Nie zawsze jest kolorowo (z pamiętnika dziwkarza)

Mariki, Leny, Jole, Wiki, Anastazje, Oliwki. Spotkałem ich wiele. Zawsze te same imiona, zawsze ten sam wyraz twarzy. Znaczna część moich przygód sprawiła mi frajdę. Zobojętnienie, a w końcu swego rodzaju niechęć przyszły dużo później.

Od samego początku bywały też przygody, które pozostawiały niesmak lub poczucie oszukania. Lekkie zdenerwowanie, później recenzja do Szwagrów. Ehhh, takie to były dobre złego początki.

Miała na imię Lena. Jej burdelowe alter-ego. Szczupła, atrakcyjna blondynka. Zadbana, wydepilowana. Niewielkie cycki. Jej pewność siebie pozostała dla mnie tajemnicą. Nie rozgryzłem, czy faktycznie ma tak duże mniemanie o sobie, czy dobrze udaje.

A wszystko zaczęło się od flirtu z Gosią. Gosia była średnio atrakcyjną dziewczyną z akademickiego duszpasterstwa. Na ekonomii szukała drogi do dobrze płatnej pracy, która byłaby w zgodzie z Dekalogiem. Swoją postawą wywoływała śmiech albo irytację. Lubiłem ją i szanowałem właśnie za to, że była niezłomna. Nasza znajomość była nieco dziwnym towarzyskim tworem, który nazwałem flirtem koleżeńskim. Nigdy nie poczyniliśmy żadnych kroków do tego aby coś się wykluło, ale okazje typu pożegnania, życzenia, powitania załatwialiśmy pocałunkiem w usta. Intuicyjnie czułem, że gdybym wykazał nieco inicjatywy zostalibyśmy parą. Nie chciałem tego. Była w niej pewna cząstka przyzwoitości, jakiś pierwiastek który zdawał się promieniować. Coś niezidentyfikowanego, co pokazywało wszystkim wokół, że Gośka jest ze szlachetniejszego kruszcu. Kolejny problem z Gośką, podobnie jak z jej koleżankami, był taki, że wszystkie one były cholernie apodyktyczne.

Dał się zauważyć pewien mechanizm. Dziewczyny, młode kobiety, które wychowały się w tradycji chrześcijańskiej  z naciskiem na aktywność w różnych przykościelnych organizacjach są irytująco nieustępliwe. Najprawdopodobniej bierze się to stad, że przez całe życie słyszały, jakimi są grzecznymi dziewczynkami i jak bardzo postępują właściwie. To wytworzyło w ich głowach pewną iluzję. Obraz po tytułem „Idylla”. Taka kobieta, w późnej młodości, czy też u progu dorosłości ma wszystko poukładane. Wie jak zachowywała się mama (to na przyszłość), wie jaki jest tato, to na teraz, aby szukać męża według szablonu. I najważniejsze –  wie jak ma się sama zachowywać, tj. jak do tej pory, bo zawsze była za to chwalona. Tak chce Siła Wyższa. Koniec i kropka. Nie ma pola do dyskusji, jak wyznała mi jedna takich dziewcząt: wie, że postępuje właściwie. Po prostu wie.

Nieco inaczej jest z dziewczynami, które nie są tak krystaliczne i pewne grzeszki, mniejsze lub całkiem duże, mają na sumieniu. Przede wszystkim są bardziej życiowe. Niekoniecznie postępują właściwie, ale postępują tak, żeby było dobrze.

Mimo takiej postawy nie unikałem Gośki lubiłem wypić w jej towarzystwie herbatę z goździkami. Niespodziewanie na zajęciach ogłosiła, że jest post i należy iść wieczorem do kościoła. Jak można było się domyśleć, spotkała się ze ścianą śmiechu. Uznałem, że nie mam nic do roboty i mogę godzinę wieczorem poświęcić na wizytę w kościele. Nigdy nie byłem ultra katolikiem, ale drażnił mnie też prymitywny antyklerykalizm. Oczywiście poszedłem. Punktualnie o osiemnastej byłem na mszy. Spojrzałem przed siebie, kilka rzędów dalej, z przodu, siedziała Gośka. Obejrzała się i wymieniliśmy zdawkowe uśmiechy. Pewnie była zadowolona, że przyprowadziła owieczkę. Nie wiedziała tylko jednego. To był czas mojej szczytowej aktywności w burdelowie. Byłem na bieżąco. Dorabiałem jako początkujący finansista i moje zarobki w połączeniu z finansową kroplówką rodziców pozwalały na dosyć wygodne życie. Duża część tych pieniędzy została wessana przez burdelowo. Miałem przeskanowane całe miasto. Dzielnice, ulice, wszystko. Gdziekolwiek szedłem, jechałem, cokolwiek robiłem, zaczynałem od Strony i Forum. Seks miałem w zasięgu ręki. Zawsze. Była w tym niesamowita moc. Moc, niemal natychmiastowej realizacji każdej zachcianki. I tym razem tak było. Dosłownie kilkanaście metrów dalej była ona.

Szczuplutka blondyneczka (pierwszy anal) cz. III

Na chwilę się zatrzymuję. Głaszczę ją po dolnej części pleców, chociaż wolałaby pewnie, żebym tego nie robił.

– Robisz anal? – Pytam.

– Dopłata pięćdziesiąt złotych, ale zaraz czas ci się kończy.

– Szybko się uwinę – sam czuję napięcie w swoim głosie. Jeśli się nie zgodzi, to raczej nie będę miał argumentów i zmuszony będę dojść dzięki jej cipce, co aktualnie mi nie wystarcza.

– No dobra, ale kasa teraz. – Uf. Jednak chęć zarobku jest silniejsza niż niechęć do mnie. A może to nie jest niechęć? Nieistotne. Teraz liczy się tylko jej dupcia.

Schodzę z łóżka i podnoszę spodnie z podłogi. Śmieszna sytuacja: ja goły, z gumą na fujarze szukam portfela w kieszeniach spodni. Jakby ktoś nakręcił filmik byłbym królem YouTube`a. Podaje blondynce banknot.

– Zaraz wracam – mówiąc to wychodzi z pokoju. Po kilku sekundach wraca.

– Musisz zmienić prezerwatywę – mówi.

– Ok – od tej pory to jedyne co mówię, jestem zbyt zajęty moim pierwszym analem. Ściągam gumę, blond diva podaje mi następną. Tej już nie zakłada. Robię to sam. Właścicielka smukłych ud, dużych cycków i zgrabnej dupci ustawia się na czworaka, tyłem do mnie.

– Poczekaj. Muszę się nawilżyć. Znów wyjmuje czerwoną tubkę. Ręka z lubrykatem na palcach wędruje pod jej ciałem, między nogami i smaruje odbyt. Znów czuć zapach truskawek.

– Delikatnie i pospiesz się, bo zaraz ci się czas kończy.

– Ok.

Nie musi mnie zachęcać. Entuzjazm doszedł do mojej pały, która ze sztywnej zamieniła się niemal w kamienną. Już nie jestem znudzony, przeciwnie – jestem podekscytowany do granic możliwości. Podniecenie seksualne połączone z podnieceniem przy odkrywaniu rzeczy nowych, to mieszanka jedyna we wszechświecie. Z zapałem dobieram się do jej dupci.

I tu następuje seria komicznych wydarzeń. Nie mogę trafić w jej kakaowe oko. Albo za nisko albo za wysoko. Kurwa, co jest?!  Na wszystkich pornosach to takie łatwe. Nie raz widziałem, jak wytrawny chwat np. Evan Stone raz w cipkę, raz w dupkę i to tak, żeby było wszystko widać w kamerze. Kombinuj, kombinuj  – myślę. W końcu się wciskam.

– To nie jest anal – irytacja w głosie dziwki każe mi się wycofać jak najszybciej. I żeby było ciekawiej, z moich ust pada „ok.” Ręka divy wędruje między udami i łapie mnie za Wacka, kierując go, gdzie trzeba. Sama przylega twarzą i cyckami do łóżka. To powoduje, że jej tyłek jest wypięty maksymalnie. Dostrzegam dziurę w tyłku, de Sade miał rację – to pączek róży. Przykładam końcówkę fiuta i delikatnie dociskam. Czuję lekki opór, ale posuwam się do przodu. Pokonałem siłę jej zwieracza. Jestem w jej dupci! Łapię blondynkę za biodra i już pewniej prę do przodu. Inaczej, ciaśniej. Mojego fiuta otacza jakby pierścień. Jestem jeszcze bardziej podniecony niż przed chwilą. Mój i tak sztywny pal sztywnieje jeszcze bardziej – do granic bólu. Oto jestem nowy ja: bez śladu wczorajszego spożywania, świeży, pełen mocy, eksplorujący dupę zgrabnej blondynki. Rytmicznie i miarowo posuwam, samoistnie zwiększając tempo.

– Delikatnie! – Muszę nieco zwolnić. Jest fantastycznie, jest świetnie. Nie wiem ile to trwa, pewnie kilka minut. Fala oszałamiającej przyjemności uderza nagle. Tryskam dobijając do pośladków. Zatracam się, na chwilę znajduję się gdzieś, poza tym wszystkim. Ktoś, kto nazwał orgazm małą śmiercią miał cholerną rację. Wraz z orgazmem trzeźwieję. Tak, jakbym się dopiero obudził po wczorajszym. To jak wybudzenie z letargu. Balanga, rozmowy ze znajomymi, pobudka, telefon do dziwki, seks, orgazm – wszystko zlewa się w jedno. Dopiero teraz zaczynam nowy dzień. Delikatnie wycofuję się z tyłka divy. Blondi odwraca się, w ręce trzyma kawałek papierowego ręcznika. Zdejmuję gumiaka i kładę na ręczniku. Dostaję rolkę ręcznika. Odrywam kilka kawałków i wycieram fiuta. Oddaję zmięte kawałki ręcznika z resztkami mojej spermy. Zaczynam się ubierać. Dobrze się czuję po pierwszym analu. Jednak, kiedy podniecenie zaczyna opadać dociera do mnie, że jestem w burdelu, zakamuflowanym, ale jednak w burdelu. To powoduje, że przyspieszam ubieranie poszczególnych części mojej garderoby. Blondynka ma na sobie koszulkę i stoi przy drzwiach. Oboje milczymy, każde patrzy gdzieś przed siebie. Ona pewnie czuję do mnie odrazę i poniżenie, bo wsadziłem jej w każdą możliwą dziurę, a mi jest jakoś głupio. Kiedy biorę kurtkę do ręki pada pytanie:

– Wszystko masz?

– Tak.

– To chodź. – Prowadzi mnie do ciemnego przedpokoju. Zagląda przez wizjer i otwiera drzwi.

– Cześć.

– Cześć.

Nie patrząc na prostytutkę przekraczam próg. Wychodzę na zewnątrz. Ogarnia mnie tępe uczucie. Znam siebie, więc uczucie też jest mi znane. To pustka. Podniecenie całkowicie opadło. Dopiero teraz odczuwam osłabienie, po piciu i intensywnym seksie. Ogarnia mnie przyjemna słabość, zaczynam się pocić. Rozpinam kurtkę. Chłodne powiewy jesiennego wiatru miło kontrastują z rozgrzanym ciałem. Idę przed siebie. Myślę o Marcie. Dlaczego nie zaprosiłem jej wczoraj?  Marta to koleżanka z grupy i jednocześnie pierwsza dziewczyna, poznana przeze mnie na studiach. Przez pierwszy rok zbliżyliśmy się do siebie, choć nic na to nie wskazywało w pierwszych momentach znajomości. Jednak jakoś samo wyszło. Z jednej strony, to tylko koleżanka z grupy (nie ruszaj dupy ze swojej grupy – uczy akademicka starszyzna), a z drugiej strony… Kiedy patrzę na to stworzenie o prostych włosach, to trudno pozostać obojętnym. Marta, a właściwie Martusia-Maskotka jest malutka, niecałe metr sześćdziesiąt. Jeśli dodać do tego całe mnóstwo krągłości, gdzie się tylko da. Pełne usta, lekko pyzate policzki i duże (niemal nieproporcjonalne) cycki, to otrzymamy obraz Marty. Całość wykańczają oczy w kolorze niebieskim o niespotykanej intensywności. Jest inteligentna, towarzyska, wygadana i ma cięty jęzor. Taki mały, rezolutny trzpiot o ciele miśka Haribo. Można na niej oko zawiesić. Ja to oko zawiesiłem, ale nie do końca, bo pozostawała jeszcze Beata.

Skupiłem się tak bardzo na jałowym myśleniu, że nie zauważyłem, kiedy dotarłem do przystanku naprzeciwko mojego wydziału. Patrzę przed siebie: Marta! Niziutka postać z wesołymi oczkami. Jesienna kurteczka i niebieskie jeansy ładnie się komponowały na jej miękkim ciele.

– Cześć maskotko – nieco się ożywiłem na jej widok.

– Cześć. –Jej ton głosu jest jak u rodzica, który kocha dziecko, ale wie, że nic do niego nie dociera.

– Już po zajęciach? – Zadałem to pytanie, choć wiedziałem, że jest okienko i zawsze jeździmy na kawę.

– No, okienko jest. Z przepicia pamięć szwankuje? – Niby mówi to z humorem, ale można dostrzec powagę w jej głosie.

– No, ciężko było. Bardzo widać? – Nie wiem czemu to powiedziałem. Chciałem jej zaimponować? Trudno powiedzieć. – Co ciekawego na uczelni?

– Widać i czuć. Nic ciekawego. – Rozmowa zaczyna być jałowa, spojrzenie Marty, wymowne, dawało jasny przekaz, że tracę albo straciłem całkiem sporo w jej oczach. Kiedy zacząłem zbierać się do odejścia podszedł Łukasz. Szybkie „cześć” do mnie i podał Marcie bilet. No tak, idą razem na kawę. Pewnie, gdybym był na zajęciach ta ja podałbym teraz Marcie bilet. Co mnie to obchodzi? To ja, nie dalej jak dwadzieścia minut temu, rżnąłem blond divę w każdą dziurę. To ja jestem tym zajebistym i ja gram główną rolę w tym przedstawieniu. Oni, to tylko tło, statyści lub publiczność. Rzucam „Nara” i odchodzę. Marta odpowiada lakonicznie „hej”, Łukasz nic nie mówi. Uśmiecha się i macha ręką. Obaj wiemy. Wygrał to rozdanie. Ja niczym pionek zostałem usunięty z szachownicy.