Jak to się wszystko zaczęło cz. II

Niczym po nitce przeznaczenia ruszam przed siebie. Tak jakby wszystko było zaplanowane. Tak będzie, bo tak musi być. Pewnie wyjeżdżam na główne skrzyżowanie, później kolejne i kolejne. Wyjeżdżam z miasta. Kilkadziesiąt metrów za miastem, przy drodze stoją domy. To właśnie tu, wśród nich, nad furtką wisi napis: „erotic dance”. Kiedy do zjazdu pozostało kilka metrów zwalniam. Pozwalam aby samochód jadący za mną wyprzedził mnie. Jadący z naprzeciwka również szybko przejechał. Przez chwilę zostaję sam w mroku na drodze. Kierunkowskaz, i już jestem na posesji. Parkuję pod tujami, żeby nikt nie zobaczył samochodu. Nie wiem skąd ta obawa, przecież jest ciemno. W końcu to jesień. Na podwórku stoi taksówka. Spokojnie podchodzę do trzech betonowych stopni. Jestem zaciekawiony i lekko spięty, ale co dziwne – nie zdenerwowany. Jakaś dziwna siła pcha mnie do przodu. Krok za krokiem. Białe drzwi ze szklanym, wąskim prostokątem na środku. Jak w domu na amerykańskim przedmieściu. Przyciskam dzwonek. Słyszę zza drzwi klasyczne „dzyyyyyń”. Drzwi otwierają się, pojawia się w nich kobieta. Ciemnowłosa, wtedy wyglądała na kobietę w okolicy trzydziestki, ale mogłem źle ocenić.

– Dobry wieczór. – Grzecznie wymawiam słowa powitania. Nie jestem onieśmielony, raczej bardzo, ale to bardzo zaciekawiony.

– Dobry wieczór – ładny, wręcz czarujący uśmiech. – Zapraszam.

Wchodzę, przy wejściu mijam faceta, który wychodzi. Pewnie to na niego czeka taksówka. Rzucamy sobie przelotne spojrzenia. Chyba dostrzegam delikatne zdziwienie. Dopiero po wielu latach dotarło do mnie, że miałem osiemnaście lat i z pewnością wyróżniałem się wśród ludzi odwiedzających tego typu lokale. W pomieszczeniu na dole stoją stoliki, jak w knajpce albo kawiarni. Okrągłe, przy każdym po trzy krzesła. Na piętro prowadzą dosyć strome schody. Prostopadle do schodów bar. Za barem półki z napojami. Na ścianach frywolne, śmieszne freski, rodem ze sklepu, ze śmiesznymi rzeczami. Siadam przy stoliku. Przy barze siedzi trzy kobiety. Szczuplutka blond-szatynka, w okularach, których szkła mają leciutko fioletowy odcień. Nie wiem, jak to zauważyłem w dosyć ciemnym pomieszczeniu. Nieco tęższa londynka z pokaźnym biustem. I Ciemno ruda, a może wręcz kasztanowowłosa, najstarsza. Kobieta, która mnie witała, stoi za barem. Wszystkie patrzą na mnie. Z boku, na krześle siedzi łysol, kawał chłopa. Nie za bardzo wiem, co i jak, ale skoro jestem w lokalu, to podchodzę do baru, zamawiam colę. Cena pięciokrotnie większa niż moim ulubionym pubie. Siadam przy stoliku i powoli sączę. Śmieszna sytuacja. Zakładam, że wiem, gdzie jestem i teoretycznie wiem co powinienem zrobić. Jednocześnie wcale nie jestem taki pewien. Kobiety przy barze rozmawiają cicho, czuję, że chyba o mnie. Sporadycznie któraś na mnie zerka. W końcu, najstarsza odchodzi na górę. Szczupła blond zagaduje do łysola na krzesełku. Przy barze została biuściasta blondi. Następuje chwila z gatunku „teraz albo nigdy.” Podchodzę do baru.

– Mogę pani postawić drinka?

– Jasne. – Uśmiecha się. Może nie tak pięknie jak barmanka, ale też ładnie.

Moja rozmówczyni życzy sobie rum z colą. Zamawiam. Cena jest, fiu, fiu, ale dziś nie robi na mnie większego wrażenia. Siadamy przy stoliku. Wszystko jest zwyczajne. Rozmawiamy. Nie pamiętam szczegółów rozmowy. Nikt nigdy nie napisał przewodnika po burdelach, ani tym bardziej poradnika dotyczącego etykiety w takich przybytkach. Rozmawiałem z biuściastą blondi i zastanawiałem się, jak skierować rozmowę na bardziej mnie interesujące tematy. A może to zwykły lokal i ta kobieta jest po prostu gościem, jak ja – przeszło mi przez myśl. Zagrałem w otwarte karty.

– Jestem po raz pierwszy w takim lokalu. – Powiedziałem to bez skrępowania. Po prostu.

– I jak wrażenia. – Uśmiech blondynki z zalotnego zmienia się w zalotno opiekuńczy.

– Sympatycznie. – Nie wiem skąd taki przymiotnik. Po prostu nauczyłem się, że załatwia on wiele spraw.

Rozmowa pewnie trwałaby jeszcze długo i brnęłaby w jakimś niesprecyzowanym kierunku. Dzięki temu, że wyznałem prawdę o mojej pierwszej wizycie, sprawy przybrały nieco szybszy obrót. Profesjonalistka zorientowała się, że rozmawia ze świeżakiem i przeszła do sedna.

– Chcesz może iść na górę?

– A ile to kosztuje?

Padła kwota, spodziewałem się takowej. Szybko moja rozmówczyni wyjaśniła, że dwie trzecie „do baru”, czyli, jak się domyśliłem dla lokalu, a jedna trzecia dla niej.

– Dobrze. – Odpowiedziałem i sięgnąłem ręką do kieszeni.

– To chodź.

Uśmiechnięta blondynka gestem głowy wskazała bar i schody obok. Pieniądze dałem miłej kobiecie za barem. Otaczały mnie same uśmiechnięte twarze. Poszliśmy na górę. Górę stanowił mały korytarzyk i trzy albo cztery pokoje, do tego łazienka. Wszystko przyciemnione, nastrojowe.

– Chcesz skorzystać z łazienki?

Pokręciłem głową. Dziwne, ale jakoś nie miałem zaufania do tego lokalu i wizja siebie pod prysznicem. Nagiego, bezbronnego, napawała mnie pewną obawą. Było to śmieszne, bo przecież szedłem uprawiać seks z kobietą, a to czynność, podczas której byłem o wiele bardziej bezbronny. No, ale wtedy logika jako taka ustąpiła miejsca logice mojej, pokrętnej. Kiedy podeszliśmy na sam koniec korytarza, moja gospodyni otworzyła drzwi i pstryknęła włącznik. Pokój był średniej wielkości, z biurkiem, dwoma półkami i dużym łóżkiem.

-Poczekaj. Odświeżę się i zaraz wracam.

Zostałem sam w pokoju. Nie bardzo wiedziałem, co mam robić. Stałem w rozpiętej kurtce i patrzyłem w małe prostokątne okienko. Po dosyć krótkiej chwili weszła blondynka, owinięta ręcznikiem. Na jej twarzy widać było pozostałości po uśmiechu, ale coś ledwo zauważalnie uległo zmianie. Pojawił się profesjonalizm, rutyna.

– Rozbierz się. – Uśmiech miał mnie ośmielić. Wciąż sympatyczny, jednak mógłbym przysiąc, że „rozbierz się” było niczym „co podać” w dowolnym barze.

Powoli ściągam kurtkę, bluzę i tak dalej. Blondyneczka ściąga koc z łóżka, zostaje tylko fioletowe prześcieradło. Kiedy zostaje w slipach dociera do mnie, że jestem w burdelu. Zaczynam czuć lekkie oszołomienie. W głowie przepływa coraz więcej myśli. Co ciekawe, w natłoku myśli, nie pojawia się myśl: ubieraj się i uciekaj czym prędzej”. Nie, taka myśl nigdy nie przyszła mi do głowy. Ściągnąłem majtki. Blondynka zrzuciła ręcznik. Zacząłem pochłaniać jej ciało wzrokiem. Nieco masywna budowa ciała. Obwite piersi, lekko odstający brzuch, szersze, ale bez przesady, biodra. Uda, masywne, ale jednocześnie smukłe. Stoimy naprzeciw siebie. Zatrzymuję wzrok na jej łonie. Ogolone, ze śladami odrastających włosków. Widok nagiej kobiety nie był mi obcy. Seks, też był czymś czego doświadczyłem. Tego jednak nie doświadczyłem nigdy. To doświadczenie, tak intymne i jednocześnie mroczne, zakazane. Sam nie wiem, co mnie bardziej upoiło. Naga kobieta, fakt, że to prostytutka, a może fakt postępowania niewłaściwego, a może nawet złego. Nie wiem. Ze stuprocentową erekcją podszedłem do łóżka. Oboje, jednocześnie, spokojnie położyliśmy się na filetowym prześcieradle. Jej palce przyjemnie błądziły po moim ciele. Starałem się zrewanżować pieszczotami piersi i brzucha. Pieszczotami łakomymi, subtelnymi, na ile mogą być subtelne macanki napalonego licealisty. Jej ciało zapamiętałem  jako ciepłe, gładkie i dosyć apetyczne. Szybko jej dłoń zaczęła igraszki z moim przyrodzeniem. Ja zamknąłem oczy i położyłem się na wznak. Jestem zwolennikiem teorii, że są takie chwile w życiu, które na zawsze już będą z nami. Co ciekawe, nie chodziło o cielesne doznania, ale o całokształt czasu, miejsca i w ogóle.

Wszedłem do pewnego świata, do pewnej krainy. Posunąłem się dalej, niż wszyscy moi rówieśnicy. Już wtedy, w jakiś dziwny sposób poczułem, że w tym temacie, będę się ścigał sam ze sobą. Po prostu, tak będzie.

Nie zauważyłem kiedy na moim penisie znalazła się prezerwatywa. Blond kurewka dosiadła mnie i zaczęła ujeżdżać. Wolno, bardzo wolno, nieco szybciej, znowu wolno, bardzo sybko. Ciepło jej wnętrza podziałało na mnie jak melisa. Zanurzyłem się w nim, odpłynąłem.

– Przyjemnie ci? – Pytanie dżokejki, przywołało mnie do rzeczywistości. I wtedy, niespiesznie, ale konsekwentnie zaczęło do mnie docierać, że jestem tak oszołomiony sytuacją, że praktycznie z seksu nie odczuwam większej przyjemności. Po prostu pozwalam się ujeżdżać i to wszystko. Domyślam się, że profesjonalistka na moim kiju zauważyła to i stąd takie pytanie.

– Możemy zmienić pozycję? – Nieśmiało zapytałem, choć gdzieś z tyłu głowy słyszałem maksymę: „klient nasz pan”. \

– Jasne. Jak chcesz?

Spróbowaliśmy klasycznie. Jakoś nie podobało mi się. Ogólnie jestem nawet zwolennikiem klasyki, ale wtedy, jakoś nie podeszło mi. Bawiliśmy się sobą nawzajem jeszcze około pół godziny. W końcu, blondyneczka ściągnęła mi gumę i zaczęła brandzlować. Wróciliśmy do początku. Brandzlowanie trwało dobrych kilka minut. Poczułem, że ręka mojej towarzyski zaczyna słabnąć. Wzięła głęboki oddech. Na kilka sekund przestała, poczym jeszcze raz przystąpiła do szturmu na moją oporną pałę.

– No, spuuuszczaj się!! – Wystękała.

Zamknąłem oczy. Zalała mnie fala gorąca. Doszedłem. Wszystko później potoczyło się z automatu. Dostałem chusteczki, wytarłem fiuta, ubrałem się, grzeczne pożegnałem i wyszedłem. Nawet przed wyjściem zamieniłem kilka słów z blondynką. O pogodzie (o ironio), o tym, że było mi dobrze (w co chyba wątpiła) i o lokalu (chyba, a nawet na pewno jedynym w mieście). Na zewnątrz było chłodno i ciemno. Podszedłem do samochodu, wsiadłem, przekręciłem kluczyk i odjechałem. Mijałem pomarańczowe światła lamp miejskich i powoli układałem doświadczenia ostatniej godziny w swojej świadomości. Coś niesamowitego. W domu jestem z lekkim opóźnieniem. Nic w tym dziwnego, zawsze po lekcji angielskiego, zostawałem ze znajomymi chwilę porozmawiać. Nie jem kolacji, wciąż jestem zbyt naładowany przeżytymi doświadczeniami. Poszedłem się wykapać. Już miałem iść spać, ale jeszcze jedno. Wystukuję kontakty w telefonie.

– Siema, byłem w burdelu…

– O…

Jak to się wszystko zaczęło cz. I

Jak to się wszystko zaczęło? Dawno. Mussolini też wcześnie zaczynał. Myślę jednak, że początek był znaczenie wcześniej. Odkąd pamiętam interesowała mnie cielesność. Zawsze pociągało mnie nagie, kobiece ciało. Na długo zanim zacząłem chodzić na randki, obmacywać koleżanki z klasy, czy w końcu sypiać z kobietami, w sposób do tej pory nieznany dla mnie wiedziałem jak należy postąpić z kobiecym ciałem. Wyobraźnia kilkuletniego chłopca podpowiadała to, co wiele lat później praktykował. Tak po prostu było. Zawsze. W tej materii, szedłem dalej, niż moi rówieśnicy. Pamiętam, jak Judyta, koleżanka z klasy przyniosła do szkoły gazetę pornograficzną, którą zwinęła rodzicom. W klasie wywołało to ogromne poruszenie. Każdy chciał obejrzeć „gołe baby”. Po przejrzeniu kilku stron niektórych dosyć szybko to znudziło, inni kwitowali kolorowe fotki śmiechem. Po lekcjach Judyta po prostu dała mi to czasopismo. Nie wiem dlaczego. Być może też była w pewien sposób inna od reszty. Skwapliwie schowałem pisemko do plecaka. Ukryty na drzewie rosnącym przy szkolnym boisku, po zajęciach,  czytałem i kartkowałem strona po stronie. Byłem niemal w transie.  Zawsze chciałem więcej, niż reszta.

**

*

„Erotic Dance” –wszystko zaczęło się od tego napisu. Mijałem go odkąd pamiętam, przy każdej podróży samochodem, czy autobusem. Był w pobliżu mojego rodzinnego miasta. Nikt nie potrafił sprecyzować, co to jest. Jakimś szóstym zmysłem wyczuwałem, że nie należy o to pytać rodziców. A może moi rodzice nie zauważyli czerwonego neonu, nie wiem. Od zawsze, po prostu, od zawsze siła z jaką na mnie oddziaływał ten neon była porażająca. Nie wiedziałem co TAM się znajduje. Intuicyjnie jednak czułem, że to brama do krainy. Kiedy w rozmowie z kolegami poruszyłem temat TEGO miejsca, okazało się, że większość nie zauważyła, niektórzy twierdzili, że to coś dla dorosłych, ale nikt nie umiał sprecyzować. Trudno się spodziewać rozwiązania tej zagadki przez grupkę kilkunastoletnich chłopców. Jeden tylko pochwalił się, jak starszy brat rozmawiał z kolegami o TYM miejscu i podobno „tam się rozbierają”

Mam osiemnaście lat. Za rok zdaję maturę. Nie wyróżniam się niczym spośród rówieśników. Jestem równie nierozgarniętym małolatem na karuzeli napędzanej hormonami, co cała reszta. Szkoła, znajomi, kino, walenie konia do pornosów. Seks raz w roku, przy wielkim szczęściu. Standard. Jak przystało na osiemnastolatka, marzenia targają mną nie gorzej niż hormony. Tysiąc planów na życie, tysiąc scenariuszy. Niektóre wykluczają się nawzajem. Jak przystało na ambitnego młodzieńca, zapisałem się na kurs językowy. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie to, że w wieku osiemnastu lat mało kto dostrzega dobro kursów językowych, czy jakichkolwiek. Podobnie było ze mną. Raz na jakiś czas, zamiast w sali, na kursie lądowałem w pubie z przyjaciółmi.

Podobnie było tego wieczoru. Jesienne niebo szybko zrobiło się ciemne. Zaparkowałem samochód rodziców z tyłu, za szeregiem sklepów. Tak na wszelki wypadek. W końcu to oni płacili za kurs językowy i mogliby być nieco zawiedzeni, że zamiast zgłębiać tajniki języków obcych, ja bimbam sobie w knajpie. Od pół roku mam prawo jazdy. Ostrożnie parkuję. Mija kilka minut i znikam w drzwiach knajpy, naszej knajpy. Jak na złość, nikogo nie ma. Wypijam colę i znikam z baru. Co robić? Jechać na kurs? Nie ma sensu. Zaczyna się za dziesięć minut. Spóźnię się, a dodatkowo nie mam odrobionego zadania. Stoję pod daszkiem, przy wejściu do baru. W portfelu mam nie więcej niż czterdzieści złotych. Co robić z tak rozpoczętym wieczorem? Już wiem ! Ulicę dalej jest salon gier. Coś, co moi koledzy szumnie nazywają „kasynem”. „Kasyno” ma kilka automatów tzw. jednorękich bandytów. To cały asortyment. Podobno kilku kumpli tam było. Nie mam lepszego pomysłu. Zapinam kurtkę przechodzę ulicę dalej. Niewielki budynek. Okna zaklejone tapetą przedstawiającą trzy karty, trzy asy. Łapię za mosiężną klamkę w dużych, drewnianych, pomalowanych na biało drzwiach i popycham. Przede mną stoi otworem nowy świat. Moje wejście nie zrobiło na nikim większego wrażenia. Rozglądam się. Jestem lekko przestraszony. Nie wiem, co mnie tu czeka. Środek pomieszczenia stanowi pusta przestrzeń. Automaty porozstawiane są wzdłuż zewnętrznych ścian. Po stronie wewnętrznej ściany stoi bar. Jakby połączenie baru z kantorem. Kantor przypomina mi szyba umieszczona nad ladą baru. Patrzę na półkę wiszącą na ścianie. Napoje i orzeszki po mocno zawyżonej cenie. Zza lady uśmiecha się kobieta w uniformie. Farbowana blondynka po pięćdziesiątce. Wtedy nie wiedziałem, co o niej sądzić. Dziś pamiętam ją, jako emerytowaną barmankę. Uśmiecha się, opowiada na moje „dzień dobry” i pyta, co podać. Mówię, że chciałbym zagrać. Opowiada mi co i jak. Okazuje się, że w tym przybytku walutą są żetony. Kupujemy je w kasie i nimi gramy. Jeden żeton to pewna kwota. Jeśli uda się wygrać nie wypłacamy. Idziemy do baru i kwotę, jaką wygraliśmy wypłaca nam miła pani zza baru. Wszystko jasne. Domyślam się, że automaty nie plują pieniędzmi, dlatego moje czterdzieści złotych muszę roztropnie wydawać. Biorę żetony za trzydzieści. Dostaję je w kubeczku. Czerwonym, plastykowym kubeczku wielkości szklanki. Prawie każdy automat jest zajęty. Znajduję jeden wolny. Podoba mi się. Obrazki, które wyskakują to owoce. Wiśnie, fioletowe śliwy, pomarańcze, połówki arbuzów, napisy BAR. Klasyczny automat. Zaczynam ostrożnie. Po jednym żetonie. Maszyna połyka je bezlitośnie. Mniej więcej raz na trzy kliknięcia łaskawie wypluwa dwa żetony. Czyli na trzy wrzucone dwa do mnie wracają. W myślach kalkuluję, że na półtoragodzinną lekcję kursu, może nie starczyć. Gram ostrożnie. Mija może pół godziny. W moim kubeczku widać dno. Została resztka żetonów. Nie da się ukryć, że szczęście nie sprzyja. Sporadycznie maszyna wypluwa cztery albo pięć żetonów, raz zdarzyło się nawet dziesięć, ale i tak nie zmienia to sytuacji, że więcej zostało w bezlitosnym pudle. Ostatnie dwa żetony. Przepadły. Patrzę w dno kubka. Nie minęła połowa kursu, a ja już spłukany. Chcę odejść. Dycha w kieszeni wystarczy na sok w pubie.

Kiedy oddaję kubeczek, wyjmuję pieniądze i proszę żetony za dziesięć złotych. Jedna trzecia poprzedniej ilości. Nie wygląda imponująco. Ledwo zakrywa dno. Podchodzę do tego samego automatu. Wrzucam każdy żeton z namysłem. Powoli delektuję się każdą chwilą. Mija kilka minut i prawie połowa żetonów została w maszynie. Dobrze wiem, że nic z tego nie będzie. Chcę tylko spędzić tu czas. Wrzucam żółte kawałki metalu do kolorowej, brzęczącej maszyny. Zostało już tylko kilka. Wrzucam. Wyskakują napisy BAR. Nie pada znany mi stukot wpadającej monety. Zamiast tego, maszyna delikatnie buczy, a elektroniczny licznik mknie do przodu, jak szalony. Stoję oszołomiony. Nie wiem co się dzieje. Podchodzę do barmanki, która wyszła zza baru.

– Chyba wygrałem. – Mówię bardzo niepewnym głosem.

– Wygrał pan. – Uśmiecha się i czeka aż licznik nabiję całą liczbę punktów.

Robi się zamieszanie. Faceci (nie wiedzieć czemu, kobiet tam nie było), przy innych automatach odwracają się w moją stronę. Staram się utkwić wzrok gdzieś w przestrzeni, żeby z nikim nie nawiązać kontaktu. Podchodzę do baru, czy też kasy. Dostaję kilkaset złotych. KILKASET ZŁOTYCH, dla przeciętnego maturzysty, kilkanaście lat temu to kupa szmalu. Nawet, gdyby dali mi połowę tej kwoty, skakałbym radości.

– Jakbyś potroił stawkę, wygrałbyś grubo ponad tysiąc – wąsaty Janusz grający obok mnie dzieli się mądrością życiową. – To byłoby trochę grosza.

Zgarniam kasę, dziękuję barmance i czym prędzej wychodzę. Po otwarciu drzwi uderza mnie zimne powietrze. Mimo to, wciąż jestem rozpalony. Nie wiem co ze sobą zrobić. Oglądam się za siebie. Przecież dużo tam było podejrzanych typków. A jeśli oskubią mnie z kasy? – Gorączkowo myślę. Szybko idę do samochodu. Wsiadam i bacznie się rozglądając, czym prędzej odjeżdżam. Parkuję kilka ulic dalej. Drżącymi rękami wyciągam banknoty z kieszeni. Otwieram usta w niemym krzyku. Patrzę na pieniądze i wciąż niedowierzam. W głowie mam kompletny chaos. Taka forsa. Nieprawdopodobne. Nawet nie wiem co za to kupić. Kiedy pierwsze oszołomienie minęło, w głowie pojawia się lista upragnionych zakupów. Gdzieś, ze środka moje mózgu, a może ze środka duszy wydziera się na powierzchnię napis: „erotic dance”. Nie mam pojęcia skąd, po prostu. Nie było olśnienia, nie pojawiła się żaróweczka, jak u Pomysłowego Dobromira. Wszystko odbyło się naturalnie, tak, jakby ktoś, gdzieś już to zapisał. Przekręcam kluczyk w stacyjce i delikatnie ruszam do przodu. ��� ՟���

W labiryncie burdelowa 4.0

Irka podobno była ćpunką. Dowiedziałem się od Szwagrów, kilka miesięcy od mojego zalogowania na Forum. Nikt nigdy nie powiedział, na jakiej podstawie tak sądzi. Po prostu. Była ładna, było w niej coś uległego. Za niewygórowaną cenę pozwalała skorzystać z każdej swojej dziurki. Kiedy zakończyła wstępne obrabianie kija, położyła się na plecach i rozłożyła nogi. Zupełnie, jakby czytała w moich myślach. Przed moim wejściem posmarowała się lubrykatem. Kiedy spytałem o dupcie, skinęła głową, odwracając się. Wspominam ją jako przyjazne jebanko. Pewnego dnia słuch o niej zaginął.

Miss Solaris        

Po pierwszym niezaliczonym kolokwium poszedłem na dworzec autobusowy i wsiadłem bez pytania do autobusu, pierwszego lepszego. Jadąc i patrząc w szybę, zdałem sobie sprawę, że  jadę w poszukiwaniu nowych doznań. Znalazłem się w innym mieście, blisko sto kilometrów dalej. Tam też istniała kraina burdelowo. Pod podanym adresem ujrzałem opaloną w solarium blondi o urodzie klubowej dzidzi. Jej opalone cycki pamiętam do dziś. Pukałem ją z przodu, z tyłu, bokiem, siedząc i leżąc. Tak było do pierwszego finału, druga runda przebiegła pod znakiem ujeżdżania. Dosiadła mnie, niczym rasowa cowgirl. Po wszystkim porozmawialiśmy o modnych wtedy imprezach techno.

Szczupła lga

Na jej piczy wyćwiczyłem swój język. Wszystko zaczęło się w pewien niedzielny wieczór. Znudzony buszowałem po Internecie, nie było Strony, nie było Szwagrów, nie było niczego. Porno strony i oficjalne witryny miejsc schadzek. Strony zrzeszające amatorów lodów w ramach deseru dopiero raczkowały. W końcu natrafiłem. Niewyraźna fotka i numer telefonu. Zadzwoniłem i okazało się, że jak najbardziej,  przyjmuje w mieszkanku prywatnym, które znajdowało się na ulicy, której nie potrafiłem zlokalizować. Okazało się, że to drugi koniec miasta. Ubrałem się i wyszedłem w mrok jesiennego wieczoru. Przemierzałem ulice i skwery. Wsiadłem w końcu do tramwaju i pomknąłem w kierunku dzielnic, które były obce.  Wykorzystując swój wrodzony urok, spytałem kobieciny w tramwaju, jak dotrzeć pod wskazany adres. Okazało się, że to dalej niż myślałem. Po wysiadce z tramwaju czekało mnie jeszcze około pięciu przystanków autobusem. Grozy dodawał fakt, że byłem w dzielnicy, gdzie łatwo po mordzie oberwać i wrócić bez telefonu. Jechałem autobusem i coraz bardziej ogarniał mnie niepokój. Nie ma co, sam pchałem się w gips. Ale nie zawróciłem, byłem na szlaku i wiedziałem, że nie mogę z niego zawrócić. Trudno, co będzie, to będzie. Przystanek na którym musiałem  wysiąść nie wydawał się bardzo zniszczony. Spodziewałem się scenerii prawdziwych slumsów, jednak nie. Spokojnie rozejrzałem się po tabliczkach na blokach. Jest! Nazwa ulicy pasuje, pozostało odnaleźć numer. Chodząc po osiedlu, cały czas konspiracyjnie oglądałem się za siebie, czy przypadkiem jakaś grupa nie zauważyła obcego. Znalazłem  numer bloku, poszukałem klatki z odpowiednim numerem. Moja ekscytacja sięgała czubka głowy, kiedy stałem przed drzwiami. Dotknąłem przycisku nieopodal drzwi. Drzwi otworzyły się, płonąłem z ciekawości, kto to będzie. Otworzył facet z ciemnymi wąsami. Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć, ani co zrobić.

– Tak? – Mina faceta nie miała groźnego wyrazu, bardziej był zaciekawiony.

– Dobry wieczór, jest Magda? – Tylko to mi przyszło do głowy.

– Nie, to pomyłka, nie jest pan pierwszy. Ktoś niedokładnie podaje adres.

Poszedłem jak po zmyciu.

CDN

Anka cz. 2

Ankę zobaczyłem w tramwaju. Pierwsza popołudniowa, ludzka fala zalała tramwaje. To dziwne, ale wśród dziesiątek twarzy rozpoznałem ją. Nigdy nie nosiła ekstrawaganckich ciuchów, nigdy nie była tą wyróżniającą się z tłumu. Jedynie jej fryzura, niby zwyczajna, a jednak nie. Podszedłem, uśmiechnąłem się, i oboje wysiedliśmy jako nowi znajomi. To zabawne, jak wielu facetów widzi problem z podejściem do dziewczyny, jakby to była jakaś wojna, a przecież ostatecznie wszyscy gramy do tej samej bramki.

 Tydzień później zaprosiłem ją na pierwszą randkę. Były kwiaty, był buziak na „dzień dobry” i  „do widzenia”.  Odblokowała we mnie pewien obszar, obszar, który ostatnie lata, z całym swoim kolorytem doznań przykryły i nie dopuściły na światło dzienne. Była podręcznikowym przykładem dziewczyny. Kiedy przy wieczornym piwku relacjonowałem wszystko Miszy, tylko kiwał głową.

– I tak to powinno wyglądać. I to jest kurwa piękne. – Podsumował.

 – Wiem, kurwa, wiem. – Stuknięcie butelkami przypieczętowało naszą zgodność poglądów. Misza od ponad roku był z Justyną, był szczęśliwy. Zawsze mi kibicował, ale czasem w jego głosie pobrzmiewała nuta troski.

– Kiedy ty kurwa znajdziesz sobie dupę, tak na dłużej. Wsadzasz tu i tam, no ale ile można? Wiem, że masz instynkt łowcy, też go mam, ale jestem szczęśliwy z Justyną, też jak sobie znajdziesz dupę, zobaczysz, że to inna bajka. Będziesz szczęśliwy.

– Ja jestem szczęśliwy- zawsze odpowiadałem, i byłem. Zdarzały się chwile, kiedy odczuwałem niezidentyfikowany brak, ale byłem szczęśliwy, tak mi się przynajmniej wydawało. Nadszedł szalony czas – juwenalia, to na nich Anka oficjalnie pojawiła się jako dziewczyna z którą się spotykam. Tak byłem wtedy szczęśliwy. Cała moja ekipa przyjęła ją ciepło. Dziewczyny na znak solidarności porwały ją na chwilę. Do tej pory nie wiem, co jej powiedziały. Moje ananasy z uśmiechem na mnie patrzyły. Prym wiódł Misza z Kamilem. Doleciały do mnie też kąśliwe uwagi. Byli życzliwi, którzy w zawoalowany sposób Dalimi do zrozumienia, że po mnie, spodziewali się więcej, a nie przeciętnej dziewczyny. Miałem to w dupie. Ona miała być ze mną nie z nimi. Kiedy w nocy, po koncercie szliśmy, trzymając się za ręce, zerknąłem na Anię. Tak, to był ten czas, dobry wybór.

 Nie było to uczucie takie samo, jak w przypadku D. którą postrzegałem w ramach wielkiego romantycznego uniesienia, które przerodziło się niemal w obsesję. Tu było inaczej. Po prostu, spotkałem dziewczynę. Tylko dziewczynę i aż dziewczynę.  Przez ostatnie lata, kraina doznań seksualnych, nie miała przede mną tajemnic. Dymałem młode, stare, grube, chude, ładne, brzydkie. Rżnąłem w mieszkaniu, w kiblu w pubie, w zagajniku na nowo budowanym osiedlu, w samochodzie, na klatce schodowej, w windzie. Do kolekcji brakowało mi pociągu.  Przesadą byłby napisać, że zrobiłem wszystko, co możliwe na tej płaszczyźnie, ale z pewnością robiłem dużo. Z Anką, było inaczej. Kiedy byłem przy niej, z nią, nie miałem żadnych pokręconych scenariuszy w głowie. Nie chciałem próbować żadnych nowinek. Z nią mogło być normalnie, klasycznie. Tak po prostu. Wprost niewyobrażalną frajdą było dla mnie chodzenie na randki, wizyty z winem. Po prostu spotykaliśmy się ze sobą. Było dobrze. Tak bardzo zapętliłem się w ostatnich latach,  że zapomniałem, jak wiele radości może przynieść normalne życie.

Szkoda tylko, że zapomniałem o pewnej istotnej regule. Podstawowe prawo burdelowa, związków i całego wszechświata relacji brzmi: prędzej czy później żądza zawsze zwycięży.

Byliśmy umówieni na siedemnastą u niej. Kolacja ze znajomymi. Butelka wina na szafce czekała aby trafić do mojej torby. Kończyłem prasować koszulę. Jeszcze prysznic i gotowy. Sam nie wiem kiedy, ale gdy resztki szamponu spływały wraz letnią wodą niemal hipnotyczny głos mówił: „poddaj się, poddaj się, jak długo możesz oszukiwać sam siebie” Nie trwało to dłużej niż sekundę, ale byo tak realne, że momentalnie zakręciłem prysznic i rozejrzałem się wokół. W jakiś przedziwny sposób, ktoś lub coś mówiło mi, że to nie ma szans. Żebym przestał się okłamywać, że dawno temu wybrałem drogę i jeśli zechcę z niej kiedyś zejść, to sama się o mnie upomni. To prawda. Myślałem o tym wcześniej, czy los nie kpi ze mnie, przecież, to nie moja bajka. To prawda, mimo, że się spotykaliśmy, choć przestałem posuwać na boku, to nie przestałem flirtować. Nie przestałem, bo nie padły żadne wiążące deklaracje. Mocne postanowienie poprawy, a co za tym idzie poprawa, miały dopiero nastąpić. Balsam po goleniu, wyprasowana koszula, i gotowy do drogi. W myślach wykrzyczałem (chyba do losu) „i co?! Idę na randkę, nie spieprzę tego i nie poddam się !”.

Po kilku tygodniach, odczułem marazm i pustkę. Zacząłem dawać temu wyraz. W końcu dostałem od niej krótkiego SMSa” nie chcę się już spotykać  – ok, pa – moja odpowiedź była krótka.   Przestaliśmy się widywać. Ne była to moja wina, po prostu nie wyszło.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Minął prawie rok. Anka gdzieś rozpłynęła się w otaczającej rzeczywistości. Straciłem ją z oczu. Wszystko toczyło się dalej. Miesiące mijały nieubłaganie. Dotarło do mnie, że jednak świetlana kariera brokera, zniknęła z horyzontu, umknęła. Przygniotło mnie nic nie robienie. I już tego nie potrafiłem unieść. Moje marzenia, zamieniłem tylko na plany, plany ukończenia studiów. Nic więcej. Moje założenia nie wychodziły poza najbliższe tygodnie. Ostatnie seminaria, ćwiczenia i laborki na wydziale. W pierwszym dniu po Świętach Wielkanocnych, na wydziale, trwając w mocnym postanowieniu poprawy czekałem na pierwsze zajęcia. Przez chwilę zerknąłem na krótkowłosą blondynę,  popatrzyłem na nią. Tak, jednak to ona. Anka! Co robi na wydziale? Czyli się nie obroniła w terminie – pomyślałem. I w dziwny sposób, myśl ta sprawiła mi przyjemność. Dobrze jej tak. Mimo, że nasza znajomość zakończyła się neutralnie, to z przyczyn niewiadomych, udawaliśmy, że się nie znamy. Dumnym krokiem przemierzyła korytarz i podeszła do portierni. Nie wiedziałem, co się dzieje. Po niecałej minucie odeszła, w ręku trzymała klucz. To było poza scenariuszem, jaki kreśliłem. Doktorantka. Nigdy nie byłem zawistnikiem. Nie zazdrościłem i nie złorzeczyłem gdy byłem świadkiem czyjegoś sukcesu. Nie wiem co mnie opętało. Poczułem złość na wydział, na Ankę, na wszystkich, tylko nie na siebie. Byłem zły, że się jej udało że, prawdopodobnie jest szczęśliwa. Musiałem się przewietrzyć. Wyszedłem przed wydział i zapaliłem papierosa. Spokojnie paląc papierosa starałem się koić nerwy. Mózg sam zaczął pracować na innych obrotach. To realne doświadczenie, empirycznie doświadczyłem, jak umysł wypracował strategie radzenia sobie ze stresem. Po chwili już jestem w zupełnie innym świecie.  Myślę o Stronie, to myślenie całkowicie mnie pochłania. Anka zeszła na dalszy plan, albo w ogóle zeszła ze sceny.

Dzień się nie skończył, a już byłem na mieszkaniówce. Ciche mieszkanko w bloku typu bliźniak. Drzwi otwarła kobieta, brunetka. Mogła mieć trzydzieści kilka lat. Szczupła, ubrana w getry i cienką bluzeczkę. Chwila rozmowy, co i za ile. Wcześniej ustaliłem tylko adres. Powiedziała mi, że jeśli dołożę to może dołączyć koleżanka. Z drugiego pokoju wyszła druga kobieta. Kasztanowe włosy i spojrzenie zdradzające ironiczne i raczej pogodne podejście do życia. Miała na sobie czarną sukienkę, która wydawała się nieco za ciasna, a może taka miała być. Duże piersi niemal z niej wyskakiwały. Basia i Aneta. Pojawił się problem, bo akurat nie miałem tyle pieniędzy. Wyskoczyłem ze wszystkiego, co miałem w portfelu. Finalnie usłyszałem, że za taką kwotę Aneta może asystować. Cokolwiek to znaczy. Poszedłem wziąć prysznic. Kiedy wróciłem owinięty ręcznikiem, Aneta poszła do łazienki, ja zostałem z Basią. Krótka rozmowa o świątecznych potrawach i nadchodzących, letnich miesiącach, kiedy wróciła Aneta odświeżyć poszła się Basia.

– Połóż się, wymasuję cię. – Aneta, jak większość kobiet o szerokich biodrach była pogodna. Położyłem się posłusznie na brzuchu. Zaczęła przyjemnie gładzić mnie po plecach, od czasu do czasu ugniatając obręcz barkową. Nie nazwałbym tego masażem, ale było przyjemnie. Po kilku minutach przyjemnego niby masażątka usiadła na mnie i zaczęła ugniatać kark. Wróciła Basia.

– No, odwróć się, zaczynamy działać.

 Uśmiechnąłem się z głupkowatym „ok” na ustach.

Leżałem na plecach. Większa z div masowała mi tors, szczuplejsza, zaczęła od masaż ud i robiła go naprawdę umiejętnie. Kiedy przeszła w okolice krocza, błogie uczucie zaczęło mnie owijać, niczym magiczny szal. Chuj z Anką, chuj z tym wszystkim. Liczą się tylko doznania. Resztki logicznych myśli ulatywały. Kasztanowe włosy Anety przyjemnie drażniły moje ciało, jej język zakreślał ósemki wokół moich sutków. Kolejna para rąk bardzo wprawnie zajmowała się fiutem i jajami. Błogość i przyjemnie rozleniwienie, zdawały się opanować cały pokój. Mógłbym tak przeleżeć dziesięć lat. Przyjemność ustała. Aneta, odeszła ode mnie i wyszła z pokoju. Popatrzyłem zdziwiony, mojemu zdziwieniu odpowiedziała Baśka: – Aneta tylko asystowała, to było w kwocie.  – Nic nie odpowiedziałem, znałem zasady. I w kwestii pieniędzy, nie było odstępstw.

– No, jesteś gotowy. Zakładamy i jazda! –  Niczym za sprawą magicznej sztuczki, w ręku mojej rozmówczyni pojawił się condom w opakowaniu, które bardzo wprawnie zdjęła. Rozwinęła kalosza, na moim wyprężonym wyżle i dosiadła mnie niczym mityczna amazonka. Zaczęła mnie ujeżdżać. Mocno, sprężyście. Minęło kilka minut. Uniosłem się na łokciach, bo chciałem zasugerować zmianę pozycji. Położyła lewą rękę na mnie i przytrzymała. Przesunęła ręką po mojej klatce i złapała mnie za sutek. Mocno ścisnęła i przekręciła. Ssss – syknąłem z bólu.

– No, co? – Spojrzała na mnie z zadziornym uśmiechem i kpiącym spojrzeniem. – Ja lubię sado-maso. Druga ręka powędrowała do moich jaj. Uścisk był bolesny, o dziwo pobudzający. Kiedy jeszcze minimalnie zwiększyła uścisk, nie wytrzymałem.

– Aaaał. – Ta krótka fraza miała jej uzmysłowić, że tyle wystarczy. Uścisk powoli zelżał, a diva zaczęła na mnie jeszcze bardziej skakać. Ujeżdżała mnie i ujeżdżała, co jakiś czas serwując dawkę niespodziewanego bólu. Jaja, sutki, tors, włosy. Nie wiedziałem, kiedy poczuję jej ostre paluszki. Kiedy się spuściłem, oboje uśmiechnęliśmy się do siebie. Nasze spojrzenia mówiły: „kawał dobrej roboty”.

Ubrałem się i wyszedłem na przedpokój. Stała tam Aneta.

– Już, po wszystkim? – Zapytała z uśmiechem.

– Taak. – Odpowiedziałem zmęczonym głosem. Zachichotała.

Dołączyła do nas Baśka. Po obfitym spuszczeniu, odezwała się we mnie łajza. Streściłem im historię nieszczęsnego relacji z Anką. Dziwne, że nie dostrzegłem wtedy, jaki jestem żałosny. Na pożegnanie usłyszałem:

– Jesteś fajny facet, na pewno sobie kogoś znajdziesz. – Słyszałem to wielokrotnie, mimo wszystko czułem się wybrakowany.

Anka cz. I

Niebo w kolorze stali zdawało się osądzać. Ja też osądzałem – siebie. Obok autoosądu nurtowało mnie pytanie: jak to się stało? Złamałem dane sobie słowo.

Miesiąc wcześniej

Uważam za bardzo przydatne dwa okresy w roku. Czas przed jednymi i drugimi świętami. Już chyba zapomniano, ale nasza cywilizacja – łacińska, daje nam dwa razy do roku możliwość naprawy, swoistego resetu. Mało kto dziś o tym wie, ale te dwa okresy trwające coś około miesiąca mają takie właśnie zadanie. Na chwilę nas zatrzymać, skłonić do refleksji, może skłonić do naprawienia czegoś, albo do rezygnacji.

Jechałem na wielkanocne Święta do domu z mocnym postanowieniem: koniec! Koniec z moją przygodą. Koniec z pogonią za doznaniami, koniec z pewną drogą. Przez ostatnie tygodnie dużo myślałem. Wspominałem jak to się zaczęło, w którą stronę poszedłem. Dlaczego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Przez ostatnie kilka lat moje życie wypełnione było doznaniami. Wszelkimi. Uznałem, że na chwilę obecną wystarczy. Zaczynało do mnie docierać, że trzy czwarte studiów za mną, a ja w ogóle nie ruszyłem do przodu. Co się stało? Kiedy ten czas minął. Chcę się zmienić. Muszę się zmienić. Trzeba uporządkować pewne sprawy. Wrócić do systematycznej nauki. Śledzić wytyczne KNF. Kto wie, może kariera w dużych, brokerskich firmach jeszcze nie przepadła. Kto wie?

Rok wcześniej

Wszystko zaczęło się od Ani. Ankę widywałem na uczelni od pierwszego roku. Podobno faceci, a z pewnością znaczna ich część, cierpią na syndrom matki i dziwki. Pewne kobiety kwalifikują jako potencjalne matki i żony, inne z kolei mają, powiedzmy, wymiar bardziej przedmiotowy. Zawsze starałem się unikać tego schematu. Uważałem to za krzywdzące i nie w porządku. Wyjątek stanowiła Anka.  Emanował czymś takim, że nie potrafiłem na nią patrzeć w sposób inny niż „potencjalna dziewczyna – żona”. Blondynka o obfitym biuście, w porównaniu z którymi jej tyłek wydawał się nieco mały. Figura, jakby troszkę zwalista. Pod jej okularami, kryły się niebieskie oczy, intrygująca, sympatyczna twarz. Zawsze mnie intrygowała. Zawsze. A poznałem ją dopiero na czwartym roku.

Wiosna. początek sezonu randkowego. Ta wiosna miała być inna, miała dać początek czemuś innemu, lepszemu. Coraz bardziej zaczynałem mieć tego wszystkiego dosyć. Coraz częściej patrzyłem wstecz i w głowie miałem mętlik. Nie chciałem zawracać ze szlaku na którym byłem. Jeśli o to chodzi, byłem przekonany, że droga, którą dawno temu wybrałem, jest drogą dla mnie i co do tego nie było wątpliwości. Jednak nie mogłem nie zauważyć tego, że nie jestem szczęśliwy. I to nie dawało mi spokoju. Skoro szedłem szlakiem, który sam sobie wytyczyłem, to dlaczego niemal fizycznie odczuwałem pewien brak. Odpowiedź znalazłem w rozmowie z Luizką.

– Jesteś dziwkarzem, ale myślę, że będziesz dobrym mężem. – Tu Luizka obdarzyła mnie uśmiechem lisicy. –  Wiesz, ty masz opinię dziwkarza, Misza każdego leje i się go boją, a jak się was pozna, to jest zupełnie co innego. Obaj macie w sobie taki gen pantoflarza, takiego męża „ciepłe kluchy”.

Myślałem nad tym długo. Rzeczywiście, związek z kimś wydawał się nową i zarazem fascynującą przygodą. Raczej nie bywałem w takich relacjach. Nie miałem dziewczyny (jednej, swojej), ja miewałem dziewczyny.  Nie zdecydowałem się na żaden związek, bo chciałem być fair. Fair wobec drugiej osoby i fair wobec siebie. Zbyt wiele razy słyszałem od partnerek moich kolegów coś w stylu: jestem z nim, ale sama nie wiem, czy to jest to. Zawsze wtedy czułem zakłopotanie, bo w tym momencie głosicielka powyższego stwierdzenia wpatrywała się w moje oczy z pewnym oczekiwaniem.

Powoli zaczynało do mnie docierać, że chyba odczuwam głód emocjonalnej relacji. Relacji z randkami, kwiatami, buziaczkami na przywitanie i pożegnanie. Postanowiłem, że to ta wiosna, ten czas. 

Od rana wszystko mówiło, że to będzie dobry dzień, dzień pełen pozytywnej energii. Wiosenne słońce obiecywało to wszystko, co starałem się zatrzeć w sobie przez ostatnie lata. Zieleń na osiedlu, niebieskie niebo i budynki skąpane w wiośnie dawały nadzieję. Po porannej toalecie i lekkim śniadaniu spojrzałem w lustro i przejechałem dłonią po swojej białej koszuli. Spojrzałem w lustro.

– Dziś załatwiam wszystkie rodzinne sprawy – nie wiem skąd do głowy wleciała mi kwestia z „Ojca Chrzestnego”, ale wypowiedziałem ją przed lustrem zupełnie serio. Skropiłem się nowymi perfumami i wyszedłem. Kilka spraw natury administracyjnej , odwiedzenie akademików i powrót. Plan dnia był prosty.

Idąc chodnikiem, czułem na skórze wiosenny wiatr. Tak, ta wiosna przyniosła nadzieję. Ze zdziwieniem odkryłem, że towarzyszy mi pewna determinacja. Jakieś dziwne napięcie. Zacząłem analizować. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dotarło do mnie, że od kliku dniu moje myśli krążą wokół Anki. Nie tylko Anka była tu problemem. Ja zafiksowałem się na punkcie związku, relacji długoterminowej, jakkolwiek zwał. Co było powodem? Coraz więcej par wokół? Pesel, który nieubłaganie, niczym okręt, przybijał do trzydziestki? Rozmowa z Luizką? Nie potrafiłem sobie na to pytanie odpowiedzieć. Jakaś część mnie starała się przedrzeć przez warstwy pustki, które tak pieczołowicie wyhodowałem w sobie. Powoli docierało do mnie, że ostatnie lata były niczym szczególnym. Nie to żebym żałował, bo nie żałowałem, ale jakoś spełnienia też nie czułem. Czy ostatnie lata uczyniły mnie lepszym? – Zastanawiałem się. Na pewno mnie zmieniły. Ponad wszelką wątpliwość, bogactwo doznań które posiadłem zostawiło we mnie ślad. A może bliznę? Podobno są blizny, które uszlachetniają, ale czy wszystkie?

Dotarłem do miasteczka akademickiego. Kiedy wchodziłem po wiecznie niedomytych schodach, minęły mnie dwie roześmiane dziewczyny. Szybkie ukradkowe spojrzenia, coś szepnęły, zachichotały i minęliśmy się.

– Ładnie pachniesz chłopcze, wiesz? – dobiegł mnie dźwięczny głos jednej z nich.

– Wiem. – Odpowiedziałem z uśmiechem.

– Przystojny jesteś? To też wiesz? – znowu chichot

– Mama mi to powtarza. – Grymas uśmiechu, niczym slalomista przemknął po mojej twarzy.

– Okłamuje cię – i znowu chichot.

Odwracam się, patrzmy na siebie. Puszczam oko, i znowu chichot. Odwracam się i idę do znajomych. Po godzinie wychodzę z akademika. Słońce  staje się popołudniową, gigantyczną tarczą na niebie. Coś w środku nie daje mi spokoju, coś pcha mnie przed siebie. Śmieszne i dziwne zarazem. Zanim Ronda Byrne napisała „Sekret”, ja już go doświadczyłem. Los sprzyja gotowości umysłu.

Smak patologii

Mijały tygodnie i kolejne  miesiące w burdelowie. Dzień za dniem, dziwka za dziwką. Bardzo powoli, wszystko stawało się takie samo. Nic mnie nie szokowało, nic nie przynosiło nowych impulsów.

Ja powoli płynąłem tym, co by nie powiedzieć, mętnym nurtem. Zobojętniałem. Nawet przestałem dać o siebie. Burdelowo pochłaniało sporo pieniędzy. Z sentymentem wspominałem pierwsze lata studiów, kiedy co sezon wymieniałem, a przynajmniej uzupełniałem garderobę. Dziś, przejrzałem się w lustrze. T-shirt sprzed dwóch sezonów. Nieco sprany, troszkę rozciągnięty. Koszula, jeszcze ładna, ale z ubiegłego sezonu. Kurtka też średnia. Zobojętniałem.

Kiedy Kapitan Planeta spytał, czy jedziemy brygadą na weekend, odparłem, że nie mam pieniędzy.

– No jak to, chłopaku? Przecież mamy kaskę z firmy. – Tak, mieliśmy pieniądze z małej handlowej firemki, która masowo przerzucała studentów ekonomii i finansów. Jak kazała tradycja, my też dumnie rozpoczęliśmy karierę buchalterów.

– Przejebałem, dosłownie. – Spokojnie odpowiedziałem.

– No tak, imprezy. – Kapitan pokiwał głową.

– Imprezy. – Odpowiedziałem.

Jakie to dziwne. Jedno słowo, a jak różnie je rozumiemy. Biedny Kapitan. Nie zrozumiał, nie był świadomy, że dosłownie przejebałem te pieniądze. Wymieniłem je, za jebanie. Dla niego impreza to wódka, może trawa, trochę muzyki, kluby, dziewczyny. Dla mnie też, z tym, że mój słownik znacznie poszerzył znaczenie imprezy. Dla mnie imprezy, to też kilkudniowe ciągi, w czasie których eksplorowałem moją krainę. Już wtedy zauważyłem, że zaczynam żyć swoim matriksem. Już nawet nie udawałem przed sobą. Kiedyś, na początku, doszukiwałem się pewnej burdelowej filozofii, chciałem wytyczyć pewien szlak. Później uznałem, że nie ma tu filozofii, ale za to są nowe doznania. Szukałem, cipki idealnej. Teraz nawet tego nie poszukiwałem. Ile odcieni w końcu może mieć seks. W końcu, to tylko seks. Po prostu brnąłem, bo żaden inny scenariusz na życie nie przychodził mi do głowy.

Przerwa świąteczna. Pora ruszyć do domu. To, co lubiłem w świątecznych przerwach, to fakt, że nabiorę dystansu. Te kilka dni świąteczne albo wręcz świętej atmosfery pozwalały nabrać dystansu. Choć na chwile mogłem uciec od skurwionej rzeczywistości, którą sam sobie utkałem. Nigdy w domu nie otwierałem wrót burdelowa. Rodzinne strony były święte. Nie szukałem, nie zadawałem pytań i nie chciałem drążyć tematu burdelowa. Bywało, że po powrocie z takiej przerwy kilka długich dni zaspakajałem wywołany głód, ale w domu pozostawałem czysty. Tak miało być również teraz. Tylko nie oszacowałem kilku czynników. Nie wziąłem pod uwagę kilku zmiennych w tym równaniu. Świat, wokół nas, jest widziany naszymi oczami. To my czynimy go pięknym lub szkaradnym. Niezwykłość domowego miru i świąteczna atmosfera, to też pewien wytwór naszych zmysłów. Kiedy oddalimy się od dziecinnych obłoków, cholernie trudno je odnaleźć. Święta minęły, ot tak, po prostu. Ze zgrozą, a może ze zdziwieniem zauważyłem, że to coś, czego oczekiwałem po prostu się nie pojawiło. Dorosłem. A może oślepłem na pewne sygnały. Skończyło się. Przerwa między świętami, a sylwestrowym szaleństwem, to dla studenta dziwne miejsce w czasoprzestrzeni. Mijają święta i większość ludzi zapierdala do pracy. Być może niewielu szczęśliwców może sobie pozwolić na długie wolne, ale większość po prostu zapierdala. Do szczęśliwców, zaliczają się ci z ciała pedagogicznego, na każdym szczeblu edukacji. Najprawdopodobniej każda uczelnia w tym kraju nie pracuje, przynajmniej, jeśli chodzi o wykłady w przerwie między świątecznej. I tu pojawia się pole obserwacji dla studentów, którzy wracają do domów na święta. Same święta, to takie słodkie czary mary. Po świętach, zaczyna się zwyczajny czas. I tu, spostrzegawczy student widzi, co się zmieniło w domowej rzeczywistości podczas jego nieobecności.

Ze mną, problem był taki, że już drugi dzień przygniótł mnie nudą. Myśl, o tym, żeby sprawdzić burdelowo w rodzinnych stronach, przyszła z nudów. Nie, nie było nic na Stronie, ale jest jeszcze Forum, są Szwagrowie. I oni przyszli z pomocą. Kliknięcie, góra dwa i już mam numer. Jest diva, podobna cienizna, ale co mnie to obchodzi. Nuda rozpłynęła się niczym mgła w górach.

Spotkanie z kuzynem skończyłem szybciej. Musiałem wziąć głęboki oddech. Spokojnie, robiłem to tyle razy. Wybieram zdobyty numer. Sygnał, drugi, trzeci. „Słucham” – głos typowej rutyniarskiej kurwy.

Szybka rozmowa, co gdzie i za ile. Odpowiedź na pytanie „gdzie?” Bezcenna. Hotel, tu i tu. Ojoj, pomyślałem. Nazwanie hotelem, obskurnego robotniczego motelu, to zdecydowanie przegięcie. Byłem tam dawno, dawno temu. Koleżanka z technikum przeprowadziła się tam, do poznanego na meczu robotnika. Jej rodzina i nauczyciele nie byli zachwyceni, ale my, młodzi gniewni, niepokorni Julkę wspieraliśmy i często tam bywaliśmy.

Najlepsze, diva zostawiła na koniec.

– Kup po drodze prezerwatywy, bo ja nie mam. – Zatkało mnie. Po raz pierwszy od kilku długich miesięcy zatkało mnie. Niewątpliwie to było coś nowego. Zdobyłem się tylko na krótkie „ok.” Przejazd po mieście zajął mi nie dłużej niż kwadrans. Po drodze, zatrzymałem się przy kiosku. Poprosiłem tanie „NewCaress”. Zawsze lubiłem moment kupna prezerwatyw. Najprawdopodobniej każdy chłopiec na tej planecie, no może z wyjątkiem Afryki, poznaje termin „prezerwatywa” różnie na „to” mówią. Guma, kalosz, condom, ubranko robotnicze, etc. etc. Pojawia się moment w życiu faceta, bardzo młodego faceta, kiedy kupuje pierwsze opakowanie i …. Nie bardzo wie, co z tym zrobić. No, ale wyobraźnia chłopców nie ma granic, toteż, zastosowanie gumiaków jest najróżniejsze. Klamki, ręce, proca na skoble, bomby wodne, a to nie wszystko. Moda, na zakładanie gumy na klamki minęła, kiedy kolegę sąsiad przyłapał na rozwijaniu bananowej prezerwatywy na swoją klamkę.

Kolejny etap, to kupowanie prezerwatyw, „bo coś może być”. Ten etap jest jeszcze bardziej komiczny, niż pierwszy. Najczęściej to „coś”, to utrata terminu ważności w portfelu pryszczatego jebaki. Będąc na akademickiej imprezie zobaczyłem gumkę w wytartym opakowaniu i usłyszałem o podpitego kolesia: „od liceum”. Nigdy się nie dowiedziałem, czy to był sentyment, czy po prostu nigdy nie bzykał. Ja nie miałem tych problemów. Dlatego lubiłem ten moment zakupu condomów. To o czymś świadczyło. O drodze sukcesu, jaką przebyłem. Od inteligentnego dziwaka w szkole średniej, do prawdziwego okurwieńca, kilka lat później. Miałem dziewczynę, popychałem na boku inną, a oprócz tego bzykałem kurwy. Byłem, doprawdy, degeneratem. I wiecie co? Napawało mnie to dumą.

No, ale wszystko ma swoje granice. Nawet ja nie kupowałem prezerwatyw kurwie. Coś nieprawdopodobnego.

Zaparkowałem pod obskurnym peerelowskim obiektem. Motel robotniczy, stojący na równi z blokiem socjalnym. Ponownie dzwonię. Słyszę numer pokoju, czwarte piętro. Wnętrze motelu jest przygnębiające. Zielonoszare ściany, wręcz muszą przypominać lokatorom, że chyba, gdzieś przegrali. Czapkę zimową naciągam na głowę, głęboko. Rozglądam się dyskretnie. Żółta firanka częściowo zasłania śpiącego recepcjonistę. Mijam go szybko i wchodzę na klatkę schodową. Brudna klatka, stalowy kolor barierek i odrapane ściany. Wszystko sprawia, że mimo iż idę do góry odnoszę wrażenie, jakbym schodził w dół, gdzieś w przytłaczającą otchłań. Na szczęście włączył się autopilot i mknę przed siebie. Dotarłem na właściwe piętro. Patrzę na granatowe numery, które ktoś niestaranie, szablonowo namalował na drzwiach. Pierwszy od numer, jest dosyć odległy od docelowego. Powoli przemierzam korytarz, w stronę zakurzeni szyby czołowego okna. Stary rower, wózek dziecięcy, duże kawałki tapety, ubrudzone buty. Nieciekawa sceneria. Doszedłem do numeru, za którym miałem ujrzeć kolejną odsłonę burdelowa. Nie zdążyłem zapukać po raz drugi, kiedy zdarzenia same się potoczyły. Najpierw ujadanie psa. Nie szczekanie, ale ujadanie. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy motelu wyskoczą, jak oparzeni ze swoich pokoi. Przez głowę, lotem błyskawicy przemknęła mi myśl: „zwiewaj”. Niemal w tym samym momencie otworzyły się drzwi i instynktownie wszedłem do środka. Mały pokoik z aneksem kuchennym . Tanie, jednoosobowe łóżko na pierwszym planie, jakieś akademickie meble. Obraz nędzy i rozpaczy. Spojrzałem w lewo. W aneksie stał pies, przywiązany do zlewu. Żadna bestia, typ małego ciapka. Z tym, że zwykły ciapek, raczej radośnie obszczekuje gości, a ten bydlak szczekał wściekle. Pierwsze, co usłyszałem, po słowie „cześć”, było uspokajanie psa. Taka atrakcja, zupełnie mnie zaskoczyła. Jednak to też było burdelowo, tyle, że nieco inne.

– Nie bój się. Jest przywiązany. – Skinąłem głową, na znak, że wierzę, widzę i rozumiem. Szybko dobiliśmy targu. Ile dostanie, za udostępnienie swojej szpary. Co ciekawe, mimo, iż stałem w pokoju kilka minut, pies, nie przestawał szczekać. Dramat. Kiedy przywykłem do szczekania, bliżej przyjrzałem się divie. Niska szatynka, wiek między trzydzieści pięć, a czterdzieści. Raczej mało atrakcyjna. O ile znam się na takim typie, to z jej twarzy wyczytałem rutynę i zobojętnienie. Bardzo podobne do mojego.

– Masz prezerwatywy? – Zapytała.

– Mam. – Odpowiedziałem, wyciągając czerwony kartonik z kieszeni. Wyciągnęła rękę.

– Dobrze, że mamy te prezerwatyw ki. – Powiedziała z namysłem. Ja już się nie odezwałem. Rozpiąłem kurtkę, ściągnąłem wełniany sweter i zacząłem rozpinać pasek. T-shirt zostawiłem. Ściągnąłem spodnie i slipy. Diva, ubrana w sztruksowe spodnie i bluzkę, miała nieco mniej do ściągnięcia. Otworzyła opakowanie i urwała listek z gumką. Kiedy była naga, położyła się na jednoosobowym łóżku. Zrobiłem krok w jej stronę. Była niska, z lekką nadwagą. Miała pokaźne, charakterystyczne, dla wieku i budowy ciała cycki. Podszedłem do łóżka i złapałem ją za pierś. Palcem zrobiłem kilka okrążeń wokół sutka. Zrobiłem to z przyzwyczajenia. Nie potrzebowałem dodatkowych impulsów, bo mój sprzęt sterczał w gotowości od kilku minut. Chwilę ugniatałem jej cycki, mechanicznie, mnie też dopadła rutyna. Powoli przesuwałem wzrokiem po jej ciele. Cycki, na plus, nieco za duży brzuch, z rozstępami, troszkę zwaliste uda. Przy tym wzroście, była po prostu normalna. Zatrzymałem się na jej kroczu. Cipka obrośnięta burymi włoskami, które dziwnie przypomniały mi o Oli z akademika. Podobne, pomyślałem. Ręka niskiej dziwki zaczęła coś na kształt pieszczot. Pogłaskała mnie po jajach, jej palce kilkukrotnie przesunęła się wzdłuż mojego instrumentu. Ewidentnie, to spotkanie można było zdefiniować jednym słowem: „rutyna”. Niczym zakup bułek w osiedlowym sklepie o poranku.

Podała mi sreberko z prezerwatywą, pytając, czy założę. Pokiwałem głową. Szybko, sprawnie i płynnie założyłem gumę. Klęknąłem przed jej lekko rozchylonymi nogami. Złapałem je pod kolanami i przycisnąłem do cycków. Dynamicznie wszedłem. Lekkie stęknięcie i rozpocząłem posuwanie, niczym tłok w silniku. Kilka, może kilkanaście głębszych, raczej łagodnych pchnięć. Łapię ją za uda i przyciągam do siebie. Moje pchnięcia stają się sprężyste, mocniejsze. Kilka minut jednostajnych pchnięć i ostatnie trzy razy dobijam mocniej. Dochodzę. Szybko sprawnie. Bez komplikacji. Ściągam ubranko robotnicze z penisa. Słyszę, że kosz jest niedaleko drzwi, żebym wyrzucił. Z chwilą, kiedy wyrzucam kalosza, pies na nowo dostaje szału. Ubieram się czym prędzej. Gospodyni stara się go uciszyć, ale nic z tego. Jeszcze raz omiatam spojrzeniem pokój. Nie jestem do końca pewien, czy tak miał wyglądać mój świat. Zakurzony, ciasny pokój z podrzędną prostytutką. To chyba zły omen. Wychodzę. Lekkim krokiem schodzę po schodowej klatce. No tak, więc rozdziewiczyłem rodzinne strony. Taak. W końcu moja ciemniejsza strona, nawet tu mnie znalazła.

Siadam wieczorem przed komputerem. Piszę na Forum. Tej divy nie ma w ogłoszeniach. To cichodajka, jej numer funkcjonuje w pewnych kręgach. Zabawne, jak awansowałem w strukturach, nie jestem tylko userem, jestem kimś, kto ma coś do powiedzenia. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym, który zaliczył turnus letni, terapii dla uzależnionych od alkoholu. Poznał tam koleżkę. Pół roku później koleżka wprowadził go na miejscówę, gdzie spożyli alkohol. Na prawdziwą melinę, rodem z ciężkiego prylu. Czy zemną było tak samo? Już wtedy powinienem przewidzieć, że ja również niebezpiecznie zbliżam się do krawędzi.

Gruba blondyna cz. 2

Wstałem z ławki i dalej ruszyłem przed siebie. Świat widziany z perspektywy kaca, jest inny, niż na trzeźwo. Czasem lepszy, czasem gorszy, ale zawsze inny. Kolory, dźwięki, wszystko niby jest normalne, ale dziwnie inne. W cudownym otępieniu dotarłem na wiadomą ulicę. Miałem poszukać odpowiedni numer lokalu i zadzwonić. Wszystko poszłoby po mojej myśli gdyby nie mały drobiazg. Blok, w którym miało się znajdować burdelowo, okazał się mieszanką peerelowskiego bloku i kamienicy. Dziwny, budowlany twór, w kolorze żółtym. Pięciopiętrowy w kształcie litery C. Naliczyłem około sześciu klatek. Na domiar złego, ponad trzy czwarte budowli pokryte było rusztowaniami – trwały prace ociepleniowe. Podszedłem do najbliższej klatki. Żadnego spisu, żadnej numeracji, poszedłem do kolejnej, również nic. Zadzwoniłem do divy, prosząc o wskazówkę. Jej wskazówka okazała się na tyle niekonkretna, że obszedłem blok dwukrotnie i za nic  nie mogłem znaleźć odpowiedniej klatki. Kolejny telefon, podaje numer ten i ten. I znowu moje badanie każdej klatki. Zapytałem jednego z ekipy remontowej, ale nie potrafił mi odpowiedzieć. Kolejny telefon, diva z cierpliwością tłumaczy. Chodzę od klatki, do klatki. Zaraz się zdenerwuję. Kolejny telefon, tłumaczenie divy, która cierpliwie tłumaczy, która to klatka, niewiele daje. Nie wiem, czy mój mózg, który jeszcze nie przetrawił wódy, czy może jej umiejętności klarownego tłumaczenia, ale coś szwankuje. Zaczynam myśleć, że może to znak. Znak, żeby zawrócić, żeby odejść. Żeby odpuścić. Nie. Jeszcze nie, jeszcze jeden telefon.

– Wiesz co, podejdź do tej zielonej budki, blaszanej, widzisz?

– Tak.

– To podejdź.

Podchodzę do budki. Otwiera się okno na pierwszym piętrze. W oknie pojawia się pucułowata twarz, z blond prostymi włosami.

– To ta klatka, numer mieszkania…

Owładnął mnie amok. Tak to moja rzeczywistości, to mój świat. I jua chciałem odejść? I gdzie iść. Nie ma innego świata, jest tylko burdelowo. Podchodzę do drzwi, brzęk domofonu, wchodzę na ciemną, obszerną klatkę schodową, charakterystyczny swąd takich klatek wypełnia moje nozdrza. Wchodzę po schodach, na pierwsze piętro, w zaciemnionej części, są drzwi z magicznym numerem. Pukam, otwierają się, wchodzę. Patrzę, na postawną, młodą kobietę. Szeroka twarz, sympatyczna, z uśmiechem, który niewiele zdradza. Pyta mnie, na ile chcę zostać, biorę „kwadransik”, który oznacza tylko jeden numerek albo „lodzik”. Wchodzimy do pokoju, który jest nieco zagracony, pod oknem stoi coś, na kształt tapczanu. Blondyna ubrana jest w przydługą koszulkę. Siada na tapczanie, ściąga koszulkę, ja łapczywie łapię za duże, dorodne cyce, jej dłonie nie pozostają dłużne i moje gacie lądują na moich stopach.

– Chcesz lodzika, czy seks?

– Seks. – Zawszę biorę seks, lodzik raczej nie jest moim ulubionym „małym co nieco”

Jestem gotowy. Postawna diva, zakłada prezerwatywę. Przechyla się do tyłu, kładzie na plecach i unosi nogi. Wyprostowane, w kształcie litery V. Przybliżam się, pochylam i energicznie wchodzę. Cały kat jest szybki, energiczny. Kończę szybko. Zmęczony wczorajszym aktem pijaństwa, wycofuję się, jestem oszołomiony, lekko zawirowało mi w głowie. Blondynka, rozpoczyna higieniczny proces, za pomocą jednorazowego wilgotnego ręczniczka. Ubieram się, żegnam i wychodzę. Słońce, po wyjściu z klatki wydaje się wdzierać we mnie ze zdwojoną siłą. Dobrze, że kilkadziesiąt metrów dalej jest sklep spożywczy. Zimna cola przywraca mi moc. Nie myślę, o tym co się przed chwilą stało. Jestem znieczulony, wręcz otępiony. Z marazmu wyciąga mnie dzwonek telefonu.

– Gdzieś ty jest? Coś ty kurwa wczoraj odpierdolił?! – Jego powitanie, brzmi niepokojąco. – Marta powiedziała Edycie, a Edyta dalej. Wszyscy już wiedzą, że chcesz się jej spuścić na uśmiech. Na początku cię broniłem, że na pewno tak nie powiedziałeś, ale pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że w końcu to ty. Przychodź kurwa. – Koniec rozmowy, cały Misza. A więc powiedziałem. Telefon od Miszy rozwiał moje wątpliwości.

Wieczór, kolejna biba, kolejne litry, jeśli nie hektolitry alkoholu. Te same roześmiane twarze, te same osoby, ta sama niesamowita atmosfera. W końcu ten sam klub. Wszystko jest takie samo. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, pojawia się zmienna, której nie brałem pod uwagę. Czas na ułamek sekundy staje w miejscu. Przestrzeń ogranicza się do jednego punktu. ONA. Jest tu, bawi się ze swoimi znajomymi, jest jakby z innej planety, poza moim układem planetarnym, poza moim wszechświatem. Zaczynam czuć tęsknotę. Dlaczego nie jestem tacy jak inni, dlaczego nie mogę po prostu się zakochać? Dlaczego to akurat mnie trawi ten palący głód nowych doznań, pragnienie, żądza, która jest nienasycona. I znowu słyszę głos własnych myśli. Zastanawiam się, czy to moje myśli, czy coś innego.

– Teraz rozumiesz? Ty już dokonałeś wyboru, dawno temu, w pewien wiosenny dzień To twój świat. Będziesz miał więcej kobiet, niż wszyscy twoi znajomi, ale jej nie będziesz miał. Doznania, których tak szukasz będą na wyciągnięcie ręki, ale nie miłość. Zrozumiałeś?

Idę do baru, po kolejne piwo.

 

 

 

Ruda czyni cuda, cz. II

Dresy i lazurowa, nieco za krótka bluzeczka sprawiają miłe wrażenie. Jest nieco przy kości. Ma sympatyczny uśmiech i włosy w kolorze rudym, z odcieniem rubinowego. Duże cycki naciągają materiał lazurowej bluzki. Kutas powoli, leniwie rozciąga materiał w moich majtkach. Widok sympatycznej kurwy ożywił mnie. Jednak nie popadłem w całkowite odrętwienie. Dostaję ręcznik, idę pod prysznic, a raczej tylko opłukać Wacława. Idę do pokoju. Czekam na divę. Oczekiwanie na płatny seks przyjemnie podnieca. Gdy patrzę na okna, które wychodzą na podwórze, wchodzi moja kurewka, owinięta ręcznikiem. Ściąga ręcznik, który owijał jej pulchne ciało i rzuca go na krzesło. Naga, luźno i bez skrępowania podchodzi. Ja zdążyłem, odwiesić swój ręcznik chwilę wcześniej.  Kładę się na łóżku. Jest typem pieszczocha, można to wyczytać z jej twarzy. Nie pyta biznesowo od czego zacząć. Sama dochodzi do wniosku, że przed seksem wskazane są pieszczoty. Jej ciało z lekką nadwyżką tkanki tłuszczowej idealnie nadaje się do pieszczot. Skóra gładka w normie, jeszcze nie dopadła ją choroba zawodowa. Cycki duże, delikatne, obfite. Są świetne, nie wiem, czy idealne, ale świetne. Przez głowę przemyka mi myśl: czy można którekolwiek cycki określić mianem ideału? Jest pewna prawidłowość. Dziewięćdziesiąt procent cycków na rynku towarzyskim jest super. Mogą być lekko obwisłe, za małe, kształt może być nieco odbiegający od ideału. Widziałem bardzo niewiele cycków, które byłyby nieładne lub odpychające, większość to prawdziwe dary natury.

Łapczywie wkładam sutek z brodawką do ust. Lekko ściskam pierś. Druga ręka wędruje od łona do piersi. Moje palce kreślą abstrakcyjne wzorki, na jej nieco zbyt pokaźnym, ale wciąż miłym brzuchu. Leżymy obok siebie. Ręce dziwki nie pozostają dłużne. Uda, brzuch, ta droga, staje się traktem, po którym podążają jej dłonie. . Zna fach. Większość prostytutek pieszczoty koncentruje na brzuchu i udach – to sprawdzony sposób, szybko można przejść do fiuta. Patrzę na jej twarz, wydaje się być znajoma. Czyżbym już ją kiedyś odwiedził? Tyle tego było, że faktycznie mogłem zapomnieć i zaliczam replay. Delikatnie zaczyna brandzlować. To jest to. Moja ręka również zjawia się między jej udami. Wygolona, mięsista cipka. Zapowiada się ciekawie. Wsuwam dwa palce, wyjmuję i całą ręką piszczę rozkoszną cipkę. Przesuwam rękę i środkowy palec wsadzam w dupkę.

– Mmymy – Rudowłosa kręci przecząco głową

– Zakładamy? – Ruda patrzy tępawo. Skinąłem głową. Patrzę na jej ręce. Fachowo odrywa kawałek folii i wyciąga gumę. Po chwili mój druh odziany w pelerynę znajduje się w apetycznej kurwie. Leży na placach z szeroko rozłożonymi, uniesionymi nogami. Lubię tę pozycję – wszystko odkryte. Posuwam powoli, ręką gładzę po udach, to znów łapię za cycka. Cycki miarowo się unoszą w takt mojego dobijania do jej łona. Dziwna sprawa – nie odczuwam żadnego majestatycznego stanu. Przywieram do niej całym ciałem, może bliskość będzie drogą do orgazmu. Nie wiem, ile to trwa. Zwykła kopulacja, już wiem, że tak się nie spuszczę. Zresztą, kiedy nastawię się na buszowanie po dwóch dziurkach ciężko skupić się na jednej.

– To może w pupę? – Pytam delikatnie.

– Jak chcesz. – Ruda uśmiecha się, a ja z niej wychodzę. Ku mojemu zdziwieniu dalej leży.

– Odwróć się.

– O nie, misiek. Rozerwałbyś mnie. Muszę cię mieć na oku. – Uśmiecha się i podkurcza nogi, kolana gniotą duże cycki. Dwa palce zbliża do ust i pokaźną porcję śliny zbliża do anusa. Kiedy już sama się nawilżyła klęcząc przed nią biorę kutasa do reki i pocieram cipkę. Schodzę niżej i przyciskam do pączka. Delikatny opór anusa i jestem w dziwkarskiej dupie.

– Tylko delikatnie i powoli. – Rudzielec upomina mnie, wciąż się uśmiechając. Dobijam powoli do końca. Przód – tył. Powoli, systematycznie. Lubię anal, z kilku powodów: po pierwsze mam świadomość, że przeleciałem samicę na wskroś, w każdą możliwą dziurę. Po drugie, nie spotkałem jeszcze kobiety, dziewczyny, czy kurwy, którą dupe miałaby luźniejszą od pizdy. Choć podobno takie istnieją. Jedną ręką obejmuję udo, drugą gładzę ją po brzuchu. Przesuwam dłoń w kierunku łona. Kciukiem bawię się łechtaczką, w końcu wsuwam kciuk do cipki. Patrzę na twarz divy – bez większych emocji. Niedługo dojdę, łapię za oba uda i przyspieszam. Orgazm po prostu przychodzi. Czuję pulsowanie swojego bata. Skończyłem. Wyciągam sztywnego wała z dupy. Ostrożnie, żeby gumka się nie zsunęła. Kiedy wyciągam całą pytę, dostrzegam na końcu gumki, czyli na końcówce fiuta brązową maź. Nie dowierzam. W ułamku sekundy, no może po dwóch sekundach, cały pokój utonął w odorze ludzkiego gówna. No tak. Jeszcze pięć minut temu narzekałem na brak doznań, teraz jest ich pod dostatkiem. Jak można się nie wysrać i proponować anal. Diva jest mocno zakłopotana, ściąga osranego gumiaka i zawija w chusteczkę. Nie patrząc mi w oczy podaje drugą. Oboje wiemy, co zaszło, ale udajemy,  że nie było sytuacji. Kurwa podchodzi do okna.

– Otworzę, bo gorąco.

Gorąco, kurwa. Śmierdząco, nie gorąco. Nic się nie odzywam. Idę do łazienki. Biorę żel pod prysznic i sporą dawką myję penisa. Jakbym nie miał gumy, to musiałbym chuja w wodzie kolońskiej moczyć. Wracam do pokoju. Czym prędzej się ubieram. Idę do drzwi, diva mnie odprowadza. Da się wyczuć, że chce się mnie jak najszybciej. Rozumiem i nie mam nic przeciwko. Szybkie „cześć”. Drzwi zamykają się. Szybko wychodzę z klatki. Wychodzę z podwórza, znów mijam dziesiątki ludzi, znów nic nie czuję. Oprócz odoru gówna.

Ruda czyni cuda, czyli gówno na kutasie cz. 1

Moja edukacja, z każdym dniem była zbliżała się do końca. Koniec studiów. Zleciało. Umowa wynajmu stancji skończyła się. Każdy poszedł w swoją stronę. Co teraz robić? Nie wiem. Zamieszkałem u Przema. Sierpień, gorący sierpień. Udawałem,że szukam pracy i wykorzystywałem ostatnią szansę na przyssanie się do sakiewki rodziców. Przemo, po wyprowadzce ze stancji został kolesiem od rachunkowości w dużym koncernie przemysłowym. Dodatkowo dalekie kuzynostwo zaproponowało mu opiekę nad mieszkaniem. Sytuacja była prosta: on płaci rachunki i mieszka, oni są szczęśliwi, bo mieszkanie nie będzie puste. Ja skorzystałem z okazji i zająłem drugi pokój. Pierwszy z naszej paczki, który stał się dorosły. Ja troszeczkę z tym zwlekałem. Za bardzo pochłonęło mnie moje podziemnie życie, mój wewnętrzny świat. Forum, Szwagrowie, Strona. To wszystko pochłonęło mnie tak bardzo, że czasu na studia, nie zawsze starczało. Zawsze mnie coś zastanawiało. Czy Clark Kent, to alter ego Supermena, czy na odwrót. A jak jest ze mną? Czy login na Forum to moje alter ego, a może inaczej, student ekonomii, to alter ego degenerata z forum.

Dosyć pieprzenia. Byłem szczęśliwy, byłem z Dagną. Spytacie kim jest Dagna. Dobre pytanie. Pytanie dobre i trudne zarazem. Bo nie da się napisać kim jest Dagna, nie pisząc kim była dla mnie. A dla mnie była po prostu szczęśliwym zakończeniem. Po latach eksploracji burdelowa, celebracji każdej sprzedajnej cipki, relacji, które wionęły z daleka pustką, dotarłem do szczęśliwego zakończenia. Szczęście miało na imię Dagna. Mam ochotę rozpisać się o Dagnie, ale przecież nie o nią tu chodzi. W końcu ten blog miał być o podróży przez krainę zwaną burdelowem. O penetrowaniu niezliczonych ust, cip i anusów. Dagna to jedynie poboczny epizod tej opowieści. Jeśli będziecie chcieli, kiedyś wszystko opiszę. A dziś w skrócie.

Od kilku tygodniu burdelowo przestało istnieć. Odpuściłem Forum, Stronę, wszystko. Chodziłem za rękę z moją ukochaną i byłem szczęśliwy. Problem polega na tym, ze marzenia najczęściej widzimy w 2D. Coś, jakaś idea, jakiś obraz, pojawia się w głowie. Za tym obrazem pojawia się myśl. Na końcu przychodzi wniosek. To da nam szczęście. Widzimy gdzieś daleko obraz, dostrzegamy siebie na nim i przypuszczamy, że to jest nasza droga do szczęścia. Tak większość ludzi postrzega marzenia. Nie jestem tu wyjątkiem. Kiedy jednak, nasze marzenie przestaje być obrazem, do którego wzdychamy, a zamienia się w trójwymiarową bryłę, na którą stajemy, możemy poczuć niezbyt przyjemne uczucie. Bo, oto uzyskaliśmy to, o czym tak intensywnie, z utęsknieniem  marzyliśmy. Nasza postać odrysowała się, na naszym, utkanym z marzeń gobelinie. I teraz, dostrzegamy, co jest za nim. Już nie patrzymy no obraz, marzenia to zdobyty szczyt, mamy satysfakcję, zdobyliśmy go i jednocześnie widzimy coś, czego nie mogliśmy ujrzeć wcześniej.

   Byłem z dziewczyną, którą pokochałem od pierwszego wejrzenia. I tu pojawił się problem. Widziałem dziesiątki nagich kobiet. Byłem w dziesiątkach kobiet, smakowałem ich soków, napawałem się nimi. Zapomniałem jednak przeczytać elementarz (o ile taki istnieje) bycia z drugim człowiekiem. Po kilku tygodniach znajomości znalazłem się w całkowicie nowym świecie. Chciałem się z nią ożenić, mieć dzieci i wieść nudne życie, z drugiej strony coś zaczynało się psuć. Pojawiła się rysa na szkle, która stawała się coraz większa. Postanowiliśmy dać sobie czas i przystopować ze znajomością. Dagna tak postanowiła, ja się zgodziłem. Zaczęły mnie nachodzić demony sceptycyzmu z przeszłoci. – Czy to ma sens? – To pytanie kołatało w mojej głowie coraz mocniej.

Stronę włączyłem z bezradności, po prostu nic innego nie przychodziło mi do głowy. Przez ostatnie lata Burdelowo było moim panaceum na wszystko. – Kto wie, może teraz też znajdę tu odpowiedź – pomyślałem. Forum, Strona, posty Szwagrów. Trochę przybyło od mojej ostatniej wizyty. Lektura postów pozwala zając czymś umysł. Nie wiem czemu, ale podczas przeglądania ogłoszeń kilka numerów wklepałem do telefonu. Zamknąłem laptop, poszedłem spać.

Rano wstaję. Przemo jest już w robocie. Poranna toaleta, papieros. Nie jem śniadania, wychodzę. Idę na przystanek, szukam linii podmiejskiej. Jest. Za dziesięć minut będzie autobus. Mózgu używam połowicznie. Działam na autopilocie. Wiem, co chcę zrobić. Wsiadam do autobusu, który właśnie przyjechał. Ruszamy. Lubię jeździć jako pasażer. Lubię patrzeć w okno. Lubię przemijający krajobraz i niewiadomą: co będzie za zakrętem. Mija pół godziny. Jeszcze kilka przystanków i jestem n miejscu. Moim celem jest burdel drugiej kategorii, który jest na obrzeżach  miasta. Szwagrowie piszą, że jest 24h. Nie wiem, dlaczego akurat dziś muszę tam jechać. Po prostu.

 Dotarłem. Patrzę na numer domu. Całkiem długi spacer mnie czeka. Poranne ciepło powoli zamienia się przedpołudniowy skwar. Sierpień. Nie spieszę się, powoli idę. Dotarłem do alejki. Mój obiekt znajduje się na jej drugim końcu. W alejce jest jakby chłodniej. Cienie od domów, drzew i krzewów dają lekkie wytchnienie. Docieram do furtki. Piętrowy, masywny dom coś jakby z wielkiej płyty. Trąci PRL-em. Dwie wierzby dają chłód i cień. Wejście po schodach prostopadle do ulicy. Dzwonię. Otwierają się drzwi, pojawia się kobieta około czterdziestki. Z mordy widać, że diva, pewnie szefowa. Zniszczona twarz i rutynowa wyjście w szlafroku dają pewność. Jej spojrzenie na chwilę opuszcza rutyna, a przejmuje ciekawość.

– O co chodzi? – Pyta.

– Otwarte?

– No niby tak, ale.. – Zdaję sobie sprawę, ze nie wielu świrów przychodzi do burdelu po dziesiątej rano, no dobra, przed jedenastą, ale co tam. Nie pozwolę jej dokończyć – to można skorzystać?

– Muszę dziewczyn spytać.

– Pani Ewo. Nie! – słyszę głos z domu. Moja rozmówczyni na chwilę wycofuje się do ganku. Rozmawia z kimś.

– Sorry, musimy sprzątnąć po nocy.

– Nawet na kwadransik? – Staram się nadać swojej twarzy wyraz słodko-błagalny. Stara kurwa uśmiecha się i kręci przeczącą głową. Odchodzę od furtki. Co ja tu kurwa właściwie robię – pytam sam siebie.  I co ważniejsze, gdzie ja właściwie jestem?. Pytam ludzi, gdzie jest przystanek, z którego dojadę do centrum. Idę w coraz większym upale. Dostrzegam pewną zależność. Jadąc do podrzędnego burdelu nie czułem napięcia seksualnego. Nic nie czułem. Dopiero odmowa w burdelu spowodowała mix emocji: zdenerwowania i podniecenia. Teraz muszę uspokoić skołatane nerwy. I wszystko stało się jasne. Wczoraj nie potrafiłem tego logicznie wytłumaczyć, nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego wklepuję numery. Dziś już wiem. Podświadomość zrobiła swoje. Wybieram pierwszy numer. Nic. Wybieram drugi. Słyszę miły głos. Osoba raczej młoda. Przyjmuje w centrum, tanio, opcja full. Z tego co pamiętam tak właśnie opisali ją szwagrowie. Docieram do przystanku. Patrzę na rozkład. Za dwadzieścia minut będzie autobus. Spaceruję. Dosyć zielona okolica. Same domki, krzywy chodnik, trawnik, z zasięgu wzroku zakład wulkanizacyjny. Wszystko jest dziwnie na miejscu. Z obskurnego spożywczaka wychodzi trzech dresów z piwem. To nastraja mnie do obserwacji ludzi. Wakacje są szczególnym czasem. Wprawdzie dwa miesiące wakacji łączymy z dzieciakami, ale kiedy przyjrzeć się bliżej, to każdego, w pewnym sensie, rozleniwia lipcowo-sierpniowe słońce.  Dresy, robotnik w poplamionym kombinezonie niesie drabinę. Facet w zielonych, spranych jeansach i sportowej koszuli, sprawia wrażenie wuefisty. Zgarbiona babcia wlokąca po ziemi szmacianą torbę. Każdy zdaje się lewitować w rozgrzanym powietrzu. Obserwacja zmusza mnie do pytania, w której grupie społecznej będę za dziesięć lat? Kończę studia, czy mam plan na życie? Czy chcę być jednym z wielu. Praca, żona dzieci i monotonia dnia codziennego. Nie, tego nigdy nie chciałem, chciałem być ponad to. Chciałem iść swoją drogą. Ale pojawiła się Dagna. Nigdy tego nie pojąłem. Dagna była dla mnie uosobieniem najbardziej wzniosłych, romantycznych ideałów. Z drugiej strony, było w niej coś takiego, że wręcz zapragnąłem M3 z wielkiej płyty, talerza z zupą i obok mieć żonę. Może pod każdą, na pozór nudną,  towarzyską egzystencją kryje się wielkie romantyczne uczucie?

Patrzę na zegarek. Za cztery minuty będzie autobus. Wracam na przystanek. Autobus. Wsiadam, jadę. Nic nie czuję. Chciałbym poczuć gorąco, napięcie, znajomy dreszczy, ale nie czuję nic. Nawet jebać mi się nie chce. To, po co jadę do burdelu? Bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. Lata w burdelowie, w pewien sposób, zmieniły mi sposób patrzenia świat. Może nawet nie zawsze chodziło o seks. Sam klimat, był dla mnie czymś w rodzaju ucieczki.

Jazda szybko zleciała. Jestem w centrum .Kolejny telefon. Ustalamy szczegóły, gdzie, co i za ile. Po przejściu dwustu metrów bez problemu znajduję adres. Mrok bramy i chłodniejsze powietrze na podwórku orzeźwiają. Bez trudu znajduję klatkę. Domofon. Słyszę brzęczenie zamka. Otwieram drzwi wchodzę na drugie piętro. Dzwonię, wchodzę. Czego się zresztą spodziewałem? Po tylu latach włóczenia się po burdelach, to przestało być mrocznym, ekstatycznym przeżyciem, stało się monotonne. Szybka wymiana zdań, kasa do łapy.