Seksualny padlinożerca cz. I

Sobotni wieczór. Wszechogarniające zimno wygania z ulic.

Underground, ciężkie brzmienie wybrzmiewa z głośników. Znowu jestem w klubie, którego nawet nie lubię, ale zawsze tu ląduję. To kolejny przejaw marazmu, który nie tylko mnie otacza, ale wręcz wdarł się we mnie.  Delikatnie stłumiony wypitym alkoholem rozglądam się wokół. Trudno określić średnią wieku, ludzie na parkiecie wykonują ruchy, które z pewnością nie są tańcem, jest czymś pośrednim między mozolnym  parciem do przodu, na przykład w kolejce do szatni, a czymś przypominającym prastare rytuały. Patrzę w stronę DJ. Dwudziestokilkuletni chłopak jest niczym kapłan nowej religii.

Podchodzę do baru. Dziwne, ale nie ma aż tak wielu ludzi. Barman odwrócony rozmawia z jakąś kobietą. Na krótką chwilę oczy kobiety wpatrują się w moje piekące do dymu źrenice. Uśmiecha się, oddaję jej uśmiech. Barman w tym czasie sporządza drinka. Kobieta nachyla się nad barem i coś mówi. Barman bierze z suszarki pusty kieliszek. Podaje mi Jaggemeistera wskazując na kobietę, która patrzy na mnie i się uśmiecha. Unoszę kieliszek, oboje wypijamy. Przeciskam się do niej. Krótka chwila na malutki rekonesans. Wiek coś pod trzydziestkę, włosy brązowe, nieco za ucho, ubrana w beżowy płaszcz. Nasze usta wykonują ruchy, z boku przypomina to rozmowę, ale łupanka z głośników uniemożliwia jakąkolwiek rozmowę. 

Patrzę na jej oczy i uśmiech. Unoszę dłoń, dając znać barmanowi. Ta kolejka jest na mój koszt. Jestem konserwatywnym libertynem. W kwestii finansowej, konserwatyzm bierze górę. Różnej maści samozwańczy trenerzy podrywania uważają to za przejaw słabości, coś, co dyskwalifikuje w oczach kobiet. Śmieszne i głupie.

Przypatrujemy się sobie. Wypijamy kolejkę, później następną. Nasze ręce dotykają się po to żeby za chwilę się połączyć. Mówimy coś do siebie, ale sami nie wiemy co, prowadzimy niby-rozmowę. Przechodzę do palarni, unoszę dwa palce do ust, żeby zasygnalizować mojej nowej znajomej, gdzie idę. Wydyma usta jej twarz przybiera ignorujący wyraz, jej spojrzenie płynnie z uśmiechu przechodzi w obojętność. Wzrusza ramionami i odwraca się do baru. Uśmiecham się i odchodzę. W palarni odpalam Marlboro light i zaciągam się. Ogarniając wszystko i wszystkich leniwym spojrzeniem. Patrzę na festiwal ucieczki, inaczej nie potrafię tego nazwać. W potężnym słoju wypełnionym elektronicznym brzemieniem i mefedronem banda dzieciaków ucieka. Ucieka przed światem, ucieka przed życiem, może nawet przed sobą. Śmieszne, jestem jednym z nich, moja przewaga polega na tym, że ja o tym wiem.

Nieznajoma w beżowym płaszczyku odnajduje mnie. Patrzymy na siebie, a raczej to ona na mnie patrzy wzrokiem, który stracił nieco na ostrości w skutek spożytego alkoholu. Ja, intensywnie patrzę w jej oczy, ale ta intensywność ma inne, osobne źródło. Szukam odpowiedzi, na pytanie, którego nie potrafię sformułować. Obejmujemy się, przez chwilę bujamy się, niby do ballady romantycznej. To nieco groteskowe, bo łupanka z głośników powoduje, że ludzie wokół skaczą niczym atrakcja w menażerii. Na raz nieznajoma odkleja się ode mnie jej spojrzenie pada na szczupłego chłopaka o ciemnej karnacji i szerokim uśmiechu. Nie reaguje na to. Wyciągam kolejnego papierosa. Staram się, z wydobywającego się z moich ust dymu, utworzyć coś na kształt koła. Systematyczne ruchy żuchwą przynoszą rezultat w postaci wyraźnych , grubych kół z dymu. Dopalam i kieruję się w stronę wyjścia. Już prawie dotarłem do drzwi, gdy ktoś ciągnie mnie za rękę – znowu ona.

– Wychodzisz ze mną. – Łapie mnie za rękę i wychodzimy.

Na zewnątrz świta. Wczesno-poranny chłód  działa jak nawilżana chusteczka do higieny intymnej – daje iluzje odświeżenia.

– Gdzie nas dalej noc zaprowadzi? – Pytam patrząc na moją towarzyszkę. Staram się ocenić ją teraz, poza klubowym zgiełkiem. Ciekawe, nic ponad to, co zauważyłem w klubie w niej nie ma. Ma przeciętną twarz, lekko zwalistą figurę lekko kręcone włosy w nieokreślonym kasztanowo-brązowym kolorze. Kierujemy się do postoju taksówek. Wsiadamy i bezimienna podaje adres. Zaczynam rozumieć dlaczego do tej pory niewiele mówiła. Niemiłosiernie sepleni. Jedziemy pod wskazany adres. Boję się kłopotliwego milczenia, dlatego prawię jakiś oklepany komplement, całujemy się. Po kolejnych dwóch pocałunkach i coraz bardziej banalnych i wulgarnych komplementach, dojeżdżamy na miejsce. Taksówkarz podaje kwotę, regulujemy rachunek i wychodzimy.

Gdy zostajemy sami na chodniku pada pytanie, które nieco mnie otrzeźwia: – po co ze mną przyjechałeś? – Nic nie odpowiedziałem. Lepiej milczeć. Milczeć i stać w miejscu. Bezimienna podchodzi do bramki-furtki. Blok ma specyficzną architekturę. Od ulicy trzeba wejść po schodach i skręcić w lewo, dopiero docieramy do klatek. Bezimienna weszła za bramkę i powolnym krokiem zmierzyła się ze schodami. Gdy była na szczycie, odwróciła się spojrzała na mnie zniecierpliwiona, mlasnęła i wykonała zapraszający, wręcz teatralny  ruch ręką. Uff, czyli jednak zwycięstwo. Lekkim, na ile pozwolił alkohol, krokiem ruszyłem przed siebie.

CDN

W labiryncie Burdelowa 3.2

Miała szramę po cesarce, była miłą trzydziestoparoletnią kobietą. Po seksie nawet zamieniliśmy kilka zdań. Twierdziła, że jest absolwentką resocjalizacji, opowiadała o praktykach w więzieniu. Twierdziła, że miała kontakt z prawdziwym kanibalem, ciekawe. Nie ona pierwsza, i nie ostatnia. Jakoś dziwnie, znaczny odsetek dziewczyn za pieniądze zajmował się resocjalizacją. Okazało się, że nie było to wcale dalekie od prawdy. Po prostu wiele z nich zaliczyło odsiadkę krótszą lub dłuższą. Stąd znajomość resocjalizacji i więziennych praktyk. Rudowłosa szczupła, była receptą na piątkowy marazm. Pamiętam tylko trochę sztucznego postękiwania. Blondyna z seksownymi biodrami była ukojeniem w mroźny poranek. Nie mogłem się rozgrzać, dlatego zacząłem pocierać fiutem o jej uda. Sama zaproponowała, że jeśli mnie to rozluźni, to mogę pocierać o jej cipkę. Miękkość i ciepło postawiły mój korzeń w całej okazałości. Na chwilę popadłem w trans i  powolutku zacząłem zbliżać usta do jej piersi, które były całkiem okazałe. Wsparty na ramionach, zacząłem poruszać biodrami. Mój penis znalazł się niebezpiecznie wejścia do jej cipki. Na chwilę zapomniałem o całym świecie. Poczułem ogarniające ciepło na kutasie. O mały włos złamałbym podstawowe przykazanie burdelowa, uprawiałbym seks bez zabezpieczenia. Na szczęście poprzestałem na „koniuszku”. Ostatecznie wybrałem „drugą dziurkę”, w gumie. Róża, dwudziestoparolatka o przeciętnej urodzie twierdziła, że pracuje przy rozkładaniu towarów w Tesco. Ciałem dorabia, bo mało płacą. Rozpadające, skrzypiące łóżko miało swój klimat, kiedy ją rypałem. Czasem zastanawiałem się, czy kiedyś się rozpadnie. Lubiłem posuwać ją mocno i szybko. Wtedy wydawała charakterystyczne „oohouh, oouhh”. Mirela była szczupłą szatynką, otwartą na każdą propozycję, wszystko podsumowywała jednym zdaniem: „skoro tak lubisz”. Magda była biuściastą, postawną brunetą. Otwarta i rozmowna. To ona powiedziała mi, że znaczny odsetek div ma za sobą epizod w ZK. Sama miała za sobą cztery miesiące do rozprawy i wyrok w zawieszeniu za pobicie. Jak sama mówi, nie przeszkadza jej to. Kręcą ją kolesie w dziarach i co najmniej „pietnastakiem” na koncie. Skorzystałem z każdej dziurki a wszystko dzięki szkoleniu w innym mieście. Alutka, niemiłosiernie szczupła, niezbyt miła. Jej cycki wydawały się być mikroskopijne, jak żelki Harribo Lubiłem ją posuwać z „nogami na pagonach”, fajnie pracowała biodrami. Mimo tak szczupłej budowy, była niesamowicie pojemna. Tęgawa Iza była przyjacielsko nastawiona, ale na anatomii znała się umiarkowanie. Punkt G umiejscowiła co najmniej nie tam gdzie trzeba. Zakończyliśmy ciekawym akcentem. Jej dwa palce ubrane w condom, odrobina lubrykatu i penetracja mojej dupy. Jednocześnie sam się brandzlowałem. Trysnąłem na jej cyce. Po wszystkim zapaliliśmy, zjedliśmy kilka herbatników i wypiliśmy herbatę owocową. Drogę powrotną do mieszkania zapamiętałem przez dziwne uczucie w odbycie. Elżbieta była brunetką, która miała warkoczyki jak siostry Williams. Było coś niecodziennego w seksie z nią. Pewien rodzaj „czegoś więcej”.  Nie dało się nie wyczuć penisem szyjki jej macicy. Było to tak namacalne, że musiało przykuwać uwagę. Jak później powiedziała zostało jej tak po porodzie. Jak sama powiedziała, wie, że to działa na facetów. Po wszystkim kawa i miłe pogaduchy, to ona zdradziła mi dużo z zakresu swoich doświadczeń zawodowych. Zapamiętałem, że kupiła już mieszkanie w Poznaniu i teraz zbiera na czarne BMW. Zdradziła mi, że woli małe miasta, gdzie często nie ma w ogóle konkurencji. Mini wykład ekonomiczny zapadł mi w pamięci.

Smak patologii

Mijały tygodnie i kolejne  miesiące w burdelowie. Dzień za dniem, dziwka za dziwką. Bardzo powoli, wszystko stawało się takie samo. Nic mnie nie szokowało, nic nie przynosiło nowych impulsów.

Ja powoli płynąłem tym, co by nie powiedzieć, mętnym nurtem. Zobojętniałem. Nawet przestałem dać o siebie. Burdelowo pochłaniało sporo pieniędzy. Z sentymentem wspominałem pierwsze lata studiów, kiedy co sezon wymieniałem, a przynajmniej uzupełniałem garderobę. Dziś, przejrzałem się w lustrze. T-shirt sprzed dwóch sezonów. Nieco sprany, troszkę rozciągnięty. Koszula, jeszcze ładna, ale z ubiegłego sezonu. Kurtka też średnia. Zobojętniałem.

Kiedy Kapitan Planeta spytał, czy jedziemy brygadą na weekend, odparłem, że nie mam pieniędzy.

– No jak to, chłopaku? Przecież mamy kaskę z firmy. – Tak, mieliśmy pieniądze z małej handlowej firemki, która masowo przerzucała studentów ekonomii i finansów. Jak kazała tradycja, my też dumnie rozpoczęliśmy karierę buchalterów.

– Przejebałem, dosłownie. – Spokojnie odpowiedziałem.

– No tak, imprezy. – Kapitan pokiwał głową.

– Imprezy. – Odpowiedziałem.

Jakie to dziwne. Jedno słowo, a jak różnie je rozumiemy. Biedny Kapitan. Nie zrozumiał, nie był świadomy, że dosłownie przejebałem te pieniądze. Wymieniłem je, za jebanie. Dla niego impreza to wódka, może trawa, trochę muzyki, kluby, dziewczyny. Dla mnie też, z tym, że mój słownik znacznie poszerzył znaczenie imprezy. Dla mnie imprezy, to też kilkudniowe ciągi, w czasie których eksplorowałem moją krainę. Już wtedy zauważyłem, że zaczynam żyć swoim matriksem. Już nawet nie udawałem przed sobą. Kiedyś, na początku, doszukiwałem się pewnej burdelowej filozofii, chciałem wytyczyć pewien szlak. Później uznałem, że nie ma tu filozofii, ale za to są nowe doznania. Szukałem, cipki idealnej. Teraz nawet tego nie poszukiwałem. Ile odcieni w końcu może mieć seks. W końcu, to tylko seks. Po prostu brnąłem, bo żaden inny scenariusz na życie nie przychodził mi do głowy.

Przerwa świąteczna. Pora ruszyć do domu. To, co lubiłem w świątecznych przerwach, to fakt, że nabiorę dystansu. Te kilka dni świąteczne albo wręcz świętej atmosfery pozwalały nabrać dystansu. Choć na chwile mogłem uciec od skurwionej rzeczywistości, którą sam sobie utkałem. Nigdy w domu nie otwierałem wrót burdelowa. Rodzinne strony były święte. Nie szukałem, nie zadawałem pytań i nie chciałem drążyć tematu burdelowa. Bywało, że po powrocie z takiej przerwy kilka długich dni zaspakajałem wywołany głód, ale w domu pozostawałem czysty. Tak miało być również teraz. Tylko nie oszacowałem kilku czynników. Nie wziąłem pod uwagę kilku zmiennych w tym równaniu. Świat, wokół nas, jest widziany naszymi oczami. To my czynimy go pięknym lub szkaradnym. Niezwykłość domowego miru i świąteczna atmosfera, to też pewien wytwór naszych zmysłów. Kiedy oddalimy się od dziecinnych obłoków, cholernie trudno je odnaleźć. Święta minęły, ot tak, po prostu. Ze zgrozą, a może ze zdziwieniem zauważyłem, że to coś, czego oczekiwałem po prostu się nie pojawiło. Dorosłem. A może oślepłem na pewne sygnały. Skończyło się. Przerwa między świętami, a sylwestrowym szaleństwem, to dla studenta dziwne miejsce w czasoprzestrzeni. Mijają święta i większość ludzi zapierdala do pracy. Być może niewielu szczęśliwców może sobie pozwolić na długie wolne, ale większość po prostu zapierdala. Do szczęśliwców, zaliczają się ci z ciała pedagogicznego, na każdym szczeblu edukacji. Najprawdopodobniej każda uczelnia w tym kraju nie pracuje, przynajmniej, jeśli chodzi o wykłady w przerwie między świątecznej. I tu pojawia się pole obserwacji dla studentów, którzy wracają do domów na święta. Same święta, to takie słodkie czary mary. Po świętach, zaczyna się zwyczajny czas. I tu, spostrzegawczy student widzi, co się zmieniło w domowej rzeczywistości podczas jego nieobecności.

Ze mną, problem był taki, że już drugi dzień przygniótł mnie nudą. Myśl, o tym, żeby sprawdzić burdelowo w rodzinnych stronach, przyszła z nudów. Nie, nie było nic na Stronie, ale jest jeszcze Forum, są Szwagrowie. I oni przyszli z pomocą. Kliknięcie, góra dwa i już mam numer. Jest diva, podobna cienizna, ale co mnie to obchodzi. Nuda rozpłynęła się niczym mgła w górach.

Spotkanie z kuzynem skończyłem szybciej. Musiałem wziąć głęboki oddech. Spokojnie, robiłem to tyle razy. Wybieram zdobyty numer. Sygnał, drugi, trzeci. „Słucham” – głos typowej rutyniarskiej kurwy.

Szybka rozmowa, co gdzie i za ile. Odpowiedź na pytanie „gdzie?” Bezcenna. Hotel, tu i tu. Ojoj, pomyślałem. Nazwanie hotelem, obskurnego robotniczego motelu, to zdecydowanie przegięcie. Byłem tam dawno, dawno temu. Koleżanka z technikum przeprowadziła się tam, do poznanego na meczu robotnika. Jej rodzina i nauczyciele nie byli zachwyceni, ale my, młodzi gniewni, niepokorni Julkę wspieraliśmy i często tam bywaliśmy.

Najlepsze, diva zostawiła na koniec.

– Kup po drodze prezerwatywy, bo ja nie mam. – Zatkało mnie. Po raz pierwszy od kilku długich miesięcy zatkało mnie. Niewątpliwie to było coś nowego. Zdobyłem się tylko na krótkie „ok.” Przejazd po mieście zajął mi nie dłużej niż kwadrans. Po drodze, zatrzymałem się przy kiosku. Poprosiłem tanie „NewCaress”. Zawsze lubiłem moment kupna prezerwatyw. Najprawdopodobniej każdy chłopiec na tej planecie, no może z wyjątkiem Afryki, poznaje termin „prezerwatywa” różnie na „to” mówią. Guma, kalosz, condom, ubranko robotnicze, etc. etc. Pojawia się moment w życiu faceta, bardzo młodego faceta, kiedy kupuje pierwsze opakowanie i …. Nie bardzo wie, co z tym zrobić. No, ale wyobraźnia chłopców nie ma granic, toteż, zastosowanie gumiaków jest najróżniejsze. Klamki, ręce, proca na skoble, bomby wodne, a to nie wszystko. Moda, na zakładanie gumy na klamki minęła, kiedy kolegę sąsiad przyłapał na rozwijaniu bananowej prezerwatywy na swoją klamkę.

Kolejny etap, to kupowanie prezerwatyw, „bo coś może być”. Ten etap jest jeszcze bardziej komiczny, niż pierwszy. Najczęściej to „coś”, to utrata terminu ważności w portfelu pryszczatego jebaki. Będąc na akademickiej imprezie zobaczyłem gumkę w wytartym opakowaniu i usłyszałem o podpitego kolesia: „od liceum”. Nigdy się nie dowiedziałem, czy to był sentyment, czy po prostu nigdy nie bzykał. Ja nie miałem tych problemów. Dlatego lubiłem ten moment zakupu condomów. To o czymś świadczyło. O drodze sukcesu, jaką przebyłem. Od inteligentnego dziwaka w szkole średniej, do prawdziwego okurwieńca, kilka lat później. Miałem dziewczynę, popychałem na boku inną, a oprócz tego bzykałem kurwy. Byłem, doprawdy, degeneratem. I wiecie co? Napawało mnie to dumą.

No, ale wszystko ma swoje granice. Nawet ja nie kupowałem prezerwatyw kurwie. Coś nieprawdopodobnego.

Zaparkowałem pod obskurnym peerelowskim obiektem. Motel robotniczy, stojący na równi z blokiem socjalnym. Ponownie dzwonię. Słyszę numer pokoju, czwarte piętro. Wnętrze motelu jest przygnębiające. Zielonoszare ściany, wręcz muszą przypominać lokatorom, że chyba, gdzieś przegrali. Czapkę zimową naciągam na głowę, głęboko. Rozglądam się dyskretnie. Żółta firanka częściowo zasłania śpiącego recepcjonistę. Mijam go szybko i wchodzę na klatkę schodową. Brudna klatka, stalowy kolor barierek i odrapane ściany. Wszystko sprawia, że mimo iż idę do góry odnoszę wrażenie, jakbym schodził w dół, gdzieś w przytłaczającą otchłań. Na szczęście włączył się autopilot i mknę przed siebie. Dotarłem na właściwe piętro. Patrzę na granatowe numery, które ktoś niestaranie, szablonowo namalował na drzwiach. Pierwszy od numer, jest dosyć odległy od docelowego. Powoli przemierzam korytarz, w stronę zakurzeni szyby czołowego okna. Stary rower, wózek dziecięcy, duże kawałki tapety, ubrudzone buty. Nieciekawa sceneria. Doszedłem do numeru, za którym miałem ujrzeć kolejną odsłonę burdelowa. Nie zdążyłem zapukać po raz drugi, kiedy zdarzenia same się potoczyły. Najpierw ujadanie psa. Nie szczekanie, ale ujadanie. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy motelu wyskoczą, jak oparzeni ze swoich pokoi. Przez głowę, lotem błyskawicy przemknęła mi myśl: „zwiewaj”. Niemal w tym samym momencie otworzyły się drzwi i instynktownie wszedłem do środka. Mały pokoik z aneksem kuchennym . Tanie, jednoosobowe łóżko na pierwszym planie, jakieś akademickie meble. Obraz nędzy i rozpaczy. Spojrzałem w lewo. W aneksie stał pies, przywiązany do zlewu. Żadna bestia, typ małego ciapka. Z tym, że zwykły ciapek, raczej radośnie obszczekuje gości, a ten bydlak szczekał wściekle. Pierwsze, co usłyszałem, po słowie „cześć”, było uspokajanie psa. Taka atrakcja, zupełnie mnie zaskoczyła. Jednak to też było burdelowo, tyle, że nieco inne.

– Nie bój się. Jest przywiązany. – Skinąłem głową, na znak, że wierzę, widzę i rozumiem. Szybko dobiliśmy targu. Ile dostanie, za udostępnienie swojej szpary. Co ciekawe, mimo, iż stałem w pokoju kilka minut, pies, nie przestawał szczekać. Dramat. Kiedy przywykłem do szczekania, bliżej przyjrzałem się divie. Niska szatynka, wiek między trzydzieści pięć, a czterdzieści. Raczej mało atrakcyjna. O ile znam się na takim typie, to z jej twarzy wyczytałem rutynę i zobojętnienie. Bardzo podobne do mojego.

– Masz prezerwatywy? – Zapytała.

– Mam. – Odpowiedziałem, wyciągając czerwony kartonik z kieszeni. Wyciągnęła rękę.

– Dobrze, że mamy te prezerwatyw ki. – Powiedziała z namysłem. Ja już się nie odezwałem. Rozpiąłem kurtkę, ściągnąłem wełniany sweter i zacząłem rozpinać pasek. T-shirt zostawiłem. Ściągnąłem spodnie i slipy. Diva, ubrana w sztruksowe spodnie i bluzkę, miała nieco mniej do ściągnięcia. Otworzyła opakowanie i urwała listek z gumką. Kiedy była naga, położyła się na jednoosobowym łóżku. Zrobiłem krok w jej stronę. Była niska, z lekką nadwagą. Miała pokaźne, charakterystyczne, dla wieku i budowy ciała cycki. Podszedłem do łóżka i złapałem ją za pierś. Palcem zrobiłem kilka okrążeń wokół sutka. Zrobiłem to z przyzwyczajenia. Nie potrzebowałem dodatkowych impulsów, bo mój sprzęt sterczał w gotowości od kilku minut. Chwilę ugniatałem jej cycki, mechanicznie, mnie też dopadła rutyna. Powoli przesuwałem wzrokiem po jej ciele. Cycki, na plus, nieco za duży brzuch, z rozstępami, troszkę zwaliste uda. Przy tym wzroście, była po prostu normalna. Zatrzymałem się na jej kroczu. Cipka obrośnięta burymi włoskami, które dziwnie przypomniały mi o Oli z akademika. Podobne, pomyślałem. Ręka niskiej dziwki zaczęła coś na kształt pieszczot. Pogłaskała mnie po jajach, jej palce kilkukrotnie przesunęła się wzdłuż mojego instrumentu. Ewidentnie, to spotkanie można było zdefiniować jednym słowem: „rutyna”. Niczym zakup bułek w osiedlowym sklepie o poranku.

Podała mi sreberko z prezerwatywą, pytając, czy założę. Pokiwałem głową. Szybko, sprawnie i płynnie założyłem gumę. Klęknąłem przed jej lekko rozchylonymi nogami. Złapałem je pod kolanami i przycisnąłem do cycków. Dynamicznie wszedłem. Lekkie stęknięcie i rozpocząłem posuwanie, niczym tłok w silniku. Kilka, może kilkanaście głębszych, raczej łagodnych pchnięć. Łapię ją za uda i przyciągam do siebie. Moje pchnięcia stają się sprężyste, mocniejsze. Kilka minut jednostajnych pchnięć i ostatnie trzy razy dobijam mocniej. Dochodzę. Szybko sprawnie. Bez komplikacji. Ściągam ubranko robotnicze z penisa. Słyszę, że kosz jest niedaleko drzwi, żebym wyrzucił. Z chwilą, kiedy wyrzucam kalosza, pies na nowo dostaje szału. Ubieram się czym prędzej. Gospodyni stara się go uciszyć, ale nic z tego. Jeszcze raz omiatam spojrzeniem pokój. Nie jestem do końca pewien, czy tak miał wyglądać mój świat. Zakurzony, ciasny pokój z podrzędną prostytutką. To chyba zły omen. Wychodzę. Lekkim krokiem schodzę po schodowej klatce. No tak, więc rozdziewiczyłem rodzinne strony. Taak. W końcu moja ciemniejsza strona, nawet tu mnie znalazła.

Siadam wieczorem przed komputerem. Piszę na Forum. Tej divy nie ma w ogłoszeniach. To cichodajka, jej numer funkcjonuje w pewnych kręgach. Zabawne, jak awansowałem w strukturach, nie jestem tylko userem, jestem kimś, kto ma coś do powiedzenia. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym, który zaliczył turnus letni, terapii dla uzależnionych od alkoholu. Poznał tam koleżkę. Pół roku później koleżka wprowadził go na miejscówę, gdzie spożyli alkohol. Na prawdziwą melinę, rodem z ciężkiego prylu. Czy zemną było tak samo? Już wtedy powinienem przewidzieć, że ja również niebezpiecznie zbliżam się do krawędzi.

Ciężarna blondynka cz I

Mam kłopoty z zaśnięciem. Dużo myślę. Chyba dopada mnie starość. Co zrobiłem w życiu? Ukończyłem studia. Moje wielkie plany i marzenia odnośnie kariery były jedną wielką bujdą. Pracuję w średniej firmie.

Przestałem sam przed sobą udawać, że czeka mnie kariera. Moje marzenia o GPW, a później, kto wie, może Wall Street, zostały przygniecione codziennością. Może po prostu dorosłem. Na płaszczyźnie towarzyskiej też sukcesów brak. Nieudane prawie-małżeństwo. Jestem jednym z totalnie przeciętnych ludzi, czyli tkwię w stanie przed którym zawsze chciałem uciec. Jedyne, co mnie wyróżnia, to burdelowo. Moja kraina, mój świat. To mnie niepokoi.

Dla jasności – nie niepokoi mnie samo burdelowo, ale pewna proporcja. Kiedy, dawno temu, zaczynałem przygodę z krainą komercyjnych doznań, towarzyszył temu pewien dreszczyk. Dreszczyk mrocznej tajemnicy, dreszczyk czegoś zakazanego – tylko dla wybranych. Był to promil życia.

Od pewnego czasu, jest inaczej. Proporcje się odwróciły. To nie moje życie definiuje poziom burdelowa. To burdelowo, zaczęło wydzielać mi czas na normalne życie. Co się porobiło? Nie mam pojęcia. Przepadł nawet dreszczyk emocji. Zastąpiła go rutyna, a może pewien przymus. Te myśli nie dają mi spokoju. Musze to przerwać, a przynajmniej nad tym zapanować.

Od kilku tygodni trzymam się z dala od Strony, Forum i całej tej krainy. Konsekwentnie powiedziałem sobie NIE!

 

Trzeba w końcu coś zrobić ze swoim życiem. Od czegoś zacząć.

Nowa praca wydaje się być tym, co zapoczątkuje nową odsłonę życia.

Ambitny cel: spółka Skarbu Państwa. Wieloetapowa rekrutacja. Dwa pierwsze etapy mam za sobą. Jutro kolejny. Jadę pociągiem, dzień wcześniej. Muszę na testach stawić się wypoczęty i zdolny do wysiłku intelektualnego. Kiedy zbliżam się do docelowej stacji, w głowie słyszę głos Marka: – Państwówka  ziomeczku. Pamiętaj, tylko państwówka.- Marek, jedna z bardziej pociesznych osób, jakie poznałem na studiach. Dla niego receptą na nasz runek pracy, a raczej receptą jak sobie poradzić na tym rynku, była państwowa posada, co zawsze podkreślał.  Szkoda, że po studiach wrócił do siebie, na Śląsk i kontakt nam się urwał.

Wysiałem na stacji. Znam to miasto. To tutaj wszystk się zaczęło. Tę ostatnią myśl gaszę, jak papierosa. Podchodzę do Lanosa w kolorze srebrny metalik. Taksiarz chętnie otwiera drzwi. Jadę do hotelu. Jadąc, czuję znajomy ucisk w brzuchu, który rozprzestrzenia się klatki piersiowej. To mój wewnętrzny radar wiem, że burdelowo jest blisko. Docieram do hotelu. Muszę się czymś zająć, muszę rozproszyć myśli. Mój umysł zaczyna przypominać wektor, którego zwrot może  być skierowany, tylko w jedną stronę.

Próbuję czytać, nic z tego. Chodzę po pokoju. Idę wziąć prysznic. Może to mnie odświeży. Woda spływa po mnie, a żel zamienił się w pianę, pokrywającą moje ciało. Doświadczam czegoś specjalnego. Odczuwam temperaturę wody, zapach żelu pod prysznic wypełnia moje nozdrza. Jednak prysznic w ogóle mnie nie odświeżył. Jakbym był w dużym foliowym worku. Tylko moje ciało zostało opłukane, moje wewnętrzne ja jest gdzieś zakopane i woda zdaje się do niego nie docierać.

Wychodzę z hotelowej łazienki owinięty ręcznikiem. Kładę się na łóżku. Nie wycieram się, czekam, aż woda sama wyparuję. Czuję delikatne zimno. Dobrze, to pomoże ukoić zmysły. Kiedy jestem suchy, ubieram się. Dociera do mnie, że jestem głodny. Wychodzę z hotelu. Mam ochotę na coś niezdrowego. Hamburger będzie idealny.

Tak, hamburger będzie idealny. Idealnie puste kalorie, idealnie chemiczne jedzenie.

Wychodzę z hotelu. Idę przed siebie. Znam miasto, więc nie jestem go ciekawy. Patrzę na ludzi. Dlaczego nie jestem jednym z nich? Dlaczego po studiach, nie ożeniłem się z jakimś pasztetem, nie zrobiłem bachora i nie czerpałem smutków i radości (chuj wie, czego jest więcej) z tak zwanego normalnego życia. Czego szukam i dokąd chcę dotrzeć?

Patrzę na mijane kobiety. Ciekawe, która z nich ma konto na Stronie, która z nich zarabia dupą?

Pora na małe wtrącenie. Popkultura wpoiła nam pewien obraz. Dziewczyna, najczęściej studentka w dużym mieście. Szara myszka, która jest kompletnie niezauważana przez facetów, potrzebuje pieniędzy. Szuka pracy albo to ją znajduje pewna profesja. I PSTRYK! Z szarej myszki przeistacza się w wystrzałową kurwę. O przepraszam. W call girl. Kształci się równolegle. Za dnia wciąż szara myszka zdobywająca wykształcenie w trybie dziennym. W nocy pobiera edukacje podziemną. Po kilku latach jest wykształcona, ma wymarzoną pracę (dzięki dziennemu wykształceniu), i kochającego męża (dzięki nocnemu wykształceniu). Mroczny epizod z przeszłości dodaje jej tylko zmysłowości. Takie historie można przeczytać w formie reportaży. I nie mam tu na myśli tabloidów, ale opiniotwórcze tygodniki. Panowie żurnaliści piszecie głupoty. Ktoś wam sprzedał tandetną historyjkę i bez sprawdzenia  opisaliście ją albo piszecie chłam, bo gardzicie czytelnikami. W obu przypadkach nie zasługujecie na miano dziennikarzy.

Mózg, to fascynujący organ. Po kliku latach w burdelowie, przestraja się na zupełnie inną częstotliwość. Ja i one. Ja i burdelowo, poza tym mało co się liczy.

Zjadłem hamburgera. Zostały mi frytki i mniej niż połowa napoju w tekturowym kubeczku. Dokupuję parzystą liczbę kurczaka. Czuję głód, a właściwie ssanie. Pochłaniam zamówione jedzenie, bo muszę zapełnić pustkę, niekoniecznie w żołądku. Na stoliku pojawia się jeszcze deser. Liczba wchłoniętych kalorii eksploduje w  moim organizmie. Wychodzę z sieciówki. Jestem podniecony. Jak to się stało, że śmieciowe żarcie zamieniło się w afrodyzjak. Zaczynam opadać w trans pożądania. Wybieram numer w telefonie.

 

 

W labiryncie burdelowa 3.1

Półwiecznik cz. II

Stoję,  stara prostytutka sięga ręką po sreberko leżące na ławie. Sprawnie zakłada gumę. Odwraca się, jej kolana i łokcie zapewniają stabilizację. Wchodzę w nią. Dosyć szybko się poruszam. Patrzę na jej plecy, na jej pośladki, które wydają się być flagą jej wieku. Przychodzi mi do głowy, że muszę być zdrowo wykolejony, skoro decyduję się na seks w takim wydaniu. Zdecydowałem się, a może jakaś nieuchwytna istota, mój własny demon zmusił mnie do tego? Kolejna myśl, to chęć spenetrowania tej obwisłej dupy. Nie wychodzę. Zastygam w miejscu.

– Jest możliwy anal?

– Tylko, jeśli zostajesz na dłużej niż godzinkę.

Dalej posuwam. Dowiedziałem się wszystko czego chciałem. Po kilku minutach kończę. Wyjmuję penisa i ściągam prezerwatywę. Owijam ją papierowym ręcznikiem. Zawiniątko oddaję gospodyni. Kiedy ubieram spodnie słyszę:

– Miłość analna jest możliwa, jak najbardziej, ale minimum w godzinnym spotkaniu. Wtedy jest więcej czasu na przyjemność, na wszystkie rodzaje przyjemności.

– Aha. – Nie słucham jej. Chcę po prostu wyjść. Miłość? Przyjemność? Co za absurd. Tu jest tylko rżnięcie, jebanie, pierdolenie. Nic więcej. Kobieto, jesteś dla mnie tylko substytutem ręki. To wszystko. Tego jednak nie mówię. Chcę jak najszybciej wyjść z obskurnego mieszkania.

Już na zewnątrz oddycham głęboko. Idę na przystanek. Za godzinę przychodzi Kaśka. Pijemy kilka piwek. Idziemy do łóżka. Rano, Kaśka wychodzi. Ja jem śniadanie i wychodzę. Patrzę na zachmurzone niebo i szukam określenia na stan mojego umysłu. Przez dłuższą chwilę nic nie przychodzi mi do głowy. W końcu mam. Aberracja. Tak, to odpowiednie słowo.

Cichodajka nr….

Kolejna cichodajka. Żadnych ogłoszeń, tylko numer telefonu. Załatwiam sprawy służbowe. Urzędy, instytucje finansowe. W gąszczu spraw służbowych do mojej świadomości dociera to, że mam numer telefonu, którego jeszcze nie sprawdziłem. Pali mnie żywym ogniem. Obiecałem sobie, że chociaż miesiąc odetchnę od burdelowa. A raczej, że to Burdelowo zechce mnie wypluć ze swych wnętrzności chociaż na miesiąc. Chociaż na krótką chwilę, żeby odetchnąć. Niestety nikt jeszcze nie wygrał z bestią. Nie można pogrywać z tą bestią, zawsze poniesie się karę. Zawsze się przegra.

W słuchawce słyszę nieco przychrypnięty głos. Jak przystało na prawdziwą cichodajkę przyjmuję w hotelu. Tanim hoteliku nad Wisłą. Podjeżdżam samochodem w okolicę. Parkuję przy supermarkecie (…)

Miała diastemę i miała niewiarygodną technikę zakładania gumy ustami. Śmieszne, bo legenda głosi, że takie cuda tylko w najlepszych agenturach . Kiedy po wszystkim wychodziłem, postawiłem kołnierz. Z jakiś irracjonalnych powodów boję się, że ktoś mnie rozpozna. Śmieszne. Wychodząc do drzwi, zerkam na portiera, siedzi i nic nie widzi. Pewnie w takich miejscach, wynagrodzenie płacone jest właśnie za to, żeby nie wiedzieć. Każdy, czy to goście, czy to personel jest wierny zasadzie trzymania się swoich spraw. Co do samej bohaterki. Jej zamiłowanie do piwa w puszkach spowodowało, że kilka lat później mieszkała u jakiejś dalekiej rodziny. Dorabiała lodami robionymi samochodach. Tak wyszło.

Calineczka

Nie wiem dlaczego używała zawodowego pseudonimu „Calineczka”. Nie przypominała Calineczki w żadnym calu. Blondynka, zadbana, miła. Można powiedzieć, atrakcyjna. Z wyjątkiem piersi. Miała najbardziej pomarszczone cycki, jakie widziałem. To dziwne, nie była najstarszą kobietą, jaką widziałem nagą, ale miała najbardziej naruszone czasem cycki. Zastanowiło mnie, jak, przy tak nieatrakcyjnych cyckach jeszcze się utrzymuje. Kiedy wypięła przede mną pośladki, zrozumiałem. Okazało się, że jest właścicielką niemal perfekcyjnej dupci. Jej pączek wręcz zapraszał do igraszek. Mimo lubrykatu, rozprowadziłem palcem trochę śliny. Wsunąłem palec, później drugi. W końcu wszedłem. Potrafiła tak wyeksponować tyłek, że sam widok o mało nie przyprawił mnie o szczyt. To było dobre rżnięcie. Kiedy się ubierałem, wspomniała o tym, że jest prawnikiem, a „tym” para się z nudów. Udałem, że wierzę. W końcu, cały ten świat, to jedna ściema.

I znowu blondynka

Wietrzny wrzesień. Stoję pod klatką.

-Cześć, ty do mnie? – Uśmiechnięta, blond, troszkę za dużo kilogramów na udach, ale całkiem, całkem.

– No tak. – Uśmiecham się. Wchodzimy do klatki, idziemy po schodach na pierwsze piętro. Dzwoniłem do niej kilkanaście minut wcześniej. Musiałem jakoś uczcić przyjęcie do pierwszej pracy. Miała intensywnie czerwoną cipkę. Jak wnętrze przepołowionej brzoskwini. Przez monet pomyślałem o krwistym kawałku mięsa, to spowodowało, że wolałem od tyłu.

Pewnie nie zapamiętałbym tej jednej z wielu wizyty, ale…

Dwa lata później, odwiedziłem larwy. Larwy, nieładnie określane dziewczyny, koleżanki, a raczej znajome ze studiów, które czasem sypały się po mieszance alkoholu, muzyki i niewyszukanego bajeru. Tym razem, była jeszcze koleżanka, blondynka o imieniu Bożenka. Dziwnie znajoma, choć nigdy jej wcześniej nie widziałem. Kilka razy wymieniliśmy spojrzenia. Potraktowała mnie jak powietrze. Coś niesamowitego, jakbym nie istniał. Nie jestem mega fajnym kolesiem, którego każdy musi pokochać, ale grzecznościowe dwa zdania z każdym potrafię zamienić, teraz było inaczej. Może nie tylko ja uznałem, że gdzieś już się widzieliśmy.

Gruba blondyna cz. 2

Wstałem z ławki i dalej ruszyłem przed siebie. Świat widziany z perspektywy kaca, jest inny, niż na trzeźwo. Czasem lepszy, czasem gorszy, ale zawsze inny. Kolory, dźwięki, wszystko niby jest normalne, ale dziwnie inne. W cudownym otępieniu dotarłem na wiadomą ulicę. Miałem poszukać odpowiedni numer lokalu i zadzwonić. Wszystko poszłoby po mojej myśli gdyby nie mały drobiazg. Blok, w którym miało się znajdować burdelowo, okazał się mieszanką peerelowskiego bloku i kamienicy. Dziwny, budowlany twór, w kolorze żółtym. Pięciopiętrowy w kształcie litery C. Naliczyłem około sześciu klatek. Na domiar złego, ponad trzy czwarte budowli pokryte było rusztowaniami – trwały prace ociepleniowe. Podszedłem do najbliższej klatki. Żadnego spisu, żadnej numeracji, poszedłem do kolejnej, również nic. Zadzwoniłem do divy, prosząc o wskazówkę. Jej wskazówka okazała się na tyle niekonkretna, że obszedłem blok dwukrotnie i za nic  nie mogłem znaleźć odpowiedniej klatki. Kolejny telefon, podaje numer ten i ten. I znowu moje badanie każdej klatki. Zapytałem jednego z ekipy remontowej, ale nie potrafił mi odpowiedzieć. Kolejny telefon, diva z cierpliwością tłumaczy. Chodzę od klatki, do klatki. Zaraz się zdenerwuję. Kolejny telefon, tłumaczenie divy, która cierpliwie tłumaczy, która to klatka, niewiele daje. Nie wiem, czy mój mózg, który jeszcze nie przetrawił wódy, czy może jej umiejętności klarownego tłumaczenia, ale coś szwankuje. Zaczynam myśleć, że może to znak. Znak, żeby zawrócić, żeby odejść. Żeby odpuścić. Nie. Jeszcze nie, jeszcze jeden telefon.

– Wiesz co, podejdź do tej zielonej budki, blaszanej, widzisz?

– Tak.

– To podejdź.

Podchodzę do budki. Otwiera się okno na pierwszym piętrze. W oknie pojawia się pucułowata twarz, z blond prostymi włosami.

– To ta klatka, numer mieszkania…

Owładnął mnie amok. Tak to moja rzeczywistości, to mój świat. I jua chciałem odejść? I gdzie iść. Nie ma innego świata, jest tylko burdelowo. Podchodzę do drzwi, brzęk domofonu, wchodzę na ciemną, obszerną klatkę schodową, charakterystyczny swąd takich klatek wypełnia moje nozdrza. Wchodzę po schodach, na pierwsze piętro, w zaciemnionej części, są drzwi z magicznym numerem. Pukam, otwierają się, wchodzę. Patrzę, na postawną, młodą kobietę. Szeroka twarz, sympatyczna, z uśmiechem, który niewiele zdradza. Pyta mnie, na ile chcę zostać, biorę „kwadransik”, który oznacza tylko jeden numerek albo „lodzik”. Wchodzimy do pokoju, który jest nieco zagracony, pod oknem stoi coś, na kształt tapczanu. Blondyna ubrana jest w przydługą koszulkę. Siada na tapczanie, ściąga koszulkę, ja łapczywie łapię za duże, dorodne cyce, jej dłonie nie pozostają dłużne i moje gacie lądują na moich stopach.

– Chcesz lodzika, czy seks?

– Seks. – Zawszę biorę seks, lodzik raczej nie jest moim ulubionym „małym co nieco”

Jestem gotowy. Postawna diva, zakłada prezerwatywę. Przechyla się do tyłu, kładzie na plecach i unosi nogi. Wyprostowane, w kształcie litery V. Przybliżam się, pochylam i energicznie wchodzę. Cały kat jest szybki, energiczny. Kończę szybko. Zmęczony wczorajszym aktem pijaństwa, wycofuję się, jestem oszołomiony, lekko zawirowało mi w głowie. Blondynka, rozpoczyna higieniczny proces, za pomocą jednorazowego wilgotnego ręczniczka. Ubieram się, żegnam i wychodzę. Słońce, po wyjściu z klatki wydaje się wdzierać we mnie ze zdwojoną siłą. Dobrze, że kilkadziesiąt metrów dalej jest sklep spożywczy. Zimna cola przywraca mi moc. Nie myślę, o tym co się przed chwilą stało. Jestem znieczulony, wręcz otępiony. Z marazmu wyciąga mnie dzwonek telefonu.

– Gdzieś ty jest? Coś ty kurwa wczoraj odpierdolił?! – Jego powitanie, brzmi niepokojąco. – Marta powiedziała Edycie, a Edyta dalej. Wszyscy już wiedzą, że chcesz się jej spuścić na uśmiech. Na początku cię broniłem, że na pewno tak nie powiedziałeś, ale pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że w końcu to ty. Przychodź kurwa. – Koniec rozmowy, cały Misza. A więc powiedziałem. Telefon od Miszy rozwiał moje wątpliwości.

Wieczór, kolejna biba, kolejne litry, jeśli nie hektolitry alkoholu. Te same roześmiane twarze, te same osoby, ta sama niesamowita atmosfera. W końcu ten sam klub. Wszystko jest takie samo. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, pojawia się zmienna, której nie brałem pod uwagę. Czas na ułamek sekundy staje w miejscu. Przestrzeń ogranicza się do jednego punktu. ONA. Jest tu, bawi się ze swoimi znajomymi, jest jakby z innej planety, poza moim układem planetarnym, poza moim wszechświatem. Zaczynam czuć tęsknotę. Dlaczego nie jestem tacy jak inni, dlaczego nie mogę po prostu się zakochać? Dlaczego to akurat mnie trawi ten palący głód nowych doznań, pragnienie, żądza, która jest nienasycona. I znowu słyszę głos własnych myśli. Zastanawiam się, czy to moje myśli, czy coś innego.

– Teraz rozumiesz? Ty już dokonałeś wyboru, dawno temu, w pewien wiosenny dzień To twój świat. Będziesz miał więcej kobiet, niż wszyscy twoi znajomi, ale jej nie będziesz miał. Doznania, których tak szukasz będą na wyciągnięcie ręki, ale nie miłość. Zrozumiałeś?

Idę do baru, po kolejne piwo.

 

 

 

W labiryncie burdelowa cz. 3.0

 

 

Półwiecznik

Ją odwiedziłem pewnego chłodnego wieczora. Byłem u znajomych. Pracowaliśmy nad prezentacją dotyczącą nowych modeli w zarządzaniu. Nie pamiętam, Kiedy odpłynąłem myślami. Chyba w połowie naszej pracy. Tak po prostu. Dźwignia w mojej głowie sama się przestawiła. Co mogło być tego przyczyną? Wdzierająca się do mojej głowy nuda, czy piersi Justy, które, tak jakby postawiły sobie za cel, cały czas prześladować moje oczy. Uwięzione w czarnym wełnianym sweterku zdawały domagać się wolności. Justa pojawiła się kiedyś na imprezie. Chciałem ją zaliczyć, ot tak dla sportu. Chyba nie była zainteresowana. Nią z kolei zainteresował się Misza. I tak, Justa przestała być kobietą, została kobietą najlepszego kumpla. Tym sposobem stworzyliśmy jedną z najbardziej pokręconych paczek na studiach.

Z mieszkania Justy wyszedłem po siódmej. Było ciemno. Zimny wiatr zdawał się wyganiać wszystkich z ulic do mieszkań, zupełnie, jakby przestrzeń między budynkami należała do niego. Tylko do niego. Misza został u Justy. To dobrze. Zdzwoniłem do Kaśki, pytając, czy wypije ze mną piwko. Zawsze padało to pytanie. Oboje wiedzieliśmy, że piwo jest najmniej ważne, to pretekst. Lubiliśmy poudawać. Zawsze spotykaliśmy się na piwo i tak jakoś wychodziło, że lądowaliśmy w łóżku. Tak przez ponad rok. Zaczęło się banalnie. Studencki klub. Po pierwszej. Ja zamroczony piwem i oparami papierosowymi, szukający ukojenia dla mojego druha. Niska, raczej o przeciętnej urodzie, biorąc poprawkę na wypite piwo, może być. Podszedłem, rozmowa o niczym, kolejne piwo. Wychodzimy. Łatwizna. Po raz pierwszy, tej nocy doświadczyłem, czym jest przeterminowana prezerwatywa. Poważnie, nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Co jeszcze ciekawsze doznałem wtedy olśnienia. Dziewczyny po dwudziestce, czyli dorosłe kobiety, mogą być cholernie nierozbudzone seksualnie. Kaśka na ten przykład nie wiedziała czy jest podniecona.

– Czuję spięcie w brzuchu i stoją mi suty. To chyba jestem gotowa.  – Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Pewnie, gdyby nie stojący maszt, chętnie bym z nią na ten temat porozmawiał.  – Nigdy nie wiem, czy już jestem podniecona – kontynuowała.

Kilka naszych spotkań i już wiedziała kiedy jej ciało domaga się seksu. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że po kilkunastu miesiącach, kiedy nasza relacja dobiegła końca. Katarzyna była w pełni rozbudzoną, świadomą każdego impulsu płynącego z jej ciała. Z pewnością, zostawiłem ją lepszą niż zastałem.

Trzysta metrów dalej, w szarym bloku, za drzwiami obitymi tandetną sklejką, czekały na mnie doznania. Z Kaśką umówiłem się przed dziesiątą. Mam wystarczająco dużo czasu. Wiatr niemile mnie połaskotał. Zapiąłem kurtkę. Wyjąłem telefon. Zadzwoniłem, pytając, czy mogę podejść za dziesięć minut. Mogę. Świetnie. Wiatr wieje coraz mocniej, jakby mnie poganiał, albo wręcz przeciwnie, jakby mnie stąd wyganiał. Idę znajomą droga po raz, no właśnie ile razy już tędy szedłem. Ile razy przemierzałem tą trasę, drogę po doznania, drogę po przyjemność, po zapomnienie. Przy pięciu blokach, sprytnie umiejscowionymi między wolnostojącymi domami stoi krzyż. Zawsze kiedy go mijam w głowie odradza się pytanie: czy jeśli powiedziałbym kiedyś, że żałuję, będzie mi wybaczone? Czy modlitwa grzesznika ma sens? Jaki sens ma spowiedź, jeśli nie ma żalu za grzechy. Te myśli zajmują kilkanaście sekund, może minutę. Przechodzę obok kolejnych, szarych, kilkupiętrowych bloków. W świetle ulicznych lamp widzę karuzelę i huśtawkę. Mikroskopijny plac zabaw. Mój plac zabaw jest w ostatniej klatce. Pukam do drzwi. Te kilkanaście sekund napełnia mnie seksualnym napięciem. Ciekawe z kim dziś będę. O ile wiem [przyjmuje tu trzy albo cztery divy. Już poza głównym nurtem, ale jeszcze przydatne. Tanie i przydatne. Słyszę chrzęst zamka. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta. Sceneria jest ciągle ta sama. Ciemny przedpokój, dalej, skromnie oświetlony pokój. Dywan, zakurzony, meblościanka i rozkładana wersalka. Obok wersalki ława, na której leży pudełko chusteczek nasączanych, budzik i dwa sreberka – kondomy. Patrzę na kobietę. Jest stara. Po pięćdziesiątce. Wiem, że to mieszkanie ma kilka ogłoszeń. Ta pewnie jest z ogłoszenia: „dystyngowana pięćdziesięcioletnia „. Spod farby na włosach wyłania się siwizna. Twarz, pokryta maską zmęczenia zmieszanego z rutyną, świadczy, że wiele takich chwil jak ta przeżyła. Skóra na jej szyi i ramionach jest pomarszczona. Patrzę na zwykłą, starą bladź. Daję jej pieniądze i zaczynam się rozbierać. Wychodzi z pieniędzmi i wraca po chwili, również ściąga sukienkę na ramiączkach. Zostaje w staniku, który sprawia wrażenie zakurzonego i czarnych pończochach. To pewnie ten atrybut „dystyngowanej”. Zdejmuje stanik, ukazując dwie niewielkie piersi. Dziwne. Ma obwisłą dupę, brzuch też, mimo, że jest szczupła, a cycki jeszcze sterczą, niczym ostatnie wspomnienie lat świetności. Kobiece ciało, nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Stoję tylko w slipach. Zdejmuję je. Podchodzę do wersalki, diva siedzi. Z wprawą bierze mojego miękkiego druha. Zaczyna mnie pieścić. Masować, głaskać, delikatnie odsłania główkę. Obsypuje całe krocze pocałunkami. Druga ręka zajmuje się jądrami. Jest całkiem przyjemnie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że z wiekiem kobiety, a zwłaszcza prostytutki stają się bardzo ckliwe w swych pieszczotach. Młode podchodzą do sprawy technicznie . Bez jakichkolwiek uczuć. Te starsze potrafią niemal z matczyną troską zająć się tym i owym. Oczywiście w trakcie całego aktu potrafią przemieć się w prawdziwe wampirzyce. To wszystko, jednak wymaga lat warsztatu.

CDN

Gruba blondyna

Zawsze pod powłoką imprezowego lifestylu, gdzieś na samiutkim dnie duszy pozostałem romantykiem. Nieporadnym, chłopcem, marzącym o wielkim uczuciu. Uczuciu na dobre i na złe. Moja eksploracja i celebracja mrocznej, jak i pociągającej krainy – burdelowo, była jakby innym uniwersum.

 Nigdy nie odkryłem, czy moje obsesyjne pragnienie Dagny, było gorącym, niczym wulkaniczna lawa uczuciem, czy raczej obsesją, schorzeniem, które chłodna ocena psychologii zakwalifikowałaby jako objaw psychpatologiczny ICD ileś tam.

           Ten epizod też zaczął się od balangi. Wóda, znajomi, jakieś lachony. Standardowy akademicki wieczór. Było świetnie, dobra zabawa, uśmiechnięci ludzie, nieco obskurne ściany akademickiego klubu, nadawały klimat. Było kilka dobrych godzin po północy, kiedy każdy poszedł spać, zmorzony ciężkim imprezowym etatem.

Będąc jednym ze Szwagrów, a uważam, że na takie miano zasłużyłem, kontrolowałem na bieżąco Stronę i ogłoszenia. Zawsze, moją uwagę przykuwało jedno. Ogłaszała się jako „pulchna blondynka”. Nie jestem wielbicielem „aż tak” pulchnych kobiet. Faktem, jednak jest, że pewien odsetek grubasek jest pociągający. Jest, kilka procent kobiet z nadwagą, które mają śliczną twarz, nieziemskie cycki, bądź cokolwiek innego. Stawiam pół pensji, że każdy, kiedyś, czy to w pracy, czy to w szkole, spotkał taką dziewczynę. Dziewczynę, która, byłaby super dobra, gdyby, „nie ta monstrualna dupa”, gdyby, „nie te biodra, szerokości SUVa”, mnożyć można takie przykłady. Intrygowała mnie ta diva. Zdjęcia, tajemnicze, nic nie ukazujące, lakoniczne ogłoszenie. Moje myśli krążąc, po przeżartej burdelowem mózgownicy, układały się w jedno zdanie: muszę w niej być.

         Po przebudzeniu, jeszcze lekko podchmielony, pomyślałem właśnie o niej. Być może się powtarzam, ale seks na kacu, ma swój urok. A co do uroku, to jest on wiele większy, z płatną divą, niż z przysłowiową „normalną dziewczyną”. Nie bujam, tak jest, przetestowałem oba warianty.

Przetarłem, zaspane oczy. Była końcówka kwietnia albo początek maja. Piękny czas. Dla studentów, nie ma piękniejszego czasu. Każdy, nawet najbardziej opieszały student zaliczył braki z sesji zimowej, a do letniej pozostają długie tygodnie. Świat wydawał się nie mieć szarych barw. Nie brałem prysznica, umyłem tylko zęby i jeszcze, nieco chwiejnym krokiem poszedłem na spacer. Słońce. Słońce, to rzecz magiczna. Nie dziwię się ludom pierwotnym, że wyznawali bóstwa solarne. Słońce, to nie tylko promyk, jasno i ciepło. Jest coś tak magicznego w słonecznej pogodzie, że nie da się tego uchwycić. Czasami, jeden promień słońca, któremu uda się przebić przez chmury, potrafi dać nadzieję, tchnąć w nas optymizm i „zapewnić”, że będzie dobrze.

Tak było dziś. Krok za korkiem, szedłem w stronę dobrego humoru, ciepła, ludzi i dobrego samopoczucia. Nieco osłabiony, z bolącą głową, ale wciąż szukający. Szedłem bez celu, do głowy przyszła mi niewinna myśl, że przecież, jeszcze nie zadzwoniłem do divy, która sama siebie określała, jako „pulchną blondynkę”. To też była część rytuału. Usłyszeć głos. W dobie coraz doskonalszego obrazu, porzuciliśmy zmysł słuchu, tak jakby stracił na ważności. Tym czasem sto procent przyjemności, to działanie na wszystkie zmysły. Burdelowo, w pewnym sensie tak właśnie działało, na wszystkie zmysły. Ten pierwszy krok, wykonanie telefonu do dziwki. Rozmowa. To nauczyło mnie korzystać ze słuchu. Niczym perwersyjna muzyczna szkoła.  Wyobraźnia podpowiadała, co może mnie czekać za bramą tej krainy. Kiedy słyszałem głos divy w słuchawce, zamierałem. Starałem się uchwycić każdą, nawet najmniejszą zmianę uczuć w jej głosie. W pewnym momencie, nabrałem niebywałej wprawy w tym, jeśli mogę użyć tego zwrotu, rzemiośle. Głos zdradzał wiele. Ile czasu pracuje w branży, jaki ma charakter, czy warto zostawiać tam pieniądze.

Po kilku minutach rozmowy, miałem w głowie obraz „pulchnej blondynki”. Nie było w tym obrazie nic, co by mnie zadziwiło lub zaskoczyło. Mimo wszystko, jakaś niewidzialna siła kierowała mnie w kierunku głosu z słuchawki. Nie przeszkadzało mi to, że przyjmowała na drugim końcu miasta.  Zatrzymując się w spożywczych sieciówkach, wzmacniałem organizm ananasowymi jogurtami i napojami izotonicznymi. Przystanek, czy dwa jechałem autobusem, i znów patrząc mętnym spojrzeniem, oblany majowym słońcem parłem naprzód. Szedłem krok za krokiem, ulica za ulicą. Myśli, niczym magnetofon odtwarzały wydarzenia wczorajszej nocy. Było kilka ładnych dziewczyn. Przypomniałem sobie obraz Marty. Szczupłej dziewczyny, z włosami ufarbowanymi, w kolorze ciemnobrązowym. Była roześmiana, sympatyczna i zadziorna z charakteru. Zaraz, zaraz. Alarm! Wspomnienie jej śmiechu, odpaliło alarmową lampkę w mojej głowie. Dlaczego? Siadam na ławce, w cieniu, pod kilkupiętrowym blokiem. Muszę odpocząć i pomyśleć. Chwila zastanowienia. No tak. Wszystko ułożyło się w logiczną całość. Kiedy wszyscy dotarli do momentu, gdy moc jest na wyczerpaniu i trzeba kończyć imprezę piłem piwo (ostatnie) z Martą. Śmiała się, było wesoło i wtedy uznałem, że będzie jeszcze weselej, gdy powiem jej: „masz bardzo sympatyczny uśmiech, chciałbym się na niego spuścić.” Kurwa. Ja to powiedziałem? Nie, nie powiedziałem. Z fragmentów wspomnień staram się stworzyć jeden, choćby krótki film. Nic z tego

W labiryncie burdelowa cz. I

Cała niecodzienność płatnego seksu przestała istnieć. Stała się częścią codziennego życia. Jak papierosy, jak piwo, jak lektura porannej prasy. Po prostu. Burdelowo stało się częścią mnie, ja częścią burdelowa. Po każdej albo prawie każdej wizycie siadałem na Forum i pisałem. Opinie, recenzje, przestrogi. Dzieliłem  się doświadczeniem i przeżyciami. Nie byłem już anonimowym klikaczem, stałem się częścią społeczności.

Na forum pojawił się wpis. Alfowie* rzucili ruskie dziwki.

Masza

Tak ją nazwałem. Był jesienny wieczór, sam nie wiem, jaki miesiąc, jaki rok. Miałem iść na mecz. To były czasy, kiedy kibicowało się koszykarzom, siatkarkom, każdemu. Naszym. Umówiony byłem z chłopakami, mieliśmy się spotkać pół godziny przed meczem. Piwko, może dwa i na mecz. Wiadomość o nowych obiektach przyćmiła jednak wszystko. Miałem zamiar iść na mecz, ale przed meczem musiałem zahaczyć o jeszcze jedno miejsce.

Scenariusz znany do bólu. Strona, Forum, numer komórki. Od hali sportowej dzieliło mnie nie więcej niż pięćset metrów. Moja droga na mecz wyniosła trzy kilometry. Numer telefonu, który posiadałem w kieszeni palił. Wiedziałem, że wykorzystam go, nie mogło być inaczej. W słuchawce usłyszałem adres. Nigdy tam nie byłem, coś nowego. Zabawa z lat harcerskich wciąż sprawiała radość. Poszukiwanie bloku z numerem, który usłyszałem. Nigdy mnie to nie znudziło, ani nie zmęczyło. Szarówka szybko zamieniła się w wieczór. Po ciemku, coraz trudniej dostrzec numer. Jest. Znalazłem ulicę. O cholera! Jestem o kilkanaście numerów za daleko. Zaczyna być chłodno. Kurtka, którą nosiłem od końcówki sierpnia, już nie chroni przed zimnem. Pojawia się myśl: może zrezygnować? Wziąć taksówkę, jechać do chłopaków na mecz. Nie. Zdecydowanie nie. Jeszcze tylko pięć numerów. Skoro tyle już zainwestowałem, nie można zrezygnować. Pewnie hazardzista, przy stole o suknie w kolorze ciemnej zielni myśli to samo. Skoro tyle przegrałem, tj. zainwestowałem, to trzeba grać do końca. W końcu, kto gra grubo, wygrać musi. Metr, za metrem, posuwam się do przodu. Dotarłem. Pięciopiętrowy blok wzdłuż ulicy. Szara bryła w pomarańczowych barwach ulicznych latarni. Chciałbym napisać, że wyglądało ponuro, strasznie. Nie wyglądało. Gdzieś tam, na tej ulicy, zrozumiałem, że dzień nie jest dla takich jak ja. Taka pora, taka sceneria, to coś, na co się zdecydowałem. Dobrze się tam czułem, . Wyglądało to wszystko banalnie. Banalnie, podobnie, jak szukanie odpowiedniej klatki. Dociśnięcie, palcem przycisku domofonu, odliczenie odpowiedniej kwoty, na klatce schodowej. Banał.

W drzwiach, przywitała mnie ciemnowłosa kobieta tuż po trzydziestce. Sympatyczna, z rosyjskim akcentem, który dodawał jej uroku. Kiedy zaprosiła mnie do pokoju, ujrzałem segment, bardzo podobny, jaki miała moja babcia. Nie wiem, dlaczego o tym akurat pomyślałem, jakoś tak wyszło. Dałem jej pieniądze, zdążyłem dowiedzieć się, że ma na imię Masza i zaraz wróci, tylko się odświeży. Kiedy powoli zacząłem się rozbierać, głęboko odetchnąłem. Ta chwila oczekiwania. To czekanie, w tym obcym pokoju, gdzie wszystko jest obce, na najbardziej intymny akt, jaki może zaistnieć między ludźmi. Co więcej, po tym jak wyjdę, najprawdopodobniej nigdy tu nie wrócę. Totalna obojętność, w połączeniu z czymś tak intymnym jak seks, nie może być normalna. Może nie było to normalne, ale cholernie wciągające. Jakie to jest zajebiste – pomyślałem. Po trzech minutach wróciła moja dzisiejsza szparka. Owinięta marchewkowym ręcznikiem. Podeszła, rozścieliła prześcieradło na łóżku. Posłała mi ciepły uśmiech i zdjęła ręcznik. Oboje podeszliśmy do łóżka. Bez słowa, zacząłem całować jej szyję, moje ręce błądziły po jej ciele. Gładkim, miłym, niepozbawionym zmysłowych krągłości. Pojęcie MILF nie zostało wymyślone bez kozery. Kiedy moje usta zbliżają się do jej cycków, kładzie się na łóżku. Zachowujemy się, jak para kochanków. Jej ręka przyjemnie drażni moje genitalia. Delikatnie przygryzam sutek, głaszcząc ręką jej udo. Kiedy moja ręka znalazła się w niewielkim zagajniku na jej łonie, delikatnie poruszyła się. Zagłębiam rękę w między jej wargi. Środkowy palec, kieruję w dół.

– Paluszki niet. – Słyszę. Przperaszający uśmiech i przyjemne głaskanie po klatce i brzuchu ma mi wynagrodzić – jak rozumiem – postawioną granicę. Przerywamy pieszczoty. Klękam przy jej głowie. Sztywny fiut, sam się prosi o opiekę jej ust. Masza unosi się na łokciu i zaczyna obrabiać. Spokojnie, odnoszę wrażenie, że robi to z sercem. Gładzę ją po boku. Patrzę na jej ciało. Z pewnością nie jest oszałamiającą pięknością, ale nie jest też nieatrakcyjna. Pewnie nie dałoby się przejść na ulicy, nie zwracając na nią uwagi. Ładna, tak jest ładna. Ten przymiotnik, najlepiej opisuję tę ruską druciarę. Odsuwam się, lodzik jest przyjemny, ale ja lubię cipkę, zwłaszcza wschodnią, takiej jeszcze nie próbowałem. Mówię jej, żeby rozłożyła nogi, bo chcę ją wylizać. Rozkłada nogi. Kiedy moja głowa znajduje się między jej udami, słyszę znowu: „paluszkiem niet”. Przez dobrych kilka minut wylizuję jej cipkę. W końcu proszę, żeby założyła gumę. Wchodzę spokojnie, klasycznie. Nasze ciała współpracują równomiernie. Dla kogoś z boku moglibyśmy wyglądać niczym para kochanków. Ja widzę różnicę. Widzę różnicę w jej oczach, są nieobecne. Jej usta, lekko uśmiechnięte, ale oczami jest daleko. Proszę, żeby się odwróciła. Biorę ją od tyłu, też spokojnie. Dopiero po kilku minutach przyspieszam. Dochodzę. Delikatnie wychodzę. Dostaję nawilżoną chusteczkę. Znamy oboje procedury w tym biznesie.

Kiedy jestem już na ulicy. Wszystko wygląda tak samo, ale jednak inaczej. Kolor bijący z ulicznych lamp jest bardziej żywy. Powietrze bardziej rześkie. Niczym wampir, nasyciwszy żądzę, zupełnie inaczej odbieram bodźce ze świata. Na mecz docieram spóźniony.

Ewa, to banał. Kiedyś zdecydowałem się dorobić na budowie, w wakacje. I z nudów wykręciłem numer. Kiedy dotarłem po pracy, pod wskazany adres, w drzwiach ukazała się farbowana blondynka w okularach. Nie pamiętam nawet seksu, wiem tylko, że odwiedziłem ją kilka razy. Po prostu, nic innego nie miałem pomysłu na inne zajęcie.

Brunetka

Nie wiem jak miała na imię. Była jedną z pierwszych, jeśli tak można powiedzieć. Szczupła, ciemnowłosa. Rysy twarzy zdradzały, że jest kobietą z charakterem. Niewielkie cycki, z gatunków tych, które od zawsze są lekko oklapnięte. Lubiłem atmosferę, jaka panowała podczas spotkań. Kiedy po raz pierwszy tam trafiłem, byłem pobudzony tym alternatywnym światem płatnych doznań. Kiedy otworzyła mi drzwi, zaprosiła do środka, byłem lekko zdenerwowany. Zawsze typ szczupłych kobiet, o zaciętym wyrazie twarzy budził we mnie pewną obawę. Jednak seks, wypłukał ze mnie obawy. Kiedy wyszedłem z łazienki, owinięty ręcznikiem, poprosiła, żebym usiadł i poczekał. Wtedy jeszcze nie potrafiłem rozpoznać tego cudownego napięcia, kiedy słyszałem za ścianą strumienie wody. Właściwie, cały czas byłem napięty. Wtedy. Wróciła owinięta ręcznikiem. Jej miejscem pracy była kanapa. Była pierwszą, dziwką, która jawnie przyznawała się, że lubi palce w cipce. Była swobodna i sprawiała wrażenie szczerej. Była typem kumpeli i to było czymś, co w tym świecie spotyka się baaardzo rzadko. Kiedyś podczas naszego seansu, kiedy już doszedłem, zadzwonił telefon. Ale nie ten na stoliku, służbowy. Drugi, w torebce, prywatny. Odebrała. Jak gdyby nigdy nic, rozmawiała o prezencie dla ojca. Siedziałem blisko niej. Ręką przejechałem po udzie i zanurkowałem w jej szparce. Rozłożyła szerzej nogi. Kiedy skończyła rozmowę, dowiedziałem się, że rozmawiała z siostrą, odnośnie prezentu urodzinowego dla ojca. Jeszcze raz powtórzyliśmy miłe rypanko. Odniosłem wrażenie, że lubi moje wizyty.

Zofia

To zdjęcie zaintrygowało mnie odkąd spojrzałem na nie pierwszy raz. Widać było, że zrobił je profesjonalista. Kobieta, która pozowała, również nie sprawiała wrażenia nowicjuszki. Bielizna – gustowna, nieco w stylu retro, pobudzająca moje zmysły. Włosy, długie rozpuszczone, w dokładnie zaplanowanym nieładzie, jakby prosto od fryzjera. Gra światłem, tak dobrana, aby twarz pozostawała niewidoczna, ale całość wydawała się zapraszać, kusić. I perły. Sznur pereł, na szyi, w dłoni, w ustach. Musiałem, po prostu musiałem wiedzieć, kto kryje się za tymi  fotografiami.

 

Mały przestój w firmie, problemy z dopięciem kolejnego zlecenia. W zaistniałej sytuacji, dzień wolny – żaden problem. Dzień wolny bez żadnego powodu. Dzień na złapanie oddechu, dzień na zmarnowanie, dzień na burdelowo.

Poranna toaleta i śniadanie. Dzień jest szaro-bury, trudno określić porę roku. Nie muszę włączać strony, numer mam w telefonie. Tak, jakbym to planował, może planowałem. Nie wiem. Dzwonię. W słuchawce słyszę miły głos, głos, należący do damy. A posiada go kurwa. To intryguje mnie jeszcze bardziej. Ustalamy cenę spotkania i czas. Za pół godziny. To wystarczy żebym dojechał na osiedle nad rzeką.

Powietrze ma specyficzny zapach. To pewnie od wody, która płynie trzysta metrów dalej. Kiedyś było to osiedle robotnicze, teraz mieszka tu drugie pokolenie. Rzadko tu bywałem. W pewnym sensie ta część miasta jest dla mnie tajemnicza. Ciśnienie zaczyna się podnosić. Szukam bloku z numerem, który usłyszałem w słuchawce. Ten element, to bez  wątpienia element gry wstępnej. Jest! Wyciągam telefon dzwonię. Łapię oddech. To już za parę minut kolejna biała plama krainy Burdelowo zostanie odkryta. Słyszę numer  mieszkania. Powoli zmierzam do klatki kilkupiętrowego bloku. Jestem podniecony. W powietrzu czuję zapach cipki. Niemożliwe? A jednak. Dzwonię, wciskając przycisk domofonu. Drzwi zostają otwarte. Mieszkanie znajduje się na pierwszym piętrze. Pukam. Słyszę chrzęst zamka w drzwiach. Uchylone drzwi, to zaproszenie. Wchodzę, to co spotykam wprawia mnie w osłupienie. Boazeria na ścianach przedpokoju każe mi przypuszczać, że mieszkanie zostało wykończone we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Całe mieszkanie wydaje się być nieco przykurzone. Pasuje do gospodyni, bo oto patrzę na kobietę „pod pięćdziesiątkę, albo po pięćdziesiątce. Jest stara i brzydka. Zaprasza mnie do małej klitki  z rozklekotanym wyrem. Żaluzje w oknach są tak ustawione, że do pokoju wpada minimalna ilość światła. Pyta, czy chcę skorzystać z łazienki i na ile zostaję. Patrzę na nią podczas tej wymiany zdań. Pierwszą myślą jest grzecznie podziękować i opuścić mieszkanie. Jednak rządzi mną mechanizm psychologiczny. Sięgam po pieniądze, jednak zostaje. Gdzieś w tej brzydocie i życiowym zmęczeniu dostrzegam pierwiastek kobiety ze zdjęcia. Włosy te same, z naturalną tendencją do skręcania się. Kiedyś pewnie były totalnym wabikiem na facetów. Dziś stanową relikt czasów świetności. Wskazuje mi łóżko i sama wychodzi. Jest uprzejma, dystyngowana. Zdecydowanie różni się od wszystkich prostytutek, z jakimi miałem styczność. Ale nie jest atrakcyjna.

Tu nie ma żadnej filozofii, my faceci jesteśmy nieskomplikowani. Albo ktoś na nas działa albo nie. Oczywiście bywają dylematy towarzyskie: ktoś nas pociąga fizycznie, ale odpycha intelektualnie, ktoś inny wzbudza podziw intelektualnie, ale odpycha fizycznie, ktoś trzeci przyciąga niczym magnes ciepłym charakterem.

Ale jesteśmy w krainie Burdelowo. Tu nie ma komplikacji. Wszystko jest proste, chodzi tylko o wzwód. Wzwód, którego nie mam, dlaczego więc zostałem?

Wchodzi Zofia, ma na sobie szlafrok. Moja gospodyni przygotowuje łóżko. Ja rozbieram się.

– Chodź, połóż się – słyszę.

Leżę, patrzę w sufit. Zaczynam wątpić, czy cokolwiek z tego będzie. Jej dłoń delikatnie gładzi moje uda i podbrzusze. Ma zaskakująco delikatny dotyk. Ciekawe. Podobno w przygniatającej większości jesteśmy wzrokowcami. To, co przyjemne dla oka, przyjemne i dla nas. Doznania kinestetyczne również są silne, o czym świadczy powolne wypełnianie się krwią mojego penisa. Dłoń starej, zwiotczałej prostytutki raz po raz, niby nieśmiało zahacza o fiuta i jaja. Biorę głęboki oddech. Rozluźniam się. Dziwka nie przestaje gładzić moich ud, nieco częściej zahaczając o jaja. Kutas zaczyna się budzić. Cóż za fascynująca sprzeczność. To co widzę napawa mnie obrzydzeniem, to co czuję przyprawia o erekcję. Pieszczoty koncentrują się na wewnętrznej stronie ud. Jest przyjemnie. Sięgam po zwiotczałą pierś. Jest jak wymięty papier. Cofam rękę. Palce przesuwają się po jajach, kierują się w stronę fiuta. Na wpół rozbudzony kutas znajduje się w ciepłych, starych ustach. Muszę się dostymulować. Ręką, w rzadkich włosach między udami szukam wejścia do szparki. Jest. Wsuwam dwa palce. Wnętrze starej cipy jest przyjemne. To jedyna przestrzeń, którą mógłbym pomylić. Wsuwam palce głębiej.

– Delikatnie. – Mówi z uśmiechem stara kobieta.

Kutas od kilku minut stoi. Zofia z profesjonalnym zaangażowaniem obrabia mój maszt. Czuję coś w rodzaju niesmaku. Chcę to jak najszybciej zakończyć.

-Możesz założyć. – Mówię i w mgnieniu na moim Wacku znajduje się fioletowa prezerwatywa. Pada pytanie jak, od tyłu, czy klasycznie. Klasycznie. Klękam przed rozchylonymi nogami, patrzę na stare, zwiotczałe, sterane swoją profesją, kurwskie ciało. Wchodzę. Sprężyście, szybko i mocno. Dymam intensywnie, byle jak najszybciej dojść. Żałosną scenerię dopełnia skrzypiące łóżko. Dochodzę. Wycieram chuja w chusteczkę. Ubieram się, wychodzę. Idę przed siebie. Jestem niczym pusty dzban.