Kolejna odsłona początku cz. 2

Minął pierwszy dzień. Zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego. Dopiero od następnego dnia rozpocząłem nowy etap w życiu. Nowi ludzie, nowy budynek, wszystko nowe. Nie wiem dlaczego, ale dziwnie nie przypasowali mi moi nowi znajomi. Jakoś tak po prostu, byłem na „nie”. Nie nawiązaliśmy kontaktu. Pierwsze zajęcia, również mnie odstraszyły. Jak się okazało, z największą „zgagą” na wydziale. Teraz mnie to bawi, ba, mam nawet duży sentyment do tamtych czasów. Wtedy jednak rzeczywistość, która mnie otaczała, zdawała się być nieprzyjazna. Czułem się dziwnie obcy. Życie poza wydziałem też nie miało jakoś kolorowych odcieni. Mieszkanie z obcymi ludźmi, wszystko nowe i nie takie, jakie miało być. W wyobraźni to wszystko miało być inne, bardziej kolorowe, lepsze. Tak, jak w amerykańskich komediach, nie było. – A miało być tak pięknie. – z ironiczną goryczą podśpiewywałem w trakcie porannego prysznica. Elementem, który w jakiś sposób osładzał mi ten gorzki czas były rozmowy telefoniczne z B. która również zaczynała studiować na drugim końcu kraju.   Tkwiła we mnie licealna, nieudolna „miłość” do koleżanki, która nigdy nie dała mi najmniejszego sygnału, że „coś” może między nami być. Tak minęły dwa pierwsze tygodnie. Ekscytacja studiami niepostrzeżenie zamieniła się w rozczarowanie. Utwierdziłem się, że nasze rodzime warunki studiowania to nie komedia „Wieczny student”. Nikt nie porusza się po kampusach golfowymi wózkami, nie ma imprez  gdzie fitneski paradują w bikini. Jest za to polska złota (i chłodna) jesień.

Zobowiązany jestem w tym momencie nadmienić, że z czasem wszystko ruszyło naprzód. Pojawiły się dziewczyny, imprezy i najpiękniejsze lata w moim życiu.  Początek nie był jednak wesoły.

Nie mogąc odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości chodziłem po mieście. Wieczorne długie spacery miały, można powiedzieć, terapeutyczne działanie. Chodziłem spokojnie, bez pośpiechu. Odwiedzałem centra handlowe, sklepy, knajpki i wszystko, co mijałem po drodze. W natłoku nowych doświadczeń, nowej rzeczywistości, zapomniałem nawet o zakazanej krainie, którą niedawno odkryłem. Nie, nie zapomniałem –  bardziej trafnym sformułowaniem będzie: zepchnąłem burdelowo gdzieś, nieco dalej, w dalsze obszary świadomości. Ale, ile można trzymać część własnej osobowości, gdzieś w niezdefiniowanej oddali.

Zadzwoniłem do Młodego. Poprosiłem o numer do „tego miejsca”. Z tego, co pamiętałem, miał taki numer, chociaż nigdy nie miał zamiaru skorzystać.

– Ale..? Do, do burdelu chcesz numer? – Był uroczo zaskoczony. Jego przyciszony głos zdradzał mieszankę zakłopotania i niedowierzania.

– No tak. – Odpowiedziałem spokojnie.

Dał numer. To był pierwszy raz kiedy w moim telefonie pojawił się taki gorący numer. Numer do miejsca, gdzie pieniądze można wymienić na dowolną dawkę przyjemności. Gdybym się zastanowił, potrafiłbym określić ile modeli telefonów od tamtej pory zmieniłem. Ale nawet gdybym zaczął medytować, nie potrafiłbym określić ile takich gorących numerów przewinęło się przez moje telefony. Z pewnością dużo, ale ten pierwszy zawsze będzie obecny w moich wspomnieniach. Według Młodego agencja znajdowała się nieco w bok od centrum, na spokojnej, ale nieco zaniedbanej i  podejrzanej uliczce. Nacisnąłem zieloną słuchawkę i czekałem na połączenie. Po kilkunastu sekundach usłyszałem przyjemny, kobiecy głos. Usłyszałem wszystko, co chciałem wiedzieć. W jakiś dziwny sposób mimo, że to była pierwsza taka rozmowa w moim życiu wiedziałem o co pytać, zupełnie jakbym rozmawiał ze starą znajomą. Serio, tak jakbym od zawsze to w sobie miał. Podziękowałem  za informację i zakończyłem połączenie. Nie wiedziałem co zrobić. Kwota, którą usłyszałem była ponad pięćdziesiąt procent wyższa od kwot, które płaciłem wcześniej. Co prawda, jako biedny student, byłem zasilany przelewami od rodziców, którzy ostatnią koszulę oddaliby  byle tylko ich latorośl wyszła na ludzi. Wahałem się co zrobić. Jesień zapanowała nad miastem w zupełności. Chłód i wiatr  szybko zmieniły popołudnie w wieczór.  Ta sceneria pomogła mi podjąć decyzję o powrocie do mieszkania.

W mieszkaniu przekąsiłem kabanosa, zamieniłem kilka słów z Miszą (wtedy docieraliśmy się, toteż zbyt wielu słów nie wymienialiśmy). Czułem chęć zrobienia czegoś, taki dziwny rodzaj motywującego niepokoju. Chęć ruszenia do przodu. Nie do końca wiedziałem czego chcę. Ubrałem kurtkę i wyszedłem, było kilka minut przed dwudziestą drugą. W osiedlowym bankomacie wypłaciłem kilka stuzłotowych banknotów. Ruszyłem dalej przed siebie. Kilkadziesiąt metrów dalej był postój taksówek. Zapytałem czy da radę podjechać na wspomnianą przez Młodego uliczkę. Żaden problem, tak jak myślałem. Po niecałej minucie siedziałem w Lanosie i podziwiałem panoramę miasta zza szyby samochodu. Częściowo znałem miasto, jednak tej części nigdy nie odwiedziłem.

– Czegoś konkretnego pan szuka? Jakiś dokładny adres?

– Nie znam dokładnego adresu. Znajomi mają tu mieszkanie, mają po mnie wyjść.

Uwierzył? Nie wiem, ale jakie to miało znaczenie. Co jego albo mnie to obchodzi.

– No to tutaj. Jesteśmy.

Uregulowałem rachunek. Wysiadłem na niezbyt dobrze oświetlonej uliczce. Taksówka nawróciła i pojechała dalej. Zrobiło się jakby chłodniej. Nieco zasyfiona, słabo oświetlona uliczka, bo z pewnością nie ulica, mogła z całą pewnością posłużyć za tło powieści Conan Doyle`a. Niepewnie rozejrzałem się po okolicy. Co ja tu robię? Po co ja tu przyjechałem? Nawiedziły mnie wątpliwości. Wiedziałem, a raczej czułem, że nie mogę zrobić kroku wstecz. Mogę iść tylko do przodu.

Co by było, gdybym wtedy zawrócił? Czy ten wieczór zatarłby się w mojej pamięci? Gdyby tak było, to kim bym był teraz? Kolejne pytanie, z kim bym był teraz? Z Maskotką? Anią, Martą, Magdą? Czy tak wyglądałby ten scenariusz?  Oklepany i powszedni. No właśnie.  Ja nigdy nie chciałem iść szlakiem wszystkich. Swojej drogi chciałem szukać sam, nawet jeśli miałaby wieść przez niezmierzone i mroczne krainy . Coś we mnie mówiło mi, że ta zapyziała uliczka jest mi w jakiś sposób bliższa niż cały zewnętrzny świat, jest czymś w rodzaju etapu, który przeznaczenie przygotowało na długo przed tym, zanim w ogóle pomyślałem o pobycie w tym mieście. Baśniowy bohater zawsze znajduje się w takim czasie i miejscu, które zdaje się być złowrogie i nieprzyjazne, a wszystko to po to, żeby na końcu bajki być w zamku, ze złotem i w towarzystwie księżniczki. Podobnie postrzegałem siebie. Stałem w tym miejscu, bo gdzie niby miałem stać?  Tak było, bo tak miało być. Uniosłem głowę i spojrzałem przed siebie. Przestałem czuć chłód, poczułem ciepło niczym po wypiciu kielicha. Na kamienicy przede mną umocowany był prostokątny, duży  neon, witały mnie białe litery na czerwonym tle: „night club”.

Neon zdawał się zapraszać. Kontury liter na czerwonym tle były obietnicą, były pokusą. Za nimi kryło się to wszystko, o czym przyzwoici ludzie mówili półgębkiem, a co mnie fascynowało od niepamiętnych czasów. Zrobiłem kilka kroków do przodu, przeszedłem na drugą stronę ulicy. Stałem pod neonem. Przede mną stała kamienica, dwupiętrowa, w socrealistycznym stylu. Drewniane drzwi, z niewielką szybką w kształcie wąskiego prostokąta sprawiały wrażenie masywnych. Mały, biały przycisk umiejscowiony po prawej stronie, na wysokości wzroku, był jedynym sposobem na dostanie się do środka. A więc wszystkie burdele z zewnątrz wyglądają podobnie – pomyślałem. Wszystko w dziwny sposób przypominało moją pierwszą wizytę w tej krainie. Nacisnąłem przycisk. Drzwi otworzyły się, a ja ujrzałem uśmiech ciemnowłosej kobiety.

– Dobry wieczór. – Starałem się nadać swojemu głosowi, a także wyrazowi twarzy wyraz pewnego znużenia i pewnej rutyny, abym mógł wyglądać na bywalca. Nie wiem, z jakim skutkiem, ale pewnie mizernym.

– Dobry wieczór. Zapraszam. – Uśmiech kobiety pozostawał niezmiennie profesjonalnie miły.

Wszedłem do środka. To, co ujrzałem, nie przypominało burdelu jaki znałem.  Od razu dało się zauważyć, że ten lokal znajduje się co najmniej oczko wyżej w hierarchii. Niedaleko drzwi były dwa schodki w dół. Po prawej znajdował się bar,  za którym stała kobieta w wieku trudnym do określenia. Przy barze siedziały trzy dziewczyny i jeden zwalisty, łysogłowy misio, któremu biceps rozciągał, rękaw koszulki. Reszta pomieszczenia wypełniona była stolikami i sofami. W centralnym punkcie, na podeście,  zainstalowana była błyszcząca rura. Całość skąpana w niebieskiej poświacie, wszystko jakby lekko przydymione chociaż nigdzie nie widać dymu. Gustowny lokal. Robiłem szybki rekonesans czując na sobie spojrzenia. Ich lekko uśmiechnięte miny nieco odebrały mi i tak nadwątloną pewność siebie. Wtedy nie bardzo rozumiałem. Dopiero z czasem zrozumiałem, że byłem wtedy dwudziestoletnim szczylem, którego fizjonomia z pewnością nie wskazywała na to, bym był bywalcem takich miejsc, co dla ludzi będących częścią tej krainy było komicznym elementem.

Doświadczenie, choć niewielkie, nauczyło mnie, że najlepiej przejść od razu do sedna, bez zbędnych rozmów i kurtuazji, bo akurat w takich miejscach kurtuazja kosztuje. Z trzech kobiet przy barze, moją uwagę przykuła blondynka. Wysoka, ładna, w sukience, która w tym oświetleniu sprawiała wrażenie turkusowej. Wszystko to: moje spostrzeżenia, przemyślenia, rekonesans, trwały niecałą minutę, czas, który poświęciłem na pokonanie dwóch stopni i dojście do baru. Bardzo chciałem pokazać, jak bardzo obyty jestem w takich miejscach, (a nie za bardzo mi to wychodziło). Podszedłem do blondynki.

– Można panią prosić? – Nie wiem, czy istnieje bardziej głupi tekst, ale nic mądrzejszego nie miałem pod ręką. Blondynka z lekkim uśmiechem patrzyła na mnie.

– Mnie? – Spytała wciąż się uśmiechając. Jej koleżanki były bardziej rozbawione. Pani za barem, wydawała się najbardziej rozbawiona. – Ale pan szybki i zdecydowany – mówiła to, a jej twarz wyrażała szczery ubaw i odrobinę kpiny. – Idź. Uregulowałem należność, z góry. Blondynka wstała z barowego stołka. Okazało się, że jest odrobinę wyższa ode mnie. Jeszcze raz rzuciłem na nią okiem. Tak, zdecydowanie wybór był przedni. Wysoka, z ładną twarzą, częściowo zakryte sukienką ładne, długie nogi. Spojrzałem na dekolt, zarysowania kształtów na tkaninie, zdawały się obiecać, że niedługo moim oczom ukażą się ładne, spore piersi.

Jak to się wszystko zaczęło. Kolejna odsłona początku.

Studia. Mało kto dziś wie, że studia  wyższe z założenia mają być czasem rozwoju.  Adept dowolnej dziedziny ma czas na  zgłębienie jej. Jeśli taki żak ma wystarczająco sprawny intelekt, to oprócz swojej podstawowej dziedziny dowie się dużo o świecie, zrozumie kim jest i jaki system wartości reprezentuje.  Po okresie studiów wychodzi człowiek inteligentny, obyty, mający własne zdanie, nie wstydzący się go i umiejący go obronić. A przede wszystkim wychodzi specjalista w danej dziedzinie. Tak było kiedyś, tak powinno być.

 Dziś studia to symbol pijaństwa, chamstwa i zdziczenia obyczajów. W kwestii kwalifikacji, po ukończeniu dowolnej uczelni, w przygniatającej większość przypadków student to nieudacznik, cymbał, i głupek. Głupek, który nie tylko nie wie nic o świecie (poza newsami z serwisów plotkarskich), ale co gorsze nie wie kompletnie nic w dziedzinie, z której nadano mu tytuł. Stąd kolejni ludzie określani kapitałem ludzki sprawnie operują na zmywakach w UE.

       Nie wiem, czy ze mną było tak samo. Częściowo na pewno, a częściowo nie. Dostałem się na wymarzony kierunek w mieście, gdzie miałem znajomych. Jak u większości młodzieńców głowa nie mogła pomieścić moich wszystkich marzeń. Skoro byłem na ekonomii, to moja przyszłość musiała być związana z GPW, a może nawet z Wall Street. Szeroko wtedy opisywane fundusze inwestycyjne z Nowego Jorku pobudzały zmysły. Kiedy czytałem o tłustych premiach, jakie otrzymywali moi przyszli koledzy po fachu za oceanem utwierdzałem się w przekonaniu, że wybór kierunku mojej edukacji z pewnością był słuszny. Nie przyszło mi do głowy, że najpoważniejsza przeszkoda jaką będę musiał pokonać, to przeszkoda we mnie. Wizja nowojorskiego brokera zawładnęła mną tak bardzo, że zapomniałem o drodze jaką do wymarzonej pozycji muszę pokonać. Drodze, która zaczynała się tu, w tym momencie. Mimo całego entuzjazmu nigdzie nie mogłem odnaleźć w sobie zainteresowania studiami. Owszem interesowało mnie wiele rzeczy, ale najmniej edukacja. Zupełnie, jakby mi ktoś obcy wybrał przypadkowy kierunek studiów. Ponieważ byłem typowym dwudziestolatkiem, byłem głodny wszystkiego, co mnie otacza. Młodzieńcza ciekawość, tak pazerna, bezkompromisowa ciekawość, nie jednego młodziana wyprowadziła na manowce. Jedni zostali tam tylko jakiś czas, a innym całe życie zleciało na manowcach.

Ciekawość i wiara w dwa dogmaty: „wszystko jest możliwe” i „świat jest mój”, to najlepiej charakteryzuje ten okres w życiu człowieka. Tak, to jest ten czas. Jeżeli zapamiętamy choćby najmniejszą jego cząstkę, to uczyni z nas na starość optymistów.

       Ja sam byłem kolejnym egzemplarzem, takim właśnie radośnie naiwnym egzemplarzem. Tylko ten egzemplarz miał pewną skazę. Gdzieś obok tej młodzieńczej świeżości i urzekającej ciekawości świata, nosiłem w sobie cień. Inny rodzaj ciekawości. Mroczną ciekawość. Skosztowałem pewnego owocu. Owocu nie tyle zakazanego, co owocu nadgnitego. Owocu zepsucia, doznań, nieczystości. Jeśli same doznania można porównać do owocu, to z pewnością świat do doznań za pieniądze, jest swego rodzaju nadpsuciem tego najsmakowitszego owocu.  To właśnie kraina rozkoszy za pieniądze, sprawiła, że owoc doznań zaczął fermentować, a jego smak odurzył mnie, niczym przednie wino. Moje pierwsze wizyty w krainie burdelowo  zostawiły ślad, zostawiły uchylone drzwi. To właśnie przez te drzwi zacząłem nieśmiało zaglądać i zadawać sobie pytanie co mnie za nimi czeka. A może to kraina b… wyjrzała zza tych drzwi i kiwnęła na mnie zachęcająco? Nie wiem.

       Pierwsze trzy dni w nowej, studenckiej rzeczywistości to lawina nowych spraw. Wprowadzenie do wynajętego mieszkania. Poznanie współlokatorów, rozeznanie w topografii miasta. To stawienie czoła nowej rzeczywistości. Teoretycznie miałem nieco łatwiej. W bloku naprzeciwko mieszkali znajomi z mojego rodzinnego miasta. Zawsze ktoś przetrze szlak.  Była niedziela, następnego dnia uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego miało dać początek czemuś nowemu. Ja w towarzystwie znajomych przechylałem kolejne butelki słuchając niestworzonych historii. Od butelek odlatywały kolejne  kapsle, podważane łyżkami, zapalniczkami, bądź czymkolwiek. Wspominać za bardzo nie mieliśmy co, bo stosunkowo nie dawno widzieliśmy, ale tematów i tak znalazło się pod dostatkiem. Studia, niedawno matura, życie, perspektywy, plany i marzenia. To wszystko, wtedy wydawało się takie poważne i takie namacalne. Nikt nie przypuszczał, że za kilka lat wszystko się pozmienia i każdemu życie napisze swój scenariusz. Tematem, którego nie mogło zabraknąć, były oczywiście dziewczyny. Okazało się, że Młody, ma prawie dziewczynę, Luki, jak sam określił, nie spotkał takiej, która spełniałaby standardy. Adaś, coś tam potakiwał, ale zrozumiałem, że argument tłumaczący, dlaczego nikogo nie ma, zabrał mu Luki, dlatego nie wypowiadał się zbyt wiele. Nikt nie wiedział skąd pojawił się temat dziwek. Co ciekawe, według relacji chłopaków ktoś TAM był. Jak się okazało, chłopaki wiedzieli, że są takie przybytki, co istotne było ich więcej niż u nas w rodzinnym mieście. Według relacji chłopaków  jacyś ich znajomi po mocno zakrapianej imprezie wybrali się, i już prawie skorzystali z oferowanych usług, ale nie mieli kasy i  nieco się spietrali. Słuchałem, alkohol mnie opuścił moje zmysły wyostrzyły się. Moja twarz pokryta leniwym uśmiechem, nieco zamroczona piwem, była doskonałym kamuflażem żywego zainteresowania wspomnianym tematem. No i Młody nawet wziął od nich numer do burdelu, jarzysz? – Zakończył relację Luki. Młody swoim zwyczajem uśmiechnął się nieśmiało. Przyjrzałem mu się. Tak. Z całej trójki tylko Młody, jako jedyny, miałby na tyle jaj, żeby odwiedzić krainę Burdelowo. Jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem całą trójkę. Adaś z Lukim, to takie małe chujki, dosłownie i w przenośni.

Dosłownie dlatego, że jeszcze w czasach liceum, kiedy często piątkowe popołudnia spędzało się na posiadówach w naszym pubie, miało miejsce wypowiedzenie stwierdzenia, którego na nieszczęście nadawcy i adresata zapamiętali wszyscy przy stole. Nikt nie wie dlaczego, ale nagle z ust Lukiego padło do Adasia: – nie martw się Paweł (Paweł, bo Adaś, to ksywa), obaj mamy małe chuje, ale jakieś dupy sobie znajdziemy. – Na moment czas się zatrzymał. Wszyscy spojrzeli na chłopaków, na siebie i na chłopaków. Mina Młodego wskazująca na zaskoczone rozbawienie, była bezcenna. Troszkę pośmialiśmy się, ale nikt nie gnębił chłopaków z powodu wyznania Lukiego.  

Dużo mają do powiedzenia, ale w rzeczywistości, mało by zrobili. Co innego Młody. Młody, był zawsze spokojny i cichy. Niewiele mówił, ale za to mądrze. Nie był teoretykiem, jak się za coś zabierał to na serio. Jeśli zaczynał czytać jakąś książkę, to choćby miała osiem tomów, nie robił przerw i nie odpuszczał. Teraz, w „tych” sprawach, też wiedziałem, że jeżeli podjąłby decyzję, że idzie do burdelu, to nie cofnąłby się. Ale nie poszedł. Nawet nie zbliżył się do takich miejsc. On sam pewnie stwierdziłby, że może ze strachu, może z innych powodów. W rzeczywistości, był na to zbyt porządny. Był po prostu przyzwoitym człowiekiem, z jasno wykreślonymi granicami. A w jego kodeksie, przyzwoity człowiek nie chadzał do takich miejsc. Koniec, kropka.

Mieliśmy się udać do knajpy z piłkarzykami, tam spotykali się studenci z wydziału chłopaków. Tam spotkaliśmy się z ich koleżankami. Rozmowa o niczym, partia przy stole z nabitymi na ruszt plastykowymi sportowcami. Nawet kompletnie pijany zrozumiałem,że nikt z nas nie porucha w tym odcinku. Relacje chłopaków z dziewczynami, w żadnym wypadku nie mogły doprowadzić do, jak to Adaś ładnie określił „dupconka”. Pozostało dalej pić.

Do swojego mieszkania dotarłem bardzo późno. Rano zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego, niby nic nie znaczące wydarzenie, ale dziwnie chodziło za mną uczucie, że ten pierwszy, w gruncie rzeczy, nic nie znaczący występek jest wróżbą mojej kariery studenta. Następnego dnia zaczęły się już zajęcia i tak rozpoczął się nowy rozdział. Ale czy na pewno w pełni się rozpoczął się dla mnie?

CDN

Z pamiętnika dziwkarza cz. 2 nie zawsze jest kolorowo

Opisała się jako Lena. Dwie fotki typu akt na przedpokoju, zweryfikowane jako prawdziwe. Dwadzieścia trzy lata, blond włosy o średniej długości. Duża stawka w porównaniu do innych, bo doznania też z pierwszej ligi.

Myśli zaczęły mną kołatać. Pozostało jeszcze nie więcej niż piętnaście minut do końca mszy. Nie wytrzymałem. Wyszedłem. Jeszcze będąc pod kościołem, zadzwoniłem. Pięć minut później byłem w dosyć ładnie urządzonej kawalerce. Otwarła nieco zmanierowana blondynka. Procedura poszła w ruch. Kasa, prysznic i ruchanko. Ciekawy byłem, cóż takiego ma w ofercie owa Lena. Lodzik bez gumy, mechanicznie i bezpłciowo. Seks okazał się również bezpłuciowy. Nie rusz, nie dotykaj, tego nie robię, tamtego nie robię. Po kilku minutach sterylnego seksu dobrnąłem do finału. Nieco na siłę, bologia w tym wypadku uległa mechanice. Ubierając się spytałem czy długo przyjmuje. Odpowiedziała, że drugi miesiąc. Zapytana o wrażenia, odpowiedziała, że jest zadowolona. – Wiesz, świadczę usługi na wysokim poziomie, więc nie każdego na mnie stać. Przychodzą tylko ludzie na pewnym poziomie. Jest ich niewielu, dlatego mam nawet sporo czasu. Słuchałem i nie wierzyłem. Ta diva wykreowała taki Matrix, że nawet Gośka z jej koleżankami nie mogły się z nią równać.

Wróciłem pod kościół. Już po mszy, Gośka akurat kończyła rozmowę ze znajomymi. Podeszła do mnie.

– Gdzie zniknąłeś?

– Trochę się znudziłem, to wyskoczyłem po fajeczki.

– Oj, nie ładnie, nie ładnie. – Uśmiechając się pogroziła mi palcem. Poszliśmy na herbatę. Cały wieczór przegadaliśmy o życiu, studiach i perspektywach. Patrzyłem na nią i nie wiedziałem, czy pogardzać nią za totalny brak życiowej wiedzy, czy zazdrościć tego, że nie umazała się tym cały gównem.

Po powrocie nie omieszkałem wstawić odpowiedniego wpisu na Forum. Byłem drugą osobą, o takich odczuciach. Po moim wpisie w ciągu dwóch tygodni pojawiło się jeszcze dwa. W ciągu dwóch miesięcy diva zniknęła z miasta. Któryś ze Szwagrów natknął się na nią osiemdziesiąt kilometrów dalej, podziękował z usługę i wyszedł. Prawa rynku.

Cwana blondynka

Centrum miasta. Blok jakich wiele, pewnie nikt nie kojarzy anonimowego mieszkanka z burdelem. Ruch uliczny, dziesiątki ludzi, którzy w zamyśleniu idą przed siebie. Anonimowe mieszkanie, jedno z wielu. Czasem jak patrzę na ten podziemny, na wpół mityczny świat i ludzi w nim egzystujących myślę o Ameryce z czasów prohibicji. Jesteśmy niczym pijacy znający adresy i hasła, po usłyszeniu których barman podaje butelkę po oranżadzie wypełnioną wódką. Albo jak hazardziści, którzy znają tajny świat karcianych melin. Znają inny wymiar, inną topografię w każdym mieście i miasteczku. Do tej grupy należę również ja.

Zbliża się godzina wyjścia z pracy. Rząd cyferek, dane osobowe, wszystko zbliża się do końca.

Chłodne powietrze owija się wokół mnie. Stoję przed wejściem do firmy. Mój mózg przełącza się. Tak jakby działo się to poza mną.  Neurony przekazują dziesiątki informacji o ewentualnych adresach w pobliżu. Mam. Szybka rozmowa przez telefon. Co i za ile. Pięć minut później już wciskam odpowiedni numer na domofonie. W tym całym procesie nie chodzi o seks, nie chodzi o samą biologię. To coś znacznie więcej. To cały proces, inna kraina. Inna rzeczywistość.  Jedną z rzeczy, która mnie niesamowicie kręci w tym świecie jest możliwość natychmiastowej realizacji niemal wszelkich zachcianek. I to właśnie się dzieje. W tym procesie właśnie uczestniczę.

Drzwi otwiera blondynka, raczej przeciętna. Przypatruję się jej zaledwie chwilę, to wystarcza. Jest kobietą o przeciętnej urodzie, która stara się zwiększyć atrakcyjność farbowaniem włosów i makijażem. Jak zawsze w takich miejscach i sytuacjach. Makijaż jest niechlujny, farba do włosów jest albo tania albo nie umiejętnie nałożona. Wydziera się spod niej prawdziwy kolor włosów, kolor nieokreślony. Zadymiony przedpokój, obity boazerią przypomina mi w ilu takich mieszkaniach już byłem. Tak, jakbym krążył w zaklętym czasoprzestrzennym kręgu. Z przedpokoju można wejść do jednego z trzech pomieszczeń. W prawo, lewo lub prosto. Na lewo jest łazienka, na prawo coś na kształt pokoju stołowego, nieco mniejszy znajduje się naprzeciwko drzwi wejściowych. Diva wprowadza mnie do pokoju na wprost. Stary tapczan, w pomalowanym na seledynowo pokoju wydaje się zapraszać. Mówię, że biorę opcję najtańszą, tak jak ustalaliśmy przez telefon. „Kwadransik” mówiąc żargonem Szwagrów. Kiwa głową i wyciąga rękę po pieniądze. Wręczam jej wyliczoną kwotę. Siadam wygodnie na tapczanie, Powoli zdejmując spodnie. Diva klęka przede mną jej usta zbliżają się do mojego krocza.

– Połóż się wygodnie. – Kładę się na wysłużonym tapczanie. Patrzę w zabrudzony sufit. Moje myśli krążą wokół nowego projektu. Jeśli poprawki KNFu faktycznie wejdą w życie, będzie ciężej. Błogie uczucie rozchodzi się od mojego krocza po całym ciele. Na krótką chwilę nie myślę o firmie, o życiu. Koncentruję się tylko na impulsach, które dostarcza blondynka. Mijają chwilę, w mojego fiuta wpompowana została wystarczająca ilość krwi. Zerkam na nią. Ciekawe, mało div dobrowolnie klęczy, wręcz nie ma tego w zestawie, albo za taki rodzaj poniżenia bądź dominacji trzeba zapłacić dużo więcej. Nie tym razem.

– Połóż się. – Chcę w nią wejść. Bez szaleństw, bez wymyślnych pozycji. Po prostu kilka dynamicznych pchnięć zakończonych orgazmem.

– W kwadransiku masz tylko francuza. – Co? No przecież co innego słyszałem dwadzieścia minut wcześniej. Trudno. Nie będę teraz wyjaśniał, bo jednak to ona ma mojego kutasa między zębami. Ok. – spuszczę się w pyszczku. Też może być. Dalej leżę myśląc o niczym. Dziwka obrabia mnie, co raz częściej wspomagając się ręką. Czuję, że powoli nadchodzi biała fala. Zastanawiam się, czy połknie, czy wypluje. Nagle przestaje ssać. Jej nadgarstek pracuje nad wyraz sprawnie. Zaczynam szczytować. Cały ładunek znalazł się na moim brzuchu. Co to ma być? – Moje oburzone myśli pozostają w mojej głowie, gdyż nie bardzo wiem co powiedzieć. Cwana z niej bestia.

– Trzymaj chusteczkę. – W moim kierunku zostaje wyciągnięta dłoń z kawałkiem papierowego ręczniczka. Odwraca się i zaczyna sprawdzać wiadomości w telefonie. To się nazywa łatwa kasa. Jestem zniesmaczony. Wycieram resztki nasienia z brzucha i rzucam papierowy ręcznik na koc. Coś mi się wydaje, że zostałem wydymany. Wychodzę z mieszkania, jeszcze na klatce schodowej nie mogę się nadziwić, jak bardzo to spotkanie było „nie tak”. Trudno, czasem też tak bywa.

Paranoja ufarbowana na blond

Od kilku tygodni nie zaglądam w zakazane rewiry. Koncentruje się na aktywności fizycznej, chciałbym przed czterdziestką zobaczyć kaloryfer na moim brzuchu. Zawsze odnosiłem wrażenie, że jestem indywidualnością, ale w kwestii ostatnich trendów również popadłem w zachwyt nad wyrzeźbionym brzuchem. To nie tylko piękne zjawisko estetyczne, ale również wyraz uporu i ciężkiej pracy. Właściciel, czy też właścicielka pięknie wyrzeźbionego brzucha udowadnia sobie i innym, że potrafi o coś zawalczyć, coś wypracować. To o czymś świadczy.

Ćwiczenia fizyczne mają mi pomóc w poskładaniu umysłu i duszy. Gdzieś, na gruzach mojej psychiki, niczym statek widmo pojawia się D. Moja sercołamaczka, moja obsesja. Minęło już ponad dwa lata, a ja wciąż tkwię mentalnie w miejscu naszego wspólnego spaceru. Najłatwiej jest doradzać w sytuacjach sercowych: „zamień na lepszy model”, „znajdź sobie kogoś innego”. Te starte niczym dżinsy banały są czymś w rodzaju złotych myśli. Problem zaczyna się, kiedy to my jesteśmy bohaterami sercowej historii. Wtedy możemy się przekonać, że wymienione wyżej porady możemy swobodnie nawinąć na rolkę papieru toaletowego. Z dnia na dzień, czuję jak żądza we mnie wzbiera. Znam ten mechanizm. Można pracować nad silną wolą, nad samokontrolą, nad dyscypliną. Ponad tym wszystkim jest jednak jedno, nadrzędne prawo. Żądza zawsze zwycięży. Nie ma bardziej prawdziwego prawa. Tak po prostu jest. Kiedy napisał mi o tym jeden ze Szwagrów, byłem sceptyczny. Teraz jednak wiem: żądza zawsze zwycięży – tak będzie, bo tak musi być.

Wieczór. Po gimnastyce, która zajęła mi nie więcej jak siedemdziesiąt minut słucham nagrań hipnotycznych, które mają sprawić, że nie będę palił papierosów. Wiem, że powinienem wyłączyć komputer. Wyjść na spacer, pójść na piwo, na zakupy, gdziekolwiek. Zadzwonić do Iwony z działu reklamacji, umówić się na kawę i później…albo po prostu zmarszczyć Freda pod prysznicem. Nie robię tego. Dlaczego? Bo wiem, wiem co się stanie. Moje palce same przesuwają się po klawiaturze. Strona. Nowe ogłoszenia. Wszystko dzieje się automatycznie. Blondynka dwadzieścia osiem lat. Kilkukilogramowa nadwaga czyni z niej odrobinę zbyt postawną dzidzię. Może być. Samochód, bankomat. Po drodze telefon, z ustaleniami co i za ile. Ósme piętro, spokojna dzielnica. Lekko pukam do drzwi. Otwiera dziewczyna, od razu widać, że to ta sama, co na zdjęciach. Wchodzę, do całkiem schludnego mieszkania. Zaprasza mnie do sypialni. Jest ciemno, jedynym oświetleniem jest telewizor, w którym leci „3.10 do Yumy” z dwa tysiące któregoś. Idę pod prysznic. Wracam z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Diva idzie się odświeżyć. Rzuca mi badawcze spojrzenie.

Coś jesteś dziwny. – Nie wiem jak odpowiedzieć na to stwierdzenie. Siadam na łóżku. Czekam, oglądając perypetie biednego farmera, który chce coś udowodnić synowi, zuchwałemu bandziorowi, a może przede wszystkim sobie. Wraca blondynka. Ręcznik chyba zielony, czyni z niej całkiem ponętną istotę. Znowu to dziwne spojrzenie.

To co brałeś? – O co chodzi? – Słucham? – Jej spojrzenie było z gatunku tych spojrzeń, które mnie najbardziej drażnią. Spojrzenie istoty głupiej, która w danym momencie jest przekonana o swojej mądrości.

– No, co brałeś? Jaką pigułę? Słuchaj, mnie nie nabierzesz. – Zaniemówiłem . Kwęknąłem coś od niechcenia. Sięgnąłem ręką do wnętrza jej uda. Liczyłem na to, że przejście do rzeczy zakończy jej durne dochodzenie. Odsunęła się.

– Jak tak chcesz grać, to nie ze mną.

– Co? – Zaczynałem się denerwować.

– Mówisz co brałeś, przecież widzę twoje źrenice. – Miałem ochotę huknąć na nią. Albo roześmiać się. Ty głupia kretynko, jesteśmy w ciemnym pomieszczeniu. Jedynym oświetleniem jest telewizor. Więc, kurwa, jakie mam mieć źrenice. Kilkuminutowy beznamiętny seks z ulgą powitałem finał tej transakcji. Ubrałem się i bez słowa wyszedłem. Głupia cipa.

Jadąc samochodem, zadałem sobie pytanie, a co jeśli ona miała rację? Być może ten podziemny świat jest moim narkotykiem, moim nałogiem i nie będąc tego świadomym zachowuję się jak ćpun. Jaka jest różnica między mną, a menelami skamlącymi o dwa złote. Czy mój wraz twarzy, kiedy siedzę na FORUM jest podobny do wyrazu twarzy żula patrzącego przez witrynę sklepu monopolowego?  Ile razy robiłem mocne postanowienie poprawy, ile razy znajdowałem się na zakręcie? Czy kraina burdelowo, okazała się otchłanią? Otchłanią, która mnie wessała i wobec której miałem okazać się bezsilny? Na to pytanie miałem uzyskać odpowiedź w niedalekiej przyszłości.

Mały Szczebiot cz. II

Sierpniowe, poranne słońce bez skrępowania zaglądało w okno sypialni. Ja zastanawiałem się co teraz. Zaczęliśmy rozmowę o niczym, stanęło na śniadaniu. Ode mnie nikt nie wychodzi głodny – nie bez dumy odrzekł Mały Szczebiot. Kiedy po porannym prysznicu stanąłem w drzwiach kuchni, zobaczyłem ją. Stała naga przy kuchennym blacie i robiła jajecznicę. Chcę z nią być – ta myśl nadeszła tak nieoczekiwanie, że poczułem jak otwieram usta ze zdziwienia. Wciąż patrzyłem na nią i przetrawiałem zrodzoną przez mój mózg, a jeśli wierząc romantykom – serce myśl. To po prostu się zadziało. Myśl, która nie nadeszła nieśmiało, nie kiełkowała dniami i nocami, po prostu dokonała nalotu we jednej chwili. Myśli to okropne byty.  Patrzyłem na nią i przez krótką chwilę ujrzałem wszystkie odpowiedzi, których szukałem przez ostatnie lata.

– Hmmm? – Mały Szczebiot zauważył, że jest obserwowany. Uśmiechnąłem się i pokręciłem głową, na znak, że o nic mi nie chodzi. Zjedliśmy śniadanie i wyszliśmy do pracy. Kiedy jechaliśmy autobusem ukradkiem na nią spojrzałem. Patrzyła z uśmiechem na dziecko w wózku, które obdarowywało ją radosnym uśmiechem. Ciekawe jakby to było mieć z nią dziecko – kolejna myśl, która zbombardowała mnie znienacka. Kurwa mać! Co się dzieje? – Byłem zdezorientowany. Wyszło na to, że moje myśli wymknęły mi się z pod kontroli. Trajkocząc o wszystkim i niczym dotarliśmy do pracy. Tego dnia nie potrafiłem się skupić. Miałem w głowie mętlik.

W końcu nadszedł czas urlopów, każde z nas pojechało w rodzinne strony. Urlop dał mi możliwość dystansu, czas na przemyślenia. Musiałem wziąć głęboki oddech. Wciąż nurtowała mnie pewna myśl: to tylko jedna noc, nic więcej. Zbyt wiele takich przeżyć doświadczyłem, żeby tworzyć bajkową scenerię na miarę Walta Disneya, ale coś nie dawało mi spokoju. 

Urlop dobiegł końca. Wróciłem do pracy. Uznałem, że najlepiej będzie poczekać na znak od niej. Uznałem, że jeśli zechce to się odezwie. Już pierwszego dnia spotkaliśmy się na korytarzu. Wymiana sympatycznych fraz i każde z nas poszło w swoją stronę. Przelotnie spotkaliśmy się jeszcze kilka razy aż pewnego dnia, po prostu dostała na mnie alergii. Zdawkowe „cześć” i przyspieszała kroku. Dwa razy próbowałem nawiązać rozmowę, jej kwęknięcie od niechcenia było jednoznacznie. Zrozumiałem. Szkoda, naprawdę szkoda – pomyślałem – widocznie ten horoskop był zbyt dobry. Nastąpiło coś, czego nie wziąłem pod uwagę, scenariusz, który przeoczyłem. Nastąpiła martwa relacja opierająca się na przelotnym „hej” ze spojrzeniami utkwionymi w martwą przestrzeń, byle tylko nasze oczy się nie spotkały. Tego nie wziąłem od uwagę. Przeszło mi przez myśl, że Mały Szczebiot może nie zechcieć kontynuować tej znajomości, ale wydawało mi się, że jest na tyle pewną siebie i dorosłą  kobietą, że po prostu zakomunikuje mi to. Z pewną nutką żalu przypomniałem sobie, że w podobny sposób zakończyłem relację z Kasią z III b, ale miałem, oboje mieliśmy wtedy po siedemnaście lat. Dramaturgii całej sytuacji dodawał fakt, że o ile w wakacyjnej odsłonie była atrakcyjna i seksowna, to jesienna aura uczyniła z niej zmysłową postać, pełną czegoś nieokreślonego.  He he, to gra, gra dla bohaterów, takie są zasady – z tą myślą usunąłem jej numer z telefonu. Pewnie wszystko umarłoby śmiercią naturalnie towarzyską, gdyby nie felerne zdarzenie. Odwiedzili mnie koledzy z poprzedniej pracy. Mieli szkolnie. Wszyscy, cała ekipa z mojego byłego już korpo. Musieliśmy się spotkać. Prym wiódł Greg. Jedno piwo, drugie, kolejne i jeszcze następne. Później drinki i wódka. Nie pamiętam, kiedy Greg rzucił pomysł: w hotelu zostały dziewczyny, zadzwoń po nie. Zadzwoń do Marzeny. Ale poczekaj, zmieniłeś numer, one nie mają twojego numeru. Zadzwoń i powiedz, że dzwonisz do burdelu, albo z ogłoszeń towarzyskich, tak dla jaj. Salwa śmiechu pokryła nasze towarzystwo. Greg dyktował numer do Marzeny, w magiczny sposób pojawił się w moim telefonie.

– Halo, cześć dzwonię z ogłoszenia, można cię odwiedzić – nawijałem do słuchawki, a otaczająca mnie brygada kryła usta w rękawach.

– Co? Halo? – Mimo wypitego alkoholu alarmowa lampka zapaliła się w mojej głowie – tan głos nie należał do Marzeny. Rozłączyłem się. Okazało się, że Greg nie przedyktował mi całego numeru, numer, który wyświetliłem pojawił się z podręcznej pamięci mojego telefonu. Przeklęte smartfony. To do kogo ja, kurwa zadzwoniłem?  Zacząłem się gorączkowo zastanawiać. W aplikacji sprawdziłem historię połączeń, z uwagą na ile pozwał mi rausz, analizowałem daty połączeń. No nie, usunięcie Małego Szczebiota z kontaktów nie usunęło numeru z pamięci podręcznej. No ładnie, pomyślałem – teraz czort karty rozdaje. Wziąłem głęboki oddech. Nie było sensu tłumaczyć ludziom z którymi byłem, co zaszło. Salwy śmiechu skutecznie wszystko stłumiły. Piliśmy dalej. Skończyliśmy nad ranem. Nie poszedłem do pracy, to nawet przyjąłem z ulgą. Gdy pojawiłem się w pracy, spodziewałem się dyskretnego opierdolu, albo kategorycznego stwierdzenia, że jestem beznadziejny. Nic takiego nie nastąpiło.

Mijały kolejne tygodnie. Rok dobiegł końca. Wraz z nowym rokiem przestaliśmy się w ogóle zauważać. Tak było chyba lepiej.  

Powoli z słupów znikały plakaty filmów, na które miałem ją zaprosić. Wszystko zaczęło toczyć się swoim rytmem. I pewnie dalej by się potoczyło, gdyby nie jedno zdarzenie. Zawsze jest jakieś jedno zdarzenie. Od czasu do czasu widywałem ją w firmie. Raczej nie wzbudzało to u mnie wielkich emocji, ale nie potrafiłem nie rzucić ukradkowego spojrzenia za nią. I to mnie zgubiło. Nie wiem jaki wyraz miało to spojrzenie, ale nie uszło uwagi osoby trzeciej. I to był błąd. Dałem się przyłapać.

– Nie ty pierwszy, nie ostatni. – Tylko tyle wystarczyło, żebym zaczął analizować całą sytuację. Co ciekawe stwierdzenie to padło z ust osoby, po której nie spodziewałem się takiego komentarza. Zawsze lubiłem towarzyskie łamigłówki i nie chwaląc się, dobry w tym byłem. Teraz, usłyszany komentarz odebrałem jak policzek, ale też jako pojawienie się niewiadomej w równaniu. Z dnia na dzień chęć rozwiązania tej dosyć pasjonującej łamigłówki rozpalała mnie coraz bardziej i bardziej. Wiedziałem, że to nie będzie łatwe. Byłem tu stosunkowo nowy, wszyscy s znali się, mieli za sobą chwile dobre i nieco gorsze, Każdy z każdym miał jakieś sekrety. Zdałem sobie sprawę, że znowu muszę stanąć na towarzyskiej szachownicy i ostrożnie przesuwać się do przodu.

Na rozwiązanie biurowych intryg jest tylko jedna droga, nie ma więcej. Ale ważniejsze od tego co trzeba robić jest to, czego robić nie wolno, pod żadnym pozorem, nie wolno pytać. Nie można zadawać jakichkolwiek pytań.       Trzeba tylko słuchać. Tak też zrobiłem, przez szereg mniej lub bardziej zażyłych relacji nie robiłem nic poza słuchaniem. I tak tydzień po tygodniu, kawałek po kawałku tworzyłem pejzaż rozwiązania. Kiedy wszystkie kawałki zostały dopasowane mozaika, którą zobaczyłem wywołała u mnie pusty śmiech. Śmiech, ale też pewien rodzaj rozgoryczenia. Gdybym spotkał się po prostu z odrzuceniem, pewnie nie byłoby to miłe, ale zrozumiałbym. Z wiekiem, gdy sami musimy odrzucać, potrafimy akceptować to, że sami jesteśmy odrzucani. Ot, prawa rynku. Tu jednak było inaczej. Okazało się, że na towarzyskiej szachownicy byłem po prostu pionem. Od początku przesuwanym. A kiedy stałem się zbędny, jednym pstryknięciem usunęła mnie z szachownicy. Pstryk i już. Poczułem złość, a raczej pogardę skierowaną do siebie. Jakim cudem tak bardzo wyzbyłem się towarzyskiego instynktu? Gdzie się podział ten wybitny towarzyski gracz? Co się stało z moimi towarzyskim szóstym zmysłem? Starzeję się, czego oznaką jest nadmierny sentymentalizm – myślałem z gorzkim uśmiechem.

Aż mnie olśniło. Dotarło do mnie, że ja na jej miejscu zrobiłbym dokładnie to samo. Ba, nawet więcej, spojrzałem kilka lat wstecz i musiałem przyznać, że ja właśnie tak robiłem Wychodziło no to, że spotkałem samego siebie w wersji żeńskiej. Coś nieprawdopodobnego.

Nie czułem do niej nawet odrobiny żalu. Po prostu przez pewien krótki czas byliśmy sobie potrzebni. Poczułem natomiast pogardę do siebie. Teraz, z perspektywy czasu umiałem spojrzeć już na swój chłodny sposób. Epizod w pracy, najbardziej oklepany banał z podręcznika towarzyskich manewrów. No, nie możliwe. Zawsze pogardzałem banałem i dążyłem do relacji i doznań wykraczających poza codzienną szarzyznę. A tu taka historia. Z niedowierzaniem kręciłem głową i pogardzałem sobą.

Co dniej.  Czułem do niej respekt. Duży respekt. Nie jest łatwo sprawić, żebym o kimś dużo myślał. Nie jest. Jeszcze trudniej jest sprawić, żebym był kimś szczerze zauroczony. Jej się to udało, w rekordowo krótkim czasie. Tak było, i nie mogłem temu zaprzeczyć.

Równo rok później, patrząc na ciemno rubinowy kolor wina w kieliszku, uśmiechnąłem się sam do siebie. Każdemu na koniec jego własny dowcip. Rozegrała mnie jak dzieciaka.  

Tego dnia rzuciłem palenie.

Jak to się wszystko zaczęło cz. II

Niczym po nitce przeznaczenia ruszam przed siebie. Tak jakby wszystko było zaplanowane. Tak będzie, bo tak musi być. Pewnie wyjeżdżam na główne skrzyżowanie, później kolejne i kolejne. Wyjeżdżam z miasta. Kilkadziesiąt metrów za miastem, przy drodze stoją domy. To właśnie tu, wśród nich, nad furtką wisi napis: „erotic dance”. Kiedy do zjazdu pozostało kilka metrów zwalniam. Pozwalam aby samochód jadący za mną wyprzedził mnie. Jadący z naprzeciwka również szybko przejechał. Przez chwilę zostaję sam w mroku na drodze. Kierunkowskaz, i już jestem na posesji. Parkuję pod tujami, żeby nikt nie zobaczył samochodu. Nie wiem skąd ta obawa, przecież jest ciemno. W końcu to jesień. Na podwórku stoi taksówka. Spokojnie podchodzę do trzech betonowych stopni. Jestem zaciekawiony i lekko spięty, ale co dziwne – nie zdenerwowany. Jakaś dziwna siła pcha mnie do przodu. Krok za krokiem. Białe drzwi ze szklanym, wąskim prostokątem na środku. Jak w domu na amerykańskim przedmieściu. Przyciskam dzwonek. Słyszę zza drzwi klasyczne „dzyyyyyń”. Drzwi otwierają się, pojawia się w nich kobieta. Ciemnowłosa, wtedy wyglądała na kobietę w okolicy trzydziestki, ale mogłem źle ocenić.

– Dobry wieczór. – Grzecznie wymawiam słowa powitania. Nie jestem onieśmielony, raczej bardzo, ale to bardzo zaciekawiony.

– Dobry wieczór – ładny, wręcz czarujący uśmiech. – Zapraszam.

Wchodzę, przy wejściu mijam faceta, który wychodzi. Pewnie to na niego czeka taksówka. Rzucamy sobie przelotne spojrzenia. Chyba dostrzegam delikatne zdziwienie. Dopiero po wielu latach dotarło do mnie, że miałem osiemnaście lat i z pewnością wyróżniałem się wśród ludzi odwiedzających tego typu lokale. W pomieszczeniu na dole stoją stoliki, jak w knajpce albo kawiarni. Okrągłe, przy każdym po trzy krzesła. Na piętro prowadzą dosyć strome schody. Prostopadle do schodów bar. Za barem półki z napojami. Na ścianach frywolne, śmieszne freski, rodem ze sklepu, ze śmiesznymi rzeczami. Siadam przy stoliku. Przy barze siedzi trzy kobiety. Szczuplutka blond-szatynka, w okularach, których szkła mają leciutko fioletowy odcień. Nie wiem, jak to zauważyłem w dosyć ciemnym pomieszczeniu. Nieco tęższa londynka z pokaźnym biustem. I Ciemno ruda, a może wręcz kasztanowowłosa, najstarsza. Kobieta, która mnie witała, stoi za barem. Wszystkie patrzą na mnie. Z boku, na krześle siedzi łysol, kawał chłopa. Nie za bardzo wiem, co i jak, ale skoro jestem w lokalu, to podchodzę do baru, zamawiam colę. Cena pięciokrotnie większa niż moim ulubionym pubie. Siadam przy stoliku i powoli sączę. Śmieszna sytuacja. Zakładam, że wiem, gdzie jestem i teoretycznie wiem co powinienem zrobić. Jednocześnie wcale nie jestem taki pewien. Kobiety przy barze rozmawiają cicho, czuję, że chyba o mnie. Sporadycznie któraś na mnie zerka. W końcu, najstarsza odchodzi na górę. Szczupła blond zagaduje do łysola na krzesełku. Przy barze została biuściasta blondi. Następuje chwila z gatunku „teraz albo nigdy.” Podchodzę do baru.

– Mogę pani postawić drinka?

– Jasne. – Uśmiecha się. Może nie tak pięknie jak barmanka, ale też ładnie.

Moja rozmówczyni życzy sobie rum z colą. Zamawiam. Cena jest, fiu, fiu, ale dziś nie robi na mnie większego wrażenia. Siadamy przy stoliku. Wszystko jest zwyczajne. Rozmawiamy. Nie pamiętam szczegółów rozmowy. Nikt nigdy nie napisał przewodnika po burdelach, ani tym bardziej poradnika dotyczącego etykiety w takich przybytkach. Rozmawiałem z biuściastą blondi i zastanawiałem się, jak skierować rozmowę na bardziej mnie interesujące tematy. A może to zwykły lokal i ta kobieta jest po prostu gościem, jak ja – przeszło mi przez myśl. Zagrałem w otwarte karty.

– Jestem po raz pierwszy w takim lokalu. – Powiedziałem to bez skrępowania. Po prostu.

– I jak wrażenia. – Uśmiech blondynki z zalotnego zmienia się w zalotno opiekuńczy.

– Sympatycznie. – Nie wiem skąd taki przymiotnik. Po prostu nauczyłem się, że załatwia on wiele spraw.

Rozmowa pewnie trwałaby jeszcze długo i brnęłaby w jakimś niesprecyzowanym kierunku. Dzięki temu, że wyznałem prawdę o mojej pierwszej wizycie, sprawy przybrały nieco szybszy obrót. Profesjonalistka zorientowała się, że rozmawia ze świeżakiem i przeszła do sedna.

– Chcesz może iść na górę?

– A ile to kosztuje?

Padła kwota, spodziewałem się takowej. Szybko moja rozmówczyni wyjaśniła, że dwie trzecie „do baru”, czyli, jak się domyśliłem dla lokalu, a jedna trzecia dla niej.

– Dobrze. – Odpowiedziałem i sięgnąłem ręką do kieszeni.

– To chodź.

Uśmiechnięta blondynka gestem głowy wskazała bar i schody obok. Pieniądze dałem miłej kobiecie za barem. Otaczały mnie same uśmiechnięte twarze. Poszliśmy na górę. Górę stanowił mały korytarzyk i trzy albo cztery pokoje, do tego łazienka. Wszystko przyciemnione, nastrojowe.

– Chcesz skorzystać z łazienki?

Pokręciłem głową. Dziwne, ale jakoś nie miałem zaufania do tego lokalu i wizja siebie pod prysznicem. Nagiego, bezbronnego, napawała mnie pewną obawą. Było to śmieszne, bo przecież szedłem uprawiać seks z kobietą, a to czynność, podczas której byłem o wiele bardziej bezbronny. No, ale wtedy logika jako taka ustąpiła miejsca logice mojej, pokrętnej. Kiedy podeszliśmy na sam koniec korytarza, moja gospodyni otworzyła drzwi i pstryknęła włącznik. Pokój był średniej wielkości, z biurkiem, dwoma półkami i dużym łóżkiem.

-Poczekaj. Odświeżę się i zaraz wracam.

Zostałem sam w pokoju. Nie bardzo wiedziałem, co mam robić. Stałem w rozpiętej kurtce i patrzyłem w małe prostokątne okienko. Po dosyć krótkiej chwili weszła blondynka, owinięta ręcznikiem. Na jej twarzy widać było pozostałości po uśmiechu, ale coś ledwo zauważalnie uległo zmianie. Pojawił się profesjonalizm, rutyna.

– Rozbierz się. – Uśmiech miał mnie ośmielić. Wciąż sympatyczny, jednak mógłbym przysiąc, że „rozbierz się” było niczym „co podać” w dowolnym barze.

Powoli ściągam kurtkę, bluzę i tak dalej. Blondyneczka ściąga koc z łóżka, zostaje tylko fioletowe prześcieradło. Kiedy zostaje w slipach dociera do mnie, że jestem w burdelu. Zaczynam czuć lekkie oszołomienie. W głowie przepływa coraz więcej myśli. Co ciekawe, w natłoku myśli, nie pojawia się myśl: ubieraj się i uciekaj czym prędzej”. Nie, taka myśl nigdy nie przyszła mi do głowy. Ściągnąłem majtki. Blondynka zrzuciła ręcznik. Zacząłem pochłaniać jej ciało wzrokiem. Nieco masywna budowa ciała. Obwite piersi, lekko odstający brzuch, szersze, ale bez przesady, biodra. Uda, masywne, ale jednocześnie smukłe. Stoimy naprzeciw siebie. Zatrzymuję wzrok na jej łonie. Ogolone, ze śladami odrastających włosków. Widok nagiej kobiety nie był mi obcy. Seks, też był czymś czego doświadczyłem. Tego jednak nie doświadczyłem nigdy. To doświadczenie, tak intymne i jednocześnie mroczne, zakazane. Sam nie wiem, co mnie bardziej upoiło. Naga kobieta, fakt, że to prostytutka, a może fakt postępowania niewłaściwego, a może nawet złego. Nie wiem. Ze stuprocentową erekcją podszedłem do łóżka. Oboje, jednocześnie, spokojnie położyliśmy się na filetowym prześcieradle. Jej palce przyjemnie błądziły po moim ciele. Starałem się zrewanżować pieszczotami piersi i brzucha. Pieszczotami łakomymi, subtelnymi, na ile mogą być subtelne macanki napalonego licealisty. Jej ciało zapamiętałem  jako ciepłe, gładkie i dosyć apetyczne. Szybko jej dłoń zaczęła igraszki z moim przyrodzeniem. Ja zamknąłem oczy i położyłem się na wznak. Jestem zwolennikiem teorii, że są takie chwile w życiu, które na zawsze już będą z nami. Co ciekawe, nie chodziło o cielesne doznania, ale o całokształt czasu, miejsca i w ogóle.

Wszedłem do pewnego świata, do pewnej krainy. Posunąłem się dalej, niż wszyscy moi rówieśnicy. Już wtedy, w jakiś dziwny sposób poczułem, że w tym temacie, będę się ścigał sam ze sobą. Po prostu, tak będzie.

Nie zauważyłem kiedy na moim penisie znalazła się prezerwatywa. Blond kurewka dosiadła mnie i zaczęła ujeżdżać. Wolno, bardzo wolno, nieco szybciej, znowu wolno, bardzo sybko. Ciepło jej wnętrza podziałało na mnie jak melisa. Zanurzyłem się w nim, odpłynąłem.

– Przyjemnie ci? – Pytanie dżokejki, przywołało mnie do rzeczywistości. I wtedy, niespiesznie, ale konsekwentnie zaczęło do mnie docierać, że jestem tak oszołomiony sytuacją, że praktycznie z seksu nie odczuwam większej przyjemności. Po prostu pozwalam się ujeżdżać i to wszystko. Domyślam się, że profesjonalistka na moim kiju zauważyła to i stąd takie pytanie.

– Możemy zmienić pozycję? – Nieśmiało zapytałem, choć gdzieś z tyłu głowy słyszałem maksymę: „klient nasz pan”. \

– Jasne. Jak chcesz?

Spróbowaliśmy klasycznie. Jakoś nie podobało mi się. Ogólnie jestem nawet zwolennikiem klasyki, ale wtedy, jakoś nie podeszło mi. Bawiliśmy się sobą nawzajem jeszcze około pół godziny. W końcu, blondyneczka ściągnęła mi gumę i zaczęła brandzlować. Wróciliśmy do początku. Brandzlowanie trwało dobrych kilka minut. Poczułem, że ręka mojej towarzyski zaczyna słabnąć. Wzięła głęboki oddech. Na kilka sekund przestała, poczym jeszcze raz przystąpiła do szturmu na moją oporną pałę.

– No, spuuuszczaj się!! – Wystękała.

Zamknąłem oczy. Zalała mnie fala gorąca. Doszedłem. Wszystko później potoczyło się z automatu. Dostałem chusteczki, wytarłem fiuta, ubrałem się, grzeczne pożegnałem i wyszedłem. Nawet przed wyjściem zamieniłem kilka słów z blondynką. O pogodzie (o ironio), o tym, że było mi dobrze (w co chyba wątpiła) i o lokalu (chyba, a nawet na pewno jedynym w mieście). Na zewnątrz było chłodno i ciemno. Podszedłem do samochodu, wsiadłem, przekręciłem kluczyk i odjechałem. Mijałem pomarańczowe światła lamp miejskich i powoli układałem doświadczenia ostatniej godziny w swojej świadomości. Coś niesamowitego. W domu jestem z lekkim opóźnieniem. Nic w tym dziwnego, zawsze po lekcji angielskiego, zostawałem ze znajomymi chwilę porozmawiać. Nie jem kolacji, wciąż jestem zbyt naładowany przeżytymi doświadczeniami. Poszedłem się wykapać. Już miałem iść spać, ale jeszcze jedno. Wystukuję kontakty w telefonie.

– Siema, byłem w burdelu…

– O…

Jak to się wszystko zaczęło cz. I

Jak to się wszystko zaczęło? Dawno. Mussolini też wcześnie zaczynał. Myślę jednak, że początek był znaczenie wcześniej. Odkąd pamiętam interesowała mnie cielesność. Zawsze pociągało mnie nagie, kobiece ciało. Na długo zanim zacząłem chodzić na randki, obmacywać koleżanki z klasy, czy w końcu sypiać z kobietami, w sposób do tej pory nieznany dla mnie wiedziałem jak należy postąpić z kobiecym ciałem. Wyobraźnia kilkuletniego chłopca podpowiadała to, co wiele lat później praktykował. Tak po prostu było. Zawsze. W tej materii, szedłem dalej, niż moi rówieśnicy. Pamiętam, jak Judyta, koleżanka z klasy przyniosła do szkoły gazetę pornograficzną, którą zwinęła rodzicom. W klasie wywołało to ogromne poruszenie. Każdy chciał obejrzeć „gołe baby”. Po przejrzeniu kilku stron niektórych dosyć szybko to znudziło, inni kwitowali kolorowe fotki śmiechem. Po lekcjach Judyta po prostu dała mi to czasopismo. Nie wiem dlaczego. Być może też była w pewien sposób inna od reszty. Skwapliwie schowałem pisemko do plecaka. Ukryty na drzewie rosnącym przy szkolnym boisku, po zajęciach,  czytałem i kartkowałem strona po stronie. Byłem niemal w transie.  Zawsze chciałem więcej, niż reszta.

**

*

„Erotic Dance” –wszystko zaczęło się od tego napisu. Mijałem go odkąd pamiętam, przy każdej podróży samochodem, czy autobusem. Był w pobliżu mojego rodzinnego miasta. Nikt nie potrafił sprecyzować, co to jest. Jakimś szóstym zmysłem wyczuwałem, że nie należy o to pytać rodziców. A może moi rodzice nie zauważyli czerwonego neonu, nie wiem. Od zawsze, po prostu, od zawsze siła z jaką na mnie oddziaływał ten neon była porażająca. Nie wiedziałem co TAM się znajduje. Intuicyjnie jednak czułem, że to brama do krainy. Kiedy w rozmowie z kolegami poruszyłem temat TEGO miejsca, okazało się, że większość nie zauważyła, niektórzy twierdzili, że to coś dla dorosłych, ale nikt nie umiał sprecyzować. Trudno się spodziewać rozwiązania tej zagadki przez grupkę kilkunastoletnich chłopców. Jeden tylko pochwalił się, jak starszy brat rozmawiał z kolegami o TYM miejscu i podobno „tam się rozbierają”

Mam osiemnaście lat. Za rok zdaję maturę. Nie wyróżniam się niczym spośród rówieśników. Jestem równie nierozgarniętym małolatem na karuzeli napędzanej hormonami, co cała reszta. Szkoła, znajomi, kino, walenie konia do pornosów. Seks raz w roku, przy wielkim szczęściu. Standard. Jak przystało na osiemnastolatka, marzenia targają mną nie gorzej niż hormony. Tysiąc planów na życie, tysiąc scenariuszy. Niektóre wykluczają się nawzajem. Jak przystało na ambitnego młodzieńca, zapisałem się na kurs językowy. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie to, że w wieku osiemnastu lat mało kto dostrzega dobro kursów językowych, czy jakichkolwiek. Podobnie było ze mną. Raz na jakiś czas, zamiast w sali, na kursie lądowałem w pubie z przyjaciółmi.

Podobnie było tego wieczoru. Jesienne niebo szybko zrobiło się ciemne. Zaparkowałem samochód rodziców z tyłu, za szeregiem sklepów. Tak na wszelki wypadek. W końcu to oni płacili za kurs językowy i mogliby być nieco zawiedzeni, że zamiast zgłębiać tajniki języków obcych, ja bimbam sobie w knajpie. Od pół roku mam prawo jazdy. Ostrożnie parkuję. Mija kilka minut i znikam w drzwiach knajpy, naszej knajpy. Jak na złość, nikogo nie ma. Wypijam colę i znikam z baru. Co robić? Jechać na kurs? Nie ma sensu. Zaczyna się za dziesięć minut. Spóźnię się, a dodatkowo nie mam odrobionego zadania. Stoję pod daszkiem, przy wejściu do baru. W portfelu mam nie więcej niż czterdzieści złotych. Co robić z tak rozpoczętym wieczorem? Już wiem ! Ulicę dalej jest salon gier. Coś, co moi koledzy szumnie nazywają „kasynem”. „Kasyno” ma kilka automatów tzw. jednorękich bandytów. To cały asortyment. Podobno kilku kumpli tam było. Nie mam lepszego pomysłu. Zapinam kurtkę przechodzę ulicę dalej. Niewielki budynek. Okna zaklejone tapetą przedstawiającą trzy karty, trzy asy. Łapię za mosiężną klamkę w dużych, drewnianych, pomalowanych na biało drzwiach i popycham. Przede mną stoi otworem nowy świat. Moje wejście nie zrobiło na nikim większego wrażenia. Rozglądam się. Jestem lekko przestraszony. Nie wiem, co mnie tu czeka. Środek pomieszczenia stanowi pusta przestrzeń. Automaty porozstawiane są wzdłuż zewnętrznych ścian. Po stronie wewnętrznej ściany stoi bar. Jakby połączenie baru z kantorem. Kantor przypomina mi szyba umieszczona nad ladą baru. Patrzę na półkę wiszącą na ścianie. Napoje i orzeszki po mocno zawyżonej cenie. Zza lady uśmiecha się kobieta w uniformie. Farbowana blondynka po pięćdziesiątce. Wtedy nie wiedziałem, co o niej sądzić. Dziś pamiętam ją, jako emerytowaną barmankę. Uśmiecha się, opowiada na moje „dzień dobry” i pyta, co podać. Mówię, że chciałbym zagrać. Opowiada mi co i jak. Okazuje się, że w tym przybytku walutą są żetony. Kupujemy je w kasie i nimi gramy. Jeden żeton to pewna kwota. Jeśli uda się wygrać nie wypłacamy. Idziemy do baru i kwotę, jaką wygraliśmy wypłaca nam miła pani zza baru. Wszystko jasne. Domyślam się, że automaty nie plują pieniędzmi, dlatego moje czterdzieści złotych muszę roztropnie wydawać. Biorę żetony za trzydzieści. Dostaję je w kubeczku. Czerwonym, plastykowym kubeczku wielkości szklanki. Prawie każdy automat jest zajęty. Znajduję jeden wolny. Podoba mi się. Obrazki, które wyskakują to owoce. Wiśnie, fioletowe śliwy, pomarańcze, połówki arbuzów, napisy BAR. Klasyczny automat. Zaczynam ostrożnie. Po jednym żetonie. Maszyna połyka je bezlitośnie. Mniej więcej raz na trzy kliknięcia łaskawie wypluwa dwa żetony. Czyli na trzy wrzucone dwa do mnie wracają. W myślach kalkuluję, że na półtoragodzinną lekcję kursu, może nie starczyć. Gram ostrożnie. Mija może pół godziny. W moim kubeczku widać dno. Została resztka żetonów. Nie da się ukryć, że szczęście nie sprzyja. Sporadycznie maszyna wypluwa cztery albo pięć żetonów, raz zdarzyło się nawet dziesięć, ale i tak nie zmienia to sytuacji, że więcej zostało w bezlitosnym pudle. Ostatnie dwa żetony. Przepadły. Patrzę w dno kubka. Nie minęła połowa kursu, a ja już spłukany. Chcę odejść. Dycha w kieszeni wystarczy na sok w pubie.

Kiedy oddaję kubeczek, wyjmuję pieniądze i proszę żetony za dziesięć złotych. Jedna trzecia poprzedniej ilości. Nie wygląda imponująco. Ledwo zakrywa dno. Podchodzę do tego samego automatu. Wrzucam każdy żeton z namysłem. Powoli delektuję się każdą chwilą. Mija kilka minut i prawie połowa żetonów została w maszynie. Dobrze wiem, że nic z tego nie będzie. Chcę tylko spędzić tu czas. Wrzucam żółte kawałki metalu do kolorowej, brzęczącej maszyny. Zostało już tylko kilka. Wrzucam. Wyskakują napisy BAR. Nie pada znany mi stukot wpadającej monety. Zamiast tego, maszyna delikatnie buczy, a elektroniczny licznik mknie do przodu, jak szalony. Stoję oszołomiony. Nie wiem co się dzieje. Podchodzę do barmanki, która wyszła zza baru.

– Chyba wygrałem. – Mówię bardzo niepewnym głosem.

– Wygrał pan. – Uśmiecha się i czeka aż licznik nabiję całą liczbę punktów.

Robi się zamieszanie. Faceci (nie wiedzieć czemu, kobiet tam nie było), przy innych automatach odwracają się w moją stronę. Staram się utkwić wzrok gdzieś w przestrzeni, żeby z nikim nie nawiązać kontaktu. Podchodzę do baru, czy też kasy. Dostaję kilkaset złotych. KILKASET ZŁOTYCH, dla przeciętnego maturzysty, kilkanaście lat temu to kupa szmalu. Nawet, gdyby dali mi połowę tej kwoty, skakałbym radości.

– Jakbyś potroił stawkę, wygrałbyś grubo ponad tysiąc – wąsaty Janusz grający obok mnie dzieli się mądrością życiową. – To byłoby trochę grosza.

Zgarniam kasę, dziękuję barmance i czym prędzej wychodzę. Po otwarciu drzwi uderza mnie zimne powietrze. Mimo to, wciąż jestem rozpalony. Nie wiem co ze sobą zrobić. Oglądam się za siebie. Przecież dużo tam było podejrzanych typków. A jeśli oskubią mnie z kasy? – Gorączkowo myślę. Szybko idę do samochodu. Wsiadam i bacznie się rozglądając, czym prędzej odjeżdżam. Parkuję kilka ulic dalej. Drżącymi rękami wyciągam banknoty z kieszeni. Otwieram usta w niemym krzyku. Patrzę na pieniądze i wciąż niedowierzam. W głowie mam kompletny chaos. Taka forsa. Nieprawdopodobne. Nawet nie wiem co za to kupić. Kiedy pierwsze oszołomienie minęło, w głowie pojawia się lista upragnionych zakupów. Gdzieś, ze środka moje mózgu, a może ze środka duszy wydziera się na powierzchnię napis: „erotic dance”. Nie mam pojęcia skąd, po prostu. Nie było olśnienia, nie pojawiła się żaróweczka, jak u Pomysłowego Dobromira. Wszystko odbyło się naturalnie, tak, jakby ktoś, gdzieś już to zapisał. Przekręcam kluczyk w stacyjce i delikatnie ruszam do przodu. ��� ՟���

W labiryncie burdelowa 4.0

Irka podobno była ćpunką. Dowiedziałem się od Szwagrów, kilka miesięcy od mojego zalogowania na Forum. Nikt nigdy nie powiedział, na jakiej podstawie tak sądzi. Po prostu. Była ładna, było w niej coś uległego. Za niewygórowaną cenę pozwalała skorzystać z każdej swojej dziurki. Kiedy zakończyła wstępne obrabianie kija, położyła się na plecach i rozłożyła nogi. Zupełnie, jakby czytała w moich myślach. Przed moim wejściem posmarowała się lubrykatem. Kiedy spytałem o dupcie, skinęła głową, odwracając się. Wspominam ją jako przyjazne jebanko. Pewnego dnia słuch o niej zaginął.

Miss Solaris        

Po pierwszym niezaliczonym kolokwium poszedłem na dworzec autobusowy i wsiadłem bez pytania do autobusu, pierwszego lepszego. Jadąc i patrząc w szybę, zdałem sobie sprawę, że  jadę w poszukiwaniu nowych doznań. Znalazłem się w innym mieście, blisko sto kilometrów dalej. Tam też istniała kraina burdelowo. Pod podanym adresem ujrzałem opaloną w solarium blondi o urodzie klubowej dzidzi. Jej opalone cycki pamiętam do dziś. Pukałem ją z przodu, z tyłu, bokiem, siedząc i leżąc. Tak było do pierwszego finału, druga runda przebiegła pod znakiem ujeżdżania. Dosiadła mnie, niczym rasowa cowgirl. Po wszystkim porozmawialiśmy o modnych wtedy imprezach techno.

Szczupła lga

Na jej piczy wyćwiczyłem swój język. Wszystko zaczęło się w pewien niedzielny wieczór. Znudzony buszowałem po Internecie, nie było Strony, nie było Szwagrów, nie było niczego. Porno strony i oficjalne witryny miejsc schadzek. Strony zrzeszające amatorów lodów w ramach deseru dopiero raczkowały. W końcu natrafiłem. Niewyraźna fotka i numer telefonu. Zadzwoniłem i okazało się, że jak najbardziej,  przyjmuje w mieszkanku prywatnym, które znajdowało się na ulicy, której nie potrafiłem zlokalizować. Okazało się, że to drugi koniec miasta. Ubrałem się i wyszedłem w mrok jesiennego wieczoru. Przemierzałem ulice i skwery. Wsiadłem w końcu do tramwaju i pomknąłem w kierunku dzielnic, które były obce.  Wykorzystując swój wrodzony urok, spytałem kobieciny w tramwaju, jak dotrzeć pod wskazany adres. Okazało się, że to dalej niż myślałem. Po wysiadce z tramwaju czekało mnie jeszcze około pięciu przystanków autobusem. Grozy dodawał fakt, że byłem w dzielnicy, gdzie łatwo po mordzie oberwać i wrócić bez telefonu. Jechałem autobusem i coraz bardziej ogarniał mnie niepokój. Nie ma co, sam pchałem się w gips. Ale nie zawróciłem, byłem na szlaku i wiedziałem, że nie mogę z niego zawrócić. Trudno, co będzie, to będzie. Przystanek na którym musiałem  wysiąść nie wydawał się bardzo zniszczony. Spodziewałem się scenerii prawdziwych slumsów, jednak nie. Spokojnie rozejrzałem się po tabliczkach na blokach. Jest! Nazwa ulicy pasuje, pozostało odnaleźć numer. Chodząc po osiedlu, cały czas konspiracyjnie oglądałem się za siebie, czy przypadkiem jakaś grupa nie zauważyła obcego. Znalazłem  numer bloku, poszukałem klatki z odpowiednim numerem. Moja ekscytacja sięgała czubka głowy, kiedy stałem przed drzwiami. Dotknąłem przycisku nieopodal drzwi. Drzwi otworzyły się, płonąłem z ciekawości, kto to będzie. Otworzył facet z ciemnymi wąsami. Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć, ani co zrobić.

– Tak? – Mina faceta nie miała groźnego wyrazu, bardziej był zaciekawiony.

– Dobry wieczór, jest Magda? – Tylko to mi przyszło do głowy.

– Nie, to pomyłka, nie jest pan pierwszy. Ktoś niedokładnie podaje adres.

Poszedłem jak po zmyciu.

CDN

Anka cz. 2

Ankę zobaczyłem w tramwaju. Pierwsza popołudniowa, ludzka fala zalała tramwaje. To dziwne, ale wśród dziesiątek twarzy rozpoznałem ją. Nigdy nie nosiła ekstrawaganckich ciuchów, nigdy nie była tą wyróżniającą się z tłumu. Jedynie jej fryzura, niby zwyczajna, a jednak nie. Podszedłem, uśmiechnąłem się, i oboje wysiedliśmy jako nowi znajomi. To zabawne, jak wielu facetów widzi problem z podejściem do dziewczyny, jakby to była jakaś wojna, a przecież ostatecznie wszyscy gramy do tej samej bramki.

 Tydzień później zaprosiłem ją na pierwszą randkę. Były kwiaty, był buziak na „dzień dobry” i  „do widzenia”.  Odblokowała we mnie pewien obszar, obszar, który ostatnie lata, z całym swoim kolorytem doznań przykryły i nie dopuściły na światło dzienne. Była podręcznikowym przykładem dziewczyny. Kiedy przy wieczornym piwku relacjonowałem wszystko Miszy, tylko kiwał głową.

– I tak to powinno wyglądać. I to jest kurwa piękne. – Podsumował.

 – Wiem, kurwa, wiem. – Stuknięcie butelkami przypieczętowało naszą zgodność poglądów. Misza od ponad roku był z Justyną, był szczęśliwy. Zawsze mi kibicował, ale czasem w jego głosie pobrzmiewała nuta troski.

– Kiedy ty kurwa znajdziesz sobie dupę, tak na dłużej. Wsadzasz tu i tam, no ale ile można? Wiem, że masz instynkt łowcy, też go mam, ale jestem szczęśliwy z Justyną, też jak sobie znajdziesz dupę, zobaczysz, że to inna bajka. Będziesz szczęśliwy.

– Ja jestem szczęśliwy- zawsze odpowiadałem, i byłem. Zdarzały się chwile, kiedy odczuwałem niezidentyfikowany brak, ale byłem szczęśliwy, tak mi się przynajmniej wydawało. Nadszedł szalony czas – juwenalia, to na nich Anka oficjalnie pojawiła się jako dziewczyna z którą się spotykam. Tak byłem wtedy szczęśliwy. Cała moja ekipa przyjęła ją ciepło. Dziewczyny na znak solidarności porwały ją na chwilę. Do tej pory nie wiem, co jej powiedziały. Moje ananasy z uśmiechem na mnie patrzyły. Prym wiódł Misza z Kamilem. Doleciały do mnie też kąśliwe uwagi. Byli życzliwi, którzy w zawoalowany sposób Dalimi do zrozumienia, że po mnie, spodziewali się więcej, a nie przeciętnej dziewczyny. Miałem to w dupie. Ona miała być ze mną nie z nimi. Kiedy w nocy, po koncercie szliśmy, trzymając się za ręce, zerknąłem na Anię. Tak, to był ten czas, dobry wybór.

 Nie było to uczucie takie samo, jak w przypadku D. którą postrzegałem w ramach wielkiego romantycznego uniesienia, które przerodziło się niemal w obsesję. Tu było inaczej. Po prostu, spotkałem dziewczynę. Tylko dziewczynę i aż dziewczynę.  Przez ostatnie lata, kraina doznań seksualnych, nie miała przede mną tajemnic. Dymałem młode, stare, grube, chude, ładne, brzydkie. Rżnąłem w mieszkaniu, w kiblu w pubie, w zagajniku na nowo budowanym osiedlu, w samochodzie, na klatce schodowej, w windzie. Do kolekcji brakowało mi pociągu.  Przesadą byłby napisać, że zrobiłem wszystko, co możliwe na tej płaszczyźnie, ale z pewnością robiłem dużo. Z Anką, było inaczej. Kiedy byłem przy niej, z nią, nie miałem żadnych pokręconych scenariuszy w głowie. Nie chciałem próbować żadnych nowinek. Z nią mogło być normalnie, klasycznie. Tak po prostu. Wprost niewyobrażalną frajdą było dla mnie chodzenie na randki, wizyty z winem. Po prostu spotykaliśmy się ze sobą. Było dobrze. Tak bardzo zapętliłem się w ostatnich latach,  że zapomniałem, jak wiele radości może przynieść normalne życie.

Szkoda tylko, że zapomniałem o pewnej istotnej regule. Podstawowe prawo burdelowa, związków i całego wszechświata relacji brzmi: prędzej czy później żądza zawsze zwycięży.

Byliśmy umówieni na siedemnastą u niej. Kolacja ze znajomymi. Butelka wina na szafce czekała aby trafić do mojej torby. Kończyłem prasować koszulę. Jeszcze prysznic i gotowy. Sam nie wiem kiedy, ale gdy resztki szamponu spływały wraz letnią wodą niemal hipnotyczny głos mówił: „poddaj się, poddaj się, jak długo możesz oszukiwać sam siebie” Nie trwało to dłużej niż sekundę, ale byo tak realne, że momentalnie zakręciłem prysznic i rozejrzałem się wokół. W jakiś przedziwny sposób, ktoś lub coś mówiło mi, że to nie ma szans. Żebym przestał się okłamywać, że dawno temu wybrałem drogę i jeśli zechcę z niej kiedyś zejść, to sama się o mnie upomni. To prawda. Myślałem o tym wcześniej, czy los nie kpi ze mnie, przecież, to nie moja bajka. To prawda, mimo, że się spotykaliśmy, choć przestałem posuwać na boku, to nie przestałem flirtować. Nie przestałem, bo nie padły żadne wiążące deklaracje. Mocne postanowienie poprawy, a co za tym idzie poprawa, miały dopiero nastąpić. Balsam po goleniu, wyprasowana koszula, i gotowy do drogi. W myślach wykrzyczałem (chyba do losu) „i co?! Idę na randkę, nie spieprzę tego i nie poddam się !”.

Po kilku tygodniach, odczułem marazm i pustkę. Zacząłem dawać temu wyraz. W końcu dostałem od niej krótkiego SMSa” nie chcę się już spotykać  – ok, pa – moja odpowiedź była krótka.   Przestaliśmy się widywać. Ne była to moja wina, po prostu nie wyszło.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Minął prawie rok. Anka gdzieś rozpłynęła się w otaczającej rzeczywistości. Straciłem ją z oczu. Wszystko toczyło się dalej. Miesiące mijały nieubłaganie. Dotarło do mnie, że jednak świetlana kariera brokera, zniknęła z horyzontu, umknęła. Przygniotło mnie nic nie robienie. I już tego nie potrafiłem unieść. Moje marzenia, zamieniłem tylko na plany, plany ukończenia studiów. Nic więcej. Moje założenia nie wychodziły poza najbliższe tygodnie. Ostatnie seminaria, ćwiczenia i laborki na wydziale. W pierwszym dniu po Świętach Wielkanocnych, na wydziale, trwając w mocnym postanowieniu poprawy czekałem na pierwsze zajęcia. Przez chwilę zerknąłem na krótkowłosą blondynę,  popatrzyłem na nią. Tak, jednak to ona. Anka! Co robi na wydziale? Czyli się nie obroniła w terminie – pomyślałem. I w dziwny sposób, myśl ta sprawiła mi przyjemność. Dobrze jej tak. Mimo, że nasza znajomość zakończyła się neutralnie, to z przyczyn niewiadomych, udawaliśmy, że się nie znamy. Dumnym krokiem przemierzyła korytarz i podeszła do portierni. Nie wiedziałem, co się dzieje. Po niecałej minucie odeszła, w ręku trzymała klucz. To było poza scenariuszem, jaki kreśliłem. Doktorantka. Nigdy nie byłem zawistnikiem. Nie zazdrościłem i nie złorzeczyłem gdy byłem świadkiem czyjegoś sukcesu. Nie wiem co mnie opętało. Poczułem złość na wydział, na Ankę, na wszystkich, tylko nie na siebie. Byłem zły, że się jej udało że, prawdopodobnie jest szczęśliwa. Musiałem się przewietrzyć. Wyszedłem przed wydział i zapaliłem papierosa. Spokojnie paląc papierosa starałem się koić nerwy. Mózg sam zaczął pracować na innych obrotach. To realne doświadczenie, empirycznie doświadczyłem, jak umysł wypracował strategie radzenia sobie ze stresem. Po chwili już jestem w zupełnie innym świecie.  Myślę o Stronie, to myślenie całkowicie mnie pochłania. Anka zeszła na dalszy plan, albo w ogóle zeszła ze sceny.

Dzień się nie skończył, a już byłem na mieszkaniówce. Ciche mieszkanko w bloku typu bliźniak. Drzwi otwarła kobieta, brunetka. Mogła mieć trzydzieści kilka lat. Szczupła, ubrana w getry i cienką bluzeczkę. Chwila rozmowy, co i za ile. Wcześniej ustaliłem tylko adres. Powiedziała mi, że jeśli dołożę to może dołączyć koleżanka. Z drugiego pokoju wyszła druga kobieta. Kasztanowe włosy i spojrzenie zdradzające ironiczne i raczej pogodne podejście do życia. Miała na sobie czarną sukienkę, która wydawała się nieco za ciasna, a może taka miała być. Duże piersi niemal z niej wyskakiwały. Basia i Aneta. Pojawił się problem, bo akurat nie miałem tyle pieniędzy. Wyskoczyłem ze wszystkiego, co miałem w portfelu. Finalnie usłyszałem, że za taką kwotę Aneta może asystować. Cokolwiek to znaczy. Poszedłem wziąć prysznic. Kiedy wróciłem owinięty ręcznikiem, Aneta poszła do łazienki, ja zostałem z Basią. Krótka rozmowa o świątecznych potrawach i nadchodzących, letnich miesiącach, kiedy wróciła Aneta odświeżyć poszła się Basia.

– Połóż się, wymasuję cię. – Aneta, jak większość kobiet o szerokich biodrach była pogodna. Położyłem się posłusznie na brzuchu. Zaczęła przyjemnie gładzić mnie po plecach, od czasu do czasu ugniatając obręcz barkową. Nie nazwałbym tego masażem, ale było przyjemnie. Po kilku minutach przyjemnego niby masażątka usiadła na mnie i zaczęła ugniatać kark. Wróciła Basia.

– No, odwróć się, zaczynamy działać.

 Uśmiechnąłem się z głupkowatym „ok” na ustach.

Leżałem na plecach. Większa z div masowała mi tors, szczuplejsza, zaczęła od masaż ud i robiła go naprawdę umiejętnie. Kiedy przeszła w okolice krocza, błogie uczucie zaczęło mnie owijać, niczym magiczny szal. Chuj z Anką, chuj z tym wszystkim. Liczą się tylko doznania. Resztki logicznych myśli ulatywały. Kasztanowe włosy Anety przyjemnie drażniły moje ciało, jej język zakreślał ósemki wokół moich sutków. Kolejna para rąk bardzo wprawnie zajmowała się fiutem i jajami. Błogość i przyjemnie rozleniwienie, zdawały się opanować cały pokój. Mógłbym tak przeleżeć dziesięć lat. Przyjemność ustała. Aneta, odeszła ode mnie i wyszła z pokoju. Popatrzyłem zdziwiony, mojemu zdziwieniu odpowiedziała Baśka: – Aneta tylko asystowała, to było w kwocie.  – Nic nie odpowiedziałem, znałem zasady. I w kwestii pieniędzy, nie było odstępstw.

– No, jesteś gotowy. Zakładamy i jazda! –  Niczym za sprawą magicznej sztuczki, w ręku mojej rozmówczyni pojawił się condom w opakowaniu, które bardzo wprawnie zdjęła. Rozwinęła kalosza, na moim wyprężonym wyżle i dosiadła mnie niczym mityczna amazonka. Zaczęła mnie ujeżdżać. Mocno, sprężyście. Minęło kilka minut. Uniosłem się na łokciach, bo chciałem zasugerować zmianę pozycji. Położyła lewą rękę na mnie i przytrzymała. Przesunęła ręką po mojej klatce i złapała mnie za sutek. Mocno ścisnęła i przekręciła. Ssss – syknąłem z bólu.

– No, co? – Spojrzała na mnie z zadziornym uśmiechem i kpiącym spojrzeniem. – Ja lubię sado-maso. Druga ręka powędrowała do moich jaj. Uścisk był bolesny, o dziwo pobudzający. Kiedy jeszcze minimalnie zwiększyła uścisk, nie wytrzymałem.

– Aaaał. – Ta krótka fraza miała jej uzmysłowić, że tyle wystarczy. Uścisk powoli zelżał, a diva zaczęła na mnie jeszcze bardziej skakać. Ujeżdżała mnie i ujeżdżała, co jakiś czas serwując dawkę niespodziewanego bólu. Jaja, sutki, tors, włosy. Nie wiedziałem, kiedy poczuję jej ostre paluszki. Kiedy się spuściłem, oboje uśmiechnęliśmy się do siebie. Nasze spojrzenia mówiły: „kawał dobrej roboty”.

Ubrałem się i wyszedłem na przedpokój. Stała tam Aneta.

– Już, po wszystkim? – Zapytała z uśmiechem.

– Taak. – Odpowiedziałem zmęczonym głosem. Zachichotała.

Dołączyła do nas Baśka. Po obfitym spuszczeniu, odezwała się we mnie łajza. Streściłem im historię nieszczęsnego relacji z Anką. Dziwne, że nie dostrzegłem wtedy, jaki jestem żałosny. Na pożegnanie usłyszałem:

– Jesteś fajny facet, na pewno sobie kogoś znajdziesz. – Słyszałem to wielokrotnie, mimo wszystko czułem się wybrakowany.

Anka cz. I

Niebo w kolorze stali zdawało się osądzać. Ja też osądzałem – siebie. Obok autoosądu nurtowało mnie pytanie: jak to się stało? Złamałem dane sobie słowo.

Miesiąc wcześniej

Uważam za bardzo przydatne dwa okresy w roku. Czas przed jednymi i drugimi świętami. Już chyba zapomniano, ale nasza cywilizacja – łacińska, daje nam dwa razy do roku możliwość naprawy, swoistego resetu. Mało kto dziś o tym wie, ale te dwa okresy trwające coś około miesiąca mają takie właśnie zadanie. Na chwilę nas zatrzymać, skłonić do refleksji, może skłonić do naprawienia czegoś, albo do rezygnacji.

Jechałem na wielkanocne Święta do domu z mocnym postanowieniem: koniec! Koniec z moją przygodą. Koniec z pogonią za doznaniami, koniec z pewną drogą. Przez ostatnie tygodnie dużo myślałem. Wspominałem jak to się zaczęło, w którą stronę poszedłem. Dlaczego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Przez ostatnie kilka lat moje życie wypełnione było doznaniami. Wszelkimi. Uznałem, że na chwilę obecną wystarczy. Zaczynało do mnie docierać, że trzy czwarte studiów za mną, a ja w ogóle nie ruszyłem do przodu. Co się stało? Kiedy ten czas minął. Chcę się zmienić. Muszę się zmienić. Trzeba uporządkować pewne sprawy. Wrócić do systematycznej nauki. Śledzić wytyczne KNF. Kto wie, może kariera w dużych, brokerskich firmach jeszcze nie przepadła. Kto wie?

Rok wcześniej

Wszystko zaczęło się od Ani. Ankę widywałem na uczelni od pierwszego roku. Podobno faceci, a z pewnością znaczna ich część, cierpią na syndrom matki i dziwki. Pewne kobiety kwalifikują jako potencjalne matki i żony, inne z kolei mają, powiedzmy, wymiar bardziej przedmiotowy. Zawsze starałem się unikać tego schematu. Uważałem to za krzywdzące i nie w porządku. Wyjątek stanowiła Anka.  Emanował czymś takim, że nie potrafiłem na nią patrzeć w sposób inny niż „potencjalna dziewczyna – żona”. Blondynka o obfitym biuście, w porównaniu z którymi jej tyłek wydawał się nieco mały. Figura, jakby troszkę zwalista. Pod jej okularami, kryły się niebieskie oczy, intrygująca, sympatyczna twarz. Zawsze mnie intrygowała. Zawsze. A poznałem ją dopiero na czwartym roku.

Wiosna. początek sezonu randkowego. Ta wiosna miała być inna, miała dać początek czemuś innemu, lepszemu. Coraz bardziej zaczynałem mieć tego wszystkiego dosyć. Coraz częściej patrzyłem wstecz i w głowie miałem mętlik. Nie chciałem zawracać ze szlaku na którym byłem. Jeśli o to chodzi, byłem przekonany, że droga, którą dawno temu wybrałem, jest drogą dla mnie i co do tego nie było wątpliwości. Jednak nie mogłem nie zauważyć tego, że nie jestem szczęśliwy. I to nie dawało mi spokoju. Skoro szedłem szlakiem, który sam sobie wytyczyłem, to dlaczego niemal fizycznie odczuwałem pewien brak. Odpowiedź znalazłem w rozmowie z Luizką.

– Jesteś dziwkarzem, ale myślę, że będziesz dobrym mężem. – Tu Luizka obdarzyła mnie uśmiechem lisicy. –  Wiesz, ty masz opinię dziwkarza, Misza każdego leje i się go boją, a jak się was pozna, to jest zupełnie co innego. Obaj macie w sobie taki gen pantoflarza, takiego męża „ciepłe kluchy”.

Myślałem nad tym długo. Rzeczywiście, związek z kimś wydawał się nową i zarazem fascynującą przygodą. Raczej nie bywałem w takich relacjach. Nie miałem dziewczyny (jednej, swojej), ja miewałem dziewczyny.  Nie zdecydowałem się na żaden związek, bo chciałem być fair. Fair wobec drugiej osoby i fair wobec siebie. Zbyt wiele razy słyszałem od partnerek moich kolegów coś w stylu: jestem z nim, ale sama nie wiem, czy to jest to. Zawsze wtedy czułem zakłopotanie, bo w tym momencie głosicielka powyższego stwierdzenia wpatrywała się w moje oczy z pewnym oczekiwaniem.

Powoli zaczynało do mnie docierać, że chyba odczuwam głód emocjonalnej relacji. Relacji z randkami, kwiatami, buziaczkami na przywitanie i pożegnanie. Postanowiłem, że to ta wiosna, ten czas. 

Od rana wszystko mówiło, że to będzie dobry dzień, dzień pełen pozytywnej energii. Wiosenne słońce obiecywało to wszystko, co starałem się zatrzeć w sobie przez ostatnie lata. Zieleń na osiedlu, niebieskie niebo i budynki skąpane w wiośnie dawały nadzieję. Po porannej toalecie i lekkim śniadaniu spojrzałem w lustro i przejechałem dłonią po swojej białej koszuli. Spojrzałem w lustro.

– Dziś załatwiam wszystkie rodzinne sprawy – nie wiem skąd do głowy wleciała mi kwestia z „Ojca Chrzestnego”, ale wypowiedziałem ją przed lustrem zupełnie serio. Skropiłem się nowymi perfumami i wyszedłem. Kilka spraw natury administracyjnej , odwiedzenie akademików i powrót. Plan dnia był prosty.

Idąc chodnikiem, czułem na skórze wiosenny wiatr. Tak, ta wiosna przyniosła nadzieję. Ze zdziwieniem odkryłem, że towarzyszy mi pewna determinacja. Jakieś dziwne napięcie. Zacząłem analizować. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dotarło do mnie, że od kliku dniu moje myśli krążą wokół Anki. Nie tylko Anka była tu problemem. Ja zafiksowałem się na punkcie związku, relacji długoterminowej, jakkolwiek zwał. Co było powodem? Coraz więcej par wokół? Pesel, który nieubłaganie, niczym okręt, przybijał do trzydziestki? Rozmowa z Luizką? Nie potrafiłem sobie na to pytanie odpowiedzieć. Jakaś część mnie starała się przedrzeć przez warstwy pustki, które tak pieczołowicie wyhodowałem w sobie. Powoli docierało do mnie, że ostatnie lata były niczym szczególnym. Nie to żebym żałował, bo nie żałowałem, ale jakoś spełnienia też nie czułem. Czy ostatnie lata uczyniły mnie lepszym? – Zastanawiałem się. Na pewno mnie zmieniły. Ponad wszelką wątpliwość, bogactwo doznań które posiadłem zostawiło we mnie ślad. A może bliznę? Podobno są blizny, które uszlachetniają, ale czy wszystkie?

Dotarłem do miasteczka akademickiego. Kiedy wchodziłem po wiecznie niedomytych schodach, minęły mnie dwie roześmiane dziewczyny. Szybkie ukradkowe spojrzenia, coś szepnęły, zachichotały i minęliśmy się.

– Ładnie pachniesz chłopcze, wiesz? – dobiegł mnie dźwięczny głos jednej z nich.

– Wiem. – Odpowiedziałem z uśmiechem.

– Przystojny jesteś? To też wiesz? – znowu chichot

– Mama mi to powtarza. – Grymas uśmiechu, niczym slalomista przemknął po mojej twarzy.

– Okłamuje cię – i znowu chichot.

Odwracam się, patrzmy na siebie. Puszczam oko, i znowu chichot. Odwracam się i idę do znajomych. Po godzinie wychodzę z akademika. Słońce  staje się popołudniową, gigantyczną tarczą na niebie. Coś w środku nie daje mi spokoju, coś pcha mnie przed siebie. Śmieszne i dziwne zarazem. Zanim Ronda Byrne napisała „Sekret”, ja już go doświadczyłem. Los sprzyja gotowości umysłu.

Smak patologii

Mijały tygodnie i kolejne  miesiące w burdelowie. Dzień za dniem, dziwka za dziwką. Bardzo powoli, wszystko stawało się takie samo. Nic mnie nie szokowało, nic nie przynosiło nowych impulsów.

Ja powoli płynąłem tym, co by nie powiedzieć, mętnym nurtem. Zobojętniałem. Nawet przestałem dać o siebie. Burdelowo pochłaniało sporo pieniędzy. Z sentymentem wspominałem pierwsze lata studiów, kiedy co sezon wymieniałem, a przynajmniej uzupełniałem garderobę. Dziś, przejrzałem się w lustrze. T-shirt sprzed dwóch sezonów. Nieco sprany, troszkę rozciągnięty. Koszula, jeszcze ładna, ale z ubiegłego sezonu. Kurtka też średnia. Zobojętniałem.

Kiedy Kapitan Planeta spytał, czy jedziemy brygadą na weekend, odparłem, że nie mam pieniędzy.

– No jak to, chłopaku? Przecież mamy kaskę z firmy. – Tak, mieliśmy pieniądze z małej handlowej firemki, która masowo przerzucała studentów ekonomii i finansów. Jak kazała tradycja, my też dumnie rozpoczęliśmy karierę buchalterów.

– Przejebałem, dosłownie. – Spokojnie odpowiedziałem.

– No tak, imprezy. – Kapitan pokiwał głową.

– Imprezy. – Odpowiedziałem.

Jakie to dziwne. Jedno słowo, a jak różnie je rozumiemy. Biedny Kapitan. Nie zrozumiał, nie był świadomy, że dosłownie przejebałem te pieniądze. Wymieniłem je, za jebanie. Dla niego impreza to wódka, może trawa, trochę muzyki, kluby, dziewczyny. Dla mnie też, z tym, że mój słownik znacznie poszerzył znaczenie imprezy. Dla mnie imprezy, to też kilkudniowe ciągi, w czasie których eksplorowałem moją krainę. Już wtedy zauważyłem, że zaczynam żyć swoim matriksem. Już nawet nie udawałem przed sobą. Kiedyś, na początku, doszukiwałem się pewnej burdelowej filozofii, chciałem wytyczyć pewien szlak. Później uznałem, że nie ma tu filozofii, ale za to są nowe doznania. Szukałem, cipki idealnej. Teraz nawet tego nie poszukiwałem. Ile odcieni w końcu może mieć seks. W końcu, to tylko seks. Po prostu brnąłem, bo żaden inny scenariusz na życie nie przychodził mi do głowy.

Przerwa świąteczna. Pora ruszyć do domu. To, co lubiłem w świątecznych przerwach, to fakt, że nabiorę dystansu. Te kilka dni świąteczne albo wręcz świętej atmosfery pozwalały nabrać dystansu. Choć na chwile mogłem uciec od skurwionej rzeczywistości, którą sam sobie utkałem. Nigdy w domu nie otwierałem wrót burdelowa. Rodzinne strony były święte. Nie szukałem, nie zadawałem pytań i nie chciałem drążyć tematu burdelowa. Bywało, że po powrocie z takiej przerwy kilka długich dni zaspakajałem wywołany głód, ale w domu pozostawałem czysty. Tak miało być również teraz. Tylko nie oszacowałem kilku czynników. Nie wziąłem pod uwagę kilku zmiennych w tym równaniu. Świat, wokół nas, jest widziany naszymi oczami. To my czynimy go pięknym lub szkaradnym. Niezwykłość domowego miru i świąteczna atmosfera, to też pewien wytwór naszych zmysłów. Kiedy oddalimy się od dziecinnych obłoków, cholernie trudno je odnaleźć. Święta minęły, ot tak, po prostu. Ze zgrozą, a może ze zdziwieniem zauważyłem, że to coś, czego oczekiwałem po prostu się nie pojawiło. Dorosłem. A może oślepłem na pewne sygnały. Skończyło się. Przerwa między świętami, a sylwestrowym szaleństwem, to dla studenta dziwne miejsce w czasoprzestrzeni. Mijają święta i większość ludzi zapierdala do pracy. Być może niewielu szczęśliwców może sobie pozwolić na długie wolne, ale większość po prostu zapierdala. Do szczęśliwców, zaliczają się ci z ciała pedagogicznego, na każdym szczeblu edukacji. Najprawdopodobniej każda uczelnia w tym kraju nie pracuje, przynajmniej, jeśli chodzi o wykłady w przerwie między świątecznej. I tu pojawia się pole obserwacji dla studentów, którzy wracają do domów na święta. Same święta, to takie słodkie czary mary. Po świętach, zaczyna się zwyczajny czas. I tu, spostrzegawczy student widzi, co się zmieniło w domowej rzeczywistości podczas jego nieobecności.

Ze mną, problem był taki, że już drugi dzień przygniótł mnie nudą. Myśl, o tym, żeby sprawdzić burdelowo w rodzinnych stronach, przyszła z nudów. Nie, nie było nic na Stronie, ale jest jeszcze Forum, są Szwagrowie. I oni przyszli z pomocą. Kliknięcie, góra dwa i już mam numer. Jest diva, podobna cienizna, ale co mnie to obchodzi. Nuda rozpłynęła się niczym mgła w górach.

Spotkanie z kuzynem skończyłem szybciej. Musiałem wziąć głęboki oddech. Spokojnie, robiłem to tyle razy. Wybieram zdobyty numer. Sygnał, drugi, trzeci. „Słucham” – głos typowej rutyniarskiej kurwy.

Szybka rozmowa, co gdzie i za ile. Odpowiedź na pytanie „gdzie?” Bezcenna. Hotel, tu i tu. Ojoj, pomyślałem. Nazwanie hotelem, obskurnego robotniczego motelu, to zdecydowanie przegięcie. Byłem tam dawno, dawno temu. Koleżanka z technikum przeprowadziła się tam, do poznanego na meczu robotnika. Jej rodzina i nauczyciele nie byli zachwyceni, ale my, młodzi gniewni, niepokorni Julkę wspieraliśmy i często tam bywaliśmy.

Najlepsze, diva zostawiła na koniec.

– Kup po drodze prezerwatywy, bo ja nie mam. – Zatkało mnie. Po raz pierwszy od kilku długich miesięcy zatkało mnie. Niewątpliwie to było coś nowego. Zdobyłem się tylko na krótkie „ok.” Przejazd po mieście zajął mi nie dłużej niż kwadrans. Po drodze, zatrzymałem się przy kiosku. Poprosiłem tanie „NewCaress”. Zawsze lubiłem moment kupna prezerwatyw. Najprawdopodobniej każdy chłopiec na tej planecie, no może z wyjątkiem Afryki, poznaje termin „prezerwatywa” różnie na „to” mówią. Guma, kalosz, condom, ubranko robotnicze, etc. etc. Pojawia się moment w życiu faceta, bardzo młodego faceta, kiedy kupuje pierwsze opakowanie i …. Nie bardzo wie, co z tym zrobić. No, ale wyobraźnia chłopców nie ma granic, toteż, zastosowanie gumiaków jest najróżniejsze. Klamki, ręce, proca na skoble, bomby wodne, a to nie wszystko. Moda, na zakładanie gumy na klamki minęła, kiedy kolegę sąsiad przyłapał na rozwijaniu bananowej prezerwatywy na swoją klamkę.

Kolejny etap, to kupowanie prezerwatyw, „bo coś może być”. Ten etap jest jeszcze bardziej komiczny, niż pierwszy. Najczęściej to „coś”, to utrata terminu ważności w portfelu pryszczatego jebaki. Będąc na akademickiej imprezie zobaczyłem gumkę w wytartym opakowaniu i usłyszałem o podpitego kolesia: „od liceum”. Nigdy się nie dowiedziałem, czy to był sentyment, czy po prostu nigdy nie bzykał. Ja nie miałem tych problemów. Dlatego lubiłem ten moment zakupu condomów. To o czymś świadczyło. O drodze sukcesu, jaką przebyłem. Od inteligentnego dziwaka w szkole średniej, do prawdziwego okurwieńca, kilka lat później. Miałem dziewczynę, popychałem na boku inną, a oprócz tego bzykałem kurwy. Byłem, doprawdy, degeneratem. I wiecie co? Napawało mnie to dumą.

No, ale wszystko ma swoje granice. Nawet ja nie kupowałem prezerwatyw kurwie. Coś nieprawdopodobnego.

Zaparkowałem pod obskurnym peerelowskim obiektem. Motel robotniczy, stojący na równi z blokiem socjalnym. Ponownie dzwonię. Słyszę numer pokoju, czwarte piętro. Wnętrze motelu jest przygnębiające. Zielonoszare ściany, wręcz muszą przypominać lokatorom, że chyba, gdzieś przegrali. Czapkę zimową naciągam na głowę, głęboko. Rozglądam się dyskretnie. Żółta firanka częściowo zasłania śpiącego recepcjonistę. Mijam go szybko i wchodzę na klatkę schodową. Brudna klatka, stalowy kolor barierek i odrapane ściany. Wszystko sprawia, że mimo iż idę do góry odnoszę wrażenie, jakbym schodził w dół, gdzieś w przytłaczającą otchłań. Na szczęście włączył się autopilot i mknę przed siebie. Dotarłem na właściwe piętro. Patrzę na granatowe numery, które ktoś niestaranie, szablonowo namalował na drzwiach. Pierwszy od numer, jest dosyć odległy od docelowego. Powoli przemierzam korytarz, w stronę zakurzeni szyby czołowego okna. Stary rower, wózek dziecięcy, duże kawałki tapety, ubrudzone buty. Nieciekawa sceneria. Doszedłem do numeru, za którym miałem ujrzeć kolejną odsłonę burdelowa. Nie zdążyłem zapukać po raz drugi, kiedy zdarzenia same się potoczyły. Najpierw ujadanie psa. Nie szczekanie, ale ujadanie. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy motelu wyskoczą, jak oparzeni ze swoich pokoi. Przez głowę, lotem błyskawicy przemknęła mi myśl: „zwiewaj”. Niemal w tym samym momencie otworzyły się drzwi i instynktownie wszedłem do środka. Mały pokoik z aneksem kuchennym . Tanie, jednoosobowe łóżko na pierwszym planie, jakieś akademickie meble. Obraz nędzy i rozpaczy. Spojrzałem w lewo. W aneksie stał pies, przywiązany do zlewu. Żadna bestia, typ małego ciapka. Z tym, że zwykły ciapek, raczej radośnie obszczekuje gości, a ten bydlak szczekał wściekle. Pierwsze, co usłyszałem, po słowie „cześć”, było uspokajanie psa. Taka atrakcja, zupełnie mnie zaskoczyła. Jednak to też było burdelowo, tyle, że nieco inne.

– Nie bój się. Jest przywiązany. – Skinąłem głową, na znak, że wierzę, widzę i rozumiem. Szybko dobiliśmy targu. Ile dostanie, za udostępnienie swojej szpary. Co ciekawe, mimo, iż stałem w pokoju kilka minut, pies, nie przestawał szczekać. Dramat. Kiedy przywykłem do szczekania, bliżej przyjrzałem się divie. Niska szatynka, wiek między trzydzieści pięć, a czterdzieści. Raczej mało atrakcyjna. O ile znam się na takim typie, to z jej twarzy wyczytałem rutynę i zobojętnienie. Bardzo podobne do mojego.

– Masz prezerwatywy? – Zapytała.

– Mam. – Odpowiedziałem, wyciągając czerwony kartonik z kieszeni. Wyciągnęła rękę.

– Dobrze, że mamy te prezerwatyw ki. – Powiedziała z namysłem. Ja już się nie odezwałem. Rozpiąłem kurtkę, ściągnąłem wełniany sweter i zacząłem rozpinać pasek. T-shirt zostawiłem. Ściągnąłem spodnie i slipy. Diva, ubrana w sztruksowe spodnie i bluzkę, miała nieco mniej do ściągnięcia. Otworzyła opakowanie i urwała listek z gumką. Kiedy była naga, położyła się na jednoosobowym łóżku. Zrobiłem krok w jej stronę. Była niska, z lekką nadwagą. Miała pokaźne, charakterystyczne, dla wieku i budowy ciała cycki. Podszedłem do łóżka i złapałem ją za pierś. Palcem zrobiłem kilka okrążeń wokół sutka. Zrobiłem to z przyzwyczajenia. Nie potrzebowałem dodatkowych impulsów, bo mój sprzęt sterczał w gotowości od kilku minut. Chwilę ugniatałem jej cycki, mechanicznie, mnie też dopadła rutyna. Powoli przesuwałem wzrokiem po jej ciele. Cycki, na plus, nieco za duży brzuch, z rozstępami, troszkę zwaliste uda. Przy tym wzroście, była po prostu normalna. Zatrzymałem się na jej kroczu. Cipka obrośnięta burymi włoskami, które dziwnie przypomniały mi o Oli z akademika. Podobne, pomyślałem. Ręka niskiej dziwki zaczęła coś na kształt pieszczot. Pogłaskała mnie po jajach, jej palce kilkukrotnie przesunęła się wzdłuż mojego instrumentu. Ewidentnie, to spotkanie można było zdefiniować jednym słowem: „rutyna”. Niczym zakup bułek w osiedlowym sklepie o poranku.

Podała mi sreberko z prezerwatywą, pytając, czy założę. Pokiwałem głową. Szybko, sprawnie i płynnie założyłem gumę. Klęknąłem przed jej lekko rozchylonymi nogami. Złapałem je pod kolanami i przycisnąłem do cycków. Dynamicznie wszedłem. Lekkie stęknięcie i rozpocząłem posuwanie, niczym tłok w silniku. Kilka, może kilkanaście głębszych, raczej łagodnych pchnięć. Łapię ją za uda i przyciągam do siebie. Moje pchnięcia stają się sprężyste, mocniejsze. Kilka minut jednostajnych pchnięć i ostatnie trzy razy dobijam mocniej. Dochodzę. Szybko sprawnie. Bez komplikacji. Ściągam ubranko robotnicze z penisa. Słyszę, że kosz jest niedaleko drzwi, żebym wyrzucił. Z chwilą, kiedy wyrzucam kalosza, pies na nowo dostaje szału. Ubieram się czym prędzej. Gospodyni stara się go uciszyć, ale nic z tego. Jeszcze raz omiatam spojrzeniem pokój. Nie jestem do końca pewien, czy tak miał wyglądać mój świat. Zakurzony, ciasny pokój z podrzędną prostytutką. To chyba zły omen. Wychodzę. Lekkim krokiem schodzę po schodowej klatce. No tak, więc rozdziewiczyłem rodzinne strony. Taak. W końcu moja ciemniejsza strona, nawet tu mnie znalazła.

Siadam wieczorem przed komputerem. Piszę na Forum. Tej divy nie ma w ogłoszeniach. To cichodajka, jej numer funkcjonuje w pewnych kręgach. Zabawne, jak awansowałem w strukturach, nie jestem tylko userem, jestem kimś, kto ma coś do powiedzenia. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym, który zaliczył turnus letni, terapii dla uzależnionych od alkoholu. Poznał tam koleżkę. Pół roku później koleżka wprowadził go na miejscówę, gdzie spożyli alkohol. Na prawdziwą melinę, rodem z ciężkiego prylu. Czy zemną było tak samo? Już wtedy powinienem przewidzieć, że ja również niebezpiecznie zbliżam się do krawędzi.