Jak to się wszystko zaczęło cz. I

Jak to się wszystko zaczęło? Dawno. Mussolini też wcześnie zaczynał. Myślę jednak, że początek był znaczenie wcześniej. Odkąd pamiętam interesowała mnie cielesność. Zawsze pociągało mnie nagie, kobiece ciało. Na długo zanim zacząłem chodzić na randki, obmacywać koleżanki z klasy, czy w końcu sypiać z kobietami, w sposób do tej pory nieznany dla mnie wiedziałem jak należy postąpić z kobiecym ciałem. Wyobraźnia kilkuletniego chłopca podpowiadała to, co wiele lat później praktykował. Tak po prostu było. Zawsze. W tej materii, szedłem dalej, niż moi rówieśnicy. Pamiętam, jak Judyta, koleżanka z klasy przyniosła do szkoły gazetę pornograficzną, którą zwinęła rodzicom. W klasie wywołało to ogromne poruszenie. Każdy chciał obejrzeć „gołe baby”. Po przejrzeniu kilku stron niektórych dosyć szybko to znudziło, inni kwitowali kolorowe fotki śmiechem. Po lekcjach Judyta po prostu dała mi to czasopismo. Nie wiem dlaczego. Być może też była w pewien sposób inna od reszty. Skwapliwie schowałem pisemko do plecaka. Ukryty na drzewie rosnącym przy szkolnym boisku, po zajęciach,  czytałem i kartkowałem strona po stronie. Byłem niemal w transie.  Zawsze chciałem więcej, niż reszta.

**

*

„Erotic Dance” –wszystko zaczęło się od tego napisu. Mijałem go odkąd pamiętam, przy każdej podróży samochodem, czy autobusem. Był w pobliżu mojego rodzinnego miasta. Nikt nie potrafił sprecyzować, co to jest. Jakimś szóstym zmysłem wyczuwałem, że nie należy o to pytać rodziców. A może moi rodzice nie zauważyli czerwonego neonu, nie wiem. Od zawsze, po prostu, od zawsze siła z jaką na mnie oddziaływał ten neon była porażająca. Nie wiedziałem co TAM się znajduje. Intuicyjnie jednak czułem, że to brama do krainy. Kiedy w rozmowie z kolegami poruszyłem temat TEGO miejsca, okazało się, że większość nie zauważyła, niektórzy twierdzili, że to coś dla dorosłych, ale nikt nie umiał sprecyzować. Trudno się spodziewać rozwiązania tej zagadki przez grupkę kilkunastoletnich chłopców. Jeden tylko pochwalił się, jak starszy brat rozmawiał z kolegami o TYM miejscu i podobno „tam się rozbierają”

Mam osiemnaście lat. Za rok zdaję maturę. Nie wyróżniam się niczym spośród rówieśników. Jestem równie nierozgarniętym małolatem na karuzeli napędzanej hormonami, co cała reszta. Szkoła, znajomi, kino, walenie konia do pornosów. Seks raz w roku, przy wielkim szczęściu. Standard. Jak przystało na osiemnastolatka, marzenia targają mną nie gorzej niż hormony. Tysiąc planów na życie, tysiąc scenariuszy. Niektóre wykluczają się nawzajem. Jak przystało na ambitnego młodzieńca, zapisałem się na kurs językowy. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie to, że w wieku osiemnastu lat mało kto dostrzega dobro kursów językowych, czy jakichkolwiek. Podobnie było ze mną. Raz na jakiś czas, zamiast w sali, na kursie lądowałem w pubie z przyjaciółmi.

Podobnie było tego wieczoru. Jesienne niebo szybko zrobiło się ciemne. Zaparkowałem samochód rodziców z tyłu, za szeregiem sklepów. Tak na wszelki wypadek. W końcu to oni płacili za kurs językowy i mogliby być nieco zawiedzeni, że zamiast zgłębiać tajniki języków obcych, ja bimbam sobie w knajpie. Od pół roku mam prawo jazdy. Ostrożnie parkuję. Mija kilka minut i znikam w drzwiach knajpy, naszej knajpy. Jak na złość, nikogo nie ma. Wypijam colę i znikam z baru. Co robić? Jechać na kurs? Nie ma sensu. Zaczyna się za dziesięć minut. Spóźnię się, a dodatkowo nie mam odrobionego zadania. Stoję pod daszkiem, przy wejściu do baru. W portfelu mam nie więcej niż czterdzieści złotych. Co robić z tak rozpoczętym wieczorem? Już wiem ! Ulicę dalej jest salon gier. Coś, co moi koledzy szumnie nazywają „kasynem”. „Kasyno” ma kilka automatów tzw. jednorękich bandytów. To cały asortyment. Podobno kilku kumpli tam było. Nie mam lepszego pomysłu. Zapinam kurtkę przechodzę ulicę dalej. Niewielki budynek. Okna zaklejone tapetą przedstawiającą trzy karty, trzy asy. Łapię za mosiężną klamkę w dużych, drewnianych, pomalowanych na biało drzwiach i popycham. Przede mną stoi otworem nowy świat. Moje wejście nie zrobiło na nikim większego wrażenia. Rozglądam się. Jestem lekko przestraszony. Nie wiem, co mnie tu czeka. Środek pomieszczenia stanowi pusta przestrzeń. Automaty porozstawiane są wzdłuż zewnętrznych ścian. Po stronie wewnętrznej ściany stoi bar. Jakby połączenie baru z kantorem. Kantor przypomina mi szyba umieszczona nad ladą baru. Patrzę na półkę wiszącą na ścianie. Napoje i orzeszki po mocno zawyżonej cenie. Zza lady uśmiecha się kobieta w uniformie. Farbowana blondynka po pięćdziesiątce. Wtedy nie wiedziałem, co o niej sądzić. Dziś pamiętam ją, jako emerytowaną barmankę. Uśmiecha się, opowiada na moje „dzień dobry” i pyta, co podać. Mówię, że chciałbym zagrać. Opowiada mi co i jak. Okazuje się, że w tym przybytku walutą są żetony. Kupujemy je w kasie i nimi gramy. Jeden żeton to pewna kwota. Jeśli uda się wygrać nie wypłacamy. Idziemy do baru i kwotę, jaką wygraliśmy wypłaca nam miła pani zza baru. Wszystko jasne. Domyślam się, że automaty nie plują pieniędzmi, dlatego moje czterdzieści złotych muszę roztropnie wydawać. Biorę żetony za trzydzieści. Dostaję je w kubeczku. Czerwonym, plastykowym kubeczku wielkości szklanki. Prawie każdy automat jest zajęty. Znajduję jeden wolny. Podoba mi się. Obrazki, które wyskakują to owoce. Wiśnie, fioletowe śliwy, pomarańcze, połówki arbuzów, napisy BAR. Klasyczny automat. Zaczynam ostrożnie. Po jednym żetonie. Maszyna połyka je bezlitośnie. Mniej więcej raz na trzy kliknięcia łaskawie wypluwa dwa żetony. Czyli na trzy wrzucone dwa do mnie wracają. W myślach kalkuluję, że na półtoragodzinną lekcję kursu, może nie starczyć. Gram ostrożnie. Mija może pół godziny. W moim kubeczku widać dno. Została resztka żetonów. Nie da się ukryć, że szczęście nie sprzyja. Sporadycznie maszyna wypluwa cztery albo pięć żetonów, raz zdarzyło się nawet dziesięć, ale i tak nie zmienia to sytuacji, że więcej zostało w bezlitosnym pudle. Ostatnie dwa żetony. Przepadły. Patrzę w dno kubka. Nie minęła połowa kursu, a ja już spłukany. Chcę odejść. Dycha w kieszeni wystarczy na sok w pubie.

Kiedy oddaję kubeczek, wyjmuję pieniądze i proszę żetony za dziesięć złotych. Jedna trzecia poprzedniej ilości. Nie wygląda imponująco. Ledwo zakrywa dno. Podchodzę do tego samego automatu. Wrzucam każdy żeton z namysłem. Powoli delektuję się każdą chwilą. Mija kilka minut i prawie połowa żetonów została w maszynie. Dobrze wiem, że nic z tego nie będzie. Chcę tylko spędzić tu czas. Wrzucam żółte kawałki metalu do kolorowej, brzęczącej maszyny. Zostało już tylko kilka. Wrzucam. Wyskakują napisy BAR. Nie pada znany mi stukot wpadającej monety. Zamiast tego, maszyna delikatnie buczy, a elektroniczny licznik mknie do przodu, jak szalony. Stoję oszołomiony. Nie wiem co się dzieje. Podchodzę do barmanki, która wyszła zza baru.

– Chyba wygrałem. – Mówię bardzo niepewnym głosem.

– Wygrał pan. – Uśmiecha się i czeka aż licznik nabiję całą liczbę punktów.

Robi się zamieszanie. Faceci (nie wiedzieć czemu, kobiet tam nie było), przy innych automatach odwracają się w moją stronę. Staram się utkwić wzrok gdzieś w przestrzeni, żeby z nikim nie nawiązać kontaktu. Podchodzę do baru, czy też kasy. Dostaję kilkaset złotych. KILKASET ZŁOTYCH, dla przeciętnego maturzysty, kilkanaście lat temu to kupa szmalu. Nawet, gdyby dali mi połowę tej kwoty, skakałbym radości.

– Jakbyś potroił stawkę, wygrałbyś grubo ponad tysiąc – wąsaty Janusz grający obok mnie dzieli się mądrością życiową. – To byłoby trochę grosza.

Zgarniam kasę, dziękuję barmance i czym prędzej wychodzę. Po otwarciu drzwi uderza mnie zimne powietrze. Mimo to, wciąż jestem rozpalony. Nie wiem co ze sobą zrobić. Oglądam się za siebie. Przecież dużo tam było podejrzanych typków. A jeśli oskubią mnie z kasy? – Gorączkowo myślę. Szybko idę do samochodu. Wsiadam i bacznie się rozglądając, czym prędzej odjeżdżam. Parkuję kilka ulic dalej. Drżącymi rękami wyciągam banknoty z kieszeni. Otwieram usta w niemym krzyku. Patrzę na pieniądze i wciąż niedowierzam. W głowie mam kompletny chaos. Taka forsa. Nieprawdopodobne. Nawet nie wiem co za to kupić. Kiedy pierwsze oszołomienie minęło, w głowie pojawia się lista upragnionych zakupów. Gdzieś, ze środka moje mózgu, a może ze środka duszy wydziera się na powierzchnię napis: „erotic dance”. Nie mam pojęcia skąd, po prostu. Nie było olśnienia, nie pojawiła się żaróweczka, jak u Pomysłowego Dobromira. Wszystko odbyło się naturalnie, tak, jakby ktoś, gdzieś już to zapisał. Przekręcam kluczyk w stacyjce i delikatnie ruszam do przodu. ��� ՟���

Czterdziestka z ulicy Zana cz. 3

Rytuał z burdelami ukrytymi pomiędzy blokowiskami jest prosty i przypomina harcerskie zabawy. Słyszysz w telefonie nazwę ulicy, jeśli znasz ulicę przechodzisz dalej: słyszysz numer bloku. Divy raczej więcej nie podają przy pierwszej rozmowie – po prostu dzwoni wielu napaleńców, uczniaków i innych dziwolągów, którym (tak sadzę) potrzeba do orgazmu usłyszeć głos. Ci zaawansowani – Szwagrowie przechodzą wyżej. I tę grę lubię. Lubię usłyszeć nazwę ulicy, jeśli nie znam, proszę o małą wskazówkę. Nigdy nie pytam o dokładną lokalizację. Niesamowitą frajdę sprawia mi szukanie tej ulicy. Później, seks, to rodzaj nagrody za wytropienie ulicy. Dzięki tej grze, topografia nawet dużego miasta przestaje być straszna. Kiedy znajduję ulicę, pozostaje pytanie, który to blok, która klatka, które mieszkanie. Naprawdę, czuję się wtedy, jak na wyprawie po skarb.

Podobnie jest teraz. Słyszę: przyjmuję na Zana – nic mi to nie mówi, ale to jeszcze bardziej mnie kręci. Ulica blisko centrum. Wiem, że nawet nie muszę kluczyć. Jestem w centrum, wystarczy ruszyć przed siebie. Iść – nie iść? Ostatnie drgania w żołądku. Umysł przeskakuje na inny tor, na razie częściowo. – Spacer po jedzeniu dobrze mi zrobi – tłumaczę sobie – i ruszam. – Tylko kawałek, dwieście, trzysta metrów – Pan Racjonalizator uspokaja. Później zawrócę i usunę numer z telefonu. Tak sobie to wszystko tłumaczę, chociaż znam siebie, i znam przyszłość, przynajmniej tę najbliższą. Idę przed siebie, powoli. Jestem ociężały po żarciu i otępiały przez walkę w mojej mózgownicy. Kiedy przeszedłem zakładane trzysta metrów, nigdzie nie widzę nazwy ulicy. Według założeń powinienem zawrócić i usunąć numer, który pali. Nie będzie tak. Stoję w miejscu i czekam na myśl, która niebawem nadejdzie, wiem, że nadejdzie, zawsze nadchodzi. Nie mija sekunda i oczekiwana myśl nadchodzi – skoro tyle przeszedłeś, to jeszcze kilka kroków nie zrobi różnicy. W końcu i tak tam pójdziesz. Mózg potęguje przekaz włączając zdjęcie idealnego cycyka ze Strony, a może to nie mózg, może to kutas zhakował układ centralny? Nieistotne – idę naprzód. Mijam kilka ulic i zatrzymuję się. Teraz się rozejrzę, jeśli nie będzie ul. Zana, zawracam. Powoli rozglądam się. Jest! Po drugiej stronie skrzyżowania: trawnik i blok. Nie widzę nazwy ulicy, ale czuję, to tutaj. Przechodzę na drugą stronę. Tak. Znalazłem. W tym momencie mój umysł przechodzi na zupełnie inny tor. Niemal poczułem to fizycznie. Dopiero teraz dostrzegam ukrop z nieba. Żar, który wylewa się na mnie, potęguję doznania. Wiem, że znalazłem się na jednokierunkowej drodze. Nie ma powrotu. Wszystko układa się w jedną całość. Upał, moje pożądanie, zieleń trawnika. Tak jest, bo tak miało być. Idę chodnikiem przecinającym trawnik obok bloku. Drżącą ręką wyjmuje telefon. Przecież jestem już na umówionej ulicy. Dziwkarska etykieta musi być spełniona.

Szczuplutka blondyneczka (pierwszy anal) cz. III

Na chwilę się zatrzymuję. Głaszczę ją po dolnej części pleców, chociaż wolałaby pewnie, żebym tego nie robił.

– Robisz anal? – Pytam.

– Dopłata pięćdziesiąt złotych, ale zaraz czas ci się kończy.

– Szybko się uwinę – sam czuję napięcie w swoim głosie. Jeśli się nie zgodzi, to raczej nie będę miał argumentów i zmuszony będę dojść dzięki jej cipce, co aktualnie mi nie wystarcza.

– No dobra, ale kasa teraz. – Uf. Jednak chęć zarobku jest silniejsza niż niechęć do mnie. A może to nie jest niechęć? Nieistotne. Teraz liczy się tylko jej dupcia.

Schodzę z łóżka i podnoszę spodnie z podłogi. Śmieszna sytuacja: ja goły, z gumą na fujarze szukam portfela w kieszeniach spodni. Jakby ktoś nakręcił filmik byłbym królem YouTube`a. Podaje blondynce banknot.

– Zaraz wracam – mówiąc to wychodzi z pokoju. Po kilku sekundach wraca.

– Musisz zmienić prezerwatywę – mówi.

– Ok – od tej pory to jedyne co mówię, jestem zbyt zajęty moim pierwszym analem. Ściągam gumę, blond diva podaje mi następną. Tej już nie zakłada. Robię to sam. Właścicielka smukłych ud, dużych cycków i zgrabnej dupci ustawia się na czworaka, tyłem do mnie.

– Poczekaj. Muszę się nawilżyć. Znów wyjmuje czerwoną tubkę. Ręka z lubrykatem na palcach wędruje pod jej ciałem, między nogami i smaruje odbyt. Znów czuć zapach truskawek.

– Delikatnie i pospiesz się, bo zaraz ci się czas kończy.

– Ok.

Nie musi mnie zachęcać. Entuzjazm doszedł do mojej pały, która ze sztywnej zamieniła się niemal w kamienną. Już nie jestem znudzony, przeciwnie – jestem podekscytowany do granic możliwości. Podniecenie seksualne połączone z podnieceniem przy odkrywaniu rzeczy nowych, to mieszanka jedyna we wszechświecie. Z zapałem dobieram się do jej dupci.

I tu następuje seria komicznych wydarzeń. Nie mogę trafić w jej kakaowe oko. Albo za nisko albo za wysoko. Kurwa, co jest?!  Na wszystkich pornosach to takie łatwe. Nie raz widziałem, jak wytrawny chwat np. Evan Stone raz w cipkę, raz w dupkę i to tak, żeby było wszystko widać w kamerze. Kombinuj, kombinuj  – myślę. W końcu się wciskam.

– To nie jest anal – irytacja w głosie dziwki każe mi się wycofać jak najszybciej. I żeby było ciekawiej, z moich ust pada „ok.” Ręka divy wędruje między udami i łapie mnie za Wacka, kierując go, gdzie trzeba. Sama przylega twarzą i cyckami do łóżka. To powoduje, że jej tyłek jest wypięty maksymalnie. Dostrzegam dziurę w tyłku, de Sade miał rację – to pączek róży. Przykładam końcówkę fiuta i delikatnie dociskam. Czuję lekki opór, ale posuwam się do przodu. Pokonałem siłę jej zwieracza. Jestem w jej dupci! Łapię blondynkę za biodra i już pewniej prę do przodu. Inaczej, ciaśniej. Mojego fiuta otacza jakby pierścień. Jestem jeszcze bardziej podniecony niż przed chwilą. Mój i tak sztywny pal sztywnieje jeszcze bardziej – do granic bólu. Oto jestem nowy ja: bez śladu wczorajszego spożywania, świeży, pełen mocy, eksplorujący dupę zgrabnej blondynki. Rytmicznie i miarowo posuwam, samoistnie zwiększając tempo.

– Delikatnie! – Muszę nieco zwolnić. Jest fantastycznie, jest świetnie. Nie wiem ile to trwa, pewnie kilka minut. Fala oszałamiającej przyjemności uderza nagle. Tryskam dobijając do pośladków. Zatracam się, na chwilę znajduję się gdzieś, poza tym wszystkim. Ktoś, kto nazwał orgazm małą śmiercią miał cholerną rację. Wraz z orgazmem trzeźwieję. Tak, jakbym się dopiero obudził po wczorajszym. To jak wybudzenie z letargu. Balanga, rozmowy ze znajomymi, pobudka, telefon do dziwki, seks, orgazm – wszystko zlewa się w jedno. Dopiero teraz zaczynam nowy dzień. Delikatnie wycofuję się z tyłka divy. Blondi odwraca się, w ręce trzyma kawałek papierowego ręcznika. Zdejmuję gumiaka i kładę na ręczniku. Dostaję rolkę ręcznika. Odrywam kilka kawałków i wycieram fiuta. Oddaję zmięte kawałki ręcznika z resztkami mojej spermy. Zaczynam się ubierać. Dobrze się czuję po pierwszym analu. Jednak, kiedy podniecenie zaczyna opadać dociera do mnie, że jestem w burdelu, zakamuflowanym, ale jednak w burdelu. To powoduje, że przyspieszam ubieranie poszczególnych części mojej garderoby. Blondynka ma na sobie koszulkę i stoi przy drzwiach. Oboje milczymy, każde patrzy gdzieś przed siebie. Ona pewnie czuję do mnie odrazę i poniżenie, bo wsadziłem jej w każdą możliwą dziurę, a mi jest jakoś głupio. Kiedy biorę kurtkę do ręki pada pytanie:

– Wszystko masz?

– Tak.

– To chodź. – Prowadzi mnie do ciemnego przedpokoju. Zagląda przez wizjer i otwiera drzwi.

– Cześć.

– Cześć.

Nie patrząc na prostytutkę przekraczam próg. Wychodzę na zewnątrz. Ogarnia mnie tępe uczucie. Znam siebie, więc uczucie też jest mi znane. To pustka. Podniecenie całkowicie opadło. Dopiero teraz odczuwam osłabienie, po piciu i intensywnym seksie. Ogarnia mnie przyjemna słabość, zaczynam się pocić. Rozpinam kurtkę. Chłodne powiewy jesiennego wiatru miło kontrastują z rozgrzanym ciałem. Idę przed siebie. Myślę o Marcie. Dlaczego nie zaprosiłem jej wczoraj?  Marta to koleżanka z grupy i jednocześnie pierwsza dziewczyna, poznana przeze mnie na studiach. Przez pierwszy rok zbliżyliśmy się do siebie, choć nic na to nie wskazywało w pierwszych momentach znajomości. Jednak jakoś samo wyszło. Z jednej strony, to tylko koleżanka z grupy (nie ruszaj dupy ze swojej grupy – uczy akademicka starszyzna), a z drugiej strony… Kiedy patrzę na to stworzenie o prostych włosach, to trudno pozostać obojętnym. Marta, a właściwie Martusia-Maskotka jest malutka, niecałe metr sześćdziesiąt. Jeśli dodać do tego całe mnóstwo krągłości, gdzie się tylko da. Pełne usta, lekko pyzate policzki i duże (niemal nieproporcjonalne) cycki, to otrzymamy obraz Marty. Całość wykańczają oczy w kolorze niebieskim o niespotykanej intensywności. Jest inteligentna, towarzyska, wygadana i ma cięty jęzor. Taki mały, rezolutny trzpiot o ciele miśka Haribo. Można na niej oko zawiesić. Ja to oko zawiesiłem, ale nie do końca, bo pozostawała jeszcze Beata.

Skupiłem się tak bardzo na jałowym myśleniu, że nie zauważyłem, kiedy dotarłem do przystanku naprzeciwko mojego wydziału. Patrzę przed siebie: Marta! Niziutka postać z wesołymi oczkami. Jesienna kurteczka i niebieskie jeansy ładnie się komponowały na jej miękkim ciele.

– Cześć maskotko – nieco się ożywiłem na jej widok.

– Cześć. –Jej ton głosu jest jak u rodzica, który kocha dziecko, ale wie, że nic do niego nie dociera.

– Już po zajęciach? – Zadałem to pytanie, choć wiedziałem, że jest okienko i zawsze jeździmy na kawę.

– No, okienko jest. Z przepicia pamięć szwankuje? – Niby mówi to z humorem, ale można dostrzec powagę w jej głosie.

– No, ciężko było. Bardzo widać? – Nie wiem czemu to powiedziałem. Chciałem jej zaimponować? Trudno powiedzieć. – Co ciekawego na uczelni?

– Widać i czuć. Nic ciekawego. – Rozmowa zaczyna być jałowa, spojrzenie Marty, wymowne, dawało jasny przekaz, że tracę albo straciłem całkiem sporo w jej oczach. Kiedy zacząłem zbierać się do odejścia podszedł Łukasz. Szybkie „cześć” do mnie i podał Marcie bilet. No tak, idą razem na kawę. Pewnie, gdybym był na zajęciach ta ja podałbym teraz Marcie bilet. Co mnie to obchodzi? To ja, nie dalej jak dwadzieścia minut temu, rżnąłem blond divę w każdą dziurę. To ja jestem tym zajebistym i ja gram główną rolę w tym przedstawieniu. Oni, to tylko tło, statyści lub publiczność. Rzucam „Nara” i odchodzę. Marta odpowiada lakonicznie „hej”, Łukasz nic nie mówi. Uśmiecha się i macha ręką. Obaj wiemy. Wygrał to rozdanie. Ja niczym pionek zostałem usunięty z szachownicy.

Szczuplutka blondyneczka (pierwszy anal) cz. II

Muzyka sączy się z odtwarzacza. Opuszczone niebieskie rolety, łóżko w kącie. Zwyczajne burdelowo. Szybka transakcje. Biorę pół godziny. Zawsze należy tyle brać. Jest to opcja najbezpieczniejsza finansowo. Udaję się do łazienki. Szybkie opłukanie i wychodzę owinięty ręcznikiem.

– Zaraz przyjdę. – Słyszę od blondynki, poczym wychodzi zamykając drzwi od pokoju. Na wewnętrznej stronie drzwi wisi plakat Wentwhorta Millera, bohatera bardzo wtedy popularnego serialu. Czyżby była młodsza niż wyglądała – zastanawiam się. –  Kto wiesza plakaty z aktorami? Po dwudziestce nikt. Dałbym jej dwadzieścia trzy, do dwudziestu sześciu. Jednak plakat każe się zastanowić.

Kolejna część rytuału. Czekanie na seks. Moja pała zaczyna wypełniać się krwią. Słyszę strumień wody przez ścianę, który właśnie spływa po szczupłym ciele blond divy. Powietrze gęstnieje. Mój oddech staje się cięższy. Jeśli będziecie mieli styczność z terapiami dla uzależnionych, to dowiecie się, że w każdym uzależnieniu istnieje tak zwany łańcuch zdarzeń, który ma w sobie pewien moment, po którym nie ma odwrotu. Jeśli pijak otworzy butelkę, to raczej nie ma szans, że ją odstawi. Podobnie jest ze mną. Czas oczekiwania jest upajający. Po prostu nie można się wycofać. Oczekiwanie wypełnia płuca, wypełnia całe ciało. Zmienia się rzeczywistość.  Woda za ścianą przestaje lecieć. Blondynka pewnie wyciera się ręcznikiem. To już! Już niebawem będę w niej. Pełna erekcja, podniecenie totalne. Głęboki oddech, bo zacząłbym się trząść. Wchodzi moja diva.

Owinięta ręcznikiem. Szczupła, ładna. Ma ten typ urody, który mają niektóre blondynki. Jest jakby pokryta pewną mleczną powłoką. Oczy również takie…mleczne. Możecie pomyśleć, że była naćpana, ale nie. To nie to. Pierwszy taki typ urody pamiętam z podstawówki – koleżanka z klasy. Nie sądzę, żeby tamta też była naćpana? Po prostu taki typ. Typ mlecznej blondynki.

– Połóż się. – Słyszę profesjonalny, beznamiętny ton głosu. Już wiem co mnie czeka. Standardowa obsługa w takim przypadku. Kładziesz się i następuje lodzik. Francuz ma poniekąd dwa zadania: jeśli nie jesteś sztywny, ma postawić cię do pionu. Jeśli jesteś sztywny, ma cię podniecić do takiego stopnia, żebyś po założeniu gumki nie zajeździł dziewczyny, tylko się spuścił. Dla dziwki najlepszym rozwiązaniem jest, gdy spuszczasz się przy oralu. Łatwy szmal. Z racji tego, że moja pała już sterczy, głowa blondynki porusza się rytmicznie. Nie rusza mnie to. Patrzę na jej ciało, chęć eksploracji, posmakowania, poznania jej ciała jest większa niż chęć spuszczenia po wpływem jej ust. Proszę, żeby przerwała i się położyła. Ma nieproporcjonalnie duże piersi. Jeszcze nie wygniecione, nawet delikatne. Mój przyjaciel Misza z rozbrajającą szczerością wyznaje zawsze, że jest cyckomaniakiem. Ja nie jestem, ale też lubię cycki. Kurwa, o czym my mówimy? Każdy facet lubi cycki. Tak było i będzie.    Płaski brzuch, delikatne, subtelne uda. Jest niezła. Rozsuwam jej nogi. Idealna, spójna z urodą  cipeczka, nieśmiało ukazuje się między udami. Napawam się widokiem. Dotykam, gładzę ją po całym ciele, gładkim smakowitym.

– Zakładać gumkę? – Słyszę pytanie, które nie brzmi przyjaźnie. Trochę mnie to zbija z tropu.

– Tak. – Mówię niezbyt głośno.

Mechanicznie ręce blondynki ubierają mojego zbója w robotnicze ubranko. Dociera do mnie, że ja poświęciłem sto procent uwagi jej walorom, a nie zauważyłem najważniejszego. Ona jest nieobecna, co więcej zdaje się w magiczny sposób sprawić, że też jestem nieobecny. Kiedy gumiak jest na mojej fujarze kładzie się bez słowa. Rozchyla lekko nogi, odwraca głowę i pilotem wyjętym spod poduszki pogłaśnia muzykę. Czyżbym aż tak był dla niej odpychający? Chcę wejść.

– Poczekaj. – Słyszę nieprzyjemny ton głosu. Nie wiem o co chodzi. Wstaje wyciąga spod łóżka czerwoną tubkę. Wyciska troszkę na trzy palce u pociera cipkę. W powietrzu rozchodzi się zapach truskawek. Wykorzystuję ten moment i zamiast wejść pochylam się i moje usta obrabiają jej cyce. Delikatnymi pocałunkami przesuwam się w dół. Brzuch: płaski i delikatny. Wydepilowane dokładnie łono, na którym zakreślam ósemki językiem. Jej ciało jest całym moim światem. Delektuje się jej łonem, a ręka pociera subtelną cipkę. Mieszkanka zapachów jej skóry, jej cipki i lubrykatu prowokuje myśl: „może ją wylizać”? Rozchylić palcami fałdy skóry i posmakować tej magicznej kompozycji smaku i zapachu. „Przecież to dziwka!!” Słyszę w głowie. Jest świetna, to prawda, ja jestem jeszcze na wczorajszych promilach, to też prawda. Rozpala mnie podniecenie, ale fakty są, jakie są. To dziwka, a dziwkom nie robi się minetek. Ten myślowy sprint wystarczył aby zrezygnować z oralnych planów. Podnoszę głowę, patrzę na nią. Nadal odwrócona głowa. Patrzy na plakat na drzwiach. „Chiałabyś, żeby posuwał się Michael Scofield” – myślę. Mało mnie to obchodzi. Wchodzę w nią i zaczynam powolne ruchy. Moje ręce błądzą po jej ciele. Żadnej reakcji. Cały seks, to sto procent czystej mechaniki. Niby o to chodzi w seksie za kasę, ale to już przesada. Zaczynam czuć rozdrażnienie. Nie wiem, czy jestem tak odrażający, że musi się wyłączyć, czy z automatu tak traktuje wszystkich klientów. Zaczynam posuwać coraz szybciej, a w głowie kiełkuje mi myśl z pogranicza sadyzmu i mściwości. Skoro nie potrafi w sobie wzbudzić żadnych emocji, to ja je wzbudzę. Jestem po pijaństwie, mój organizm jest osłabiony, a ruchy w blondynce dosyć intensywne. Zaczynam się pocić. Organizm wydala alkohol. Pieprzę ją klasycznie, jestem oparty na rękach. Kiedy pierwsza kropla potu odrywa się od torsu, opuszczam się na rękach i przywieram do ciała pode mną. Chcę, żeby była uklejona moim potem, chcę, żeby poczuła obrzydzenie, które odczytam na jej twarzy, jako jedną z emocji. Chcę ją zbrukać, skurwić za emocjonalną pustkę, z jaką mnie przyjęła. Być może jestem bydlakiem, skurwielem, ale w tej chwili czuję satysfakcję, że kwota za pół godziny daje mi możliwość upodlenia jej. Patrzę na jej twarz, jednak ma emocje. Usta stają się bardziej zaciśnięte, a oczu zwężają się. Nie widzę obrzydzenia, raczej zawziętość.

Pozycja klasyczna mnie nudzi. Bodźce z pocierania mojego penisa o ścianki jej pochwy nie są wystarczające od tego, abym miał orgazm. Może to wóda stępiła mi zmysły, a może otoczka zwana atmosferą odgrywa większą rolę w seksie, niż podejrzewałem. Na chwilę wychodzę, zakładam sobie jej nogi na ramiona i cykl ruchów zaczyna się od początku. Gówno to daje. Wciąż pozostaje sztywny, ale nie mogę się spuścić. Specyficzne uczucie: być podnieconym i jednocześnie znudzonym. Proszę, żeby się odwróciła, może gdy wejdę od tyłu, wyrwę się z odrętwienia? Łapię ją za biodra i miękko wchodzę. Nie wiem dlaczego jeszcze ją posuwam. Przestało mnie to kręcić. W każdej chwili mogę przestać. Ubrać się w wyjść. Jednak tego nie robię. Muszę się spuścić. Tak, jakby za moim orgazmem krył się jakiś cel. Jakiś nieodkryty element, który będzie pasował do całości. Kiedy ręce przesuwam z bioder na pośladki, dociera do mnie. Patrzę na wypięty tyłeczek i całe ciało rozpala mi jedna myśl: nigdy nie eksplorowałem kobiecego anusa (męskiego zresztą też nie, ani swojego, po prostu nie uprawiałem seksu analnego). Chcę jej wsadzić w dupę.

Szczuplutka blondynka (pierwszy anal)

 Nadszedł listopad. Dużo się zmieniło. Dziwnym zrządzeniem losu w lipcu spotkałem Emilię. Od słowa, do słowa i znów byliśmy razem. We wrześniu padła decyzja, że zamieszkamy razem. To wszystko wymagało pewnych zabiegów. Po pierwsze musiałem zerwać umowę najmu. Po drugie: Emilia musiała powiadomić rodziców i zacząć się pakować. No i najważniejsze: wspólne szukanie przyszłego gniazdka. Czasem się zastanawiałem – po chuj to wszystko? Ale zaraz szybko się ganiłem – przecież trzeba się wpasować. Tylko, że ja nigdy nie chciałem się wpasować. Zawsze miałem tylko jedno marzenie: mieć wszystko w dupie i iść swoją drogą. A właściwie, to nie chciałem iść swoją drogą – chciałem wytyczyć swój własny szlak. Niestety, stała się jedna z dwóch rzeczy albo los ze mnie zadrwił albo sam dałem dupy i nie podołałem wyzwaniu. Nie ważne. Płynę z prądem i tylko społeczność jest moją furtą, przez którą mogę uciec do innego świata. Przynajmniej do chwili szczytowania.

Znaleźliśmy mieszkanie (Emilia znalazła). Po remoncie, blisko centrum, częściowo umeblowane. Niedaleko ryneczek ze świeżymi warzywami. W porządku. Umówiliśmy się po pracy, żeby je obejrzeć.

Jesteśmy na miejscu. Nie daję nic po sobie poznać, ale znam to osiedle. Kiedyś tu bywałem. Kiedyś….

 * *

Listopad. Drugi rok ekonomii. Wczesne lata studenckie, to fajna sprawa. Nie ma rutyny, nie ma zblazowania. Wszystko jest nowe. Człowiek poznaje życie na każdej płaszczyźnie. Ja odbijam się niczym kulka w piłkarzykach. Między wydziałem, pijackimi burdami na stancji, dziwnej bliskości z Martą i uczuciem do Beaty. Jeśli dodamy towarzystwo moich współlokatorów, to otrzymujemy coś, co trudno zdefiniować.

Blondynkę znalazłem w anonsach. Były to czasy, kiedy jeszcze nie było Forum, nie było Strony. Nie znałem Społeczności. Tak to jest z tym światem. Człowiek zanurza się w nim powoli. Niczym dziecko, któremu zimna woda w jeziorze, dostarcza dyskomfortu. Niemiłe uczucie ogarniającego zimna, rośnie z sekundy, na sekundę. I jeśli zawierzylibyśmy tylko własnym odczuciom, to powinniśmy, czym prędzej uciekać na brzeg. Jednak nie. Obietnica zabawy i różnych figli w wodzie, każe nam przezwyciężyć strach i uczucie dyskomfortu. Właściwie, sami nie wiemy kiedy zimne krople wody przestają mieć znaczenie. A plusk wody, dostarcza niezliczone formy radości.

 W świecie płatnej zmysłowości jest podobnie. Zaczyna się od oficjalnych przybytków. Każdy wie, gdzie są agencje towarzyskie i burdele. Tam dowiadujesz się o mieszkaniówkach, gdzie zazwyczaj jest taniej i co ważne bardziej anonimowo. Na mieszkaniówkach z kolei…..z resztą nieważne. Ważne, że na mieszkaniówce dowiedziałem się gdzie szukać innych numerów. Dostałem mapę do ziemi obiecanej dla wszelkiej maści okurwieńców i degeneratów.

A wszystko zaczęło się od studenckiej imprezy. Kiedy otworzyłem oczy pierwszym uczuciem była suchość w gardle, smak gliny w ustach. W ogóle jakaś suchość. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem o porannym rżnięciu. Po prostu miałem ochotę wsadzić, a wyrwana kartka z notesu, gdzie miałem zapisane numery, stwarzała nieograniczone możliwości. Jedna z sieci komórkowych rozpoczynała ekspansje i jej numery zaczynały się od charakterystycznych cyfr. I to zdecydowało. Cyfry plus opis: szczupła blondynka z dużym biustem. Wystukałem numer. Usłyszałem głos, o którym nie dało się nic powiedzieć oprócz tego, że należy raczej do młodej kobiety. Okazało się, że przyjmuje dwa przystanki tramwajowe dalej. Ciekawostką jest to, że te panny zawsze używały określenia: „przyjmuję”. Bywały przypadki, że miejsce pracy, było też domem.

Zadziwiające. Rozpoczynające się za dwie godziny zajęcia nie były w stanie zmusić mnie do wstania, a dwie minuty rozmowy z dziwką, dały impuls do mycia zębów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zaczynam wypracowywać swój własny mechanizm, schemat na kaca. Jedni piją wodę z ogórków, inni maślankę, jeszcze inni jedzą banany. Ja w ramach kaca bzykam kurwy. Tak już mam. Testowałem, z tak zwanymi, normalnymi kobietami – to nie to. Czasem jeszcze bardziej głowa boli. Wyszedłem z klatki. Jesień. Wystarczająco ciepło na spacer i wystarczająco chłodno żebym przetrzeźwiał po ciężkiej nocy. Dwudziestominutowy spacer zakończył się na ulicy, której nazwę usłyszałem w telefonie. Kolejny telefon, wiem którego bloku mam szukać. Uwielbiam ten etap. Znacie zapewne ten moment znajomości z dziewczyną, kiedy idziecie do łóżka. Tę fascynującą chwilę. Skupiasz się na jej ciele. Za chwilę poznasz kształty ukryte pod ubraniem i zweryfikujesz swe wyobrażenia. Kiedy dochodzisz do bielizny, wiesz, że to ostatnia prosta, że za chwilę zanurzysz się w  najwspanialszej materii jaka kiedykolwiek istniała. W kobiecym ciele. Jest to chwila tak magiczna, że wielu opisywało ją od początku świata. Wielu później cytowało owe dzieła, a temat i tak nie stracił na aktualności.

Podobnie jest z dziwkami. Dostajesz pierwszy namiar: ulicę. Później numer bloku i mieszkania. Taki rodzaj dziwkarskiej gry wstępnej. Zawsze mam skojarzenia z zabawą w tropicieli, albo z odkrywaniem nowego (na pewno nie dziewiczego  haha) terytorium. Kiedyś usłyszałem argument przeciw pornografii:, „że nie ma co tego oglądać, bo wszyscy są tacy sami”. Wprawdzie nie miałem zbyt wielkiego doświadczenia, ale intuicyjnie wiedziałem, że to lipa. Nikt nie jest taki sam. To tak jakby zniechęcać do podróżowania, bo Ziemia wszędzie jest Ziemią. A co z dżunglami, co z pustyniami co z tajgą, Wielkim Kanionem, naszymi Tatrami etc etc.

I najważniejsze: co z samą przyjemnością podróżowania? Wędrówki po krainie kurew nigdy nie są sztampowe i nudne. A już na pewno nie na początku tej drogi. Jeszcze jedna rzecz. Mam taką małą teorię. Wiecie dlaczego faceci lubią dziewice?

Ne jest to spowodowane szukaniem czystości i niewinności, jak próbują nam wcisnąć ci przyzwoici i porządni ludzie. Niewinność umarła dawno temu. Wiecie dlaczego smoki wyginęły? Pozdychały z głodu, bo żywiły się dziewicami. A my? Dlaczego szukamy dziewic, bo mamy w sobie malutki pierwiastek dawnych facetów – wojowników, odkrywców. Postęp cywilizacyjny stępił w nas te zwierzęce instynkty, staliśmy się metro seksualni i nieco zniewieściali. To nie znaczy jednak, że utraciliśmy te pierwotne instynkty. One cały czas są w nas, zainstalowane przez naturę. I właśnie w stosunku do kobiet te instynkty się objawiają. Lubimy dziewice, lubimy napawać się świadomością, że jesteśmy pierwsi. Nie ma to nic wspólnego z uczuciem, z tak zwanym waniliowym seksem. Lubimy być pierwsi, lubimy odkrywać. Przez chwilę każdy jest jak Krzysztof Kolumb albo Vasco da Gama. A podróżować przez burdelowo. He, to jest tysiąc razy bardziej podniecające. Schodzisz to Tartaru, przekraczasz granicę. Rozpoczynasz swoje odkrycia tam, gdzie większość kończy.

Znalazłem blok. Zalewa mnie fala napięcia seksualnego. Ucisk w dołku. Już nie ma odwrotu. Kolejny telefon. Numer mieszkania. Przyciskam domofon. Słyszę mechanizm otwierający drzwi. Taka jest zasada. Nikt się nie odzywa. Drzwi się po prostu otwierają. Wchodzę po schodach. Mieszkanie jest na pierwszym piętrze. Pukam. Otwierają się drzwi. Wchodzę do trzypokojowego mieszkania. Drzwi pozamykane. Domyślam się, że każdy pokój ma swoją gospodynię. Moja jest niczego sobie. Ładna. Szczupła, naturalna blondynka. Stoi w sportowych szortach i krótkiej bluzeczce. Tyle zauważyłem w ciemnym przedpokoju. Zaprasza mnie do pokoju.

O pewnym Sylwestrze cz. 2

Uśmiechnąłem się i podszedłem do baru. Zaczęliśmy od życzeń noworocznych. Postawiono przede mną kieliszek szampana, na barze, w kubełkach, stały jeszcze trzy.

– Proszę, dziś na koszt firmy, szampanik. – Uśmiech barmanki, nie pozostawał złudzeń, urocza z niej była osóbka. Delikatnie wzniosłem kieliszek i upiłem troszkę. Zacząłem myśleć, ile pieniędzy mam przy sobie i czy za te pieniądze będę w stanie coś sobie zorganizować. Nie wiedzieć czemu, poczułem się tu dobrze, zapomniałem o akademiku i przyjaciołach. Zacząłem rozmowę z dziewczynami przy barze i dwoma kolesiami. Okazało się, że kolesie zaciągają po rusku i są, hmmm, przedsiębiorcami. Ja, nie czułem potrzeby okłamywania kogokolwiek. Poza imieniem, wyznałem, jak na spowiedzi, że jestem studentem i wyszedłem z imprezy w akademiku. Na to, jedna z dziewczyn z zainteresowaniem spojrzała na mnie. Zapytała z którego akademika wyparowałem. Okazało się, że to jej akademik. Zrobiło się coraz przyjemniej, w tym, nietypowym środowisku, czułem się jak ryba w wodzie, kolejne lampki szampana, rozweselały mój umysł. W końcu, zacząłem z zainteresowaniem oglądać dziewczyny przy barze. Dwie inne przewinęły się, gdzieś z boku. Ktoś wszedł, rozejrzał się i wyszedł, ktoś inny wyszedł, pożegnawszy się wcześniej. Czyli nie byłem jedynym ‘takim’ człowiekiem, inni też tu spędzali Sylwestra. Zapytałem barmanki, czy za kwotę, którą mam przy sobie, jest możliwość skorzystania, z której z dziewczyn.

– A to musisz dziewczyn pytać. – Jej odpowiedź, choć uprzejma miała w sobie nutkę profesjonalizmu. Zapewne byłem tam dosyć oryginalnym zjawiskiem, ale interes jest interesem i nic tego nie zmieni. Zapytałem dziewczyny siedzącej między mną, a dżentelmenem w kurtce. Grzecznie odpowiedziała, ze nie. Odpuściłem na chwil temat. Znów rozmawialiśmy miło przy barze. Moje pytanie chyba niepostrzeżenie rozeszło się po lokalu, bo nie minęło jakieś dziesięć minut i inna dziewczyna, ta, z tych, które wcześniej przemykały, podeszła do baru i powiedziała, że z taką kasę zaopiekuje się mną. Cóż więcej chcieć. Poszedłem za nią. Weszliśmy do pokoju. Dałem jej kasę, pytając, co za to dostanę. Nie odpowiedziała. Dostałem ręcznik i poszedłem do łazienki, której drzwi były w rogu pokoju.

Strumienie ciepłej wody, zdawały się przyspawać mnie do tego dziwnego stan. Pomyślałem o tym, żeby na króciutką chwilę przekręcić gałkę z zimną wodą. Jednak nie. Bałem się tego niemiłego uczucia, po drugie, zimna woda mogłaby wyrwać mnie z tego cudownego transu. Wróciłem do pokoju. Położyłem się nagi na łóżku. Diva, stała w bieliźnie, której kolor trudno było rozpoznać, bo cały pokój był skąpany w niebieskawej poświacie. Poszła do łazienki. Ja bezmyślnie leżałem. Doznałem tego momentu, kiedy jesteśmy dokładnie w tym czasie i w tym miejscu, nic ponad to się nie liczy. Kiedy wróciła diva, uklęknęła przy mnie na łóżku i zaczęła delikatnie, palcami muskać mnie po torsie i udach. Co ciekawe, wciąż była w bieliźnie. Zacząłem gładzić ją po pośladku i wsunąłem dwa palce pod jej koronkowe majteczki. Odsunęła się. Zaczęła głaskać mojego penisa. Ten, pod wpływem jej rąk, leniwie się podniósł.

– Weź do buzi. – Wciąż rozleniwiony, niemrawo wydałem polecenie, które jednak bardziej przypominało prośbę.

– Nie, misiu za mało kasy masz na lodzika.

Nic nie odpowiedziałem, wciąż leniwie gapiłem się w sufit, a dłonie divy, leniwie błądziły po moim ciele. Znudziły mnie te pasywne pieszczoty, chciałem czegoś więcej. Poprosiłem, żeby się przysunęła.

– Mogę cię masować w pozycji sześćdziesiąt dziewięć.

– Zdejmij majteczki i pochyl się tak żebym widział twoją dziurę w dupie. – Jej mina na chwilę przybrała wyraz złości, a może pewnego bólu.

– Nie! Nie jestem dziurą do oglądania.

– A mogę włożyć ci tylko palec? –Moje pytania były błagalne i głupie, ewidentnie drążek przejął kontrolę nad pilotem.

– Nie i nie rozbiorę się. Za te pieniądze masz tylko masaż w bieliźnie. – Słowa te wypowiadane były ostro, zniecierpliwienie mieszało się ze zdenerwowaniem. – Leż grzecznie, wymasuje ci członka. – Jej ton głosu uległ zmianie. Jednak byłem klientem. Sposób w jaki położyła nacisk na „cz” w wyrazie „członek”, rozbawił mnie nieco. Leżałem, nic już nie mówiąc. Jej dłonie zaczęły masować mojego członka.

– Zobaczysz, jak wymasuję ci członka. – Znowu zaakcentowała „cz”. Sekret jej masażu polegał na tym, że mnie brandzlowała. Powoli mnie brandzlowała, to był cały masaż członka. Nic nie mówiłem, po prostu leżałem. Nie wiem ile leżałem, z obrabianym fiutem. Minutę? Dziesięć minut? Nie wiem. Usłyszałem pukanie.

– No, misiu czas się skończył. – To mówiąc dwudziestokilkuletnia dziewczyna, zeszła z łóżka, zostawiając mnie na nim, ze stojącym drągiem.

Grzecznie ubrałem się i poszedłem do drzwi, przy drzwiach pożyczyliśmy sobie najlepszego w obecnym już roku. Diva, zniknęła w ciemnym korytarzu, ja poszedłem wprost przed siebie, do głównej sali. Dwóch łysych wciąż siedziało. Zapytałem dziewczynę, czy mogę napić się na drogę szampana.

– Jasne. – Podała mi kieliszek z figlującymi bąbelkami. Łysi się odwrócili. W moją stronę przesunięty został kieliszek czystej.

– Drug, napij się z nami. – Przed oczami miałem ich dłonie, uniesione, z kieliszkami, zachęcająco kołysząca się w nich  wódka, niemal hipnotyzowała. Podniosłem rękę, trzymającą kieliszek i wypiłem jednym haustem. Przepiłem szampanem. Nawiązała się między nami pewna nić porozumienia. Nić, która powstać mogła tylko w najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach. Staliśmy się kompanami od kieliszka. Przez chwilę, w mojej głowie przewinęła się pena wizualizacja. Przecież oni na pewno są szemranymi kolesiami, od szemranych interesów. Jestem na początku studiów, nikt nie gwarantuje mi, że osiągnę sukces. A przecież, to w takich sytuacjach, nawiązuje się kontakty, zaczyna się coś wielkiego. Wizja mnie, jako szemranego kolesia, może wręcz gangstera, owładnęła mną. Ale tylko na krótki czas. Zaraz przyszło pewne otrzeźwienie. Tak, odwiedziłem pewien świat, ale zawieranie szemranych znajomości w agencjach towarzyskich, było czymś „za dużo”, nawet na mnie.

Niemrawo mrok ustępował porannemu granatowi. Spokojnym krokiem szedłem. Bez celu, przed siebie. Miasto było puste. Sporadycznie widywałem pojedynczych niedobitków sylwestrowych szaleństw.  Było nad wyraz ciepło, to był jeden z pierwszych ciepłych Sylwestrów, później stało się to normą, ale wtedy, to też było nowe, jak niemal wszystko tej nocy.

Wróciłem do akademika. Był poranek nowego roku. Kiedy dotarłem na ósme piętro, po cichu odwiedziłem pokoje, gdzie spali znajomi. Wszyscy jeszcze smacznie chrapali. Dwie osoby zauważyły moją wizytę. Misza, który swoje zdziwienie ubrał w:

– Co kurwa? Nie śpisz już?

Drugą osobą była Judyta, która, wraz z Pzemem zajęła pokój jakiejś koleżanki z chemii.

– Co ty robisz ubrany? Która godzina?

Opuściłem pokój. Wyszedłem na korytarz. Podszedłem do okna, gdzie była prowizoryczna palarnia. Palarnią był słoik i porozrzucane wokół pety. Odpaliłem papierosa. Paliłem i przyglądałem się wszystkiemu za oknem i abstrakcyjnym figurom z petów. Wszystko zdało się jednakie. Wszystko to głupstwo – pomyślałem. Wydmuchując dym zrobiłem trzy kółka. Co właściwie się stało, o co w tym wszystkim chodzi? – Myśli turlały się w mojej głowie. Nagle poczułem głód. Nienasycenie, pustkę, przerażającą PUSTKĘ, KTÓRA, WRĘCZ WYŁA, ŻEBY JĄ ZAPEŁNIĆ.

Opuściłem akademik, był poranek. Zaczął się nowy rok. Wciąż niewielu ludzi było na ulicach, ale czuło się, że magiczny odór sylwestrowych wygibasów, osiadł, gdzieś z zaułkach miasta. Sięgnąłem do kieszeni, po telefon. Znowu byłem w transie. Wybierałem numer, za numerem. Potrzebowałem tego, nic nie mogło ukoić tego niegasnącego pragnienia. Jedna kraina, jedno słowo. Burdelowo. Pod wybieranymi numerami nikt się nie zgłaszał albo słychać było pocztę głosową No tak, to normalne – pomyślałem – nawet dziwki świętują. Nie zauważyłem, kiedy usłyszałem kobiecy głos. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. A jednak, bogini zmysłowości, patronka poszukiwaczy zaginionej szpary, czuwała nade mną. Kobiecy głos, powiedział, gdzie przyjmuje i czego mogę tam doznać. W końcu, nie ma uczuć, są tylko doznania.

Szedłem zaśmieconym chodnikiem. Plastykowe kubeczki, resztki petard i sztucznych ogni, butelki. Wszystko to, na szarych chodnikowych płytach zdawało się być pewnego rodzaju przygnębiającą dekoracją. Mętnym spojrzeniem omiotłem najbliższą okolicę. Jakaś para, kobieta w pogniecionym płaszczu i facet, z krawatem w ręku pakowali się do taksówki. Na przemian dziękowali kierowcy, że pracuje o tak nieludzkiej porze. Kilka metrów dalej, foliowa, jednorazowa reklamówka sunęła przy samym podłożu. Po kilku chwilach zawinęła się na rogu kiosku. Wszystko to zdawało się być uzupełnieniem pustki we mnie. Obserwacja otoczenia tak bardzo zajęła moje myśli, że nie zdążyłem załapać, że już jestem pod wskazanym adresem. Kolejne połączenie, dostałem numer mieszkania. Zmęczonym, powolnym krokiem wszedłem do klatki. Kiedy byłem już w mieszkaniu, ze zdziwieniem zobaczyłem Cyctkę. Uśmiechnąłem się sam do siebie – świat jednak jest mniejszy, niż sądzimy. A na pewno nasz mikrokosmos. Obok Cyctaki stała trzydziestokilkuletnia blondynka. Nie była powalająca piękna, nie była też brzydka. Określiłbym ją, jako w miarę ładną kobietę.

– Którą wybierasz? – Cycatka, rzeczowo zapytała.

– Poproszę panią, –  wskazałem blondynkę, jednocześnie posyłając Cycatce przepraszające spojrzenie.

Kiedy szliśmy do pokoju, zauważyłem butelkę po szampanie, stojącą na stole. Czyżby urządziły sobie Sylwestra tylko we dwie? Może.

Kiedy znaleźliśmy się sami. Przyjrzałem się nieco uważniej blondynce. Jej twarz nosiła ślady nałogowego palenia, ale nie straciła całej urody, raczej nieco jej oddała nałogowi. Nie był szczupła, miała dokładnie tyle tkanki tłuszczowej, ile przystoi mieć kobiecie w jej wieku. Miała na sobie czarną spódnicę, niesamowicie miękką i czarną bluzkę. Oboje usiedliśmy, a raczej znaleźliśmy się w pozycji półsiedzącej, półleżącej, zacząłem gładzić ręką jej udo. Nie wiedziałem, co jest milsze, jej skóra, czy materiał tej dziwnej spódnicy. Uśmiechnęła się, nic nie powiedziała. Zaczęła rozpinać guziki mojej koszuli. Nieco niecierpliwie przeniosłem rękę pod jej bluzkę. Odsunęła się, zdjęła bluzkę i czarny stanik. Miała średniej wielkości piersi, dziwnie do niej pasujące. Przyssałem się do nich łapczywie. Blond diva, dała mi chwilę, niczym dziecku, które zobaczyło nową zabawkę. W końcu zapytała:

– To co chcesz? Lodzik, seks?

– A może być wszystkiego po trochu? – Jej piersi obudziły we mnie chciwość kobiecego ciała.

– Jasne – popatrzyła z uśmiechem. – Połóż się i ściąg spodnie.

Nie minęła minuta, kiedy leżałem na plecach ze sterczącym prąciem. Blondynka, ułożyła się obok mnie, ujęła mojego druha w dłoń i włożyła sobie do ust, niczym marchew. Przyjemne ciepło jej ust rozleniwiało i pobudzało jednocześnie. Pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie, to trysnę w jej ustach i nici z eksploracji cipki. Umówieni byliśmy na jednorazową akcję.

– Czekaj, czekaj. – Delikatnie ująłem jej ramię i odsunąłem ją. – Rozbierz się, chcę zobaczyć cię nagą. – Mówiąc to zacząłem ściągać jej spódnicę. Moje dłonie napotkały na opór.

– Nie, daj spokój. – Jej głos był pełen prośby, ale wyczuwałem pewną stanowczość. – Mam na brzuchu okropną bliznę. Wstydzę się jej. Zostawię. To mówiąc podciągnęła spódniczkę na brzuch, i ściągnęła czarne majtki. Moje usta znowu znalazły się w okolicach jej piersi, język zaczął wirować wokół jej sutków. Jednocześnie moja ręka znalazła się na jej wargach. Miękkość jej cipki, sprawiła, że o mało nie trysnąłem. Wytrzymałem. Kilka chwil w tej konfiguracji i poprosiłem, żeby założyła condom. Wszedłem w nią delikatnie, miękko, zwyczajnie. Kilka minut zwyczajnego seksu. Doszedłem. W miłej atmosferze, opuściłem lokum, Cycatka z firmowym, figlarnym uśmiechem pomachała mi.

Styczniowe poranne powietrze, zdawało się unosić mnie. Moja pustka stała się na chwilę wypełniona. W połowie drogi do akademika, zobaczyłem Damiana, też, gdzieś przewinął się na imprezie.

– Co ty tu robisz, najlepszego na nowy rok, bo nie wiem, czy życzyliśmy sobie.

Podziękowałem, szedł po piwo, bo jak się okazało, wszyscy sylwestrowicze już wstali. Po wymianie kilku zdań, każdy poszedł przed siebie. W akademiku, wszyscy wstali, odbywało się wielkie smażenie jajecznicy, jajecznicy „na kaca”. Moje pojawienie się, wywołało niemałe poruszenie. Nawet nie wiedziałem, że jestem tak popularny.

– Gdzieś ty polazł, każdy się martwił o ciebie. No kurwa, po prostu zniknąłeś. – Judyta, była nad wyraz troskliwa.

– Jaka faza, co ty kwasa jakiegoś wziąłeś? – Przepity Aleks, patrzył z głupkowatym wyrazem twarzy.

– Co ty odpierdoliłeś? – Misza, jak zawsze nie przebierał w słowotwórstwie.

Pośmialiśmy się, upichciliśmy jajecznicę, zjedliśmy. Damian wrócił z piwami. Jeszcze kilka minut, moje towarzystwo poroztrząsało moje zniknięcie, później, zaczęliśmy sklejać, z oparów piwa, wspomnienia wczorajszej biby, następnie przyszedł czas na noworoczne postanowienia. Ja, patrzyłem na nich wszystkich i zastanawiałem się, w jaki sposób, wszyscy tak pijani, zauważyli, że opuściłem towarzystwo. Snuli różne przypuszczenia: naćpany wyprułem w miasto, usnąłem pijany, gdzieś na schodach w akademiku i wstydziłem się przyznać, spałem  u jakiejś brzydkiej panny. Nawet nie domyślali się prawdziwego przebiegu zdarzeń. Nie mogli wiedzieć.

  Nie myślałem, o tym, co zrobiłem. Nie myślałem o tej nocy. Jakby nic się nie stało. Nie miałem postanowień na obecny rok. Nie obiecałem sobie, że rzucę palenie, nie oszukiwałem się, że dopracuję na siłowni mięśnie brzucha, potocznie zwane kratą. Nic sobie nie obiecywałem. Jedno wiedziałem, mroki burdelowa, to coś, co z całą pewnością będzie mi towarzyszyć w tym roku i pewnie o wiele dłużej. Nie potrzebowałem postanowień, planów, czy czegokolwiek. Jakaś część, mnie, głęboko ukryta, wiedziała, że tak będzie, bo tak musi być.

****

Koniak przestał mi smakować. Kolejne łyki, zaczęły wywoływać torsje. Zacząłem go przepijać sokiem jabłkowym. Cóż za profanacja. Butelka, w której zostało mniej więcej jedna czwarta trunku, patrzyła na mnie smętnie. Popatrzyłem wokół. Ze ścian pustego pokoju, zaczęło wdzierać się we mnie poczucie przegranej. Uczucie, które od dłuższego czasu starałem się zamaskować, zignorować lub zamienić na inne, powróciło. Tak, przegrałem, przez złośliwość losu, a może na własne życzenie. To niech inni ocenią.

Zmusiłem się, żeby wypić jeszcze pół szklaneczki, szybko popiłem sokiem. Gdzieś w oddali słychać niedobitki domorosłych artylerzystów. Wstałem od stołu i podszedłem do okna. Zaraz zacznie świtać – pomyślałem. Zamglonymi oczami spojrzałem w szybę. Moje odbicie zmieszało się z panoramą za oknem. Jak mogłem tak bardzo przegrać? – Z tym pytaniem zwaliłem się na łóżko.