Mamy w ch$j czasu (zapiski niemłodego podrywacza)

Mała wódeczka z kolegami  z pracy zamieniłam się w trzy butelki 0,7 litra plus kilka piw i drinków. Po kolegów przyjechały żony. Niemłody podrywacz poszedł w miasto udawać kogoś, kim nie jest od dawna.

Najpierw undergrundowy klub. Wejście kosztowało kilkadziesiąt złotych. W środku czterech naćpanych kolesi i dwie (dosłownie dwie, bo nawet za barem stał facet) laski i ja – niemłody podrywacz. Energetyk za 20 PLN spowodował reakcje chemiczną w organizmie. Po dyskretnym pawiu opuściłem lokal.

Kolejny przystanek. Kilka knajp obok siebie. Alkohol zdążył spustoszyć mój organizm. Chodzę i szukam sam nie wie czego. Ostatecznie ląduję w knajpie, gdzie pytam o jedzenie. Pytam o jedzenie, bo dociera do mnie, że nie wtłoczę w siebie już nawet kropili alkoholu  i, po prostu, jestem głodny.

Ostatecznie dostaję tosty z dwoma abstrakcyjnymi figurami na kształt kopców, to keczup i majonez. Powoli przeżuwam i patrzę na lokal. Grupki młodych chłopaków i gdzieniegdzie pary. Mój Boże, jak znam te wszystkie manewry.  Obok mnie przy barze siada trzech młodych (i w tym momencie powinienem wystukać na klawiaturze jakiś rzeczownik, ale nie, pozostańmy przy przymiotniku „młodzi”). Jeden z nich ( na palcu ma obrączkę) jest wyraźnie smutny. Ten, który wygląda na najmłodszego pije piwo i łapczywie rozgląda się po lokalu. Najwięcej mówi ten średni.

Tosty są ciepłe i przyjemne w smaku, koncentruję się na ich smaku. Smak szynki i żółtego sera jednak nie pomaga, dolatują mnie strzępy rozmowy trzech młodzianów.

– Najważniejsze, to się nie martw.  – Mówi ten w środku.  –  Cokolwiek by się nie działo to pamiętaj, masz, mamy jeszcze w chuj czasu, wszystko możemy. Ile masz lat?

 – 27 – odpowiada ten z obrączką na ręku.

– 21 – odpowiada ten wyglądający na najmłodszego.  

 – No. Ja  mam 24, życie jest przed nami, jeszcze możemy wszystko.

Patrzę na nich i tak sobie myślę, co robiłem mając dwadzieścia jeden lat? Nie zauważyłem swojego oczka. Było gdzieś między Sylą – krótką ściętą trzydziestoparolatką, którą rżnąłem w motelu, Ulą koleżanką z akademika, której bierność w łóżku kazała poprzestać na manualnooralnych figlach i Zuzą rozkosznie nieletnim miksem punka i metalówy. Puknąłem ją pod mostem na pierwszej randce.

A co robiłem w wieku dwudziestu czterech lat? Hahah, byłem świadom swoich umiejętności jako podrywacz, ale głód czegoś więcej był mocniejszy niż zadowolenie z siebie, wciąż chciałem więcej. I tak leciały kolejne lata. Tak dobiłem do dwudziestu siedmiu lat. – Popatrzyłem na gościa z obrączką na ręku. – Tak, ja też wtedy mogłem się ożenić, ale nie zrobiłem tego. Wolałem nafaszerować pewną dziewczynę Postinorem i dwa tygodnie później udać, że nic się nie stało.

Rozmyślając patrzyłem na trzech młodych facetów, z których jeden starał się być mądrzejszy, niż w rzeczywistości był. Kiedy tak słuchałem jego spostrzeżeń, miałem ochotę podejść (złe słowo, bo siedzieli blisko) i, po spojrzeniu każdemu z nich w oczy, głośno i dobitnie stwierdzić: nie chłopcze, nie macie, a zwłaszcza TY nie masz czasu. Ten czas ucieknie ci szybciej niż myślisz. Wszyscy koledzy, których uszczęśliwiasz mądrościami znikną z pola widzenia, bo się ożenią i będą mieli dzieci. Zostaniesz sam z garścią sofizmatów, które z czasem zaczną tracić na wartości. I pewnego wieczora tylko one będą ci towarzyszyć w konsumpcji tostów.

Dojadłem tost i wyszedłem w ramiona wciąż chłodnej nocy. Po drodze zaczepiłem dziewczynę, prosząc o papierosa. Odmówiła, szybko dodałem, że papieros to tylko wymówka, podszedłem, bo ma ciekawą czapkę (faktycznie miała), usłyszałem jedynie

– Czekam na koleżankę, odejdź.

Kurwa, kiedyś wystarczył zalążek uśmiechu i byle jaki tekst. Rozmowa sama się toczyła, a dziś? Dziś pozostaje zimna noc i knajpiane tosty w bramie na Nowym Świecie.

Wziąłem taksówkę i udałem się spać. Czy to już koniec?