Jak to się wszystko zaczęło cz. III

To chodźmy. – Blondi zwróciła się do mnie i skierowała się w stronę sof. Okazało się, że za ścianą, która, tak jakby, przedzielała pomieszczenie na dwie strefy znajdują się schody na górę. Pokornie pokonywałem każdy stopień schodów. Na piętrze były dwa albo trzy pokoje. Weszliśmy do środkowego.

Możesz zdjąć ubranie. Na końcu korytarzu jest łazienka. Ręczniki są na fioletowej półce. Jak wrócisz, to ja pójdę. – Wyjaśniała wszystko miękkim głosem.

Zdjąłem kurtkę, bluzę i buty. W skarpetkach poczłapałem do łazienki. Łazienka wyłożona była dużymi płytkami w kolorach białym i czarnym. To połączenie kolorów wraz z dużą kabiną prysznicową sprawiało wrażenie ekskluzywnego wykończenia. Rozebrałem się i wszedłem do kabiny. Strumień ciepłej wody był przytulny, dodawał otuchy. Kiedy spłukałem resztki żelu spojrzałem na fioletową półkę, kilka ręczników ułożonych w kostkach, jeden na drugim. Sięgnąłem po pierwszy, ale cofnąłem rękę. Wziąłem czwarty od góry. Uznałem, że będzie mniej zmacany. Popatrzyłem na odbicie w lustrze, ja tu pasowałem, pasowałem do tej scenerii. Niczym fragment układanki, który przeznaczenie wstawiło we właściwe miejsce.  Poczłapałem z powrotem do pokoju, zostawiając ślady wody na korytarzu.

– Usiądź sobie i poczekaj, ja zaraz wrócę.

– Ok.

Kiedy zostałem sam, rozejrzałem się po pokoju. Stolik, dwa fotele i duże, wysokie łóżko, lustro na ścianie zdawało się być uzupełnieniem pokoju płatnych uciech. Pokój pomalowany był na kolor ciemnoczerwony, co dawało nieco agresywny wydźwięk. Tak właśnie wyobrażałem sobie pokój w przyzwoitej agenturze. Owinięty ręcznikiem siedziałem na łóżku, emocje przepływały przeze mnie falami.  Stan oczekiwania podniecał mnie, ale przede wszystkim dominowało we mnie zaciekawienie. Zaciekawienie eliminowało strach, czy obawy. Coś we mnie mówiło mi, że jestem tu, gdzie i tak bym trafił. Jestem tu, gdzie jestem, bo tak po prostu musi być. Nie można uciec od przeznaczenia, a moim był właśnie ten pokój. To doświadczenie nasycało każdą molekułę mojego ciała.

Jednocześnie tak, jakby wszystko to odbywało się poza mną. Wróciła blondynka, owinięta w jasny ręcznik.

– Zaraz zrobię odpowiednią atmosferę.

Podszedłem do niej. Ręcznik sięgał do połowy opalonych smukłych, ale jednocześnie umięśnionych i opalonych ud.  Opuszki moich palców zaczęły chaotyczny taniec po jej skórze, powoli wsuwałem rękę pod ręcznik. Skóra jej ud podziałała jak reklamowane teraz wszędzie środki na potencję, byłem gotowy natychmiast.

– Ej, ej, jeszcze nie. Siadaj sobie.  – Jej głos był nadal miękki i przyjazny, jednak pojawiła się w nim nutka apodyktyczności. Wyłączyła światło i pstryknęła przełącznik przy łóżku. Zapaliły się niebieskie lampki zamontowane przy łóżku i nad stolikiem, który stał pod ścianą. Faktycznie klimat był  niczym na planie Playboy Club. Blondi przykucnęła przy odtwarzaczu z małymi kolumienkami, który leżał na podłodze. Kiedy znajdowała się w tej pozycji ręcznik podwinął się ukazując większość jej uda. Patrzyłem jak zahipnotyzowany, ponownie podszedłem i zacząłem gładzić jej udo. Byłem złakniony jej ciała.

– Wiesz, jak wymienić tu baterie? To masz, wymień. –  Nie czekała na moją odpowiedź, tylko wręczyła mi dwa paluszki. Ewidentnie wiedziała jak zająć moje ręce. Przemknęło mi przez głowę, że być może dałem się oskubać, bo dałem już kasę, a akcji żadnej nie było. Jeśli tak miało być rzeczywiście, to faktycznie byłaby to jedna z bardziej kosztownych lekcji. Wymieniłem baterie. Nie bardzo wiedziałem co dalej dlatego ograniczyłem się do krótkiego „już”.

– Ok dzięki, to usiądź sobie.

Posłusznie usiadłem na łóżku. Blondynka podeszła do odtwarzacza i wcisnęła ”play”. Z dwóch kolumienek zaczęły rozbrzmiewać jakieś dancowe przeróbki. Ściągnęła ręcznik i rzuciła go na fotel. Była w samej bieliźnie. Nie jakieś przesadnie skąpej, ani wyzywającej, ale gustownej, zalotnej. Odwróciła się do ściany, stanęła w lekkim rozkroku opierając się o ścianę. Kiedy popatrzyłem na jej pośladki, miedzy którymi znikał sznurek stringów, zapadłem w trans. Tymczasem moja gospodyni w rytm muzyki przykucnęła, rozkosznie wypinając tyłek. Patrzyłem jak urzeczony. Jej wijące się ruchy spowodowały, że praktycznie krew z całego układu znalazła się w jednym miejscu. Odwróciła się, jej dłonie zaczęły błądzić po jej ciele, co w połączeniu z jej ruchami jeszcze bardziej mnie nakręcało. Jej spojrzenie stało się inne, nieco bardziej wulgarne, nienaturalne. Jakby założyła maskę. Nie przestając się dotykać, zdjęła stanik. Dobrze mieć rację. Jej cycki były anatomicznym kunsztem. Nie za duże, nie za bardzo sterczące, w sam raz. Ekstra. Powoli podeszła do mnie i zaczęła tańczyć niecały centymetr od moich kolan. Widząc moje zbliżające się ręce, delikatnie dała mi po łapach. Obróciła się tyłem. Widząc jej wirującą dupcię, nie mogłem się powstrzymać i zanurkowałem miedzy jej pośladkami. Odwróciła się i pogroziła palcem.

Jeszcze nie.

Jej palec pozostał  jeszcze kilka chwil w powietrzu, nie wiem ile konkretnie. Nie zauważyłem też, kiedy zsunął mi się ręcznik, którym byłem owinięty. Uzmysłowiła mi to diva, która co jakiś czas, niby niechcący,  trącała sterczący korzeń.

– Wstań. – Zaciekawiony co będzie dalej, podniosłem się z łóżka. Zamieniliśmy się miejscami. Teraz ja stałem, a ona siedziała. Sięgnęła pod poduszkę, jej ręka powróciła z małym kwadratowym sreberkiem. Niespiesznie rozerwała opakowanie i wyciągnęła prezerwatywę. Spokojnie nakładała na mój nabrzmiały organ. Fiut powoli zniknął w jej ustach, jej głowa wykonywała minimalne ruchy, ale usta sprawiły, że musiałem stawić czoło (no może niekoniecznie czoło) nowej fali doznań. Przestała.

– Chcesz mnie zerżnąć, czy… – Ta..k. – chciałem odpowiedzieć – czy chcesz się ze mną kochać – dokończyła pytanie.

– Kochać – odpowiedziałem. – Zalotnie podniosła brwi – zerżnąć – poprawiłem się. Zaśmiała się. Zorientowałem się, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, nie w tym miejscu, nie w tym czasie. Przysunęła się na brzeg łóżka, uniosła nogi i ściągnęła majtki. Chciałem rzucić się na jej cipkę, chciałem ją pożreć. – My my – pokręciła przecząco głową. Uniosła nogi i wyprostowała je tak, że tworzyły literę V. Wszedłem w nią. Moje ruchy, początkowo chaotyczne, z czasem stały się miarowe niczym krok janczarów. Było po prostu nieziemsko. Oddech blondynki stawał się głębszy, głośniejszy. Posuwałem szybko i sprężyście, byłem w amoku. Zatrzymałem się na chwilę. Dziewoja sprawnie wysunęła mojego fiuta z siebie i odwróciła się na brzuch. Teraz od pasa w górę leżała na łóżku, a jej nagi swobodnie opadały na podłogę. Wszedłem w nią od tyłu. Teraz zacząłem spokojnie, ale każda minuta naszego stosunku pchała mnie w stronę chaosu. Moje ruchy coraz szybsze, coraz bardziej chaotyczne, pełne pasji. Oddech blondyny początkowo głęboki, stawał się krótszy, urwany,  w końcu zamienił się w pojękiwanie. Przez moment nasz akt tak nas pochłonął, że odeszło w zapomnienie gdzie jesteśmy, że każde z nas ma swoją rolę do odegrania. Liczyło się tylko, co było w chwili obecnej – ładunek doznań, który nieuchronnie musiał wybuchnąć. Nasze wyprostowane ręce złączyły się, uścisnąłem jej dłoń, oddała uścisk. Jej biodra zdawały się odpowiadać moim pchnięcium. Fala ekstazy nadciągała i nic nie mogło jej powstrzymać. Doszliśmy razem w akompaniamencie naszych urwanych krzyków. Poczułem jej skurcze na swoim…. Kiedy wstrząsnął nami ostatni dreszcz. Przywarliśmy do siebie. Pocałowałem ją w miejsce, gdzie szyja przechodzi w ramiona. Powoli uniosłem się i z niej wyszedłem. Spojrzałem na mojego najwierniejszego przyjaciela i nie wiedziałem co powiedzieć. Z mojego fiuta zwisał strzęp lateksu. Condom pękł. Diva odwróciła się i zobaczyłem przerażenie na jej twarzy. Usiadła okrakiem i zobaczyłem resztki mojego nasienia wypływającego z jej pochwy.

– O Jezu, o nie. – Jej głos zaczął się łamać. Zaczęła pochlipywać.

Jak to się stało? – Mój głos, może się nie łamał, ale sam słyszałem w nim panikę. Pierwszy raz w życiu pękła mi prezerwatywa i to jeszcze w takiej sytuacji. Owładnęły mną tysiące czarnych scenariuszy. Nie wiedziałem co zrobić. Chciałem stąd jak najszybciej uciec.

– Fuck, lałeś we nie i nie czułeś? – Wyrzut w głosie dziwki, dolał oliwy do ognia.

I co teraz? Czy za to jest jakaś dopłata? – Nie wiem skąd przyszło mi do głowy tak kretyńskie pytanie. Szybko się ubrałem i zacząłem nerwowo chodzić po pokoju, zerknąłem na okno, którego do tej pory nie zauważyłem. Nie jest wysoko, w razie czego… – pomyślałem.

– Co? Nie. Ale..Boże!? Nie jesteś na nic chory?

Nie.

Na chwile zapadło milczenie. Oboje dokończyliśmy ubieranie.

– Czy z powodu tego wypadku będziesz miała jakieś nieprzyjemności? – Nie wiedziałem co powiedzieć, było mi jej szkoda, choć siebie było mi szkoda bardziej. Nieciekawa sytuacja.

– Nie, mamy okresowe badania, jeśli którejś wyjdzie coś nie tak, to musi odejść. Jeśli pojawiłaby się ciąża, dostajesz adres lekarza i tyle. Na pewno nic nie masz?

Na pewno.

Okazało się, że to jej pierwszy tydzień w pracy. To tłumaczyło dlaczego jej zachowanie sprawiało wrażenie nakładania maski. Wymiana kilku zdań, otworzyło się między nami pewne okno porozumienia, zaczęliśmy rozmowę. Jedyną w swoim rodzaju. Coś więcej niż rozmowa przyjacielska, coś więcej niż wizyta u terapeuty, czy spowiedź. Ktoś, kiedyś powiedział, że to u dziwki mają miejsce najbardziej szczere i terapeutyczne rozmowy, to prawda. Opowiedziała mi o sobie, jak trafiła tu za pośrednictwem koleżanki, że jej się jak na razie podoba, że rzuciła policealną szkołę farmaceutyczną. Ja opowiedziałem jej o tym, że zaczynam studia, że jestem zakochany w koleżance z liceum i w związku z tym jestem nieco bezradny. Dziwne, ale była pierwszą i jedyną osobą, której przyznałem się do mojej bezradności uczuciowej, przyznałem się do tego, że tak w głębi serca boję się, tego, że zostanę odtrącany. Na rozmowie minął czas, jaki nam pozostał. Jej diagnoza była wygłoszona ciepłym przyjacielskim głosem, ale nie brzmiała dla mnie pocieszająco. Udzieliła mi wtedy lekcji, prawdziwej i przydatnej, choć wtedy ją zanegowałem.

Jeśli dziewczyna nic do ciebie nie czuje, to nie będziecie razem i nic na to nie poradzisz. Musisz się z tym pogodzić. – Jej spojrzenie było koleżeńskie, nie było w niej nic z profesjonalnej kochanki. Powiedziała to tak po prostu, ot koleżeńska rada.

Przyznałem się jej, że tak naprawdę nie wiem co tutaj robię. Dla mojej rozmówczyni sytuacja była prosta, moje zafascynowanie burdelowem, było moją pokrętną drogą na znalezienie miłości.

Dopiero zaczynasz życie, jesteś sam.  Teraz jesteś zakochany w tej dziewczynie z liceum, ale zobaczysz, poznasz inną, w której się zakochasz równie mocno i wtedy nie będziesz chciał odwiedzać agencji.

Nie wiem ile rozmawialiśmy, dziesięć, może piętnaście minut. Stukanie do drzwi było sygnałem, że już czas.

Oboje wstaliśmy, coś się zmieniło. Popatrzyliśmy sobie w oczy. Zbliżyła się do mnie pocałowała mnie w policzek.

Było mi z tobą dobrze. Pa.

Cześć.

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, musiałem ochłonąć. Do mieszkania miałem spory kawałek, ale nie brałem taksówki. Nie przerażała mnie już nieciekawa okolica ani długa droga do mieszkania.  To był jeden magicznych  momentów w życiu, gdy nic nie może się stać. Otaczała mnie niewidzialna aura niczym bańka mydlana, która chroni. Dotarłem do mieszkania sporo po północy.

Dopierdolą ci na mieście i tak rozpoczniesz studiowanie. – Misza okazał mi swoją troskę.

Za jakieś dwa tygodnie spotkałem chłopaków.

I jak byłeś w tym burdelu? – To pytanie było pierwsze.

Byłem – odparłem tak po prostu

Taa, byłeś – drwiąca mina Lukiego nie zrobiła na mnie wrażenia. – Wziął numer, żeby przyszpanować, jakie ma kontakty w mieście.

Nic nie odpowiedziałem, uśmiechnąłem się tylko. Wiedziałem, że jesteśmy z różnych planet i nic tego nie zmieni.

Co do licealnej miłości, miała rację…

Kolejna odsłona początku cz. 2

Minął pierwszy dzień. Zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego. Dopiero od następnego dnia rozpocząłem nowy etap w życiu. Nowi ludzie, nowy budynek, wszystko nowe. Nie wiem dlaczego, ale dziwnie nie przypasowali mi moi nowi znajomi. Jakoś tak po prostu, byłem na „nie”. Nie nawiązaliśmy kontaktu. Pierwsze zajęcia, również mnie odstraszyły. Jak się okazało, z największą „zgagą” na wydziale. Teraz mnie to bawi, ba, mam nawet duży sentyment do tamtych czasów. Wtedy jednak rzeczywistość, która mnie otaczała, zdawała się być nieprzyjazna. Czułem się dziwnie obcy. Życie poza wydziałem też nie miało jakoś kolorowych odcieni. Mieszkanie z obcymi ludźmi, wszystko nowe i nie takie, jakie miało być. W wyobraźni to wszystko miało być inne, bardziej kolorowe, lepsze. Tak, jak w amerykańskich komediach, nie było. – A miało być tak pięknie. – z ironiczną goryczą podśpiewywałem w trakcie porannego prysznica. Elementem, który w jakiś sposób osładzał mi ten gorzki czas były rozmowy telefoniczne z B. która również zaczynała studiować na drugim końcu kraju.   Tkwiła we mnie licealna, nieudolna „miłość” do koleżanki, która nigdy nie dała mi najmniejszego sygnału, że „coś” może między nami być. Tak minęły dwa pierwsze tygodnie. Ekscytacja studiami niepostrzeżenie zamieniła się w rozczarowanie. Utwierdziłem się, że nasze rodzime warunki studiowania to nie komedia „Wieczny student”. Nikt nie porusza się po kampusach golfowymi wózkami, nie ma imprez  gdzie fitneski paradują w bikini. Jest za to polska złota (i chłodna) jesień.

Zobowiązany jestem w tym momencie nadmienić, że z czasem wszystko ruszyło naprzód. Pojawiły się dziewczyny, imprezy i najpiękniejsze lata w moim życiu.  Początek nie był jednak wesoły.

Nie mogąc odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości chodziłem po mieście. Wieczorne długie spacery miały, można powiedzieć, terapeutyczne działanie. Chodziłem spokojnie, bez pośpiechu. Odwiedzałem centra handlowe, sklepy, knajpki i wszystko, co mijałem po drodze. W natłoku nowych doświadczeń, nowej rzeczywistości, zapomniałem nawet o zakazanej krainie, którą niedawno odkryłem. Nie, nie zapomniałem –  bardziej trafnym sformułowaniem będzie: zepchnąłem burdelowo gdzieś, nieco dalej, w dalsze obszary świadomości. Ale, ile można trzymać część własnej osobowości, gdzieś w niezdefiniowanej oddali.

Zadzwoniłem do Młodego. Poprosiłem o numer do „tego miejsca”. Z tego, co pamiętałem, miał taki numer, chociaż nigdy nie miał zamiaru skorzystać.

– Ale..? Do, do burdelu chcesz numer? – Był uroczo zaskoczony. Jego przyciszony głos zdradzał mieszankę zakłopotania i niedowierzania.

– No tak. – Odpowiedziałem spokojnie.

Dał numer. To był pierwszy raz kiedy w moim telefonie pojawił się taki gorący numer. Numer do miejsca, gdzie pieniądze można wymienić na dowolną dawkę przyjemności. Gdybym się zastanowił, potrafiłbym określić ile modeli telefonów od tamtej pory zmieniłem. Ale nawet gdybym zaczął medytować, nie potrafiłbym określić ile takich gorących numerów przewinęło się przez moje telefony. Z pewnością dużo, ale ten pierwszy zawsze będzie obecny w moich wspomnieniach. Według Młodego agencja znajdowała się nieco w bok od centrum, na spokojnej, ale nieco zaniedbanej i  podejrzanej uliczce. Nacisnąłem zieloną słuchawkę i czekałem na połączenie. Po kilkunastu sekundach usłyszałem przyjemny, kobiecy głos. Usłyszałem wszystko, co chciałem wiedzieć. W jakiś dziwny sposób mimo, że to była pierwsza taka rozmowa w moim życiu wiedziałem o co pytać, zupełnie jakbym rozmawiał ze starą znajomą. Serio, tak jakbym od zawsze to w sobie miał. Podziękowałem  za informację i zakończyłem połączenie. Nie wiedziałem co zrobić. Kwota, którą usłyszałem była ponad pięćdziesiąt procent wyższa od kwot, które płaciłem wcześniej. Co prawda, jako biedny student, byłem zasilany przelewami od rodziców, którzy ostatnią koszulę oddaliby  byle tylko ich latorośl wyszła na ludzi. Wahałem się co zrobić. Jesień zapanowała nad miastem w zupełności. Chłód i wiatr  szybko zmieniły popołudnie w wieczór.  Ta sceneria pomogła mi podjąć decyzję o powrocie do mieszkania.

W mieszkaniu przekąsiłem kabanosa, zamieniłem kilka słów z Miszą (wtedy docieraliśmy się, toteż zbyt wielu słów nie wymienialiśmy). Czułem chęć zrobienia czegoś, taki dziwny rodzaj motywującego niepokoju. Chęć ruszenia do przodu. Nie do końca wiedziałem czego chcę. Ubrałem kurtkę i wyszedłem, było kilka minut przed dwudziestą drugą. W osiedlowym bankomacie wypłaciłem kilka stuzłotowych banknotów. Ruszyłem dalej przed siebie. Kilkadziesiąt metrów dalej był postój taksówek. Zapytałem czy da radę podjechać na wspomnianą przez Młodego uliczkę. Żaden problem, tak jak myślałem. Po niecałej minucie siedziałem w Lanosie i podziwiałem panoramę miasta zza szyby samochodu. Częściowo znałem miasto, jednak tej części nigdy nie odwiedziłem.

– Czegoś konkretnego pan szuka? Jakiś dokładny adres?

– Nie znam dokładnego adresu. Znajomi mają tu mieszkanie, mają po mnie wyjść.

Uwierzył? Nie wiem, ale jakie to miało znaczenie. Co jego albo mnie to obchodzi.

– No to tutaj. Jesteśmy.

Uregulowałem rachunek. Wysiadłem na niezbyt dobrze oświetlonej uliczce. Taksówka nawróciła i pojechała dalej. Zrobiło się jakby chłodniej. Nieco zasyfiona, słabo oświetlona uliczka, bo z pewnością nie ulica, mogła z całą pewnością posłużyć za tło powieści Conan Doyle`a. Niepewnie rozejrzałem się po okolicy. Co ja tu robię? Po co ja tu przyjechałem? Nawiedziły mnie wątpliwości. Wiedziałem, a raczej czułem, że nie mogę zrobić kroku wstecz. Mogę iść tylko do przodu.

Co by było, gdybym wtedy zawrócił? Czy ten wieczór zatarłby się w mojej pamięci? Gdyby tak było, to kim bym był teraz? Kolejne pytanie, z kim bym był teraz? Z Maskotką? Anią, Martą, Magdą? Czy tak wyglądałby ten scenariusz?  Oklepany i powszedni. No właśnie.  Ja nigdy nie chciałem iść szlakiem wszystkich. Swojej drogi chciałem szukać sam, nawet jeśli miałaby wieść przez niezmierzone i mroczne krainy . Coś we mnie mówiło mi, że ta zapyziała uliczka jest mi w jakiś sposób bliższa niż cały zewnętrzny świat, jest czymś w rodzaju etapu, który przeznaczenie przygotowało na długo przed tym, zanim w ogóle pomyślałem o pobycie w tym mieście. Baśniowy bohater zawsze znajduje się w takim czasie i miejscu, które zdaje się być złowrogie i nieprzyjazne, a wszystko to po to, żeby na końcu bajki być w zamku, ze złotem i w towarzystwie księżniczki. Podobnie postrzegałem siebie. Stałem w tym miejscu, bo gdzie niby miałem stać?  Tak było, bo tak miało być. Uniosłem głowę i spojrzałem przed siebie. Przestałem czuć chłód, poczułem ciepło niczym po wypiciu kielicha. Na kamienicy przede mną umocowany był prostokątny, duży  neon, witały mnie białe litery na czerwonym tle: „night club”.

Neon zdawał się zapraszać. Kontury liter na czerwonym tle były obietnicą, były pokusą. Za nimi kryło się to wszystko, o czym przyzwoici ludzie mówili półgębkiem, a co mnie fascynowało od niepamiętnych czasów. Zrobiłem kilka kroków do przodu, przeszedłem na drugą stronę ulicy. Stałem pod neonem. Przede mną stała kamienica, dwupiętrowa, w socrealistycznym stylu. Drewniane drzwi, z niewielką szybką w kształcie wąskiego prostokąta sprawiały wrażenie masywnych. Mały, biały przycisk umiejscowiony po prawej stronie, na wysokości wzroku, był jedynym sposobem na dostanie się do środka. A więc wszystkie burdele z zewnątrz wyglądają podobnie – pomyślałem. Wszystko w dziwny sposób przypominało moją pierwszą wizytę w tej krainie. Nacisnąłem przycisk. Drzwi otworzyły się, a ja ujrzałem uśmiech ciemnowłosej kobiety.

– Dobry wieczór. – Starałem się nadać swojemu głosowi, a także wyrazowi twarzy wyraz pewnego znużenia i pewnej rutyny, abym mógł wyglądać na bywalca. Nie wiem, z jakim skutkiem, ale pewnie mizernym.

– Dobry wieczór. Zapraszam. – Uśmiech kobiety pozostawał niezmiennie profesjonalnie miły.

Wszedłem do środka. To, co ujrzałem, nie przypominało burdelu jaki znałem.  Od razu dało się zauważyć, że ten lokal znajduje się co najmniej oczko wyżej w hierarchii. Niedaleko drzwi były dwa schodki w dół. Po prawej znajdował się bar,  za którym stała kobieta w wieku trudnym do określenia. Przy barze siedziały trzy dziewczyny i jeden zwalisty, łysogłowy misio, któremu biceps rozciągał, rękaw koszulki. Reszta pomieszczenia wypełniona była stolikami i sofami. W centralnym punkcie, na podeście,  zainstalowana była błyszcząca rura. Całość skąpana w niebieskiej poświacie, wszystko jakby lekko przydymione chociaż nigdzie nie widać dymu. Gustowny lokal. Robiłem szybki rekonesans czując na sobie spojrzenia. Ich lekko uśmiechnięte miny nieco odebrały mi i tak nadwątloną pewność siebie. Wtedy nie bardzo rozumiałem. Dopiero z czasem zrozumiałem, że byłem wtedy dwudziestoletnim szczylem, którego fizjonomia z pewnością nie wskazywała na to, bym był bywalcem takich miejsc, co dla ludzi będących częścią tej krainy było komicznym elementem.

Doświadczenie, choć niewielkie, nauczyło mnie, że najlepiej przejść od razu do sedna, bez zbędnych rozmów i kurtuazji, bo akurat w takich miejscach kurtuazja kosztuje. Z trzech kobiet przy barze, moją uwagę przykuła blondynka. Wysoka, ładna, w sukience, która w tym oświetleniu sprawiała wrażenie turkusowej. Wszystko to: moje spostrzeżenia, przemyślenia, rekonesans, trwały niecałą minutę, czas, który poświęciłem na pokonanie dwóch stopni i dojście do baru. Bardzo chciałem pokazać, jak bardzo obyty jestem w takich miejscach, (a nie za bardzo mi to wychodziło). Podszedłem do blondynki.

– Można panią prosić? – Nie wiem, czy istnieje bardziej głupi tekst, ale nic mądrzejszego nie miałem pod ręką. Blondynka z lekkim uśmiechem patrzyła na mnie.

– Mnie? – Spytała wciąż się uśmiechając. Jej koleżanki były bardziej rozbawione. Pani za barem, wydawała się najbardziej rozbawiona. – Ale pan szybki i zdecydowany – mówiła to, a jej twarz wyrażała szczery ubaw i odrobinę kpiny. – Idź. Uregulowałem należność, z góry. Blondynka wstała z barowego stołka. Okazało się, że jest odrobinę wyższa ode mnie. Jeszcze raz rzuciłem na nią okiem. Tak, zdecydowanie wybór był przedni. Wysoka, z ładną twarzą, częściowo zakryte sukienką ładne, długie nogi. Spojrzałem na dekolt, zarysowania kształtów na tkaninie, zdawały się obiecać, że niedługo moim oczom ukażą się ładne, spore piersi.