Na haju

Od początku mojej edukacji wyższej minęły lata. Trzy, a może cztery. Było tak wesoło, tak intensywnie, że nikt nie liczył. To był magiczny czas, który zdawał się nigdy nie skończyć. Nasza, tak zwana, ekipa wykrystalizowała się. Byłem ja i Misza, był Przemo, Kamil nr 1 i Kamil nr 2. Byli też pozostali, ale my byliśmy czymś na kształt wewnętrznego składu. W tamtym czasie nasza egzystencja opierała się na wspólnym piciu, imprezach, niekończących się rozmowach, mniej lub bardziej udanych podrywach, krótszych lub dłuższych relacjach damsko męskich, ale przede wszystkim byliśmy MY. I choć z perspektywy czasu, muszę to stwierdzić, byliśmy po prostu jedną z wielu paczek znajomych, to byliśmy przeświadczeni o naszej wyjątkowości. Każdy z nas, choć nigdy tego nie wypowiedział, traktował NAS jako ekipę niczym słońce w układzie planetarnym, wokół którego kręcą się inne, mniej istotne ciała niebieskie. To były studia. Studia. Studia? Nauka, studiowanie, to był drugi plan naszego życia. Nigdy nie rozwiązałem tej zagadki: byliśmy bandą ignorantów, czy po prostu byliśmy typowym produktem systemu edukacji w naszym kraju. Wtedy nikt nie zawracał sobie tym głowy. Mimo totalnego nie uczenia się, każdy był przekonany, ze ma jakiś sposób na życie, że posiadł klucz, który zapewni mu wszystkie upragnione dobra. Ja przestałem sam siebie oszukiwać, że moje studia to etap prowadzący na Wall Street, do krainy wielomilionowych premii i drogich garniturów. Co ciekawe, mimo odpuszczenia tych marzeń, tkwiła we mnie jakaś niezidentyfikowana myśl, rodzaj przekonania, że będzie dobrze, że jestem niejako skazany na sukces. Kilka lat później, kiedy opadł kurz młodzieńczej zawieruchy, dotarło do mnie, że to wszystko było czymś na kształt bańki mydlanej. Bańki, w której wszyscyśmy żyli dzięki pieniądzom rodziców. Nasza wyjątkowość była cechą widoczną tylko w tej mydlanej bańce. Gdy bańka pękła, okazało się, że świat rzeczywisty jest nie tylko mniej kolorowy, jest wręcz szary, a my swoją szarością, i niewielką skalą przypominamy raczej wróbla niż orła. Szkoła życia, można by rzec. To wszystko: przemyślanie, gorzkie doświadczenia, było później, wtedy, w tamtym czasie nikt o tym nie myślał.

W naszym świecie od pierwszego roku obecna była marihuana. Trawa, ziele pokoju, ganjia, zioło, zielone. Taki rozkoszny bufor miedzy porządnymi ludźmi, a narkołykami. No bo wiadomo – twardsze narkotyki, lub inne narkotyki, to środki dla tych, którzy przekroczyli granicę, ale trawka, przecież to nic złego. Kamil nr dwa wiódł prym w zielarstwie. Lubił to, miał kontakty i rozeznanie. Być może swoją wiedzę i rozmiłowanie w trawce zawdzięczał kuzynowi, który mieszkał w Holandii, a może po prostu trawa była „czymś dla niego”. Popalaliśmy sporadycznie, czasem częściej, czasem rzadziej. Zawsze podobne ilości, czyli sztukę zakupioną od zaprzyjaźnionego dila.

Tego dnia było inaczej. Kamil nr dwa miał skręta. Poczęstował. To było mało. Pojawił się plan zakupienia czegoś więcej. Kamil wykonał telefon, po niespełna minucie obwieścił propozycję: dwie sztuki w cenie półtorej. Chwila wahania, zgoda. – Ale się upierdolimy. – Z tymi słowami Kamil poszedł po stuff.  Niedługo wrócił. Popatrzyliśmy na brunatno zielony susz. Kamil zaczął czynić honory. Rozkruszył część papierosa i wymieszał towar z tytoniem. Nabiliśmy lufę, która zrobiła rundę. Następnie skręcił kilka buntów. Do takiej ilości nie byliśmy przyzwyczajeni. Głupawka śmiechu zaczęła ustępować otępieniu i senności. W końcu nadeszła faza głodu. Kamil zamawiał pizze. Urocza pani zapytała o składniki. Każdy z nas mówił co lubi, Kamil przekazywał składniki miłej pani, jak skończył składać zamówienie popatrzył na nas.

– No to, kurwa, nas policzą za to zamówienie.

Misza popatrzył na niego z rozbawieniem, później na mnie. Zrozumiałem bez słów, wstałem.

– No, miło było. Zasiedzieliśmy się.

Wstałem, za mną wszyscy oprócz Kamila. Kamil mimo okupującego jego mózg THC myślał nad wyraz trzeźwo. Dopadł drzwi.

– Gdzie kurwa?! Nikt nie wychodzi dopóki nie przyjedzie pizza. Nie zostanę z gigantycznym zamówieniem jak głupi ciul.

Salwa gromkiego śmiechu, która zawstydziłaby odgłosy wojskowego poligonu, wypełniła mieszkanie. Oczywiście nie zostawilibyśmy kolegi, ale spontaniczny, żart wydawał się pyszny. Oczekiwanie na jedzenie spędziliśmy wciąż paląc i rozprawiając, czy dostawca pizzy do tylko dostawca, czy można go nazwać ekspedientem. Po kilkudziesięciu minutach dostarczono pizze. Właśnie resztki trawy ginęły w naszych płucach. To było nieco za dużo jak dla nas. Okazało się, że mimo potwornego głodu, zjedzenie pizzy było nie lada wyzwaniem. Rozkoszny nastrój po zjedzeniu kawałka pizzy ustąpił zamuleniu i senności tak wielkiej, że nikt nie mógł się jej oprzeć.

Po pierwszej fali senności każdy znalazł kąt w którym rozkosznie usnął. Mnie też opanowała senność, ale na krótko. Nieoczekiwanie poczułem taki skok libido, że nie potrafiłem popaść w odrętwienie. Co ciekawe mogłem zadzwonić do Emilii, do Kaśki albo do Karoliny. Z dużym prawdopodobieństwem gdzieś znalazłbym ujście dla swej chuci. Ja jednak potrzebowałem czegoś więcej. Byłem totalnie upalony, jednak coś we mnie działało o wiele mocniej niż THC. Jakaś siła kazała mi wyjść na zewnątrz. To było coś, czego nie potrafiłem opanować, coś, co mnie opanowało, opanowało i władało mną niepodzielnie. Ubrałem się szybko i wyszedłem na zewnątrz. Jesienna aura nie pomogła w otrzeźwieniu. Byłem jak w akwarium. Kilka numerów w telefonie i skrawek papieru z ogłoszeniami towarzyskimi. Szedłem przed siebie i trzęsącymi się rękoma wybierałem kolejne numery. Ciągle to nie to. Adresy były za daleko, a ja potrzebowałem tego teraz. Ręce nie przestawały się trząść, cały zacząłem drżeć. Pomyślałem, że jestem jak menel, który prosi o dwa złote, bo go rwie i choć inni patrzą na niego z rozbawieniem lub pogardą, to on cierpi i choć świadom swojego upodlenia, to nie może inaczej. Naszła mnie fala refleksji na swój temat. Popatrzyłem na plakat szkoły tańca. Miałem się tam zapisać. Trzy lata temu. W ogóle, zaczynając studia miałem same ambitne plany, nie tylko związane z karierą, ale z szeroko pojętym samodoskonaleniem. Miałem zapisać się na tańce, języki obce, siłownię, jakiś sport walki. Nic z tego nie wyszło. Żeby było śmieszniej ja na to wszystko miałem fundusze i czas. Jedynym elementem brakującym były moje chęci i konsekwencja. Nic z tego nie wyszło. Gdzieś to wszystko się rozmyło. Spojrzałem na swoje odzienie. Nie zmieniałem go do dwóch sezonów. Kupowałem coraz tańsze rzeczy, a jeszcze nie tak dawano temu każdy sezon zaznaczał się czymś nowym w mojej szafie. Czemu się to skończyło – odpowiedź jest prosta. Seks. Seks potrafi być napędem, motorem, który pcha ku lepszej wersji siebie. Problem pojawia się wtedy, gdy już ma się seks. Człowiek, który…A tam kurwa człowiek?! Ja. Będąc przysłowiowym, mówię przysłowiowym, bo nigdy nie miałem problemów z cerą, pryszczatym małolatem, który bzykał raz na rok, szukałem przyczyny. Dlaczego tak mało? Może złe ubranie? Kupmy nowe. Może nie jestem wystarczająco przystojny, zbudowany, elokwentny? Zapiszę się na języki, siłownię itd. Słowem braki w życiu seksualnym czyniły mnie lepszą jednostką w społeczeństwie. Problem pojawił się, gdy seksu było pod dostatkiem. Zaczęło do mnie dochodzić, że ta cała otoczka jest nie tylko nie potrzebna, ale wręcz zbędna. Powoli rezygnowałem ze wszystkiego. No po co mi cokolwiek, skoro wiem, że zarucham? I w ten oto sposób miałem na sobie wszystko sprzed dwóch sezonów. Błędnym spojrzeniem ogarnąłem krajobraz, kolejny telefon. Okazało się, że to Aleja…nie tak znowu daleko. Ruszyłem jak w transie. Nie pamiętam ile szedłem, ani jak dotarłem. Trzy białe bloki oddalone skwerem od głównej jezdni, stalowe niebo i ja mijający z czymś na kształt obłędu w sobie ludzi wokół. Tak wyglądała miejska sceneria. Kiedy znalazłem się w klatce, wziąłem głęboki oddech, nie poczułem zapachu klatkowej stęchlizny, który z reguły towarzyszył takim wyprawom. Windą wjechałem na właściwe piętro. W mieszkaniu otworzyła mi kobieta ubrana w coś pośredniego  między czarną halką, a nocną koszulą.

Ulicznice w wielkim mieście cz. I

Nie było ciepłej wody. Spływające po mnie strumienie letniej spływały powodowały dyskomfort. Żel pod prysznic w postaci rozwodnionej mazi spływał po moim ciele. Z dużej tuby wycisnąłem dodatkową porcję i zacząłem energicznie pocierać swój korzeń. Musiałem to z siebie zmyć. Jak w ogóle do tego doszło? Czułem niesmak, zrobiłem coś, czego nie było w planie. Przekroczyłem granicę i sam nie wiedziałem dlaczego tak to się skończyło.

A wszystko rozpoczęło się od spaceru, nocnego spaceru po nieznanym mieście. Nie. Wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej. Od rozmowy telefonicznej.

Rok po maturze, to jeden z ciekawszych okresów w życiu młodego człowieka. Po roku czy to w pracy, czy na studiach, posiadamy portfel nowych znajomych i jednocześnie od czasów szkolnej młodości nie upłynęło aż tak wiele, żeby zapomnieć o szkolnych przyjaźniach.  Jeden z nielicznych momentów, kiedy człowiek czuje się szczęśliwy.

Dotarłem do miasta na drugim końcu Polski. Dwoje łobuzów z mojego liceum wybrało się tam na studia. Przez rok akademicki, widywaliśmy się w rodzinnych stronach, przy okazji Świąt i majówki. Zawsze z naszych ust płynęły zaproszenia do naszych „nowych miast”. Tuż przed lipcem z mojego telefonu popłynęły słowa: – to co, zjawisz się w końcu czy nie, bo w połowie lipca spadamy do domu i nie będziesz miał kogo odwiedzić. Musiałem. Nie miałem wyjścia. Dwa dni później w niedzielę siedziałem w autobusie i patrzyłem na coraz bardziej granatowe niebo. Kilka godzin w autobusie, przerwa nad ranem, spowodowana przesiadką i kolejne godziny w autobusie. Lubię podróże, ale tym razem byłem znużony. Gdy zatrzymaliśmy się na kolejnej już stacji benzynowej, na „dziesięciominutowe siusiu i papierosa”, powlokłem się do lodówki po zimną puszkę pepsi. Rozejrzałem się wokół. Płaskie niczym blat stołu pola uprawne. A wśród nich stacja benzynowa z muszlą. Nigdy nie widziałem takiego krajobrazu, nie sądziłem nawet, że u nas są takie równiny. Dalszą trasę spędziłem gapiąc się w szybę i nie mogąc się napatrzeć na niekończące się uprawy. Coś nieprawdopodobnego.

Kiedy wysiadałem na dworcu, z ciekawością rozejrzałem po obcym mi mieście. Nikt na mnie nie czekał –moi gospodarze rozpoczęli karierę w międzynarodowym paśniku. Przez telefon dostałem wskazówki, gdzie jechać. W ich akademiku miał na mnie czekać ich kolega, który został o wszystkim poinformowany. Kilkanaście minut zajęło mi odnalezienie właściwego autobusu. Miasto, zrobiło na mnie wrażenie, nie wiem, czy to efekt letniego miesiąca, czy po prostu zobaczyłem coś nowego. Wszystko zdawało się bardziej tętnić życiem. Dojechałem na miejsce. Okazało się, że akademiki zupełnie nie przypominały znanych mi molochów. Niskie budynki, o arcyciekawej architekturze bard zadziej przypominały międzywojenne kamienice, niż siedziby współczesnych żaków. W pokoju 34 czeka l na mnie Robert, student polonistyki, kolega moich gospodarzy. Porozmawialiśmy, wypiliśmy piwo i na tym nasze poznanie się zakończyło. Wyszedłem na zakupy. Edytę i Marcina miałem spotkać po dwudziestej trzeciej. Wieczór zaczynał się dłużyć. Położyłem się na łóżku i pogrążyłem się w rozmyślaniach. Raczej mogłem być z siebie zadowolony. Rok temu byłem po maturze, w swoim pokoju patrzyłem na plakaty sportowców i marzyłem o karierze i pieniądzach. Może nic z tych rzeczy nie osiągnąłem, ale z pewnością zrobiłem krok do przodu. No i pozostawał mój mały tajemny światek. Niczym Alicja, miałem swoją krainę czarów. Zastanawiałem się, czy mówić o tym Kubie, w końcu to na niego mówili „mały lowelasek”. Jednak nie. Tak będzie lepiej, zostawię to dla siebie.

Po dwudziestej pierwszej na zewnątrz zaczynało się ściemniać. Zaczynałem odczuwać nudę. Nie pomogły wesołe smsy od Edyty. Wyszedłem się przejść. Uzbrojony w ciekawość, pokonywałem ulicę za ulicą. Interesująca wydała się kobieta, która wyraźnie odróżniała się od reszty. Skąpe wdzianko, wręcz wulgarne. Ciekawa moda – pomyślałem. Idąc kilkanaście metrów dalej, znowu ujrzałem zdzirowato ubraną kobietę. Nie wiem kiedy żarówka niczym u Pomysłowego Dobromira, rozbłysła. Dziwki, najprawdziwsze uliczne kurwy! Zawróciłem i cofnąłem się. Pierwsza z oryginalnie ubranych laseczek chodziła tam i z powrotem na dystansie około dwudziestu metrów. O cholera! – Moje myśli eksplodowały. Niewidzialna dźwignia powoli przeskoczyła. Nigdy nie spotkałem ulicznic. Jak dla mnie, ich miejsce było na kartach kronik żółtej prasy albo międzywojennej literatury. Z wyczulonymi zmysłami szedłem przed siebie. Zrobiłem rundę po kwartale, który, jak sądziłem będzie pełen chodzących kurwiszonów. Było ich siedem, przynajmniej tyle zauważyłem. Chciałem podejść, ale nie wiedziałem jak. Sam ze sobą prowadziłem dialog. A jeśli to nie dziwki, może taka moda tu panuje? – Pytałem sam siebie. Spojrzałem na niewysoką blondynkę, ubrana w białą mini i białą bluzeczkę, wyglądała jak wybrakowana świąteczna hostessa. Jej rysy twarzy zdradzały, że raczej nie należy spodziewać się po niej szczególnej subtelności.

Wziąłem trzy głębokie oddechy. Powoli ruszyłem spod kiosku, do żującej gumę blondynki.

– Przepraszam, nie wie pani, gdzie tu się można zabawić? – Jakkolwiek brzmi to dziwacznie, w tamtej chwili, nic innego nie przyszło mi do głowy. Pomyślałem, że słowo „zabawić” w razie czego uratuje sytuacje.

– Hmm, no tu masz klub taki, tam pub, a jest jeszcze pizzeria, na ulicy P.  – Szlag, trafił mi się przewodnik turystyczny. Nie ma wyjścia, trzeba działać na sto procent.

– A z panią? Można się zabawić? – Kńcząc to zdanie, czułem jak się czerwienię. Fatalizm zaczął przytłaczać moją świadomość.

– A, oto ci chodzi, no jasne. – Rzeczowo usłyszałem co i jak. Pokiwałem głową na znak, że rozumiem i się zgadzam. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnąłem pogniecione banknoty.

– Chodź ze mną. – Blnondi ruszyła do przejścia dla pieszych, ja niepewnie spoglądając, to w prawo, to w lewo byłem pół kroku za nią.

Gdy przeszliśmy przez przejście podeszliśmy do czarnego Seicento, diva dała kaskę kierowcy, oprócz wąskich ust, nieprzyjemnego spojrzenia dostrzegłem kawałek ortalionowej kurtki.

– Chodź. Idziemy w bardziej dyskretne miejsce. – Przeszliśmy przez kolejne pasy. Gdy przechodziliśmy, jakiś młokos przejeżdżał na rowerze, widząc ulicznicę krzyknał: – yo siniorita! – Na chwilę mnie zmroziło, wszyscy widzieli, że idę z dziwką, wszyscy wiedzieli po co. W tym momencie w mojej głowie pojawił się gigantyczny spych, wszystkie te myśli zostały zepchnięte, a w ich miejsce pojawił się napis: NO i CO? Za dwa dni mnie tu nie będzie. Diva prowadziła uliczkami i skwerami, w końcu doszliśmy do budynku przypominającego kotłownię. Obeszliśmy budynek . Zaprowadziła mnie na schody prowadzące w dół, da jakichś drzwi.

– To tutaj.

Stanęła dwa stopnie wyżej, podciągnęła spódniczkę i opuściła majtki. Położyłem rękę na jej plecach, dając tym samym znak, żeby się pochyliła. Niczym w amoku dobrałem się językiem do jej pizdy. Cała ta sceneria, wieczór, świadomość, że to wszystko odbyło się spontanicznie, podziałało na mnie jak gigantyczny afrodyzjak. Gryzłem , ssałem i lizałem jej cipę, jakby świat nie istniał. Złapałem rękami jej pośladki i rozsunąłem, przejechałem językiem po jej anusie. Zacząłem chłeptać wokół jej kakaowego oczka. Słony smak podrażnił receptory smaku. Uniosłem głowę. Diva odwróciła się, z mikroskopijnej torebki wyciągnęła condom. Założyła na korzeń, poczym odwróciła się i pochyliła do przodu. Wchodzę i zaczynam pierdolić, jestem w seksualnym transie. Wypięta przede mną dupa jest wszystkim, nie ma nic poza tym.Nie zmieniamy pozycji. Początkowo gładzę ją po plecach. Ręce z pleców poszły pod spód. Pochyliłem się i zacząłem obłapiać jej cycki, niewielkie, ale sprężystość skóry jeszcze łatwo wyczuwalna. W końcu jedna z moich rąk wylądowała na jej kroczu. Kciukiem miziałem podbrzusze, a palce ugniatały fałdy jej warg, niczym plastelinę. Finiszowałem łapiąc ją za biodra i mocno dobijając. Kiedy opróżniłem swoje działo, głęboko odetchnąłem. Kiedy z niej wyszedłem, spojrzałem na fiuta. Pęknięty condom, popatrzyłem na divę.

– Pękł, wiem czułam, ale nic nie mówiłam, żebyś se doszedł. Daj. – Ściągnęła lateksowy strzęp i zawinęła w chusteczkę. Zapinałem zamek w spodniach i przypomniałem sobie sytuację sprzed kilku miesięcy. Oszołomiony nie tak odległym orgazmem, jeszcze nie myślałem.

Kiedy wracaliśmy, porozmawialiśmy o klubach, studenckich imprezach i ogólnie o miastach. Dopiero kiedy sam wracałem do akademika Kuby i Edyty, fatalizm powrócił ze zdwojona siłą. Dotarło do mnie, że zaliczyłem seks z ulicznicą, żeby było zabawniej, zawiódł kalosz. W myślach przeleciały mi kawalerskie choroby, które nie były obce awangardowym twórcą. Scenariusze pełne ponurych wizji stały się przerażająco realne. Niemal wbiegłem do mojej tymczasowej kwatery, wygrzebałem żel pod prysznic i ręcznik. Pobiegłem pod prysznic. Co ja zrobiłem? Czy mi rozum odjęło? Starałem się zetrzeć z penisa potencjalne france, ale także całe zajście.

Seks kac cz. I

To była impreza, to było pijaństwo. Bądźmy szczerzy, takich przyjęć było więcej, było dużo, ale akurat ta pozostała w mojej pamięci. Wieczór zlał się z nocą, noc z porankiem. Kiedy otworzyłem oczy na mój mózg potoczyła się lawina nieprzyjaznych impulsów. Po pierwsze ból głowy. Nieprzyjemny, poalkoholowy, ciężki. Głęboki oddech. Z trudem przekręcam głowę. Kolejny syndrom dnia następnego – suchość w gardle i pragnienie. Nie, to nie zwykły kac, to pustynia w moim gardle dopomina się o porę deszczową w postaci chociaż łyka kranówy. Kilka solidnych pociągnięć wody mineralnej, która na szczęście stała pod biurkiem, przyniosło ukojenie. Uff. Poranny prysznic niewiele pomógł. Błędnym spojrzeniem ogarniam mieszkanie. Z Miszą i z Markiem zamieniam kilka zdań. Mimo zmęczenia wywołanego ostatnią nocą czuję w ciele jakiś bliżej niezidentyfikowany impuls. Nie mam na nic apetytu. Patrzę przez okno na letnie słońce. Szkoda zmarnować tak ładny dzień. Wychodzę z mieszkania.  Mój mózg odbiera sprzeczne impulsy. Jestem zmęczony, osłabionym, a jednocześnie jakaś dziwna siła pcha mnie przed siebie. Gdy docieram do Centrum telefon w mojej kieszeni zaczyna przypominać kawałek rozpalonego żelaza. To magiczna brama do świata doznań, do możliwości spełnienia dowolnej zachcianki niemal natychmiast. Analizuję swoją sytuację towarzyską. Na szybki numerek mógłbym się wprosić do dwóch koleżanek. To nie przechwałki, tak wygląda sytuacja. Bez udawanej skromności mogę śmiało stwierdzić, że towarzysko jestem dobrze ustawiony. Problem leży w tym, że to mnie nie kręci. Główne modele towarzyskie w naszym społeczeństwie już przerobiłem. Chodziłem na randki, spotykałem się, byłem w związku, byłem tym trzecim na boku, byłem lekarstwem po nieudanym związku, byłem zemstą niedopieszczonej żony. To wszystko przerobiłem . Początkowo każde takie doświadczenie jest czymś w rodzaju źródła energii, paliwem które zasila do następnych epizodów i przygód, do następnego etapu gry. Z czasem jednak każde rozdanie staje się przewidywalne, nawet zdania wypowiadane do drugiej osoby są bliźniaczo podobne. Ostatecznie – jeśli za kryterium przyjmiemy tylko seks – wszystko sprowadza się do pytania: uda się czy nie? Da, czy nie da? W świecie doznań, nazwijmy to, komercyjnych jest nieco inaczej. To taki alternatywny świat. Mroczny, pełen niedomówień i zagadek. Co do bohaterów, czy bohaterek w tym świecie to też, z czasem staje się oklepane i przewidywalne, ale mimo wszystko to magiczny świat.

I tak jest teraz. Wiem czego chcę. Chcę magii. A telefon, to taki rodzaj magicznego artefaktu. Szybko i fachowo przerzucam Stronę i Forum. Po kilku minutach dzwonię pod kilka numerów. Stałem się wygodny. Stwierdzam, że muszę znaleźć adres nie dalej niż sto metrów od miejsca w którym stoję. Los sprzyja gotowości umysłu. Kolejna rozmowa i adres – blok na który patrzę. Uśmiech, delikatny uśmiech przemyka po moich ustach. Jakie to wszystko dziecinne proste. Dalej, to już schemat. Rozmowa krótka i fachowa: ustawka, określenie co i za ile. Po kilku minutach patrzę na nagie ciało trzydziestokilkuletniej blondynki, nasze zbliżenie jest zwyczajne, jak dziesiątki wcześniejszych i dziesiątki późniejszych. Nie pamiętam, żeby było w nim coś nadzwyczajnego.

 Dosyć szybko dochodzę. Kiedy szczytuję uderzenie bólu odciska się w moje głowie. Po wszystkim, ból głowy ustaje. Jestem jeszcze bardziej osłabiony, niż rano. Ogarnia mnie delikatne oszołomienie

 Z mieszkania wychodzę po około dwudziestu minutach. . Kiedy wychodzę z klatki kontrast chłodu bijącego od jeszcze nie nagrzanych murów i słonecznego ciepła rozleniwia mnie. Najchętniej zasnąłbym na jakiejś ławce.

Kac powraca, do tego w głowie zaczynam mi wirować. To jednak był pewien rodzaj aktywności. Idę do knajpki, która jest dokładnie po przeciwnej stronie dużego skrzyżowania. To ulubiona knajpka studentów, miejsce na randki te pierwsze i te kolejne. Ściany tego lokalu, gdyby tylko umiały mówić, mogłyby napisać niekończącą się opowieść. O rodzących się uczuciach, o pierwszych nieco podszytych zdenerwowaniem rozmowach, patrzeniu w oczy. Wspólnie wypitych kawach, herbatach, czy też dla większego animuszu piwach. Może byłyby to prawdziwe bestsellery – romanse, a może wytarty niczym dżinsy na kolanach schemat powtarzałby się be końca i tylko twarze byłyby inne. Kto wie. Patrzę na dwukolorowy sok, który zamówiłem. Pustka, nie potrafię inaczej określić trawiącego mnie uczucia, jak również otaczającego mnie świata. Dobrze, że chociaż sok ma jakiś smak, bo już wszystko było by nie do zniesienia.

Jak to się wszystko zaczęło. Kolejna odsłona początku.

Studia. Mało kto dziś wie, że studia  wyższe z założenia mają być czasem rozwoju.  Adept dowolnej dziedziny ma czas na  zgłębienie jej. Jeśli taki żak ma wystarczająco sprawny intelekt, to oprócz swojej podstawowej dziedziny dowie się dużo o świecie, zrozumie kim jest i jaki system wartości reprezentuje.  Po okresie studiów wychodzi człowiek inteligentny, obyty, mający własne zdanie, nie wstydzący się go i umiejący go obronić. A przede wszystkim wychodzi specjalista w danej dziedzinie. Tak było kiedyś, tak powinno być.

 Dziś studia to symbol pijaństwa, chamstwa i zdziczenia obyczajów. W kwestii kwalifikacji, po ukończeniu dowolnej uczelni, w przygniatającej większość przypadków student to nieudacznik, cymbał, i głupek. Głupek, który nie tylko nie wie nic o świecie (poza newsami z serwisów plotkarskich), ale co gorsze nie wie kompletnie nic w dziedzinie, z której nadano mu tytuł. Stąd kolejni ludzie określani kapitałem ludzki sprawnie operują na zmywakach w UE.

       Nie wiem, czy ze mną było tak samo. Częściowo na pewno, a częściowo nie. Dostałem się na wymarzony kierunek w mieście, gdzie miałem znajomych. Jak u większości młodzieńców głowa nie mogła pomieścić moich wszystkich marzeń. Skoro byłem na ekonomii, to moja przyszłość musiała być związana z GPW, a może nawet z Wall Street. Szeroko wtedy opisywane fundusze inwestycyjne z Nowego Jorku pobudzały zmysły. Kiedy czytałem o tłustych premiach, jakie otrzymywali moi przyszli koledzy po fachu za oceanem utwierdzałem się w przekonaniu, że wybór kierunku mojej edukacji z pewnością był słuszny. Nie przyszło mi do głowy, że najpoważniejsza przeszkoda jaką będę musiał pokonać, to przeszkoda we mnie. Wizja nowojorskiego brokera zawładnęła mną tak bardzo, że zapomniałem o drodze jaką do wymarzonej pozycji muszę pokonać. Drodze, która zaczynała się tu, w tym momencie. Mimo całego entuzjazmu nigdzie nie mogłem odnaleźć w sobie zainteresowania studiami. Owszem interesowało mnie wiele rzeczy, ale najmniej edukacja. Zupełnie, jakby mi ktoś obcy wybrał przypadkowy kierunek studiów. Ponieważ byłem typowym dwudziestolatkiem, byłem głodny wszystkiego, co mnie otacza. Młodzieńcza ciekawość, tak pazerna, bezkompromisowa ciekawość, nie jednego młodziana wyprowadziła na manowce. Jedni zostali tam tylko jakiś czas, a innym całe życie zleciało na manowcach.

Ciekawość i wiara w dwa dogmaty: „wszystko jest możliwe” i „świat jest mój”, to najlepiej charakteryzuje ten okres w życiu człowieka. Tak, to jest ten czas. Jeżeli zapamiętamy choćby najmniejszą jego cząstkę, to uczyni z nas na starość optymistów.

       Ja sam byłem kolejnym egzemplarzem, takim właśnie radośnie naiwnym egzemplarzem. Tylko ten egzemplarz miał pewną skazę. Gdzieś obok tej młodzieńczej świeżości i urzekającej ciekawości świata, nosiłem w sobie cień. Inny rodzaj ciekawości. Mroczną ciekawość. Skosztowałem pewnego owocu. Owocu nie tyle zakazanego, co owocu nadgnitego. Owocu zepsucia, doznań, nieczystości. Jeśli same doznania można porównać do owocu, to z pewnością świat do doznań za pieniądze, jest swego rodzaju nadpsuciem tego najsmakowitszego owocu.  To właśnie kraina rozkoszy za pieniądze, sprawiła, że owoc doznań zaczął fermentować, a jego smak odurzył mnie, niczym przednie wino. Moje pierwsze wizyty w krainie burdelowo  zostawiły ślad, zostawiły uchylone drzwi. To właśnie przez te drzwi zacząłem nieśmiało zaglądać i zadawać sobie pytanie co mnie za nimi czeka. A może to kraina b… wyjrzała zza tych drzwi i kiwnęła na mnie zachęcająco? Nie wiem.

       Pierwsze trzy dni w nowej, studenckiej rzeczywistości to lawina nowych spraw. Wprowadzenie do wynajętego mieszkania. Poznanie współlokatorów, rozeznanie w topografii miasta. To stawienie czoła nowej rzeczywistości. Teoretycznie miałem nieco łatwiej. W bloku naprzeciwko mieszkali znajomi z mojego rodzinnego miasta. Zawsze ktoś przetrze szlak.  Była niedziela, następnego dnia uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego miało dać początek czemuś nowemu. Ja w towarzystwie znajomych przechylałem kolejne butelki słuchając niestworzonych historii. Od butelek odlatywały kolejne  kapsle, podważane łyżkami, zapalniczkami, bądź czymkolwiek. Wspominać za bardzo nie mieliśmy co, bo stosunkowo nie dawno widzieliśmy, ale tematów i tak znalazło się pod dostatkiem. Studia, niedawno matura, życie, perspektywy, plany i marzenia. To wszystko, wtedy wydawało się takie poważne i takie namacalne. Nikt nie przypuszczał, że za kilka lat wszystko się pozmienia i każdemu życie napisze swój scenariusz. Tematem, którego nie mogło zabraknąć, były oczywiście dziewczyny. Okazało się, że Młody, ma prawie dziewczynę, Luki, jak sam określił, nie spotkał takiej, która spełniałaby standardy. Adaś, coś tam potakiwał, ale zrozumiałem, że argument tłumaczący, dlaczego nikogo nie ma, zabrał mu Luki, dlatego nie wypowiadał się zbyt wiele. Nikt nie wiedział skąd pojawił się temat dziwek. Co ciekawe, według relacji chłopaków ktoś TAM był. Jak się okazało, chłopaki wiedzieli, że są takie przybytki, co istotne było ich więcej niż u nas w rodzinnym mieście. Według relacji chłopaków  jacyś ich znajomi po mocno zakrapianej imprezie wybrali się, i już prawie skorzystali z oferowanych usług, ale nie mieli kasy i  nieco się spietrali. Słuchałem, alkohol mnie opuścił moje zmysły wyostrzyły się. Moja twarz pokryta leniwym uśmiechem, nieco zamroczona piwem, była doskonałym kamuflażem żywego zainteresowania wspomnianym tematem. No i Młody nawet wziął od nich numer do burdelu, jarzysz? – Zakończył relację Luki. Młody swoim zwyczajem uśmiechnął się nieśmiało. Przyjrzałem mu się. Tak. Z całej trójki tylko Młody, jako jedyny, miałby na tyle jaj, żeby odwiedzić krainę Burdelowo. Jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem całą trójkę. Adaś z Lukim, to takie małe chujki, dosłownie i w przenośni.

Dosłownie dlatego, że jeszcze w czasach liceum, kiedy często piątkowe popołudnia spędzało się na posiadówach w naszym pubie, miało miejsce wypowiedzenie stwierdzenia, którego na nieszczęście nadawcy i adresata zapamiętali wszyscy przy stole. Nikt nie wie dlaczego, ale nagle z ust Lukiego padło do Adasia: – nie martw się Paweł (Paweł, bo Adaś, to ksywa), obaj mamy małe chuje, ale jakieś dupy sobie znajdziemy. – Na moment czas się zatrzymał. Wszyscy spojrzeli na chłopaków, na siebie i na chłopaków. Mina Młodego wskazująca na zaskoczone rozbawienie, była bezcenna. Troszkę pośmialiśmy się, ale nikt nie gnębił chłopaków z powodu wyznania Lukiego.  

Dużo mają do powiedzenia, ale w rzeczywistości, mało by zrobili. Co innego Młody. Młody, był zawsze spokojny i cichy. Niewiele mówił, ale za to mądrze. Nie był teoretykiem, jak się za coś zabierał to na serio. Jeśli zaczynał czytać jakąś książkę, to choćby miała osiem tomów, nie robił przerw i nie odpuszczał. Teraz, w „tych” sprawach, też wiedziałem, że jeżeli podjąłby decyzję, że idzie do burdelu, to nie cofnąłby się. Ale nie poszedł. Nawet nie zbliżył się do takich miejsc. On sam pewnie stwierdziłby, że może ze strachu, może z innych powodów. W rzeczywistości, był na to zbyt porządny. Był po prostu przyzwoitym człowiekiem, z jasno wykreślonymi granicami. A w jego kodeksie, przyzwoity człowiek nie chadzał do takich miejsc. Koniec, kropka.

Mieliśmy się udać do knajpy z piłkarzykami, tam spotykali się studenci z wydziału chłopaków. Tam spotkaliśmy się z ich koleżankami. Rozmowa o niczym, partia przy stole z nabitymi na ruszt plastykowymi sportowcami. Nawet kompletnie pijany zrozumiałem,że nikt z nas nie porucha w tym odcinku. Relacje chłopaków z dziewczynami, w żadnym wypadku nie mogły doprowadzić do, jak to Adaś ładnie określił „dupconka”. Pozostało dalej pić.

Do swojego mieszkania dotarłem bardzo późno. Rano zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego, niby nic nie znaczące wydarzenie, ale dziwnie chodziło za mną uczucie, że ten pierwszy, w gruncie rzeczy, nic nie znaczący występek jest wróżbą mojej kariery studenta. Następnego dnia zaczęły się już zajęcia i tak rozpoczął się nowy rozdział. Ale czy na pewno w pełni się rozpoczął się dla mnie?

CDN

Jak to się wszystko zaczęło część III

– Życzy pan sobie towarzystwo pani?

Kilka dni później.

 Wieczór, ten sam lokal. Zabawne, zachłyśnięcie nowymi doznaniami wystarczyło mi zaledwie na kilka dni. A może to nie było zachłyśnięcie, a jedynie skosztowanie czegoś nowego. Tak, epizod sprzed kilku dni to było skosztowanie, które zaostrzyło apetyt. Ten wieczór też miał być wieczorem kosztowania. Czasy kompulsywnego obżarstwa miały dopiero nadejść.

Scenariusz był identyczny. Dwie ostatnie godziny lekcyjne spędziłem przed maszyną z wirującymi owocami. I znowu wygrałem. Nieco mniej, ale wciąż sporo na kieszeń licealisty. To było po południu. Wieczorem upajałem się atmosferą nowoodkrytego lokaliku. O towarzystwo pań zapytał ochroniarz. Jego ton głosu był spokojny, niczym kelner pytający o przystawkę. Wysoki blondyn w szarej bluzie i niebieskich jeansach. Krótko ostrzyżony o twarzy bez wyrazu. Zrozumiałem, że to nie ja miałem się go bać. Ja miałem czuć się tu bezpiecznie dzięki niemu. Ja oraz dziewczyny. Bać się mieli ci, którzy chcieliby rozrabiać.

Potwierdziłem i skinąłem nieznacznie w stronę baru. Bramkarz pokiwał głową i podszedł do baru. Szczupła dziewczyna, obejrzała się w moją stronę. Nie mogłem stwierdzić, jakie miała spojrzenie, fioletowe okulary skutecznie to uniemożliwiły. Jednak z jej postawy wywnioskowałem, że jest nieco wyniosła, śmiała. Czyli była moim przeciwieństwem. I znowu jakoś dziwnie, niczym szal owinęło mnie skrępowanie. Podeszła do stolika i usiadła. Zamieniliśmy kilka zdań. Nauczony poprzednią wizytą nie szarżowałem ze swoim szarmanckim podejściem i nie proponowałem nic do picia. Zapytałem o górę (również nieśmiało). Wszystko bez problemu. Cena ta sama. Jedna trzecia dla dziewczyny, dwie trzecie dla lokalu. Znowu znalazłem się na górze. W innym pokoju. Ten cały sprawiał wrażenie przyciemnionego w kolorach niebieskim i fioletowym. Na ścianie, ponad łóżkiem wisiało olbrzymie prostokątne lustro. Stojąc w samych gatkach, czekając na moją divę rozglądałem się po pokoju. Zastanawiało mnie, czy to lustro weneckie, jak na filmach. Dużo było tych niepokojących elementów, ale jakoś pasowało mi to wszystko do tej układanki.

Weszła owinięta w ręcznik. Kiedy go odrzuciła, zobaczyłem smukłe opalone ciało. Szczupłe uda, lekko sterczące niewielkie piersi, płaski brzuch. Tak, była atrakcyjna. Kiedy znaleźliśmy się na łóżku, jej delikatne ręce, umiejętnie pieściły moje ciało. Spokojnie błądziłem po jej ciele. Co ciekawe, nie zdjęła okularów. Zapytałem dlaczego.

– Okulary muszą zostać. – Powiedziała z uśmiechem, ale stanowczo.

Leżała na plecach, rozsunęła nogi. Wszedłem w nią klasycznie. Moje ruchy były chaotyczne. Tak, jakbym chciał tym jednym zbliżeniem osiągnąć i zakosztować wszystkiego. Po kilku, a może kilkunastu minutach szarżowania w szczupłej dziewczynie i jednoczesnym obłapianiu jej ciała. Zatrzymałem się. Co teraz? Musiałem przyznać, że jednostajne ruchy nieco mnie znudziły. I to jest cały ten seks? – Pomyślałem zdezorientowany. Jak większość nastolatków, seks od losu dostawałem sporadycznie i trzeba było każdą okazję skwapliwie wykorzystywać. Dzięki wygranej i dowadze przekroczenia pewnych drzwi, mogłem sięgnąć po delicje nieco częściej. Ale nie przewidziałem, że po kilkunastu minutach mnie znudzi. Klęknąłem obok divy. Zapytałem, czy możemy spróbować od tyłu. Bez oporu się zgodziła. Odwróciła się, i znajdując w pozycji „na pieska” zaprezentowała szczupłą pupę. Umiejscowiłem się za nią, przystępując do szturmu. Jednak nie mogłem wejść. Najzwyczajniej w świecie nie mogłem znaleźć wejścia. Dźgając ją penisem w pośladki i okolice krocza, nieporadnie szukałem drogi do spełnienia. Nie wiedziałem, jak się zachować. Po raz pierwszy w życiu chciałem spróbować tej pozycji i jakoś nie wychodziło. Dziewczyna, która cierpliwie eksponowała dupę, chciała mi pomóc, sięgając ręką po mój organ. Jakoś operując niczym drążkiem  samolocie umiejscowiła mnie w sobie. Niewygodnie i jakoś dziwnie. Z rozczarowaniem uznałem, że pozycja od tyłu jest za trudna. Cały spektakl zakończyliśmy leżąc obok siebie, szczupła prostytutka kończyła swe dzieło dłonią. Zakończyła. Kiedy ubierałem się padło pytanie.

– Dlaczego taki chłopak jak ty przychodzi do agencji? Nie masz dziewczyny? Spokojnie mógłbyś sobie znaleźć.

Nie pamiętam, co odpowiedziałem. Pewnie nic mądrego. Do dziś nie umiałbym dobrać słów, które stworzyłyby sensowną odpowiedź. Nie chodzi o brak seksu, czy towarzystwa kobiet. Nie chodzi o lekarstwo na samotność ani dowartościowanie się.

 Kiedyś rozmawiałem ze znajomym pijakiem, który poprosił mnie o złotówkę. Kiedy dałem mu złotówkę, wyjął plik banknotów. Pożyczenie monety było czymś innym, niż mogło się wydawać. Znajomy tłumacząc mi to, skwitował: „bo to nie o to chodzi”. Za tym wyrażeniem kryło się to wszystko, czego nie umiał wyrazić. Zrozumiałem go.

Miałem podobnie, ale w innej dziedzinie. Pewnie dziś odpowiedziałbym na tak zadane przez nagą, szczupłą divę pytanie odpowiedziałbym: „to nie o to chodzi”. Nie sądzę, aby ktokolwiek mógł zdefiniować o co chodzi, skoro nie o „to”, ale na tym właśnie polega hipnotyczny mrok zakazanych przez społeczeństwo, dobry obyczaj, kościół i wszystkich strażników moralności uciech. Nie tylko, chodzi o mrok w nas samych, o tę część, którą najchętniej schowalibyśmy przed sobą. Nie wielu ma odwagę przyjrzeć się jej, a jeszcze mniej osób odważy się wyciągnąć ją na światło dzienne. Chodzi o coś zupełnie innego. Jakiekolwiek podacie powody, jakichkolwiek będziecie dopatrywać się przyczyn, tego, że ktoś tkwi w niezdefiniowanej rzeczywistości, jakie byście nie zalecali recepty na uleczenie ducha, zawsze padnie jedna odpowiedź. T o   n i e   o    t o   c h o d z i. To prawda, nie o to chodzi. Myślę, że tamta dziewczyna, o ile jeszcze pracuje w tym biznesie, nie zadała by takiego pytania. Ona też z pewnością zrozumiała, że nie o to chodzi. Spokojnie jechałem samochodem, powoli zbliżając się do świateł. Ja sam chyba jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że taki równoległy, choć niewidoczny świat istnieje. Co ciekawe, powiedziałem sobie wtedy za kierownicą, że więcej tam nie pójdę. Zaspokoiłem ciekawość. Wystarczy. Nie poszedłem tam więcej. Za resztę gotówki kupiłem jakieś książki. Przez jeden wieczór byłem jak panisko w pubie, gdzie cała moja brygada piła za moje. Mijały tygodnie i miesiące. Domek ze spadzistym dachem za miastem pozostał w tylko w moich myślach.

Jak to się wszystko zaczęło cz. I

Jak to się wszystko zaczęło? Dawno. Mussolini też wcześnie zaczynał. Myślę jednak, że początek był znaczenie wcześniej. Odkąd pamiętam interesowała mnie cielesność. Zawsze pociągało mnie nagie, kobiece ciało. Na długo zanim zacząłem chodzić na randki, obmacywać koleżanki z klasy, czy w końcu sypiać z kobietami, w sposób do tej pory nieznany dla mnie wiedziałem jak należy postąpić z kobiecym ciałem. Wyobraźnia kilkuletniego chłopca podpowiadała to, co wiele lat później praktykował. Tak po prostu było. Zawsze. W tej materii, szedłem dalej, niż moi rówieśnicy. Pamiętam, jak Judyta, koleżanka z klasy przyniosła do szkoły gazetę pornograficzną, którą zwinęła rodzicom. W klasie wywołało to ogromne poruszenie. Każdy chciał obejrzeć „gołe baby”. Po przejrzeniu kilku stron niektórych dosyć szybko to znudziło, inni kwitowali kolorowe fotki śmiechem. Po lekcjach Judyta po prostu dała mi to czasopismo. Nie wiem dlaczego. Być może też była w pewien sposób inna od reszty. Skwapliwie schowałem pisemko do plecaka. Ukryty na drzewie rosnącym przy szkolnym boisku, po zajęciach,  czytałem i kartkowałem strona po stronie. Byłem niemal w transie.  Zawsze chciałem więcej, niż reszta.

**

*

„Erotic Dance” –wszystko zaczęło się od tego napisu. Mijałem go odkąd pamiętam, przy każdej podróży samochodem, czy autobusem. Był w pobliżu mojego rodzinnego miasta. Nikt nie potrafił sprecyzować, co to jest. Jakimś szóstym zmysłem wyczuwałem, że nie należy o to pytać rodziców. A może moi rodzice nie zauważyli czerwonego neonu, nie wiem. Od zawsze, po prostu, od zawsze siła z jaką na mnie oddziaływał ten neon była porażająca. Nie wiedziałem co TAM się znajduje. Intuicyjnie jednak czułem, że to brama do krainy. Kiedy w rozmowie z kolegami poruszyłem temat TEGO miejsca, okazało się, że większość nie zauważyła, niektórzy twierdzili, że to coś dla dorosłych, ale nikt nie umiał sprecyzować. Trudno się spodziewać rozwiązania tej zagadki przez grupkę kilkunastoletnich chłopców. Jeden tylko pochwalił się, jak starszy brat rozmawiał z kolegami o TYM miejscu i podobno „tam się rozbierają”

Mam osiemnaście lat. Za rok zdaję maturę. Nie wyróżniam się niczym spośród rówieśników. Jestem równie nierozgarniętym małolatem na karuzeli napędzanej hormonami, co cała reszta. Szkoła, znajomi, kino, walenie konia do pornosów. Seks raz w roku, przy wielkim szczęściu. Standard. Jak przystało na osiemnastolatka, marzenia targają mną nie gorzej niż hormony. Tysiąc planów na życie, tysiąc scenariuszy. Niektóre wykluczają się nawzajem. Jak przystało na ambitnego młodzieńca, zapisałem się na kurs językowy. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie to, że w wieku osiemnastu lat mało kto dostrzega dobro kursów językowych, czy jakichkolwiek. Podobnie było ze mną. Raz na jakiś czas, zamiast w sali, na kursie lądowałem w pubie z przyjaciółmi.

Podobnie było tego wieczoru. Jesienne niebo szybko zrobiło się ciemne. Zaparkowałem samochód rodziców z tyłu, za szeregiem sklepów. Tak na wszelki wypadek. W końcu to oni płacili za kurs językowy i mogliby być nieco zawiedzeni, że zamiast zgłębiać tajniki języków obcych, ja bimbam sobie w knajpie. Od pół roku mam prawo jazdy. Ostrożnie parkuję. Mija kilka minut i znikam w drzwiach knajpy, naszej knajpy. Jak na złość, nikogo nie ma. Wypijam colę i znikam z baru. Co robić? Jechać na kurs? Nie ma sensu. Zaczyna się za dziesięć minut. Spóźnię się, a dodatkowo nie mam odrobionego zadania. Stoję pod daszkiem, przy wejściu do baru. W portfelu mam nie więcej niż czterdzieści złotych. Co robić z tak rozpoczętym wieczorem? Już wiem ! Ulicę dalej jest salon gier. Coś, co moi koledzy szumnie nazywają „kasynem”. „Kasyno” ma kilka automatów tzw. jednorękich bandytów. To cały asortyment. Podobno kilku kumpli tam było. Nie mam lepszego pomysłu. Zapinam kurtkę przechodzę ulicę dalej. Niewielki budynek. Okna zaklejone tapetą przedstawiającą trzy karty, trzy asy. Łapię za mosiężną klamkę w dużych, drewnianych, pomalowanych na biało drzwiach i popycham. Przede mną stoi otworem nowy świat. Moje wejście nie zrobiło na nikim większego wrażenia. Rozglądam się. Jestem lekko przestraszony. Nie wiem, co mnie tu czeka. Środek pomieszczenia stanowi pusta przestrzeń. Automaty porozstawiane są wzdłuż zewnętrznych ścian. Po stronie wewnętrznej ściany stoi bar. Jakby połączenie baru z kantorem. Kantor przypomina mi szyba umieszczona nad ladą baru. Patrzę na półkę wiszącą na ścianie. Napoje i orzeszki po mocno zawyżonej cenie. Zza lady uśmiecha się kobieta w uniformie. Farbowana blondynka po pięćdziesiątce. Wtedy nie wiedziałem, co o niej sądzić. Dziś pamiętam ją, jako emerytowaną barmankę. Uśmiecha się, opowiada na moje „dzień dobry” i pyta, co podać. Mówię, że chciałbym zagrać. Opowiada mi co i jak. Okazuje się, że w tym przybytku walutą są żetony. Kupujemy je w kasie i nimi gramy. Jeden żeton to pewna kwota. Jeśli uda się wygrać nie wypłacamy. Idziemy do baru i kwotę, jaką wygraliśmy wypłaca nam miła pani zza baru. Wszystko jasne. Domyślam się, że automaty nie plują pieniędzmi, dlatego moje czterdzieści złotych muszę roztropnie wydawać. Biorę żetony za trzydzieści. Dostaję je w kubeczku. Czerwonym, plastykowym kubeczku wielkości szklanki. Prawie każdy automat jest zajęty. Znajduję jeden wolny. Podoba mi się. Obrazki, które wyskakują to owoce. Wiśnie, fioletowe śliwy, pomarańcze, połówki arbuzów, napisy BAR. Klasyczny automat. Zaczynam ostrożnie. Po jednym żetonie. Maszyna połyka je bezlitośnie. Mniej więcej raz na trzy kliknięcia łaskawie wypluwa dwa żetony. Czyli na trzy wrzucone dwa do mnie wracają. W myślach kalkuluję, że na półtoragodzinną lekcję kursu, może nie starczyć. Gram ostrożnie. Mija może pół godziny. W moim kubeczku widać dno. Została resztka żetonów. Nie da się ukryć, że szczęście nie sprzyja. Sporadycznie maszyna wypluwa cztery albo pięć żetonów, raz zdarzyło się nawet dziesięć, ale i tak nie zmienia to sytuacji, że więcej zostało w bezlitosnym pudle. Ostatnie dwa żetony. Przepadły. Patrzę w dno kubka. Nie minęła połowa kursu, a ja już spłukany. Chcę odejść. Dycha w kieszeni wystarczy na sok w pubie.

Kiedy oddaję kubeczek, wyjmuję pieniądze i proszę żetony za dziesięć złotych. Jedna trzecia poprzedniej ilości. Nie wygląda imponująco. Ledwo zakrywa dno. Podchodzę do tego samego automatu. Wrzucam każdy żeton z namysłem. Powoli delektuję się każdą chwilą. Mija kilka minut i prawie połowa żetonów została w maszynie. Dobrze wiem, że nic z tego nie będzie. Chcę tylko spędzić tu czas. Wrzucam żółte kawałki metalu do kolorowej, brzęczącej maszyny. Zostało już tylko kilka. Wrzucam. Wyskakują napisy BAR. Nie pada znany mi stukot wpadającej monety. Zamiast tego, maszyna delikatnie buczy, a elektroniczny licznik mknie do przodu, jak szalony. Stoję oszołomiony. Nie wiem co się dzieje. Podchodzę do barmanki, która wyszła zza baru.

– Chyba wygrałem. – Mówię bardzo niepewnym głosem.

– Wygrał pan. – Uśmiecha się i czeka aż licznik nabiję całą liczbę punktów.

Robi się zamieszanie. Faceci (nie wiedzieć czemu, kobiet tam nie było), przy innych automatach odwracają się w moją stronę. Staram się utkwić wzrok gdzieś w przestrzeni, żeby z nikim nie nawiązać kontaktu. Podchodzę do baru, czy też kasy. Dostaję kilkaset złotych. KILKASET ZŁOTYCH, dla przeciętnego maturzysty, kilkanaście lat temu to kupa szmalu. Nawet, gdyby dali mi połowę tej kwoty, skakałbym radości.

– Jakbyś potroił stawkę, wygrałbyś grubo ponad tysiąc – wąsaty Janusz grający obok mnie dzieli się mądrością życiową. – To byłoby trochę grosza.

Zgarniam kasę, dziękuję barmance i czym prędzej wychodzę. Po otwarciu drzwi uderza mnie zimne powietrze. Mimo to, wciąż jestem rozpalony. Nie wiem co ze sobą zrobić. Oglądam się za siebie. Przecież dużo tam było podejrzanych typków. A jeśli oskubią mnie z kasy? – Gorączkowo myślę. Szybko idę do samochodu. Wsiadam i bacznie się rozglądając, czym prędzej odjeżdżam. Parkuję kilka ulic dalej. Drżącymi rękami wyciągam banknoty z kieszeni. Otwieram usta w niemym krzyku. Patrzę na pieniądze i wciąż niedowierzam. W głowie mam kompletny chaos. Taka forsa. Nieprawdopodobne. Nawet nie wiem co za to kupić. Kiedy pierwsze oszołomienie minęło, w głowie pojawia się lista upragnionych zakupów. Gdzieś, ze środka moje mózgu, a może ze środka duszy wydziera się na powierzchnię napis: „erotic dance”. Nie mam pojęcia skąd, po prostu. Nie było olśnienia, nie pojawiła się żaróweczka, jak u Pomysłowego Dobromira. Wszystko odbyło się naturalnie, tak, jakby ktoś, gdzieś już to zapisał. Przekręcam kluczyk w stacyjce i delikatnie ruszam do przodu. ��� ՟���

W krainie doznań 4.0 c.d.

Z racji tego, że jechałem do tak nieciekawej dzielnicy, nie brałem telefonu. Tylko kasa, ukryta daleko i głęboko. Klnąc na czym świat stoi, poszedłem na przystanek. Przyjechałem z powrotem na mieszkanie. Zadzwoniłem pod numer, gdzie miało być dymarko, z pytaniem o adres.

– Kotek, 23/24, to numer bloku, numer mieszkania, to …

Aha, wszystko stało się jasne. Szkoda, że tak późno. Spojrzałem na zegarek. Nie, nie ma sensu, jest za późno. Posiedziałem chwilę w kuchni. Tak blisko – pomyślałem. Szkoda. Jeszcze raz spojrzałem za okno. Nie, nie ma kroków wstecz.

Od samego początku, jakaś magiczna siła pchała mnie naprzód. Ja po prostu musiałem tam jechać. Chyba już wtedy należałem do tej krainy. Niekiedy wiemy, że coś musi się odbyć, że droga musi zostać przebyta, i najważniejsze – nic nas nie powstrzyma. Tak będzie, bo tak musi być.

Jeszcze raz ta sama droga. Tym razem od razu pod właściwy adres. Otwarła szczupła kobieta pod czterdziestkę. Kurtuazyjnie zaprosiła mnie do środka.

– No, troszkę się najeździłeś. Chodź.

Poszedłem za divą do niewielkiego pokoju. Zostawiłem kurtkę, i skierowałem się w stronę łazienki. Strumienie wody spływały po mnie, a ja przeglądałem się w lustrze. Podobało mi się moje odbicie. Podobałem się sobie będąc w takim miejscu, w takiej sytuacji. Wracając do pokoju, natknąłem się na długowłosą blondynkę, oboje zmierzyliśmy się od stóp do głów i każde z nas poszło przed siebie. Ładna była, nigdy jej nie namierzyłem później, szkoda. W pokoju czekało na mnie rozścielone łóżko. Diva była szczupła, miała krótkie włosy i niewielkie, lekko sterczące cycki. Kiedy zaczęliśmy dotykać swoich ciał, było w tym coś zmysłowego. Była profesjonalistką albo wpadłem jej w oko. Moje dłonie miętosiły jej cycki, jej smukłe palce niemal aksamitnie sunęły po moim ciele. Poczułem odprężenie. Seks był dynamiczny i jednocześnie kojący. Wykonując sprężyste ruchy patrzyłem na jej twarz, nic nie mogłem z niej wyczytać. Założyłem jej nogi na swoje ramiona i rozpocząłem szarże. Niby pojękiwała, ale miało to posmak sztucznego sushi, które podobno importują z Japonii każdego ranka do pobliskiego marketu. Przerobiliśmy kilka pozycji, pomyślałem, że jeszcze nie posmakowałem jej cipki. Rozłożyła nogi, a ja zacząłem spektakl z jej wargami. Po paru minutach wygięła cię w łuk. Zerknąłem na jej twarz, zamknięte oczy i twarz z grymasem, którego doszukiwałem się od pół godziny. Jej oddech początkowo ciężki, miarowy, przeplatany cichym pomrukiwaniem przeszedł w szybki i urywany. Znalazłem szlak do jej rozkoszy, trwało to długie chwile. Usłyszeliśmy pukiedziałem, że oznacza to koniec zabawy.

– W porządku. – Usłyszałem głos mojej towarzyszki, a jej uda rozszerzyły się jeszcze bardziej. Uznałem to za zachętę do kontynuacji. Nie wiem, ile obrabiałem jej pizdę. Końcówka była taka, że stęknęła i jeszcze bardziej wygięła się w łuk. Chwile leżeliśmy. Zdjęła condom, i zaczęła ssać. A ssać potrafiła, jej twarz wyglądała jak w pornolu. Ściągnięte policzki, odznaczające się kości policzkowe i skupienie na twarzy. Pomogła ręką i wyplułem owoc przyjemności na jej sterczące cycuszki. Kiedy wracałem, po raz czwarty trasą, czułem się świetnie i nie był to tylko wynik orgazmu, który był fantastyczny, ale był to wynik czegoś więcej, byłem zadowolony z siebie. Ja to wiedziałem, po prostu wiedziałem. Byłem we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Każda molekuła na tej planecie, każda nawet najbardziej wątła nić energii we wszechświecie dawał mi pewność. To ta droga, to mój szlak, to moje przeznaczenie. Tak będzie zawsze, ja się nigdy nie zmienię.

************************************************

Spotkałem ją kilka tygodni później, po pierwszej i jedynej randce z Sylą. Byłem tak podekscytowany, że musiałem ukoić nerwy. Scenariusz był ten sam, ale nieco inny. Zacząłem od minety, a skończyłem w jej ustach. Rozbawił mnie sposób, w jaki wypluła zawartość w chusteczkę higieniczną.

Letnie popołudnie, blondynka przez chwilę pracowała z cycatką Odwiedziłem je sam nie wiem z jakiego powodu. Po prostu. Nuda, pustka, nigdy się nie dowiedziałem. Zapamiętałem tylko blizny po żyletce, które próbowała ukryć pod poduszką. Gruba Beata po czterdziestce, miała pewien symboliczny wymiar. To był czas ostatnich automatów telefonicznych, tak zwanych budek telefonicznych. Sam nie wiem dlaczego, ale postanowiłem, że do niej będę dzwonił tylko z budek. Wróciłem z majówki. Pierwszy telefon z dworca, drugi z centrum, ostatni z jej osiedla. I pierwsze jej pytanie

– Jak to możliwe, że nie masz komórki i dzwonisz z automatów?

– No tak jakoś wyszło.

– Siadaj, poczekaj. Ja idę umyć Kaśkę i zaraz wracam.

Wychodzi. Znajduję się w pokoju, który jest typowy dla takich miejsc. Przy ścianie meblościanka z barkiem. Na półkach książki. Staram się odczytać tytuły. Dostrzegam „Sztukę kochania” Wisłockiej. Wraca moja gospodyni. Owinięta ręcznikiem. Jej ufarbowane na blond kolor włosy sięgają łopatek, jest postawna, ma duży brzuch, masywne uda , duże, wręcz ogromne cycki. Widać, że nadszarpnął ją ząb czasu, ale kiedyś musiała być „dobrą dupą”. Jestem pewien, że kiedyś epatowała wulgarnym erotyzmem. Teraz zostało niewiele, ledwie mgła dawnej świetności. Ma czterdzieści kilka lat, niedługo stuknie jej pięćdziesiątka. Zdejmuje ręcznik. Ustami doprowadza mnie do gotowości, zakłada gumę. Wchodzi na łóżko, spiera się na łokciach, klęczy. Podchodzę od tyłu. Wchodzę w nią. Mocno, zdecydowanie. Słyszę stęknięcie.

– Nie tak od razu na całego. Musi się Kaśka rozciągnąć.

Nieco zwalniam. Po kilku minutach dochodzę. Po wszystkim pytam, czy sprzeda mi książkę Wisłockiej. Pytam o cenę.

– Muszę zapytać, poczekaj. – Wychodzi, słyszę przytłumione głosy za ściany. Gospodyni wraca.

– No wiesz, to nie są tanie rzeczy. – Jej oczy uśmiechają się, ale usta, przybierają grymas, który trudno nazwać, ma w sobie coś z prymitywnej pazerności. Patrząc na nią mam ochotę splunąć.

– Ile? – Pytam.

– Pięćdziesiąt złotych – głos zza ściany – przepity, przychrypnięty podał cenę.

Patrzę na nią, patrzę na mieszkanie, które wystrojem zatrzymało się kilka dekad temu. Muszę stąd wyjść, zaczynam nabierać niesmaku do samego siebie.  

Anka cz. 2

Ankę zobaczyłem w tramwaju. Pierwsza popołudniowa, ludzka fala zalała tramwaje. To dziwne, ale wśród dziesiątek twarzy rozpoznałem ją. Nigdy nie nosiła ekstrawaganckich ciuchów, nigdy nie była tą wyróżniającą się z tłumu. Jedynie jej fryzura, niby zwyczajna, a jednak nie. Podszedłem, uśmiechnąłem się, i oboje wysiedliśmy jako nowi znajomi. To zabawne, jak wielu facetów widzi problem z podejściem do dziewczyny, jakby to była jakaś wojna, a przecież ostatecznie wszyscy gramy do tej samej bramki.

 Tydzień później zaprosiłem ją na pierwszą randkę. Były kwiaty, był buziak na „dzień dobry” i  „do widzenia”.  Odblokowała we mnie pewien obszar, obszar, który ostatnie lata, z całym swoim kolorytem doznań przykryły i nie dopuściły na światło dzienne. Była podręcznikowym przykładem dziewczyny. Kiedy przy wieczornym piwku relacjonowałem wszystko Miszy, tylko kiwał głową.

– I tak to powinno wyglądać. I to jest kurwa piękne. – Podsumował.

 – Wiem, kurwa, wiem. – Stuknięcie butelkami przypieczętowało naszą zgodność poglądów. Misza od ponad roku był z Justyną, był szczęśliwy. Zawsze mi kibicował, ale czasem w jego głosie pobrzmiewała nuta troski.

– Kiedy ty kurwa znajdziesz sobie dupę, tak na dłużej. Wsadzasz tu i tam, no ale ile można? Wiem, że masz instynkt łowcy, też go mam, ale jestem szczęśliwy z Justyną, też jak sobie znajdziesz dupę, zobaczysz, że to inna bajka. Będziesz szczęśliwy.

– Ja jestem szczęśliwy- zawsze odpowiadałem, i byłem. Zdarzały się chwile, kiedy odczuwałem niezidentyfikowany brak, ale byłem szczęśliwy, tak mi się przynajmniej wydawało. Nadszedł szalony czas – juwenalia, to na nich Anka oficjalnie pojawiła się jako dziewczyna z którą się spotykam. Tak byłem wtedy szczęśliwy. Cała moja ekipa przyjęła ją ciepło. Dziewczyny na znak solidarności porwały ją na chwilę. Do tej pory nie wiem, co jej powiedziały. Moje ananasy z uśmiechem na mnie patrzyły. Prym wiódł Misza z Kamilem. Doleciały do mnie też kąśliwe uwagi. Byli życzliwi, którzy w zawoalowany sposób Dalimi do zrozumienia, że po mnie, spodziewali się więcej, a nie przeciętnej dziewczyny. Miałem to w dupie. Ona miała być ze mną nie z nimi. Kiedy w nocy, po koncercie szliśmy, trzymając się za ręce, zerknąłem na Anię. Tak, to był ten czas, dobry wybór.

 Nie było to uczucie takie samo, jak w przypadku D. którą postrzegałem w ramach wielkiego romantycznego uniesienia, które przerodziło się niemal w obsesję. Tu było inaczej. Po prostu, spotkałem dziewczynę. Tylko dziewczynę i aż dziewczynę.  Przez ostatnie lata, kraina doznań seksualnych, nie miała przede mną tajemnic. Dymałem młode, stare, grube, chude, ładne, brzydkie. Rżnąłem w mieszkaniu, w kiblu w pubie, w zagajniku na nowo budowanym osiedlu, w samochodzie, na klatce schodowej, w windzie. Do kolekcji brakowało mi pociągu.  Przesadą byłby napisać, że zrobiłem wszystko, co możliwe na tej płaszczyźnie, ale z pewnością robiłem dużo. Z Anką, było inaczej. Kiedy byłem przy niej, z nią, nie miałem żadnych pokręconych scenariuszy w głowie. Nie chciałem próbować żadnych nowinek. Z nią mogło być normalnie, klasycznie. Tak po prostu. Wprost niewyobrażalną frajdą było dla mnie chodzenie na randki, wizyty z winem. Po prostu spotykaliśmy się ze sobą. Było dobrze. Tak bardzo zapętliłem się w ostatnich latach,  że zapomniałem, jak wiele radości może przynieść normalne życie.

Szkoda tylko, że zapomniałem o pewnej istotnej regule. Podstawowe prawo burdelowa, związków i całego wszechświata relacji brzmi: prędzej czy później żądza zawsze zwycięży.

Byliśmy umówieni na siedemnastą u niej. Kolacja ze znajomymi. Butelka wina na szafce czekała aby trafić do mojej torby. Kończyłem prasować koszulę. Jeszcze prysznic i gotowy. Sam nie wiem kiedy, ale gdy resztki szamponu spływały wraz letnią wodą niemal hipnotyczny głos mówił: „poddaj się, poddaj się, jak długo możesz oszukiwać sam siebie” Nie trwało to dłużej niż sekundę, ale byo tak realne, że momentalnie zakręciłem prysznic i rozejrzałem się wokół. W jakiś przedziwny sposób, ktoś lub coś mówiło mi, że to nie ma szans. Żebym przestał się okłamywać, że dawno temu wybrałem drogę i jeśli zechcę z niej kiedyś zejść, to sama się o mnie upomni. To prawda. Myślałem o tym wcześniej, czy los nie kpi ze mnie, przecież, to nie moja bajka. To prawda, mimo, że się spotykaliśmy, choć przestałem posuwać na boku, to nie przestałem flirtować. Nie przestałem, bo nie padły żadne wiążące deklaracje. Mocne postanowienie poprawy, a co za tym idzie poprawa, miały dopiero nastąpić. Balsam po goleniu, wyprasowana koszula, i gotowy do drogi. W myślach wykrzyczałem (chyba do losu) „i co?! Idę na randkę, nie spieprzę tego i nie poddam się !”.

Po kilku tygodniach, odczułem marazm i pustkę. Zacząłem dawać temu wyraz. W końcu dostałem od niej krótkiego SMSa” nie chcę się już spotykać  – ok, pa – moja odpowiedź była krótka.   Przestaliśmy się widywać. Ne była to moja wina, po prostu nie wyszło.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Minął prawie rok. Anka gdzieś rozpłynęła się w otaczającej rzeczywistości. Straciłem ją z oczu. Wszystko toczyło się dalej. Miesiące mijały nieubłaganie. Dotarło do mnie, że jednak świetlana kariera brokera, zniknęła z horyzontu, umknęła. Przygniotło mnie nic nie robienie. I już tego nie potrafiłem unieść. Moje marzenia, zamieniłem tylko na plany, plany ukończenia studiów. Nic więcej. Moje założenia nie wychodziły poza najbliższe tygodnie. Ostatnie seminaria, ćwiczenia i laborki na wydziale. W pierwszym dniu po Świętach Wielkanocnych, na wydziale, trwając w mocnym postanowieniu poprawy czekałem na pierwsze zajęcia. Przez chwilę zerknąłem na krótkowłosą blondynę,  popatrzyłem na nią. Tak, jednak to ona. Anka! Co robi na wydziale? Czyli się nie obroniła w terminie – pomyślałem. I w dziwny sposób, myśl ta sprawiła mi przyjemność. Dobrze jej tak. Mimo, że nasza znajomość zakończyła się neutralnie, to z przyczyn niewiadomych, udawaliśmy, że się nie znamy. Dumnym krokiem przemierzyła korytarz i podeszła do portierni. Nie wiedziałem, co się dzieje. Po niecałej minucie odeszła, w ręku trzymała klucz. To było poza scenariuszem, jaki kreśliłem. Doktorantka. Nigdy nie byłem zawistnikiem. Nie zazdrościłem i nie złorzeczyłem gdy byłem świadkiem czyjegoś sukcesu. Nie wiem co mnie opętało. Poczułem złość na wydział, na Ankę, na wszystkich, tylko nie na siebie. Byłem zły, że się jej udało że, prawdopodobnie jest szczęśliwa. Musiałem się przewietrzyć. Wyszedłem przed wydział i zapaliłem papierosa. Spokojnie paląc papierosa starałem się koić nerwy. Mózg sam zaczął pracować na innych obrotach. To realne doświadczenie, empirycznie doświadczyłem, jak umysł wypracował strategie radzenia sobie ze stresem. Po chwili już jestem w zupełnie innym świecie.  Myślę o Stronie, to myślenie całkowicie mnie pochłania. Anka zeszła na dalszy plan, albo w ogóle zeszła ze sceny.

Dzień się nie skończył, a już byłem na mieszkaniówce. Ciche mieszkanko w bloku typu bliźniak. Drzwi otwarła kobieta, brunetka. Mogła mieć trzydzieści kilka lat. Szczupła, ubrana w getry i cienką bluzeczkę. Chwila rozmowy, co i za ile. Wcześniej ustaliłem tylko adres. Powiedziała mi, że jeśli dołożę to może dołączyć koleżanka. Z drugiego pokoju wyszła druga kobieta. Kasztanowe włosy i spojrzenie zdradzające ironiczne i raczej pogodne podejście do życia. Miała na sobie czarną sukienkę, która wydawała się nieco za ciasna, a może taka miała być. Duże piersi niemal z niej wyskakiwały. Basia i Aneta. Pojawił się problem, bo akurat nie miałem tyle pieniędzy. Wyskoczyłem ze wszystkiego, co miałem w portfelu. Finalnie usłyszałem, że za taką kwotę Aneta może asystować. Cokolwiek to znaczy. Poszedłem wziąć prysznic. Kiedy wróciłem owinięty ręcznikiem, Aneta poszła do łazienki, ja zostałem z Basią. Krótka rozmowa o świątecznych potrawach i nadchodzących, letnich miesiącach, kiedy wróciła Aneta odświeżyć poszła się Basia.

– Połóż się, wymasuję cię. – Aneta, jak większość kobiet o szerokich biodrach była pogodna. Położyłem się posłusznie na brzuchu. Zaczęła przyjemnie gładzić mnie po plecach, od czasu do czasu ugniatając obręcz barkową. Nie nazwałbym tego masażem, ale było przyjemnie. Po kilku minutach przyjemnego niby masażątka usiadła na mnie i zaczęła ugniatać kark. Wróciła Basia.

– No, odwróć się, zaczynamy działać.

 Uśmiechnąłem się z głupkowatym „ok” na ustach.

Leżałem na plecach. Większa z div masowała mi tors, szczuplejsza, zaczęła od masaż ud i robiła go naprawdę umiejętnie. Kiedy przeszła w okolice krocza, błogie uczucie zaczęło mnie owijać, niczym magiczny szal. Chuj z Anką, chuj z tym wszystkim. Liczą się tylko doznania. Resztki logicznych myśli ulatywały. Kasztanowe włosy Anety przyjemnie drażniły moje ciało, jej język zakreślał ósemki wokół moich sutków. Kolejna para rąk bardzo wprawnie zajmowała się fiutem i jajami. Błogość i przyjemnie rozleniwienie, zdawały się opanować cały pokój. Mógłbym tak przeleżeć dziesięć lat. Przyjemność ustała. Aneta, odeszła ode mnie i wyszła z pokoju. Popatrzyłem zdziwiony, mojemu zdziwieniu odpowiedziała Baśka: – Aneta tylko asystowała, to było w kwocie.  – Nic nie odpowiedziałem, znałem zasady. I w kwestii pieniędzy, nie było odstępstw.

– No, jesteś gotowy. Zakładamy i jazda! –  Niczym za sprawą magicznej sztuczki, w ręku mojej rozmówczyni pojawił się condom w opakowaniu, które bardzo wprawnie zdjęła. Rozwinęła kalosza, na moim wyprężonym wyżle i dosiadła mnie niczym mityczna amazonka. Zaczęła mnie ujeżdżać. Mocno, sprężyście. Minęło kilka minut. Uniosłem się na łokciach, bo chciałem zasugerować zmianę pozycji. Położyła lewą rękę na mnie i przytrzymała. Przesunęła ręką po mojej klatce i złapała mnie za sutek. Mocno ścisnęła i przekręciła. Ssss – syknąłem z bólu.

– No, co? – Spojrzała na mnie z zadziornym uśmiechem i kpiącym spojrzeniem. – Ja lubię sado-maso. Druga ręka powędrowała do moich jaj. Uścisk był bolesny, o dziwo pobudzający. Kiedy jeszcze minimalnie zwiększyła uścisk, nie wytrzymałem.

– Aaaał. – Ta krótka fraza miała jej uzmysłowić, że tyle wystarczy. Uścisk powoli zelżał, a diva zaczęła na mnie jeszcze bardziej skakać. Ujeżdżała mnie i ujeżdżała, co jakiś czas serwując dawkę niespodziewanego bólu. Jaja, sutki, tors, włosy. Nie wiedziałem, kiedy poczuję jej ostre paluszki. Kiedy się spuściłem, oboje uśmiechnęliśmy się do siebie. Nasze spojrzenia mówiły: „kawał dobrej roboty”.

Ubrałem się i wyszedłem na przedpokój. Stała tam Aneta.

– Już, po wszystkim? – Zapytała z uśmiechem.

– Taak. – Odpowiedziałem zmęczonym głosem. Zachichotała.

Dołączyła do nas Baśka. Po obfitym spuszczeniu, odezwała się we mnie łajza. Streściłem im historię nieszczęsnego relacji z Anką. Dziwne, że nie dostrzegłem wtedy, jaki jestem żałosny. Na pożegnanie usłyszałem:

– Jesteś fajny facet, na pewno sobie kogoś znajdziesz. – Słyszałem to wielokrotnie, mimo wszystko czułem się wybrakowany.

Seksualny padlinożerca cz. I

Sobotni wieczór. Wszechogarniające zimno wygania z ulic.

Underground, ciężkie brzmienie wybrzmiewa z głośników. Znowu jestem w klubie, którego nawet nie lubię, ale zawsze tu ląduję. To kolejny przejaw marazmu, który nie tylko mnie otacza, ale wręcz wdarł się we mnie.  Delikatnie stłumiony wypitym alkoholem rozglądam się wokół. Trudno określić średnią wieku, ludzie na parkiecie wykonują ruchy, które z pewnością nie są tańcem, jest czymś pośrednim między mozolnym  parciem do przodu, na przykład w kolejce do szatni, a czymś przypominającym prastare rytuały. Patrzę w stronę DJ. Dwudziestokilkuletni chłopak jest niczym kapłan nowej religii.

Podchodzę do baru. Dziwne, ale nie ma aż tak wielu ludzi. Barman odwrócony rozmawia z jakąś kobietą. Na krótką chwilę oczy kobiety wpatrują się w moje piekące do dymu źrenice. Uśmiecha się, oddaję jej uśmiech. Barman w tym czasie sporządza drinka. Kobieta nachyla się nad barem i coś mówi. Barman bierze z suszarki pusty kieliszek. Podaje mi Jaggemeistera wskazując na kobietę, która patrzy na mnie i się uśmiecha. Unoszę kieliszek, oboje wypijamy. Przeciskam się do niej. Krótka chwila na malutki rekonesans. Wiek coś pod trzydziestkę, włosy brązowe, nieco za ucho, ubrana w beżowy płaszcz. Nasze usta wykonują ruchy, z boku przypomina to rozmowę, ale łupanka z głośników uniemożliwia jakąkolwiek rozmowę. 

Patrzę na jej oczy i uśmiech. Unoszę dłoń, dając znać barmanowi. Ta kolejka jest na mój koszt. Jestem konserwatywnym libertynem. W kwestii finansowej, konserwatyzm bierze górę. Różnej maści samozwańczy trenerzy podrywania uważają to za przejaw słabości, coś, co dyskwalifikuje w oczach kobiet. Śmieszne i głupie.

Przypatrujemy się sobie. Wypijamy kolejkę, później następną. Nasze ręce dotykają się po to żeby za chwilę się połączyć. Mówimy coś do siebie, ale sami nie wiemy co, prowadzimy niby-rozmowę. Przechodzę do palarni, unoszę dwa palce do ust, żeby zasygnalizować mojej nowej znajomej, gdzie idę. Wydyma usta jej twarz przybiera ignorujący wyraz, jej spojrzenie płynnie z uśmiechu przechodzi w obojętność. Wzrusza ramionami i odwraca się do baru. Uśmiecham się i odchodzę. W palarni odpalam Marlboro light i zaciągam się. Ogarniając wszystko i wszystkich leniwym spojrzeniem. Patrzę na festiwal ucieczki, inaczej nie potrafię tego nazwać. W potężnym słoju wypełnionym elektronicznym brzemieniem i mefedronem banda dzieciaków ucieka. Ucieka przed światem, ucieka przed życiem, może nawet przed sobą. Śmieszne, jestem jednym z nich, moja przewaga polega na tym, że ja o tym wiem.

Nieznajoma w beżowym płaszczyku odnajduje mnie. Patrzymy na siebie, a raczej to ona na mnie patrzy wzrokiem, który stracił nieco na ostrości w skutek spożytego alkoholu. Ja, intensywnie patrzę w jej oczy, ale ta intensywność ma inne, osobne źródło. Szukam odpowiedzi, na pytanie, którego nie potrafię sformułować. Obejmujemy się, przez chwilę bujamy się, niby do ballady romantycznej. To nieco groteskowe, bo łupanka z głośników powoduje, że ludzie wokół skaczą niczym atrakcja w menażerii. Na raz nieznajoma odkleja się ode mnie jej spojrzenie pada na szczupłego chłopaka o ciemnej karnacji i szerokim uśmiechu. Nie reaguje na to. Wyciągam kolejnego papierosa. Staram się, z wydobywającego się z moich ust dymu, utworzyć coś na kształt koła. Systematyczne ruchy żuchwą przynoszą rezultat w postaci wyraźnych , grubych kół z dymu. Dopalam i kieruję się w stronę wyjścia. Już prawie dotarłem do drzwi, gdy ktoś ciągnie mnie za rękę – znowu ona.

– Wychodzisz ze mną. – Łapie mnie za rękę i wychodzimy.

Na zewnątrz świta. Wczesno-poranny chłód  działa jak nawilżana chusteczka do higieny intymnej – daje iluzje odświeżenia.

– Gdzie nas dalej noc zaprowadzi? – Pytam patrząc na moją towarzyszkę. Staram się ocenić ją teraz, poza klubowym zgiełkiem. Ciekawe, nic ponad to, co zauważyłem w klubie w niej nie ma. Ma przeciętną twarz, lekko zwalistą figurę lekko kręcone włosy w nieokreślonym kasztanowo-brązowym kolorze. Kierujemy się do postoju taksówek. Wsiadamy i bezimienna podaje adres. Zaczynam rozumieć dlaczego do tej pory niewiele mówiła. Niemiłosiernie sepleni. Jedziemy pod wskazany adres. Boję się kłopotliwego milczenia, dlatego prawię jakiś oklepany komplement, całujemy się. Po kolejnych dwóch pocałunkach i coraz bardziej banalnych i wulgarnych komplementach, dojeżdżamy na miejsce. Taksówkarz podaje kwotę, regulujemy rachunek i wychodzimy.

Gdy zostajemy sami na chodniku pada pytanie, które nieco mnie otrzeźwia: – po co ze mną przyjechałeś? – Nic nie odpowiedziałem. Lepiej milczeć. Milczeć i stać w miejscu. Bezimienna podchodzi do bramki-furtki. Blok ma specyficzną architekturę. Od ulicy trzeba wejść po schodach i skręcić w lewo, dopiero docieramy do klatek. Bezimienna weszła za bramkę i powolnym krokiem zmierzyła się ze schodami. Gdy była na szczycie, odwróciła się spojrzała na mnie zniecierpliwiona, mlasnęła i wykonała zapraszający, wręcz teatralny  ruch ręką. Uff, czyli jednak zwycięstwo. Lekkim, na ile pozwolił alkohol, krokiem ruszyłem przed siebie.

CDN

W labiryncie Burdelowa 3.2

Miała szramę po cesarce, była miłą trzydziestoparoletnią kobietą. Po seksie nawet zamieniliśmy kilka zdań. Twierdziła, że jest absolwentką resocjalizacji, opowiadała o praktykach w więzieniu. Twierdziła, że miała kontakt z prawdziwym kanibalem, ciekawe. Nie ona pierwsza, i nie ostatnia. Jakoś dziwnie, znaczny odsetek dziewczyn za pieniądze zajmował się resocjalizacją. Okazało się, że nie było to wcale dalekie od prawdy. Po prostu wiele z nich zaliczyło odsiadkę krótszą lub dłuższą. Stąd znajomość resocjalizacji i więziennych praktyk. Rudowłosa szczupła, była receptą na piątkowy marazm. Pamiętam tylko trochę sztucznego postękiwania. Blondyna z seksownymi biodrami była ukojeniem w mroźny poranek. Nie mogłem się rozgrzać, dlatego zacząłem pocierać fiutem o jej uda. Sama zaproponowała, że jeśli mnie to rozluźni, to mogę pocierać o jej cipkę. Miękkość i ciepło postawiły mój korzeń w całej okazałości. Na chwilę popadłem w trans i  powolutku zacząłem zbliżać usta do jej piersi, które były całkiem okazałe. Wsparty na ramionach, zacząłem poruszać biodrami. Mój penis znalazł się niebezpiecznie wejścia do jej cipki. Na chwilę zapomniałem o całym świecie. Poczułem ogarniające ciepło na kutasie. O mały włos złamałbym podstawowe przykazanie burdelowa, uprawiałbym seks bez zabezpieczenia. Na szczęście poprzestałem na „koniuszku”. Ostatecznie wybrałem „drugą dziurkę”, w gumie. Róża, dwudziestoparolatka o przeciętnej urodzie twierdziła, że pracuje przy rozkładaniu towarów w Tesco. Ciałem dorabia, bo mało płacą. Rozpadające, skrzypiące łóżko miało swój klimat, kiedy ją rypałem. Czasem zastanawiałem się, czy kiedyś się rozpadnie. Lubiłem posuwać ją mocno i szybko. Wtedy wydawała charakterystyczne „oohouh, oouhh”. Mirela była szczupłą szatynką, otwartą na każdą propozycję, wszystko podsumowywała jednym zdaniem: „skoro tak lubisz”. Magda była biuściastą, postawną brunetą. Otwarta i rozmowna. To ona powiedziała mi, że znaczny odsetek div ma za sobą epizod w ZK. Sama miała za sobą cztery miesiące do rozprawy i wyrok w zawieszeniu za pobicie. Jak sama mówi, nie przeszkadza jej to. Kręcą ją kolesie w dziarach i co najmniej „pietnastakiem” na koncie. Skorzystałem z każdej dziurki a wszystko dzięki szkoleniu w innym mieście. Alutka, niemiłosiernie szczupła, niezbyt miła. Jej cycki wydawały się być mikroskopijne, jak żelki Harribo Lubiłem ją posuwać z „nogami na pagonach”, fajnie pracowała biodrami. Mimo tak szczupłej budowy, była niesamowicie pojemna. Tęgawa Iza była przyjacielsko nastawiona, ale na anatomii znała się umiarkowanie. Punkt G umiejscowiła co najmniej nie tam gdzie trzeba. Zakończyliśmy ciekawym akcentem. Jej dwa palce ubrane w condom, odrobina lubrykatu i penetracja mojej dupy. Jednocześnie sam się brandzlowałem. Trysnąłem na jej cyce. Po wszystkim zapaliliśmy, zjedliśmy kilka herbatników i wypiliśmy herbatę owocową. Drogę powrotną do mieszkania zapamiętałem przez dziwne uczucie w odbycie. Elżbieta była brunetką, która miała warkoczyki jak siostry Williams. Było coś niecodziennego w seksie z nią. Pewien rodzaj „czegoś więcej”.  Nie dało się nie wyczuć penisem szyjki jej macicy. Było to tak namacalne, że musiało przykuwać uwagę. Jak później powiedziała zostało jej tak po porodzie. Jak sama powiedziała, wie, że to działa na facetów. Po wszystkim kawa i miłe pogaduchy, to ona zdradziła mi dużo z zakresu swoich doświadczeń zawodowych. Zapamiętałem, że kupiła już mieszkanie w Poznaniu i teraz zbiera na czarne BMW. Zdradziła mi, że woli małe miasta, gdzie często nie ma w ogóle konkurencji. Mini wykład ekonomiczny zapadł mi w pamięci.