przybywało uczniów i wykorzystany został Internet dzięki któremu cała społeczność (częściowo) ujrzała światło dzienne. Cały świat (a przynajmniej zainteresowani tematem) dowiedział się o możliwości nauki podrywu w 2005r. kiedy dziennikarz pracujący dla The New York Times’a opisał w książce swoją dwuletnią przygodę z zawodowymi podrywaczami. Tak to wyglądało w Stanach Zjednoczonych, nie wiem kiedy w Polsce zaczęła działać pierwsza firma oferująca takie usługi, domyślam się tylko, że miało to miejsce po 2005r. Ciekawostką był wywiad z rodzimych nauczycieli podrywu, który stwierdził, że idea społeczności zarówno w Stanach jak i w Polsce z czasem została wypaczona – chodziło o to, że w początkowych fazach społeczność miała być czymś w rodzaju samopomocy , gdzie ci bardziej doświadczeni w interakcjach z kobietami mieli pomagać nowicjuszom. Dosyć szybko pomysł ten ewoluował w szereg firm, które również oferowały pomoc, ale już nie za darmo:)

Tyle jeśli chodzi o historię, zajmijmy się teraźniejszością. Co takiego powoduje ciągły wzrost Don Juanów? Myślę, że przede wszystkim rosnący popyt – gdyby nie było zapotrzebowania nie byłoby tych firm. Jeśli chodzi o rosnący popyt, rozumiem to, każdy chłopak w wieku od szesnastu do dwudziestu paru lat jest gotowy oddać duszę, byleby znaleźć sposób  na dotarcie do serca i majtek (niekoniecznie w tej kolejności) tej wymarzonej lub kilku wymarzonych. Gdzieś między półkami w księgarniach pewnie zawsze można było znaleźć jakąś książkę o relacjach. Nie mówimy jednak o taniej książeczce, ale o szkoleniu profesjonalnym (co każdy podkreśla) i dosyć drogim – cena szkoleń wacha się od tysiąca do kilku tysięcy, ba znalazłem nawet wywiad z facetem oferującym szkolenia za ponad 10 tys(!?)  Co takiego oferują te szkolenia ? Jaką to wiedzą tajemną dzielą się ci guru?

Po przeczytaniu kilku ofert, darmowych materiałów i skryptów można zdefiniować wspólne punkty :

– ciesz się życiem i bądź uśmiechnięty ( można iść na szkolenie, gdzie nauczą odpowiednich przekonań)

– kobiety nie lecą na kasę – musisz tylko wiedzieć jak się z nimi komunikować (stąd szkolenie ze zmysłowej komunikacji)

– wygląd się nie liczy, liczą się przekonania i komunikacja (powyższe szkolenia)

– bądź liderem

– nie ma porażek, porażkę odniosła kobieta, która cię odrzuciła

Tak w wielkim skrócie można opisać filozofię jaką przedstawia większość krajowych szkół uwodzenia. Powiedzmy, że jest to prawdą, nie mniej jednak jest kilka niespójności i na te chciałbym zwrócić uwagę.

Kasa w podrywie nie odgrywa większego znaczenia. To mówią ludzie, którzy średnio za szkolenie biorą 3000zł.  Ja rozumiem, że wydatki związane ze szkoleniem trzeba pokryć , ale czytając relację ze szkoleń wiem, że część teoretyczna jest najczęściej omawiana w kawiarniach, bądź knajpkach, następnie pierwsza część praktyk odbywa się na ulicy (podchodzenie do kobiet), kolejna część praktyk to dyskoteka/klub. O ile wiem kursanci nie otrzymują gratisowych drinków, ani nic podobnego. Jak dla mnie koszt takiego szkolenia to ok 200zł (kawa, bądź piwo w dzień, wejście do klubu, kilka drinków). Ponadto nie oszukujmy się życie towarzyskie (nie tylko w relacjach kobieta-mężczyzna) wymaga pewnych nakładów – nie można przecież cały czas spacerować, czy też siedzieć w domu.

Spłeczeństwo nas tak programuje, żebyśmy tylko pracowali i nic z tego nie mieli (kobiet również). To jedna z podstawowych tez, jakie wygłaszają samozwańczy guru. Jeśli chodzi o pieniądze w uwodzeniu, to częściowo mogę iść na kompromis, ale z tym programowaniem społecznym to jak dla mnie przesada. Nie popieram “wyścigu szczurów” , ale to właśnie ciągła chęć polepszenia życia pcha naszą cywilizację do przodu. Jeden z trenerów posuwa się do stwierdzenia, że jakby Kolumb miał udane życie seksualne w Europie to nie nosiłoby go gdzieś za oceany (jeśli ktoś nie wierzy, proszę podać e-mail wyślę plik tekstowy) idąc tym tropem można dojść do wniosku, że cały postęp zawdzięczamy frustratom seksualnym…

Lekarstwem na złamane serce jest poznanie masy kobiet (w większości należy je “zaliczyć”). Kolejna teza, z którą się nie zgadzam. Z własnego doświadczenia, a także z rozmów z przyjaciółmi mogę z całą pewnością stwierdzić, że zakończenie związku, czy też jakiejkolwiek emocjonalnej znajomości nie zastąpi żadna ilość powierzchownych znajomości. Podczas jednej z “nocnych Polaków rozmów” padło pytanie, czy tzw. seks sportowy wyleczył kogoś ze złamanego serca lub pozwolił zapomnieć o komuś (kiedyś) bliskim, wszyscy zgodnie stwierdzili, że to żadna metoda i z zakończonego związku wyleczyć może jedynie równie emocjonalna relacja.

Wygląd i pozycja społeczna nie mają znaczenia. Hmmm może tak, może nie…Za przykład niech posłuży pewien eksperyment, który przeprowadziliśmy (nieświadomie) ze znajomymi. Pewnego wieczoru wybralismy się do klubu na piwo ,tak zwyczajnie na jedno piwko. Każdy ubrany był przeciętnie: dżinsy, t-shirt; w portfelu też nikt nie miał wiekszej kwoty, gdyż w grę nie wchodziło dłuższe zabawienie. Kiedy usiedliśmy w loży i siłą rzeczy zaczeliśmy obserwować przechodzące obok dziewczyny nieliczny procent odwzajemnił naszą uwagę spojrzeniem,czy uśmiechem – większość nie zwróciła w ogóle na nas uwagi. Ten sam klub , te same osoby , jedyna różniaca to ta, że były to urodziny znajomej i każdy przyszedł ubrany nieco lepiej (ładne spodnie , koszula , fryzura itd.) W portfelach też były nieco większe kwoty, gdyż w planach była całonocna zabawa. Na stoliku zamiast piw pojawiły się drogie drinki, drogie papierosy, genralnie sceneria (podobno bez znaczenia) uległa małej zmianie. I nie wiedzieć czemu większość dziewczyn przechodzacy spojrzała z zaciekawieniem, uśmiechnęła się, niektóre podeszły pytając o ogień. Wnioski pozostawiam czytającym. Pragnę też zaznaczyć, iż nie było moim celem negatywne zaprezentowanie kobiet i dziewcząt przychodzących do klubu. Tak już jest, że  z reguły przyciągają nas ludzie o większym statusie materialnym, czy też pozycji społecznej i nie ma w tym nic złego, natomiast mówienie, że stan materialny i pozycja są nieważne jak dla mnie mija się z prawdą.

Nie możesz być tzw “miłym kolesiem” ,bo na nich kobiety nie lecą. Jak zauważył jeden z trenerów w wywiadzie “miły koleś” to niekoniecznie osoba naprawdę miła, chodzi tu raczej ustępowanie kobietom. Uważam, że to też nie do końca prawda, każdy bez wzgledu na płeć ma swój ideał i ujmowanie tego w ramy “miły” bądź “niemiły” nie odzwierciedla stanu faktycznego. Jedną kręci informatyk-gapa, drugą zatroskany intelektualista, a jeszcze inną łobuz wybijający szyby. To samo jest z facetami, ja wolę wyzwolone wampy, mój kolega zahukane “szare myszki”. I na tym według mnie polega piękno dobierania się w pary:)

Ostatnia sprawa: jako zdeklarowany romantyk przeciwny jestem robieniu algorytmu z tak fascynującej i zaskakującej sztuki jaką jest sztuka podrywu zalotów i w ogóle relacji z kobietami. Kiedy przypomnę sobie czasy, gdy dwie godziny stałem 8 marca na dworcu PKS żeby dać kwiatek Kasi z III b i cały stres z tym związany, to z perspektywy czasu uważam to za fajną przygodę (nie zakończyła się dla mnie pomyślnie:P), bez której moje wspomnienia byłby uboższe. To  zdanie nie tylko moje, każdy z kim poruszam ten temat uważa, że historia jego miłostek i zauroczeń była i jest wyjątkowa i nikt by jej nie zamienił. Czy myślicie, że kiedy już pojawi się uniwersalny podręcznik relacji w formie algorytmu i relacje pozbawione zostaną pierwiastka emocji nadal będą tak fascynujące w swej nieprzewidywalności? Myślę, że nie.

Aby mój wpis nie został potraktowany jako tyrada przeciw istniejącym i nowo powstającym szkołom podrywu muszę napisać, że wszystko, co znajduje się powyżej to tylko moja opinia na temat pewnych aspektów dotyczących tego tematu. Nie mam nic do prowadzących szkolenia, ani do uczestników. Jak pisałem wcześniej skoro takie szkolenia funkcjonują, to oznacza że ktoś z nich korzysta, a skoro ktoś czuje niedosyt wiedzy w tym temacie, to rzeczą naturalną jest, że ktoś inny postara się takową dostarczyć – rynek nie znosi próżni. Powiem więcej, przeglądając materiały sam znalazłem tematy, które mnie zainteresowały i w jakiś sposób coś wniosły (bardzo spodobał mi się artykuł o wyznaczaniu konkretnych celów w życiu).

Na zakończenie jeszcze jedna sprawa. Każda strona internetowa informująca szkolenia ma zakładkę “media o nas” lub “my w mediach” i tak sobie myślę (pomijając reklamę firmy) osoby występujące w mediach same siebie określają jako osoby nader aktywne towarzysko, zwłaszcza  w kontaktach z kobietami. Jak przeczytałem na jednym z tematycznych forów pewien trener “nieśmiało” obwieścił ,że na liczniku zdobytych kobiet ma ok 100. Zastanawiam się , czy ktoś, kto ma duże sukcesy w jakiejkolwiek dziedzinie potrzebuje reklamy? Raczej nie, jeśli Kowalski gra dobrze w szachy i ograł wszystkich znajomych, to wszyscy wiedzą, że jest dobry i on sam na ten temat nie musi nic głośno mówić, jeśli Nowak co noc przyprowadza różne panny do domu, to sąsiedzi sami wystawią opinię:) Na dowód mojego stwierdzenia przytoczę postać autentycznego polskiego Don Juana, który nie pchał się na pierwsze strony gazet, a (o ironio) nawet serial o nim nakręcili. Jak wszyscy się domyślają chodzi o naszego sławnego Jerzego Juliana Kalibabkę, który był złodziejem i oszustem, ale jedno facetowi trzeba przyznać – uwodzić potrafił. Ciekawe, czy dzisiejsi guru podrywu przewyższają go warsztatem? (nie sądzę)

 

 

 

Dorastanie

Oto historia sprzed roku

Byłam na piwie. Niby piwo, ale można (tak przypuszczam) nazwać to czymś na kształt pierwszej randki. Wszystko odbyło się z inicjatywy tej drugiej strony. Moja była tylko bierność. Totalna bierność. Wszystko jest, czy raczej było typową sztampą. Znajoma znajomych wygadała się, że się jej podobam. Niezdarnie i nieśmiało zarazem, poprosiła mnie o numer. Dałem jej swój numer, nie widzę powodu, aby z rzeczy tak powszechnej, jak numer telefonu robić towar deficytowy. Generalnie jestem zwolennikiem stanowiska mówiącego, że kontakt z ludźmi jest dobry, nie musi być akcentu zanadto towarzyskiego, czy seksualnego, czasem wystarczy po prostu zwykły, neutralny kontakt. Od początku jednak, uznałem, że nic większego z tej relacji nie wyjdzie, bo brakuje tego „czegoś”.

W końcu, umówiliśmy się na piwo. I tu już pojawił się namacalny dowód, że nic z tego nie będzie. Kiedy spotkanie dotyczy osoby w minimalnym stopniu dla nas atrakcyjnym, jest zdenerwowanie, podminowanie, a w każdym razie niecierpliwie oczekiwanie. Jak będzie, co się wydarzy, jaka jest TA osoba? Tym razem pożałowałem, już w chwili potwierdzenia naszego spotkania. Dlaczego się zgodziłem? Nie wiem, może to odruch bezwarunkowy. W każdym razie poszedłem na piwo z tą dziewczyną. Żeby było jasne, nic do niej nie mam, nie uważam ją za jakieś monstrum, nie pogardzam nią, po prostu jest poniżej pewnych kryteriów, nie ta planeta.

No właśnie porozmawiajmy o kryteriach.

Ja sam przeszedłem znaczną drogę, o czym pisałem w  niektórych postach. Zawsze, tak, jakbym był krok do tyłu za wszystkimi. Szkoła średnia, okres pierwszych „chodzeń”, a nawet zalążków związków. Okres zdobywania pierwszych, towarzyskich szlifów. W tym radosnym bądź, co bądź okresie, ja przeżywałem romantyczne uczucia, słałem kwiaty i wiersze miłosne. Seks miewałem raz na rok.

Kiedy poszedłem na studia, odżyłem. Głęboko zakopałem romantyczne mrzonki, zacząłem żyć chwilą, a moim jedynym kierunkiem życiowej filozofii były wciąż nowe i bardziej intensywne doznania. Wiedziałem, że chcąc maczać pędzel w wielu sztalugach, trzeba zapomnieć o arcydziele, a poprzestać na bohomazach. Czas, kiedy ludzie zaczynają podejmować decyzje na całe życie, a relacje zaczynają być naprawdę poważne, dla mnie był odkuwaniem się za szkołę średnią. To był właśnie czas spotykania się, chodzenia, flirtów, randek, seksu sportowego, czas każdej możliwej relacji, byle nie poważnego związku. Cechą charakterystyczną tych czasów była totalna wręcz niewybredność seksualna. To znaczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie posuwałem tylko pasztetów, znacznej części moich kobiet zazdrościli mi znajomi. Dla mnie jednak nie to było najważniejsze. Liczył się wsad, pukniecie, finalizacja transakcji. I magiczne słowo, „liczby”. Kiedy jeszcze posuwałem raz na rok, postanowiłem  sobie, że wsadzę penisa w pewną ilość kobiet i do tego wytrwale dążyłem.

 Chyba kulminacją tego czasu była zabawa w klubie. Ja dosyć pijany rozglądałem się za łatwą zdobyczą, można powiedzieć, towarzyską padliną. Znalazłem. Wszystko odbywało się późną jesienią albo wczesną wiosną, nie pamiętam. Kiedy kilka godzin później doszedłem i stałem ze sterczącym kutasem, temperatura była trzy stopnie poniżej zera. Czułem się wtedy władcą świata, spojrzałem na swojego dzielonego druha i pomyślałem, że jestem niezniszczalny.

Następnego dnia, mój serdeczny przyjaciel, Misza, powiedział mi: – wiesz, kiedyś ci zazdrościłem, ale teraz ci współczuję, co ty ze sobą robisz? Wiem, liczby, ale przecież to popierdolone. – Czy miał rację, wtedy nie zawracałem sobie tym głowy.

Kidy przekroczyłem trzydziestkę, na pewne sprawy spojrzałem bardziej krytycznie. Potrafiłem wystawić sobie ocenę za przeszłość. Dotarło do mnie, że może niekiedy błądziłem. Dałem sobie słowo, że teraz tylko te kobiety, które spełniają pewne kryteria będą obiektem mojego zainteresowania.

I tak znalazłem się na wspomnianym wcześniej piwie. Patrzyłem na dziewczynę przede mną i tak się zastanawiałem, co ja tu robię. Nie podoba mi się, nie interesuje mnie. Pijąc lufkę za lufką uznałem, że to jednak nie to. Wracając tramwajem, spojrzałem w szybę. Tak, coś się zmieniło, może dorosłem.

 

Groteskowe piękno

Autor pewnego bloga opisywał jak podczas podróży pociągiem obserwował kobietę, ładną, zgrabną i zadbaną.  Niemal ideał.  Gdyby nie jeden defekt…………… O ironio! Defekt nie wynikający ze złośliwości natury, ale zafundowany na własne życzenie. O co chodziło? O usta. Powiększone w sposób tak nachalny, że według autora odarły nieszczęsną kobietę z pozostałych jej walorów.

Nie wiedzieć czemu, autor za przyczynę takiej sytuacji uważa brak kontaktów z ojcem, zwłaszcza brak uwagi że strony ojca lub jego alkoholizm Nie za bardzo potrafię powiązać te dwie dziedziny żucia. Czy relację w domu rodzinnym,  odzwierciedlają wygląd zewnętrzny? Do pewnego wieku z pewnością,  być może  psycholog powiedziałby tu więcej.

Do brzegu

Ogólnie zgadzam się z tezą, że pogoń za pięknem stała się…No właśnie czym? Skoro efekt końcowy tej pogoni często jest karykaturą piękna. Nie mam na myśli (w każdym razie nie tylko) pokiereszowanych chirurgicznym skalpelem twarzy aktorek i aktorów, ale przede wszystkim wygląd tak zwanych zwyczajnych kobiet (chociaż osobiście uważam, że każda kobieta jesy nadzwyczajna), dziesiątek kobiet, które mijamy na ulicy.

Przede wszystkim, jesteśmy bezbronni wobec ciągłego ataku speców od reklamy i marketingu. A co oni robią? Dwie rzeczy. Pierwsza, to odbierają zadowolenie z siebie. Jeśli przyjrzymy się reklamom, to zwróćmy uwagę jaki jest początkujący przekaz. Masz brzydką cerę, nieładne ubranie, brzydkie włosy, nie staje ci. Jeden wspólny mianownik jesteś niedoskonała lub niedoskonały. Nawet, jeśli o tym nie wiesz, to się właśnie dowiedziałaś. I co? Powstaje pewna pustka, niedosyt. W to puste miejsce instaluje się produkty lub idee. Dobrym przykładem są modowe kolekcje. Ile razy, w stosunku do projektantów media używały określeń typu: „cesarz”,”dyktator” mody. Co to oznacza, że dana osoba w tym obszarze ma władzę absolutną. Z przyczyn nie do końca jasnych wie, co w tym sezonie jest ładne, a co nie. Zadajmy sobie pytanie, kim są kreatorzy mody. To artyści, twórcy – wynik końcowy ich prac  – czyli kobieta-modelka w modnej kreacji, czy fryzurze, ma być ładnym projektem. To niekoniecznie przenosi się na gust zwykłego faceta.

W tym momencie mamy pewien wzorzec, który być może wcale się większości nie podoba, ale nikt nie przeciwstawi się lansowanym medialnie trendom. Pojawia się natychmiast kolejna zmienna w tym równaniu. Ekonomia. Zazwyczaj lansowanym wzorzec to rzecz droga, nie zawsze dostępna dla przeciętnego zjadacza chleba. Ale rynek nie znosi próżni i pojawiają się tańsze zamienniki, już dostępne dla każdego. Produkty często gorsze jakościowo, jak również wizualnie. Plus sytuacji jest taki, że teraz tę namiastkę najnowszych trendów może mieć każdy. I co mamy? Makijaże jakby kreślone od ekierki, porażające wulgarnością ciuszki rodem z dzielnicy czerwonych latarni i w końcu perfumy ciężkie i również wulgarne. W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję. Moją koleżanka, kierowniczka w dobrej perfumerii, dla której perfumy to nie tylko zawód, ale również obszar prywatnych zainteresowań odpowiedziała mi jak ta branża ulega barbarzyństwu. To, co jeszcze kilkanaście albo kilkadziesiąt lat temu było znakiem rozpoznawczym tanich burdeli, dzisiaj należy do „wyrazistych perfum”. Nie chodzi o to, żeby zaopatrywać się tylko w ekstremalnie drogie perfumy, bo wśród tańszych, też znajdzie się wyrób gustowny.

Żeby nie rozwodzić się zbyt długo na ten temat.

Drogie Panie pamiętajcie, że jesteście piękne. To my faceci jesteśmy leniwi i nie zawsze wydobywany z was to piękno.