Certyfikat Casanovy

Coraz większa liczba ludzi cierpi na tzw. wyuczoną nieporadność. Nieporadność ta dotyczy każdej płaszczyzny życia w tym i relacji damsko-męskich. Rynek nie zna pojęcia „próżnia”, toteż od kilku lat pojawiła się nowa gałąź szkoleń. Szkolenia z podrywania czy też interakcji międzyludzkich.  Przeglądając oferty, znajdziemy tak wiele filozofii i metod podrywu, że nie wiadomo co wybrać.

Nie chcę stawiać się w roli oskarżyciela czy też szydercy, na dowód tego przyznam się, że jeszcze kilka lat temu sam takich informacji szukałem w celu wypróbowania tego w praktyce… Chcę tylko przyjrzeć się zjawisku, napisać co o tym sądzę i pozostawić czytelnikom do przemyślenia, ewentualnie zachęcić do dyskusji.

 

Kiedy przyjrzymy się historii podrywu lincencjonowanego (tak to nazywam, gdyż na jednej ze stron widnieje informacja, że kursanci mogą dostać dyplom/certyfikat ukończenia kursu), to początek sięga lat 80-tych, kiedy to w USA znalazł się człowiek twierdzący, że za pomocą NLP(jest to pewien zbiór sposobów komunikacji) umie uwodzić kobiety. Po tym jak wiedza sprawdziła się w praktyce zaczął uczyć innych. Przez lata 90-te spoleczność podrywaczy rozrastała się, przybywało guru  przybywało uczniów i wykorzystany został Internet dzięki któremu cała społeczność (częściowo) ujrzała światło dzienne. Cały świat (a przynajmniej zainteresowani tematem) dowiedział się o możliwości nauki podrywu w 2005r. kiedy dziennikarz pracujący dla The New York Times’a opisał w książce swoją dwuletnią przygodę z zawodowymi podrywaczami. Tak to wyglądało w Stanach Zjednoczonych, nie wiem kiedy w Polsce zaczęła działać pierwsza firma oferująca takie usługi, domyślam się tylko, że miało to miejsce po 2005r. Ciekawostką był wywiad z rodzimych nauczycieli podrywu, który stwierdził, że idea społeczności zarówno w Stanach jak i w Polsce z czasem została wypaczona – chodziło o to, że w początkowych fazach społeczność miała być czymś w rodzaju samopomocy , gdzie ci bardziej doświadczeni w interakcjach z kobietami mieli pomagać nowicjuszom. Dosyć szybko pomysł ten ewoluował w szereg firm, które również oferowały pomoc, ale już nie za darmo:)

Tyle jeśli chodzi o historię, zajmijmy się teraźniejszością. Co takiego powoduje ciągły wzrost Don Juanów? Myślę, że przede wszystkim rosnący popyt – gdyby nie było zapotrzebowania nie byłoby tych firm. Jeśli chodzi o rosnący popyt, rozumiem to, każdy chłopak w wieku od szesnastu do dwudziestu paru lat jest gotowy oddać duszę, byleby znaleźć sposób  na dotarcie do serca i majtek (niekoniecznie w tej kolejności) tej wymarzonej lub kilku wymarzonych. Gdzieś między półkami w księgarniach pewnie zawsze można było znaleźć jakąś książkę o relacjach. Nie mówimy jednak o taniej książeczce, ale o szkoleniu profesjonalnym (co każdy podkreśla) i dosyć drogim – cena szkoleń wacha się od tysiąca do kilku tysięcy, ba znalazłem nawet wywiad z facetem oferującym szkolenia za ponad 10 tys(!?)  Co takiego oferują te szkolenia ? Jaką to wiedzą tajemną dzielą się ci guru?

Po przeczytaniu kilku ofert, darmowych materiałów i skryptów można zdefiniować wspólne punkty :

– ciesz się życiem i bądź uśmiechnięty ( można iść na szkolenie, gdzie nauczą odpowiednich przekonań)

– kobiety nie lecą na kasę – musisz tylko wiedzieć jak się z nimi komunikować (stąd szkolenie ze zmysłowej komunikacji)

– wygląd się nie liczy, liczą się przekonania i komunikacja (powyższe szkolenia)

– bądź liderem

– nie ma porażek, porażkę odniosła kobieta, która cię odrzuciła

Tak w wielkim skrócie można opisać filozofię jaką przedstawia większość krajowych szkół uwodzenia. Powiedzmy, że jest to prawdą, nie mniej jednak jest kilka niespójności i na te chciałbym zwrócić uwagę.

Kasa w podrywie nie odgrywa większego znaczenia. To mówią ludzie, którzy średnio za szkolenie biorą 3000zł.  Ja rozumiem, że wydatki związane ze szkoleniem trzeba pokryć , ale czytając relację ze szkoleń wiem, że część teoretyczna jest najczęściej omawiana w kawiarniach, bądź knajpkach, następnie pierwsza część praktyk odbywa się na ulicy (podchodzenie do kobiet), kolejna część praktyk to dyskoteka/klub. O ile wiem kursanci nie otrzymują gratisowych drinków, ani nic podobnego. Jak dla mnie koszt takiego szkolenia to ok 200zł (kawa, bądź piwo w dzień, wejście do klubu, kilka drinków). Ponadto nie oszukujmy się życie towarzyskie (nie tylko w relacjach kobieta-mężczyzna) wymaga pewnych nakładów – nie można przecież cały czas spacerować, czy też siedzieć w domu.

Spłeczeństwo nas tak programuje, żebyśmy tylko pracowali i nic z tego nie mieli (kobiet również). To jedna z podstawowych tez, jakie wygłaszają samozwańczy guru. Jeśli chodzi o pieniądze w uwodzeniu, to częściowo mogę iść na kompromis, ale z tym programowaniem społecznym to jak dla mnie przesada. Nie popieram “wyścigu szczurów” , ale to właśnie ciągła chęć polepszenia życia pcha naszą cywilizację do przodu. Jeden z trenerów posuwa się do stwierdzenia, że jakby Kolumb miał udane życie seksualne w Europie to nie nosiłoby go gdzieś za oceany (jeśli ktoś nie wierzy, proszę podać e-mail wyślę plik tekstowy) idąc tym tropem można dojść do wniosku, że cały postęp zawdzięczamy frustratom seksualnym…

Lekarstwem na złamane serce jest poznanie masy kobiet (w większości należy je “zaliczyć”). Kolejna teza, z którą się nie zgadzam. Z własnego doświadczenia, a także z rozmów z przyjaciółmi mogę z całą pewnością stwierdzić, że zakończenie związku, czy też jakiejkolwiek emocjonalnej znajomości nie zastąpi żadna ilość powierzchownych znajomości. Podczas jednej z “nocnych Polaków rozmów” padło pytanie, czy tzw. seks sportowy wyleczył kogoś ze złamanego serca lub pozwolił zapomnieć o komuś (kiedyś) bliskim, wszyscy zgodnie stwierdzili, że to żadna metoda i z zakończonego związku wyleczyć może jedynie równie emocjonalna relacja.

Wygląd i pozycja społeczna nie mają znaczenia. Hmmm może tak, może nie…Za przykład niech posłuży pewien eksperyment, który przeprowadziliśmy (nieświadomie) ze znajomymi. Pewnego wieczoru wybralismy się do klubu na piwo ,tak zwyczajnie na jedno piwko. Każdy ubrany był przeciętnie: dżinsy, t-shirt; w portfelu też nikt nie miał wiekszej kwoty, gdyż w grę nie wchodziło dłuższe zabawienie. Kiedy usiedliśmy w loży i siłą rzeczy zaczeliśmy obserwować przechodzące obok dziewczyny nieliczny procent odwzajemnił naszą uwagę spojrzeniem,czy uśmiechem – większość nie zwróciła w ogóle na nas uwagi. Ten sam klub , te same osoby , jedyna różniaca to ta, że były to urodziny znajomej i każdy przyszedł ubrany nieco lepiej (ładne spodnie , koszula , fryzura itd.) W portfelach też były nieco większe kwoty, gdyż w planach była całonocna zabawa. Na stoliku zamiast piw pojawiły się drogie drinki, drogie papierosy, genralnie sceneria (podobno bez znaczenia) uległa małej zmianie. I nie wiedzieć czemu większość dziewczyn przechodzacy spojrzała z zaciekawieniem, uśmiechnęła się, niektóre podeszły pytając o ogień. Wnioski pozostawiam czytającym. Pragnę też zaznaczyć, iż nie było moim celem negatywne zaprezentowanie kobiet i dziewcząt przychodzących do klubu. Tak już jest, że  z reguły przyciągają nas ludzie o większym statusie materialnym, czy też pozycji społecznej i nie ma w tym nic złego, natomiast mówienie, że stan materialny i pozycja są nieważne jak dla mnie mija się z prawdą.

Nie możesz być tzw “miłym kolesiem” ,bo na nich kobiety nie lecą. Jak zauważył jeden z trenerów w wywiadzie “miły koleś” to niekoniecznie osoba naprawdę miła, chodzi tu raczej ustępowanie kobietom. Uważam, że to też nie do końca prawda, każdy bez wzgledu na płeć ma swój ideał i ujmowanie tego w ramy “miły” bądź “niemiły” nie odzwierciedla stanu faktycznego. Jedną kręci informatyk-gapa, drugą zatroskany intelektualista, a jeszcze inną łobuz wybijający szyby. To samo jest z facetami, ja wolę wyzwolone wampy, mój kolega zahukane “szare myszki”. I na tym według mnie polega piękno dobierania się w pary:)

Ostatnia sprawa: jako zdeklarowany romantyk przeciwny jestem robieniu algorytmu z tak fascynującej i zaskakującej sztuki jaką jest sztuka podrywu zalotów i w ogóle relacji z kobietami. Kiedy przypomnę sobie czasy, gdy dwie godziny stałem 8 marca na dworcu PKS żeby dać kwiatek Kasi z III b i cały stres z tym związany, to z perspektywy czasu uważam to za fajną przygodę (nie zakończyła się dla mnie pomyślnie:P), bez której moje wspomnienia byłby uboższe. To  zdanie nie tylko moje, każdy z kim poruszam ten temat uważa, że historia jego miłostek i zauroczeń była i jest wyjątkowa i nikt by jej nie zamienił. Czy myślicie, że kiedy już pojawi się uniwersalny podręcznik relacji w formie algorytmu i relacje pozbawione zostaną pierwiastka emocji nadal będą tak fascynujące w swej nieprzewidywalności? Myślę, że nie.

Aby mój wpis nie został potraktowany jako tyrada przeciw istniejącym i nowo powstającym szkołom podrywu muszę napisać, że wszystko, co znajduje się powyżej to tylko moja opinia na temat pewnych aspektów dotyczących tego tematu. Nie mam nic do prowadzących szkolenia, ani do uczestników. Jak pisałem wcześniej skoro takie szkolenia funkcjonują, to oznacza że ktoś z nich korzysta, a skoro ktoś czuje niedosyt wiedzy w tym temacie, to rzeczą naturalną jest, że ktoś inny postara się takową dostarczyć – rynek nie znosi próżni. Powiem więcej, przeglądając materiały sam znalazłem tematy, które mnie zainteresowały i w jakiś sposób coś wniosły (bardzo spodobał mi się artykuł o wyznaczaniu konkretnych celów w życiu).

Na zakończenie jeszcze jedna sprawa. Każda strona internetowa informująca szkolenia ma zakładkę “media o nas” lub “my w mediach” i tak sobie myślę (pomijając reklamę firmy) osoby występujące w mediach same siebie określają jako osoby nader aktywne towarzysko, zwłaszcza  w kontaktach z kobietami. Jak przeczytałem na jednym z tematycznych forów pewien trener “nieśmiało” obwieścił ,że na liczniku zdobytych kobiet ma ok 100. Zastanawiam się , czy ktoś, kto ma duże sukcesy w jakiejkolwiek dziedzinie potrzebuje reklamy? Raczej nie, jeśli Kowalski gra dobrze w szachy i ograł wszystkich znajomych, to wszyscy wiedzą, że jest dobry i on sam na ten temat nie musi nic głośno mówić, jeśli Nowak co noc przyprowadza różne panny do domu, to sąsiedzi sami wystawią opinię:) Na dowód mojego stwierdzenia przytoczę postać autentycznego polskiego Don Juana, który nie pchał się na pierwsze strony gazet, a (o ironio) nawet serial o nim nakręcili. Jak wszyscy się domyślają chodzi o naszego sławnego Jerzego Juliana Kalibabkę, który był złodziejem i oszustem, ale jedno facetowi trzeba przyznać – uwodzić potrafił. Ciekawe, czy dzisiejsi guru podrywu przewyższają go warsztatem? (nie sądzę)

 

 

 

Odpieprzcie się od seksu

W zatęchłym PRLu, przynajmniej tak to sobie wyobrażam, z przemysłem seksualnym było kiepsko. Sprawa seksu przedstawiała się w systemie 0 – 1. Bzykasz, albo nie.  Nie było półśrodków w postaci porno materiałów i wszelkiej maści masturbacyjnych wspomagaczy. Być może, gdzieś zza granicy komuś udało się przemycić jakiegoś „świerszcza”, który był gdzieś przechowywany, niczym rodzinne precozja.

Podobno (wg relacji słynnego polskiego seksuologa) kilkadziesiąt lat temu ludzie więcej współżyli, niż obecnie. Nie było to spowodowane rozwiązłością, a zwykłym popędem, któremu nadano odpowiedni wektor. Dziś popęd zostaje rozmieniony na drobne przez pornografię i bombardowanie seksem.  Seks nas otacza i każdy wszystko wie na jego temat. No właśnie, wie, zamiast po prostu….podupczyć, pieprzyć, bzykać, pokochać się, jebać, walić, współżyć.

Deficyt wszelkich pomocy dla marszczyfredziów, miał   pewną zaletę. Ludzie pozbawieni zamienników, musieli być otwarci. Jak mawiał Paradys w „Seksmisji”: „natury nie oszukasz”.  Dotyczyło to zarówno facetów, jak i kobiet.  Faceci musieli przełamać ewentualne opory i mniej lub bardziej umiejętnie poderwać jakąś dziewoję. No, bo ile można tarmosić mrówkojada, trzeba oszczędzać nadgarstki. Kobiety, też za bardzo nie mogły grymasić. Jak zjawiał się jakiś w miarę ogarnięty, to, a i owszem, czemu nie. Innymi słowy, mamy pewien paradoks. W rzeczywistości, gdzie zdawać by się mogło, brakowało luzu i wyzwolenia, seks miał się bardzo dobrze.

Zróbmy mały przeskok w czasie. Lata dziewięćdziesiąte, czyli napływ wolności, również w sferze seksu. Pojawiają się czasopisma porno, gadżety, śmieszne rzeczy przesycone erotyzmem. Za mały byłem, żeby z tych dobrodziejstw korzystać, ale do dziś działa mi na wyobraźnię opowiastka mojej znajomej, która zwinęła rodzicom prezerwatywę w kształcie Myszki Miki. Nie spotkałem czegoś takiego, jeśli ktoś zna temat, to proszę dać znać w komentarzu. Zalew erotycznego przemysłu szybko się rozrastał. Kulminacją stała się eksplozja internetowej pornografii. Do czego to wszystko doprowadziło? Dziś każdy wie wszystko o seksie. Niemal każdy gimbus wie, co to znaczy blow job, co to jest „anal”, a w Internecie ogląda sceny, które mogłyby zadziwić jego rodziców. W kobiecych pisemkach, niemal w każdym numerze pojawiają się porady dobrej cioci albo dobrego wuja, którzy tłumaczą jak będzie nalej, co przyniesie najwięcej orgazmów. Jeśli komuś mało, może czytać tajemnicze trakty dotyczące tao i tantry, które ukryte przez tysiące lat, dziwnym zbiegiem okoliczności zostały odkryte w ostatniej dekadzie.

I co? I weszliśmy w błędne koło. Im więcej teorii, tym ludzie są bardziej zagubieni w praktyce. Wiemy wszystko o anatomii, przyjemności, seksie, orgazmach, czy psychologii społecznej. Jednocześnie wraz z naszą wiedzą rośnie liczba kursów: podrywu, inteligencji emocjonalnej, sztuki seksu oralnego, analnego, w księgarniach spotkać można nawet poradniki całowania. To jak to jest? Edukacyjny napalm został na nas zrzucony i nadal potrzeba edukacji? Coś tu nie gra. A może to jest właśnie problem? Rozbijanie na atomy, i sztuczne tworzenie nadmiernej dyskusji nad tematami, z którymi ludzie doskonale sobie radzą sami. Akademickie dyskusje, pozostawmy seksuologom, ludziom niech zostanie tylko przyjemność z seksu, myślę, że to im wystarczy.

Dla wszystkich złaknionych wiedzy odnośnie relacji damsko męskich i seksu, polecam poniższy czterowiersz.

Rączka w rączkę

Toto w rączkę

Rączką w toto

Toto w toto

(nie mojego autorstwa)

I cała filozofia. A wszelkiej maści edukatorom seksualnym stanowczo mówię: odpieprzcie się od seksu.

 

Rozwódki vs stare panny

Blogerka ….. poruszyła temat, który bardzo mnie zaintrygował. Otóż zastanawia się, kto wypada lepiej w lidze towarzyskiej: rozwódki, czy tzw. Stare Panny?

Jak sama przyznaje, jako rozwódka, niekiedy odnosi wrażenie, że jest traktowana jako trędowata, lub używając modnego określenia: ktoś gorszego sortu. Jednocześnie jest zdania, że status rozwodnika facetom w ogóle nie przeszkadza.

Zastanówmy się.

Zacząłbym od tego, że zbiór kobiet, który możemy umownie nazwać singielkami, zawiera pewne podzbiory:

– singielki z odzysku: rozwódki, wdowy i wszystkie kobiety, które są po poważnych związkach

– singielki, czyli wolne kobiety, które nie związały się z nikim, bo wierzą w Miłość, robią karierę, lubią urozmaicony seks z różnymi partnerami lub z jakiegokolwiek innego powodu, ich sprawa

– stare panny, kobiety, które nie znalazły nikogo, bo są dziwne.

Pozwolę sobie na małe wtrącenie. Na studiach podyplomowych miałem w grupie trzy kobiety, które miały dwie cechy wspólne. Były „pod czterdziestkę” i były same. Jak grupa oceniła, te trzy kobiety, to dwie stare panny i jedna singielka. Różnice były zasadnicze. Singielka uśmiechnięta, nie robiąca sobie nic ze swojego stanu, potrafiąca porozmawiać na każdy temat. Dwie pozostałe: dziwolągi, chcące naprawić świat, które wszystko wiedzą lepiej. A już najlepiej znają się na związkach.

I teraz zasadnicza sprawa, jak, my faceci, patrzymy na zbiór singielek. Przede wszystkim, dziś nie ma znaczenia, aż takiego, czy kobieta jest wolna, bo coś nie wyszło w poprzednim związku, czy jest sama, bo jakoś nie starczyło czasu na związek. Powiem więcej. Jeśli patrzymy na rozwódkę, to sprawa jasna: coś „nie pyknęło” w związku i już. Ale, jeśli obiektem jest kobieta wolna, w pewnym wieku i w dodatku atrakcyjna, to sprawa się komplikuje. W głowie pojawia się pytanie: skoro jest atrakcyjna, inteligentna i tak dalej, to dlaczego jest sama? CO Z NIĄ NIE TAK? Tak tak, droga ROZWÓDKO, stare panny wcale nie stoją wyżej w rankingu od rozwódek.

Ewentualne skierowanie wzroku na starą pannę może być pewną pozostałością po czasach ludzi pierwotnych. W pewnym sensie to terytorium jeszcze nie zdobyte, ale nie traktowałbym tego zbyt poważnie , ot niegroźna symbolika.

Autorka porusza również sprawę kobiet, nie tylko z bagażem doświadczeń, ale również z pociechą lub pociechami. Czy takie kobiety mają gorzej? Powiem tak, jeśli odpowiedzialny facet jest zainteresowany kobietą, która do układu wnosi dziecko, to musi sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Po pierwsze relacje z nieswoim dzieckiem są relacjami znaczenie trudniejszymi niż z własnym potomkiem i, tak uważam, wypracować partnerskie relacje, to sztuka. Nie wiem, czy na ten przykład, ja bym potrafił. Kolejna sprawa, to ekonomia, nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mówię do kobiety: „twoje dziecko, twoja sprawa”, dlatego trzeba sobie jasno powiedzieć pracująca para dorosłych ludzi to jedno, a para z dzieckiem, to nieco inna bajka. Powtórzę, odpowiedzialny facet, dwa razy pomyśli, zanim zdecyduje się na taki układ. Jeśli uzna, że nie da rady, to należy docenić to, że potrafił przyznać się do własnej słabości. Nie musi to oznaczać, że nie chce: „kobiety z dzieckiem”.

Kolejna sprawa, to kwestia poradzenia sobie z sytuacją po rozwodzie. Naprawdę, to nie jest tak, że społeczeństwo tylko kobiety rozlicza z rozgrywek towarzyskich. I tylko na kobiety działa presja czasu. Uwierzcie, drogie panie, że my faceci też jesteśmy pod obstrzałem. Ja sam na progu trzydziestki kilkukrotnie usłyszałem pytanie: co ze mną nie tak? Co ciekawe usłyszałem też możliwe odpowiedzi. Oto co ciekawsze przypuszczenia niektórych znajomych:

– prawdopodobnie gej

-impotent albo onanista

-maminsynek, który nigdy nie wyszedł spod skrzydeł mamusi

-wieczne dziecko, niezdolne do dorosłej relacji

-towarzyski niedorozwój

Jak widzicie, nikomu nie jest łatwo. Co do sytuacji porozwodowej, mój dobry kolega borykał się z tym problemem. W końcu znalazł damę serca, która na pytanie, czy nie przeszkadza jej, że jest po rozwodzie, odpowiedziała: „każdy zasługuje na miłość i drugą szansę”.

I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć.