Wrzesień

Ciepły mamy jesień.

Wtedy też był wrzesień.

Piękna polska złota jesień. Podobał mi się ten wrzesień. Ciepły, słoneczny, nastrajający romantycznie. Szedłem przez park. Rozmyślałem. Kolejny życiowy zakręt. Gdzie tak naprawdę jestem. Ciągle w grze? Pamiętam inną końcówkę września. Dawno temu. Nie potrafię określić dokładnie daty. Któryś z kolejnych semestrów na studiach. Wrześniowy czas na nadrobienie egzaminowych zaległości. że Jadąc na poprawki, nie sprawdziłem prognozy pogody i dwa tygodnie chodziłem w garniturze, bo nic cieplejszego nie miałem.

Szybko się spakowałem. Podręczny bagaż, notatki, kilka koszulek, bielizna. Niewiele tego było. Zabrałem ze sobą coś jeszcze. Spory zapas niewykorzystanego nasienia i głód. O tak, głód. Po blisko trzymiesięcznej przerwie, tęskniłem za burdelowem, za tym brudnym światem, który tak intensywnie oddziaływał na każdy mój zmysł.

Powoli dopalałem papierosa na dworcu autobusowym. Resztki letniego słońca przyjemnie mnie dopieszczały. Obserwowałem ludzi. Wczesnojesienna pora, to bardzo ciekawy czas na obserwację ubioru. Ci zapobiegliwi dumnie kroczą w jesiennym odzieniu, ci odważniejsi nie wypuszczają wspomnień letnich upałów również dumnie krocząc w letnich koszulkach. I jednym i drugim jesienna pogoda płata figle. Gdy słońce schowa się za jesiennymi chmurami, a wiatr poruszy leżące liście, letniacy chuchają, dmuchają i zaczynają się krzywić ku uciesze tych ubranych. Kiedy znów słońce jeszcze nie da za wygraną i przebije się kilkoma promykami, ci cieplej ubrani zaczynają sapać i krzywić się z dyskomfortu, jaki powoduje przepocone ubranie.

Przed oczami mam prawdziwą mozaikę ubrań. Jesionki, lekkie kurteczki, bluzy, koszulki i wszystko inne. Zastanawiam się nad tym, co bardziej się zmieniło w ciągu ostatnich lat: ja, czy moje rodzinne  miasto? Niewątpliwie zmiany zaszły. Zmiany w mieście, w większości na kredyt. A zmiany we mnie?  Moja zmiana, też jest formą pożyczki, którą trzeba spłacić? Moje rozmyślania przerywa wolno sunący, biały autobus. Nie ma wielu ludzi. To dobrze. Kupuję bilet i zajmuję miejsce lekko za połową pojazdu. Siadam wygodnie. Wiem, co teraz będzie. Przez kilka minut będę obserwował trasę, a mniej więcej za pół godziny usnę. Przez sen będę próbował znaleźć najwygodniejszą pozę, jaką można znaleźć w przestrzeni między siedzeniami autobusu. Nie mylę się. Nie mija czterdzieści minut, a ja zanurzam się w półśnie.

Mija mniej więcej trzy czwarte drogi. Budzę się. Przecieram oczy i rozglądam się po wnętrzu autobusu. Ludzi jest więcej, ale i tak zostało dużo wolnego miejsca. Patrzę za okno. Nie wiem, czy to brudna szyba, czy pogoda zaczyna się psuć. Po kilku chwilach, na szybie dostrzegam maleńką, niemal mikroskopijną kroplę wody. Druga, trzecia, czwarta, piata i tyle, więcej się nie pojawiło. Zerkam na notatki. Zawsze obiecuję sobie, że czas w podróży wykorzystam jeśli nie twórczo, to chociaż pożytecznie. Nigdy mi nie wychodzi.

Mój oddech staje się bardziej ciężki. Wiem, czego to objaw. Tak, jakby mój organizm wyczuwał, że z każdym kilometrem zbliżam się do krainy fantazji u uniesień, o jakich zwykły śmiertelnik może pomarzyć. To głupota, burdelowo, jest jak wszechświat, nie ma końca. To, czego skosztowałem, najprawdopodobniej znalazłbym w innych miastach. Jednak mój mózg tak skojarzył to miasto z seksem, z dziwkami i z całym wachlarzem „tych” emocji, że nawet dziś, kiedy to piszę, miasto kojarzy mi się z „jednym”. Oddaję się przyjemnym wspomnieniom minionego roku. To dziwne. Nie  wspominam balang, poderwanych dziewczyn, czy znajomych. Wspominam świat, który jest zakamuflowany, świata, którego nie widać. Wspomnienia stają się coraz bardziej plastyczne. Ucisk w kroczu dowodzi, że moje wspomnienia odżywają. Ostatni przystanek. Za trzydzieści minut wysiądę na docelowej stacji. Moje myśli, niczym grot strzały zmierzają w jednym kierunku. Jeszcze nie dotarło to do mnie w pełni, ale moje myśli, niczym wypuszczona strzała, zmierzają w jednym kierunku. Nie można tego zatrzymać. Za myślami podążą czyny. Na szybach autobusy ląduje coraz więcej kropel. Są coraz większe. Ochłodziło się, jednak to jesień. Ostatnie minuty podróży napełniają mnie mrowiącym oczekiwaniem. Niczym dzieciak, przed rozpakowaniem bożonarodzeniowego prezentu, nie mogę się doczekać tego, co będzie, gdy dotrę na miejsce.

Wysiadam na dworcu. Na szczęście deszcz nieco zelżał. Ubieram, przezornie zabraną letnią kurtkę adidasa. Muszę załatwić zakwaterowanie w akademiku, na czas zaliczeń. Wiem, że to pilne, dopóki jest administracja, mogę to zrobić. Najchętniej jednak razem z podręczną torbą ruszyłbym na poszukiwania. Po kilku przystankach tramwajowych, docieram do akademika. Sprawy pokoju załatwiam szybko i bez problemu. Kierowniczka informuje mnie, z kim mieszkam. Nie słucham jej. Biorę klucz i idę do swojego pokoju. Zostawiam torbę i wychodzę. To dziwne. Wychodzę na zakupy, kupić coś do jedzenia. Tak przynajmniej sobie mówię. Mimo, iż wiem, że najprawdopodobniej w ogóle nie pójdę do sklepu. W tym momencie mój umysł przypomina soczewkę i skupiony jest na jednym celu.

Na ulicy dopada mnie chłodny, jesienny wiatr. Sprawdzam informacje z burdelowa. Kilkumiesięczna przerwa na pewno przyniosła nowe obiekty. Jest. Dwie ulice od akademików, przyjmuje, młoda z dużymi cyckami. Jeden telefon. Jestem w trybie „on”. Zaczyna padać. Mokre plamy na mojej kurtce są coraz większe. Przyspieszam kroku. Kolejny telefon. Domofon. Stęchły zapach klatki schodowej. Scenariusz sprawdza się co do joty. Pukam do drzwi. Zgodnie z zasadami, drzwi uchylają się, a ja wchodzę do przedpokoju. Wyłożony białymi płytkami. Nowa miejscówa, zaraz po remoncie. Ładnie. Wita mnie lekko pulchna dziewczyna z dużym biustem. Ma beżowe włosy i miłe, raczej łagodne spojrzenie. Ubrana bardzo podobnie, do dziewczyn z akademika. Dresy i bluzeczka. Nigdy nie przestanie mnie to intrygować. Zwykłe dziewczyny, nie zabójczo atrakcyjne, ale zwykłe, pełne mankamentów, są dziwkami. To coś niezwykłego. Przechodzimy do pokoju. Jestem nieco zmarznięty, dlatego, gdy tylko kończymy kwestie finansowe, biorę ręcznik i idę pod prysznic. Strumień gorącej wody powoduje, że zaczynam się czuć dobrze.

Już wtedy powinno zaniepokoić mnie to, że potrafię odnaleźć przytulne ciepło w burdelu. Może zakamuflowanym, ale burdelu. Niewielu dwudziestoparolatków jest tak wykolejonych.

Wycieram się ręcznikiem i wychodzę. Moja lanca już sterczy. Czas na deser. Żeby było ciekawiej, nie pamiętam szczegółów. Zaczęło się od loda, skończyłem od tyłu. To, co utkwiło mi w pamięci, to miła atmosfera. Jak już ściągnąłem gumiaka i ponownie zawitałem pod prysznicem, spokojnie porozmawialiśmy. Była w mieście od dwóch miesięcy, trafiła na wyremontowane mieszkanie, mimo krótkiej kariery zawodowej, już miała stałych klientów. W większości facetów po pięćdziesiątce. Nie miałem powodów jej nie wierzyć. Była miła i spełniała kanony piękna sprzed trzydziestu lat. To musiało działać. Hmmm. Zastanawiające jest to, że genralana zasada brzmi: nie wdawać się w zbyt szczere rozmowy z dziwką. Tutaj każdy kłamie. Jednak, kiedy złapie się pewną nić porozumienia, to można z nimi porozmawiać, chociażby na tematy zawodowe. Oczywiście pisząc zawodowe, mam na myśli ich zawód. Dowiedziałem się, że na wakacjach nieco odświeżono burdelowo i jest kilka nowych dziewczyn.

Kiedy wyszedłem z bloku rozpadało się na dobre. Być może to tylko jesienna plucha, a może to świat płakał nad moim żałosnym losem. Trudno stwierdzić. Szedłem w deszczu. Przypomniałem sobie, jak dawno temu, też wracałem z podobnej akcji w deszczu. Pamiętałem swoje rozdarcie uczuciowe, ten cichy głos, że postępuję niewłaściwie. Dziś nic mnie nie ruszało. Kurtka, całkiem przemoczona przylgnęła do ciała. To niemiłe uczucie, dopiero, popchnęło mnie do przyspieszenia kroku. W kilkanaście minut dotarłem do akademika. Na trzecie piętro wszedłem po schodach. W pokoju, byli już moi współlokatorzy. Informatycy. No cóż, studenckie wrześnie rządzą się swoimi prawami. Nie należy wybrzydzać na współlokatorów, bo zawsze można trafić gorzej. Chwila rozmowy, wymiana informacji: kto i z czego poległ. Pierwsze co, poszedłem pod prysznic. Długi, gorący prysznic zmył ze mnie zziębienie i burdelowo. Wróciłem do pokoju i zacząłem się rozpakowywać. Po rozpakowaniu, najzwyczajniej w świecie, nie miałem co robić. Wszystko było szare i matowe. Nuda. Żeby, choć na chwilę poczuć ten dreszcz, który czułem dwie godziny wcześniej. Po tak długim czasie, jakim były trzy miesiące, bez burdelowa, bez tego cudownego, zakazanego owocu, bez tej słodkiej trucizny. Zdecydowanie, jedna wizyta nie mogła zapełnić głodu.

Niczym robot, wyszedłem z akademika i idąc po ulicach miasta, które po deszczu, zdawało się oddychać, szukałem kolejnych doznań. Kolejny numer telefonu też był nowy, podobno było warto. Gdy zdzwoniłem, okazało się, że adres, to ulica, na której jestem, kilkadziesiąt metrów dalej. Eksplozję w moim organizmie można było nazwać motylami w brzuchu, hajem, podenerwowaniem, napięciem seksualnym. Nie ma słowa, które mogłoby określić, co się wtedy czuję. Idąc, niemal lewituję nad ziemią, tak, jakby coś, jakaś siła pchała mnie w ten sam świat. Czas znika, pozostaje tylko przestrzeń. Jestem. Dzwonię. Słyszę numer, pod który mam zadzwonić. Podchodzę do klatki, i czeka mnie zdziwienie, nie ma tego numeru. Numery mieszkań kończą się na trzydzieści numerów, przed moim docelowym. Czyli musi być kolejna klatka. Ale jej nie ma. Obchodzę blok do wokół, nie ma. Dzwonię jeszcze raz pod numer. Pytam o klatkę, zniecierpliwiony głos tłumaczy mi gdzie jest klatka. – Czekaj, kurwo, zaraz cię zerżnę. – Emocja na kształt gniewu przechodzi mi przez głowę. Podchodzę do bloku. Patrzę i nie wierzę. Ze ściany oblepionej plakatami wychodzi facet. Okazało się, że drzwi od klatki były tak oblepione reklamami, że wtopiły się w tło. Podchodzę, domofon, również zakamuflowany, niczym żołnierz sił specjalnych. Dzwonię, dźwięk otwieranych drzwi. Chyba, już zawsze, ten dźwięk będzie mi się kojarzył z brudną stroną życia. Winda sunie powoli w  górę. Odór brudnej klatki wierci w brzuchu. Pukam do obitych sklejką drzwi.

Schemat jest zawsze ten sam. Otwarte drzwi, ciemny przedpokój i wejście pokoju. Moją uwagę przykuła diva. Młoda, nie więcej niż dwadzieścia trzy lata. Szczupła blondynka, o wyrazie twarzy klubowej suki. Dawno nie widziałem takiej suczy w burdelowie. Wchodzę do pokoju i czekam. Pokój niczym nie różni się od wielu innych pomieszczeń na mieszkaniówce. Kiedy czekam, powoli się rozbieram. Wchodzi blondynka, owinięta ręcznikiem. Twarz, spojrzenie, coś w niej mnie irytuje. Chcę jak najszybciej w nią wejść, chcę ją zdominować. Rozbieram się, ona zdejmuje ręcznik i rozściela prześcieradło. Sposób, w jaki zdjęła ręcznik zdradza rutynę i to, że jest świadoma swojego ciała, że ma świadomość swojej władzy nad facetami. Ona była kurwą na długo przed tym, od kiedy zaczęła brać za to kasę. W jej oczach jestem klientem. Po prostu klientem. Dotarło do mnie, że drażni mnie właśnie ta obojętność. Chcę w nią wejść, chcę żeby poczuła mnie w sobie, to z pewnością zmusi ją to zrzucenia tej obojętności. Delikatnie i starannie kończy ścielić prześcieradło. Mówi, żebym się położył. Kiedy się kładę, zaczyna mechanicznie obrabiać fiuta. Pyta, czy sam francuz wystarczy, czy chcę seksu. Chcę seksu, ale najpierw muszę spróbować jej cipki. Tak, jest atrakcyjna, kształtne cycki, zgrabna dupcia i niezła figura, jej cipka będzie ukoronowaniem urody. Mówię jej, żeby się położyła. Kładzie się plecach i rozkłada nogi. Tak, jak myślałem, jej cipka, jest niemal perfekcyjna. Symetryczna, po prostu piękna. Zawsze hołdowałem zasadzie, że najważniejsza jest cipka. Nie jest to mój pomysł na życie. Usłyszałem to na filmie, kwestia Ala Pacino. Kiedy tylko ją usłyszałem, wiedziałem, że to będzie ważne zdanie w moim życiu. Mimo, że cipka blond-kurewki wygląda mega atrakcyjnie, to kilka mechanicznych ruchów językiem w zupełności mi wystarcza. Chcę być w tej idealnej cipce. Unoszę się na kolana. Blondynka zakłada gumę na sterczącego fiuta. Kładzie się. Wchodzę w nią. Kilka minut posuwam ją klasycznie. Na chwilę wychodzę z niej. Odwraca się i kończę od tyłu. Podaje mi chusteczki. Kiedy ubrałem, padło pytanie: – Ładną mam cipkę? – Patrzę na nią. Jej mina jest zupełnie inna, niż pół godziny temu. Na jej twarzy błąka się nieśmiały uśmiech. Jej spojrzenie przybrało wyraz sympatii. – Jest śliczna, ale przecież wiesz o tym. – Odpowiadam z uśmiechem, niewymuszonym, może nawet szczerym. – Wiem – odpowiada z u śmiechem – ale chcę, żeby była najpiękniejsza. Dobrze, że przynajmniej ona ma jasno określone cele. Kilka minut rozmawiamy. Wychodzę, wracam do akademika. Deszcz, przypomina mi się, jak dawno temu, w podobnej aurze wracałem, po podobnej wizycie. Hehe, byłem wtedy debiutantem. Pamiętam rozdarcie i uczucie zaprzedania duszy. Dziś wracam wypłukany z wszelkich uczuć. Zobojętniałem. Wiem, że wszedłem na pewną drogę, czy kiedykolwiek zawrócę? Nie wiem. Nie wiem nawet, czy chcę.

Spędziłem wtedy trzy tygodnie w akademiku. To były tygodnie, które pamiętam do dziś. Blondynka zniknęła. Kilka lat później, jako weteran burdelowa, dowiedziałem się miała problem z piciem. To powodowało jej niedyspozycję. Jej Al się wkurzył i wlał jej na siłę pół litra czystej. Oczywiście w celu terapii. Podobno nie pomogło. Słuch o niej zaginął.

Ruda czyni cuda, czyli gówno na kutasie cz. 1

Moja edukacja, z każdym dniem była zbliżała się do końca. Koniec studiów. Zleciało. Umowa wynajmu stancji skończyła się. Każdy poszedł w swoją stronę. Co teraz robić? Nie wiem. Zamieszkałem u Przema. Sierpień, gorący sierpień. Udawałem,że szukam pracy i wykorzystywałem ostatnią szansę na przyssanie się do sakiewki rodziców. Przemo, po wyprowadzce ze stancji został kolesiem od rachunkowości w dużym koncernie przemysłowym. Dodatkowo dalekie kuzynostwo zaproponowało mu opiekę nad mieszkaniem. Sytuacja była prosta: on płaci rachunki i mieszka, oni są szczęśliwi, bo mieszkanie nie będzie puste. Ja skorzystałem z okazji i zająłem drugi pokój. Pierwszy z naszej paczki, który stał się dorosły. Ja troszeczkę z tym zwlekałem. Za bardzo pochłonęło mnie moje podziemnie życie, mój wewnętrzny świat. Forum, Szwagrowie, Strona. To wszystko pochłonęło mnie tak bardzo, że czasu na studia, nie zawsze starczało. Zawsze mnie coś zastanawiało. Czy Clark Kent, to alter ego Supermena, czy na odwrót. A jak jest ze mną? Czy login na Forum to moje alter ego, a może inaczej, student ekonomii, to alter ego degenerata z forum.

Dosyć pieprzenia. Byłem szczęśliwy, byłem z Dagną. Spytacie kim jest Dagna. Dobre pytanie. Pytanie dobre i trudne zarazem. Bo nie da się napisać kim jest Dagna, nie pisząc kim była dla mnie. A dla mnie była po prostu szczęśliwym zakończeniem. Po latach eksploracji burdelowa, celebracji każdej sprzedajnej cipki, relacji, które wionęły z daleka pustką, dotarłem do szczęśliwego zakończenia. Szczęście miało na imię Dagna. Mam ochotę rozpisać się o Dagnie, ale przecież nie o nią tu chodzi. W końcu ten blog miał być o podróży przez krainę zwaną burdelowem. O penetrowaniu niezliczonych ust, cip i anusów. Dagna to jedynie poboczny epizod tej opowieści. Jeśli będziecie chcieli, kiedyś wszystko opiszę. A dziś w skrócie.

Od kilku tygodniu burdelowo przestało istnieć. Odpuściłem Forum, Stronę, wszystko. Chodziłem za rękę z moją ukochaną i byłem szczęśliwy. Problem polega na tym, ze marzenia najczęściej widzimy w 2D. Coś, jakaś idea, jakiś obraz, pojawia się w głowie. Za tym obrazem pojawia się myśl. Na końcu przychodzi wniosek. To da nam szczęście. Widzimy gdzieś daleko obraz, dostrzegamy siebie na nim i przypuszczamy, że to jest nasza droga do szczęścia. Tak większość ludzi postrzega marzenia. Nie jestem tu wyjątkiem. Kiedy jednak, nasze marzenie przestaje być obrazem, do którego wzdychamy, a zamienia się w trójwymiarową bryłę, na którą stajemy, możemy poczuć niezbyt przyjemne uczucie. Bo, oto uzyskaliśmy to, o czym tak intensywnie, z utęsknieniem  marzyliśmy. Nasza postać odrysowała się, na naszym, utkanym z marzeń gobelinie. I teraz, dostrzegamy, co jest za nim. Już nie patrzymy no obraz, marzenia to zdobyty szczyt, mamy satysfakcję, zdobyliśmy go i jednocześnie widzimy coś, czego nie mogliśmy ujrzeć wcześniej.

   Byłem z dziewczyną, którą pokochałem od pierwszego wejrzenia. I tu pojawił się problem. Widziałem dziesiątki nagich kobiet. Byłem w dziesiątkach kobiet, smakowałem ich soków, napawałem się nimi. Zapomniałem jednak przeczytać elementarz (o ile taki istnieje) bycia z drugim człowiekiem. Po kilku tygodniach znajomości znalazłem się w całkowicie nowym świecie. Chciałem się z nią ożenić, mieć dzieci i wieść nudne życie, z drugiej strony coś zaczynało się psuć. Pojawiła się rysa na szkle, która stawała się coraz większa. Postanowiliśmy dać sobie czas i przystopować ze znajomością. Dagna tak postanowiła, ja się zgodziłem. Zaczęły mnie nachodzić demony sceptycyzmu z przeszłoci. – Czy to ma sens? – To pytanie kołatało w mojej głowie coraz mocniej.

Stronę włączyłem z bezradności, po prostu nic innego nie przychodziło mi do głowy. Przez ostatnie lata Burdelowo było moim panaceum na wszystko. – Kto wie, może teraz też znajdę tu odpowiedź – pomyślałem. Forum, Strona, posty Szwagrów. Trochę przybyło od mojej ostatniej wizyty. Lektura postów pozwala zając czymś umysł. Nie wiem czemu, ale podczas przeglądania ogłoszeń kilka numerów wklepałem do telefonu. Zamknąłem laptop, poszedłem spać.

Rano wstaję. Przemo jest już w robocie. Poranna toaleta, papieros. Nie jem śniadania, wychodzę. Idę na przystanek, szukam linii podmiejskiej. Jest. Za dziesięć minut będzie autobus. Mózgu używam połowicznie. Działam na autopilocie. Wiem, co chcę zrobić. Wsiadam do autobusu, który właśnie przyjechał. Ruszamy. Lubię jeździć jako pasażer. Lubię patrzeć w okno. Lubię przemijający krajobraz i niewiadomą: co będzie za zakrętem. Mija pół godziny. Jeszcze kilka przystanków i jestem n miejscu. Moim celem jest burdel drugiej kategorii, który jest na obrzeżach  miasta. Szwagrowie piszą, że jest 24h. Nie wiem, dlaczego akurat dziś muszę tam jechać. Po prostu.

 Dotarłem. Patrzę na numer domu. Całkiem długi spacer mnie czeka. Poranne ciepło powoli zamienia się przedpołudniowy skwar. Sierpień. Nie spieszę się, powoli idę. Dotarłem do alejki. Mój obiekt znajduje się na jej drugim końcu. W alejce jest jakby chłodniej. Cienie od domów, drzew i krzewów dają lekkie wytchnienie. Docieram do furtki. Piętrowy, masywny dom coś jakby z wielkiej płyty. Trąci PRL-em. Dwie wierzby dają chłód i cień. Wejście po schodach prostopadle do ulicy. Dzwonię. Otwierają się drzwi, pojawia się kobieta około czterdziestki. Z mordy widać, że diva, pewnie szefowa. Zniszczona twarz i rutynowa wyjście w szlafroku dają pewność. Jej spojrzenie na chwilę opuszcza rutyna, a przejmuje ciekawość.

– O co chodzi? – Pyta.

– Otwarte?

– No niby tak, ale.. – Zdaję sobie sprawę, ze nie wielu świrów przychodzi do burdelu po dziesiątej rano, no dobra, przed jedenastą, ale co tam. Nie pozwolę jej dokończyć – to można skorzystać?

– Muszę dziewczyn spytać.

– Pani Ewo. Nie! – słyszę głos z domu. Moja rozmówczyni na chwilę wycofuje się do ganku. Rozmawia z kimś.

– Sorry, musimy sprzątnąć po nocy.

– Nawet na kwadransik? – Staram się nadać swojej twarzy wyraz słodko-błagalny. Stara kurwa uśmiecha się i kręci przeczącą głową. Odchodzę od furtki. Co ja tu kurwa właściwie robię – pytam sam siebie.  I co ważniejsze, gdzie ja właściwie jestem?. Pytam ludzi, gdzie jest przystanek, z którego dojadę do centrum. Idę w coraz większym upale. Dostrzegam pewną zależność. Jadąc do podrzędnego burdelu nie czułem napięcia seksualnego. Nic nie czułem. Dopiero odmowa w burdelu spowodowała mix emocji: zdenerwowania i podniecenia. Teraz muszę uspokoić skołatane nerwy. I wszystko stało się jasne. Wczoraj nie potrafiłem tego logicznie wytłumaczyć, nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego wklepuję numery. Dziś już wiem. Podświadomość zrobiła swoje. Wybieram pierwszy numer. Nic. Wybieram drugi. Słyszę miły głos. Osoba raczej młoda. Przyjmuje w centrum, tanio, opcja full. Z tego co pamiętam tak właśnie opisali ją szwagrowie. Docieram do przystanku. Patrzę na rozkład. Za dwadzieścia minut będzie autobus. Spaceruję. Dosyć zielona okolica. Same domki, krzywy chodnik, trawnik, z zasięgu wzroku zakład wulkanizacyjny. Wszystko jest dziwnie na miejscu. Z obskurnego spożywczaka wychodzi trzech dresów z piwem. To nastraja mnie do obserwacji ludzi. Wakacje są szczególnym czasem. Wprawdzie dwa miesiące wakacji łączymy z dzieciakami, ale kiedy przyjrzeć się bliżej, to każdego, w pewnym sensie, rozleniwia lipcowo-sierpniowe słońce.  Dresy, robotnik w poplamionym kombinezonie niesie drabinę. Facet w zielonych, spranych jeansach i sportowej koszuli, sprawia wrażenie wuefisty. Zgarbiona babcia wlokąca po ziemi szmacianą torbę. Każdy zdaje się lewitować w rozgrzanym powietrzu. Obserwacja zmusza mnie do pytania, w której grupie społecznej będę za dziesięć lat? Kończę studia, czy mam plan na życie? Czy chcę być jednym z wielu. Praca, żona dzieci i monotonia dnia codziennego. Nie, tego nigdy nie chciałem, chciałem być ponad to. Chciałem iść swoją drogą. Ale pojawiła się Dagna. Nigdy tego nie pojąłem. Dagna była dla mnie uosobieniem najbardziej wzniosłych, romantycznych ideałów. Z drugiej strony, było w niej coś takiego, że wręcz zapragnąłem M3 z wielkiej płyty, talerza z zupą i obok mieć żonę. Może pod każdą, na pozór nudną,  towarzyską egzystencją kryje się wielkie romantyczne uczucie?

Patrzę na zegarek. Za cztery minuty będzie autobus. Wracam na przystanek. Autobus. Wsiadam, jadę. Nic nie czuję. Chciałbym poczuć gorąco, napięcie, znajomy dreszczy, ale nie czuję nic. Nawet jebać mi się nie chce. To, po co jadę do burdelu? Bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. Lata w burdelowie, w pewien sposób, zmieniły mi sposób patrzenia świat. Może nawet nie zawsze chodziło o seks. Sam klimat, był dla mnie czymś w rodzaju ucieczki.

Jazda szybko zleciała. Jestem w centrum .Kolejny telefon. Ustalamy szczegóły, gdzie, co i za ile. Po przejściu dwustu metrów bez problemu znajduję adres. Mrok bramy i chłodniejsze powietrze na podwórku orzeźwiają. Bez trudu znajduję klatkę. Domofon. Słyszę brzęczenie zamka. Otwieram drzwi wchodzę na drugie piętro. Dzwonię, wchodzę. Czego się zresztą spodziewałem? Po tylu latach włóczenia się po burdelach, to przestało być mrocznym, ekstatycznym przeżyciem, stało się monotonne. Szybka wymiana zdań, kasa do łapy.

Czterdziestka z ulicy Zana

Przeciągam się, jednocześnie ziewając. Kiedyś przeczytałem, że przeciąganie się, to ileś tam procent orgazmu. Coś w tym musi być. Promienie słońca padają na moją twarz. Wraz z wiosną przestaje opuszczać roletę na noc. Lubię, kiedy budzi mnie słońce. Zwłaszcza, kiedy jest sobota i nie muszę nastawiać budzika. Tak, jak mówiłem, lubię kiedy budzi mnie dzień. Moja kawalerka jest raczej obskurna, ale jedno w niej lubię. Okno od strony wschodniej. Dające możliwość słońcu, aby mnie budziło.  Tak w ogóle, to mało jest zjawisk tak poetyckich, jak nastawanie nowego dnia. Każdy z nas uważa za pewnik, że kładąc się spać będzie jakieś jutro, ale gdyby poświęcić chwilę na to jak powstaje to „jutro”. Bez sprzecznie jesteśmy świadkami cudu. Po raz pierwszy doznałem tego w szkole średniej. Zakuwałem coś do późna, i sam nie wiem kiedy, głowa opadła mi na biurko. Kiedy się ocknąłem czarna noc, zaczęła być mocno granatowa – wręcz atramentowa. Pierwsze ptaki zaczęły harce. I z każdą chwilą było jaśniej i głośniej. Cud narodzin kolejnego dnia. Tak jakby los dawał do zrozumienia: „wszystko zaczyna się od nowa, cokolwiek spieprzyłeś, możesz zacząć dziś od nowa”.

Która może być godzina? – Zastanawiam się. Siódma za parę minut. Leżę. Rozglądam się po pokoju. Sen to chaos, teraz zaczynam powoli układać puzzle w głowie. Zamykam oczy. Czuję światło i ciepło na twarzy. Czas wstać. Prysznic, toaleta i pranie. Pranie rozpoczynam przed śniadaniem, taki zwyczaj. Śniadanie. Mam czas, więc podsmażam pieczarki, duszę pomidory, to wszystko składniki mojego wykwintnego śniadania. Spokojnie robię pyszną jajecznicę. Po śniadaniu sprzątanie. Szybkie odkurzanie. W kawalerce nie ma za dużo do sprzątania. Raz na jakiś czas trzeba umyć okna, ale to akurat lubię robić. Nie lubię zmywać naczyń. I tu bywam do bólu praktyczny. Nie zmywam dopóki mam w czym jeść. Jak na faceta mieszkającego samotnie mam dużo naczyń. Dlatego twory, jakie niekiedy piętrzą się w moim zlewie doprowadziłby do erekcji nie jednego abstrakcjonistę. Z mocnym postanowieniem jednak daję radę naczyniom. Wycierając naczynia zastanawiam się, co dalej robić. Pranie skończy się za około dwadzieścia minut. Teoretycznie mam robotę. Moja firma nawiązała współpracę z inną firmą i teraz każdemu klientowi trzeba wciskać nowy, dodatkowy produkt. Produkt teoretycznie dla małych firm i firemek. Zapoznanie się z produktem zajmie mi około dwóch godzin. Wycieram kubek – ostatnie z naczyń. Patrzę na zegarek po ósmej. Nieźle – mam cały dzień dla siebie. Dioda w pralce świeci. Wieszam pranie na rozkładanej suszarce. Otwieram okno. Słońce i powiewy wiatru powinny wszystko wysuszyć, do wieczora, najpóźniej do jutra. Włączam komputer. Poczta, najważniejsze portale. Kiedy mam czas, a dziś mam, odwiedzam strony najważniejszych dzienników i tygodników. Trzy strony, po trzy artykuły, plus te, które mnie zaciekawią. W głowie pojawia się nutka wahania: a co tam.

Dwie zakładki, dwie strony. Strona i Forum. Lubię być w temacie. Nowe komentarze Szwagrów. Jedne przestrzegają, inne zachęcają. Nowe profile na stronie. Wszystko w ruchu. Jestem zaintrygowany od kilku tygodni, a może miesięcy jednym zdjęciem na stronie. Dłoń ujmująca pierś w sposób idealny. Między palcem śrdokowym, a serdecznym widnieje kawałek brodawki i sutek, który wprost z ekranu dopomina się o miejsce w ustach. Duża, kształtna miseczka D albo E. Byłem gotów pomyśleć, że fotka jest retuszowana, ale dłoń temu przeczyła. Cycek na zdjęciu wyglądał świeżo, apetycznie ponętnie, trudno określić wiek właścicielki takiego skarbu, a raczej skarbów. Ale dłoń, bez dwóch zdań należała do kobiety co najmniej po trzydziestce. W rubryce wiek widniała cyfra 35. Należało się domyślać, że diva jest po czterdziestce. Ile razy patrzę na to zdjęcie wyobrażam sobie dotyk, zapach i smak tych piersi, tej kobiety, tej dziwki.

Ciekawe. Odkąd odkryłem Forum i zacząłem na nim pisać wiele się nauczyłem, wiele dowiedziałem. Przede wszystkim o kobietach. Mam świadomość, że nasze Forum może budzić kontrowersje. Ci najbardziej subtelni mówią, że zajmujemy się płatną miłością, ci rzeczowi nazywają wprost: forum o prostytutkach pisane przez klientów. Ci prymitywni mówią, że banda degeneratów zajmuje się kurwami i dziwkami. Każda z wymienionych grup ma rację. Nie do mnie należy ocena, ale wiem jedno. To jedno z najlepiej zorganizowanych for w kraju. Panuje tu ład i porządek. Z prędkością światła usuwani są licealiści, którzy zarejestrowali się z ciekawości albo studentasy szukające koleżanek z akademika. Pozostają ci, którzy mają coś do powiedzenia w temacie i wśród nich, wśród nas, panuje prawdziwa męska sztama. Trzy opnie na temat mojego celu. Po czterdziestce, z urodą według gustu, podobno rozmowna i sympatyczna. Już coś wiem. Patrzę na zdjęcie profilowe. Wklepuję numer ze strony. Nie mam zamiaru dzwonić tak po prostu.

Zamykam komputer. Biorę do ręki pliki kartek z pracy. Staram się skupić, ale jest przed dziesiątą. Ciepło, jasno, gwar za oknem. Zbyt ładnie, żeby siedzieć w murach. Odkładam zapoznanie się z dokumentami na później. Sandały na nagi i już mnie nie ma w mieszkaniu.

Zuza cz. 1

W mieście jest nowa i ma zostać wypróbowana.

***

Przekroczyłem tę niewidzialną granicę. Sam nie wiem kiedy. To subtelna i płynna granica. Wielu starało się wytyczyć ją precyzyjnie. Nikomu się nie udało. Mówię o atrakcyjności. Stałem się atrakcyjnym facetem. Może zawsze nim byłem? Nie wiem.

Kiedy masz kilkanaście lat i jesteś na młodzieńczym etapie życia dostrzegasz coś. Dostrzegasz, że oprócz wszystkich bogactw na tym świecie jest coś jeszcze. Pewna wartość, jeszcze jedno bogactwo, które trudno zmierzyć surowcem lub walutą. To świadomość i aktywność seksualna. Jak każdą dziedzinę życia, tę też może charakteryzować dostatek, jak i skrajne ubóstwo. Granicą do tej krainy jest atrakcyjność. Co ciekawe, atrakcyjność, której mówię, nie zawsze jest tożsama z atrakcyjnością fizyczną. Ale to temat na inne rozważanie. Nie wiem jak przekroczyłem granicę. W pewnym momencie po prostu to wiesz. Widzisz to w spojrzeniach ludzi – kobiet.

 Właśnie tego doświadczam. Siedzę w pubie. Loża naprzeciwko baru. Piję piwo i myślę. Przy barze trzech leszczy. Każdy po kolei zagaduje do barmanki. Pewnie nazwą to podrywem albo rwaniem. Ja to nazywam stękaniem. Stękaniem tak prymitywnym, że ja subtelniejsze dźwięki wydaję przebywając w WC. Barmanka. Typ zwyczajnej kobiety. Ani gruba, ani chuda. Bez zbędnego makijażu, spięte włosy (kolor naturalny). Kobieca figura, obfity biust napierający na beżową bluzkę a`la polar. Ładna dziewczyna. Za godzinę dowiem się jak ma na imię. Za kilka wieczorów odprowadzę ją do domu po pracy i zostanę na noc. Ten fakt sprawi, że będziemy nieco zażenowani obrotem sprawy. Żeby nie komplikować przestanę odwiedzać pub. Ale teraz siedzę przy piwie i leniwie spoglądam w kierunku baru. Napotykam spojrzenie barmanki. Otwiera usta i wydaje dźwięki tak, że leszcze przy barze ulegają złudzeniu rozmowy. Ale spojrzenie ponad nimi i leciutki uśmiech mówiący „my przeciw nim” wystarczy abym miał pewność, że emocjonalnie siedzi ze mną w loży.

Kiedyś wiele bym dał za taką sytuację. Dziś, po prostu ma miejsce. Może prawdziwa jest teza, według której, wystarczająca ilość seksu w życiu powoduje, że nie wysyła się sygnałów seksualnego głodu. Tym samym jest się atrakcyjniejszym (bo kto lubi seksualnych frustratów). Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Natomiast, jeśli chodzi o seks, to lubię go porównywać do jedzenia. Podobieństw jest tak wiele, że o tym też napiszę, później. Bardzo modne, w ostatnich latach jest eksperymentowanie z dietami i wszelkie majsterkowanie przy jadłospisie. Liczenie kalorii, głodówki, koncentracja na takim produkcie, a unikanie innego. Zauważcie, że z seksem jest podobnie. Ilość artykułów, porad i najprzeróżniejszych opisów, stwarza złudzenie, że całe społeczeństwo żyje wyłącznie seksem. Właściwie, to panuje tu dziwna korelacja. Koncentrujemy się, albo na tym, co mamy w talerzu, albo na tym co (i z kim) robimy w wyrze.

***

I właśnie o tym wam opowiem. Lecz nie będzie to jakaś tam opowiastka o jedzeniu i ciupcianiu. Opowiem wam o podziemnym życiu. Tak pełnym i tak pustym zarazem. „Strona”, „Forum”, „Diva”, „Szwagrowie”, „Cyfry”, „Ustawka” (nie chodzi o kiboli), „FBG”. Te słowa jeszcze nic dla was nie znaczą. Jeszcze. Ale poczekajcie. Dla mnie stanowią ostatnie dziesięć lat życia. Tak szczelnie je wypełniły, że nie było miejsca na nic ważniejszego. Z czasem i dla was pewne słowa nabiorą znaczenia i zanurzycie się w pustym świecie przepełnionym doznaniami. Zobaczycie. Jeżeli czytając to zastanawiacie się, czy jest to kolejny blog z porno opowiastkami, to was rozczaruję. Potraktujcie to, raczej jako pewien przewodnik. Przewodnik po krainie, którą, żeby poznać, nie wystarczy odwiedzić, trzeba ją chłonąć, każdą cząstką ciała. A w końcu zapłacić cenę.

***

Dzień jak każdy. Koniec pracy. Sprzątam biurko i wychodzę. Wracam do swojego mieszkania. Małe zakupy po drodze. Wychodząc ze sklepu otwieram puszkę wiśniowej coli. Mimo, że minęły lata, pamiętam wszystko, dosyć dokładnie. Końcówka maja – ciepło. Myślę o Arku, koledze z pracy. Na przerwie zagadał o mnie o swoim internetowym odkryciu – Stronie. – No wiesz, taka stronka, gdzie ogłaszają się panny. Studentki, mężatki, no wiesz ruchanie za kasę. Nie odpowiedziałem za wiele. Kiwałem głową i pomrukiwałem. Mało rozmawiam z Arkiem. Według mnie prostak, który swoje prostactwo uznaje za bycie czarującym. Czasem się zastanawiam, jak może zajmować się klientem biznesowym będąc takim chamem. Ale co ja – głupi, sam szukam zagadek do rozwiązania. Tu rozwiązanie jest wręcz banalne. Większość ludzi w tym kraju to chamy, więc pewnie traktują go jak swojego.

Kiedy opowiada mi o stronce, w głowie pojawia się myśl: „czyżby kolejny szwagier dołączył do szacownego grona, które za najlepszy deser uznaje lody?” Wróciliśmy, każdy do sowich obowiązków i moje myśli powędrowały do klientów. Teraz wracam myślami do naszej rozmowy. Dlaczego akurat mnie o tym powiedział? Czytałem kiedyś „Mury Hebronu” Stasiuka. Stary garus, edukuje małolata: grypsujący zawsze pozna grypsującego – to po prostu widać „po mordzie”. Czyżby, tu było tak samo? Może Arek nie jest       ( nie będzie) debiutantem? Może to jeden ze Szwagrów? I rozpoznał mnie, a ta krótka rozmowa miała dać mi do zrozumienia…coś.

Jestem w mieszkaniu. W ramach obiadu mrożone warzywa z patelni. Po obiedzie pełen relaks. Lubię nic nie robić. Jakby nie to, że zdechłbym z głodu, to nie ruszałbym się z mieszkania. Włączam komputer, uruchamiam przeglądarkę i wchodzę na Stronę. Dziesiątki kolorowych obrazków, pod każdym Kika linijek tekstu. Gdzie niegdzie, komentarze.  Nie myślę o tym co robię, działam automatycznie. Przeglądanie Strony jest dla mnie niczym rutynowa prasówka dla dziennikarza.  Na Forum pisali o nowej. Podobno przyjmuje niedaleko. Jest. Zuza. Ciemna blondynka, przy kości, podobno osiemnaście lat. Nie jest droga. To podejrzane. Jak dziwka jest tania, to prawie na pewno nie grzeszy urodą. Co mi tam. Po obiedzie lodzik będzie dobrym deserem. Wystukuję numer, w słuchawce słyszę dziewczęcy głos. Szybka ustawka. Faktycznie przyjmuje niedaleko.

Ustawka w żargonie Szwagrów to telefon do dziwki, omówienie wstępnych warunków: co i za ile. I najważniejsze: słyszymy adres i umawiamy się mniej więcej na godzinę. Sama ustawka jest punktowana u Szwagrów, ale o tym kiedy indziej.

Moja świadomość działa w niewielkim procencie. Znam procedurę, jak pisałem, to rutyna. Nie myślę. Działam. Ubieram się i wychodzę. Piętnaście minut i faktycznie jestem pod umówionym adresem. Jeśli powiedzenie, że fiut kimś rządzi nabiera mocy, to właśnie w takich chwilach. Nie myślę, nie czuję i nic mnie nie obchodzi. Podążam za radarem w gaciach. Kolejny telefon. Numer mieszkania. W tym momencie jestem oderwany od rzeczywistości – po prostu mnie nie ma. Widzę tylko kolejne klatki i numery mieszkań na domofonach. Mam…

O pewnym Sylwestrze cz. 2

Uśmiechnąłem się i podszedłem do baru. Zaczęliśmy od życzeń noworocznych. Postawiono przede mną kieliszek szampana, na barze, w kubełkach, stały jeszcze trzy.

– Proszę, dziś na koszt firmy, szampanik. – Uśmiech barmanki, nie pozostawał złudzeń, urocza z niej była osóbka. Delikatnie wzniosłem kieliszek i upiłem troszkę. Zacząłem myśleć, ile pieniędzy mam przy sobie i czy za te pieniądze będę w stanie coś sobie zorganizować. Nie wiedzieć czemu, poczułem się tu dobrze, zapomniałem o akademiku i przyjaciołach. Zacząłem rozmowę z dziewczynami przy barze i dwoma kolesiami. Okazało się, że kolesie zaciągają po rusku i są, hmmm, przedsiębiorcami. Ja, nie czułem potrzeby okłamywania kogokolwiek. Poza imieniem, wyznałem, jak na spowiedzi, że jestem studentem i wyszedłem z imprezy w akademiku. Na to, jedna z dziewczyn z zainteresowaniem spojrzała na mnie. Zapytała z którego akademika wyparowałem. Okazało się, że to jej akademik. Zrobiło się coraz przyjemniej, w tym, nietypowym środowisku, czułem się jak ryba w wodzie, kolejne lampki szampana, rozweselały mój umysł. W końcu, zacząłem z zainteresowaniem oglądać dziewczyny przy barze. Dwie inne przewinęły się, gdzieś z boku. Ktoś wszedł, rozejrzał się i wyszedł, ktoś inny wyszedł, pożegnawszy się wcześniej. Czyli nie byłem jedynym ‘takim’ człowiekiem, inni też tu spędzali Sylwestra. Zapytałem barmanki, czy za kwotę, którą mam przy sobie, jest możliwość skorzystania, z której z dziewczyn.

– A to musisz dziewczyn pytać. – Jej odpowiedź, choć uprzejma miała w sobie nutkę profesjonalizmu. Zapewne byłem tam dosyć oryginalnym zjawiskiem, ale interes jest interesem i nic tego nie zmieni. Zapytałem dziewczyny siedzącej między mną, a dżentelmenem w kurtce. Grzecznie odpowiedziała, ze nie. Odpuściłem na chwil temat. Znów rozmawialiśmy miło przy barze. Moje pytanie chyba niepostrzeżenie rozeszło się po lokalu, bo nie minęło jakieś dziesięć minut i inna dziewczyna, ta, z tych, które wcześniej przemykały, podeszła do baru i powiedziała, że z taką kasę zaopiekuje się mną. Cóż więcej chcieć. Poszedłem za nią. Weszliśmy do pokoju. Dałem jej kasę, pytając, co za to dostanę. Nie odpowiedziała. Dostałem ręcznik i poszedłem do łazienki, której drzwi były w rogu pokoju.

Strumienie ciepłej wody, zdawały się przyspawać mnie do tego dziwnego stan. Pomyślałem o tym, żeby na króciutką chwilę przekręcić gałkę z zimną wodą. Jednak nie. Bałem się tego niemiłego uczucia, po drugie, zimna woda mogłaby wyrwać mnie z tego cudownego transu. Wróciłem do pokoju. Położyłem się nagi na łóżku. Diva, stała w bieliźnie, której kolor trudno było rozpoznać, bo cały pokój był skąpany w niebieskawej poświacie. Poszła do łazienki. Ja bezmyślnie leżałem. Doznałem tego momentu, kiedy jesteśmy dokładnie w tym czasie i w tym miejscu, nic ponad to się nie liczy. Kiedy wróciła diva, uklęknęła przy mnie na łóżku i zaczęła delikatnie, palcami muskać mnie po torsie i udach. Co ciekawe, wciąż była w bieliźnie. Zacząłem gładzić ją po pośladku i wsunąłem dwa palce pod jej koronkowe majteczki. Odsunęła się. Zaczęła głaskać mojego penisa. Ten, pod wpływem jej rąk, leniwie się podniósł.

– Weź do buzi. – Wciąż rozleniwiony, niemrawo wydałem polecenie, które jednak bardziej przypominało prośbę.

– Nie, misiu za mało kasy masz na lodzika.

Nic nie odpowiedziałem, wciąż leniwie gapiłem się w sufit, a dłonie divy, leniwie błądziły po moim ciele. Znudziły mnie te pasywne pieszczoty, chciałem czegoś więcej. Poprosiłem, żeby się przysunęła.

– Mogę cię masować w pozycji sześćdziesiąt dziewięć.

– Zdejmij majteczki i pochyl się tak żebym widział twoją dziurę w dupie. – Jej mina na chwilę przybrała wyraz złości, a może pewnego bólu.

– Nie! Nie jestem dziurą do oglądania.

– A mogę włożyć ci tylko palec? –Moje pytania były błagalne i głupie, ewidentnie drążek przejął kontrolę nad pilotem.

– Nie i nie rozbiorę się. Za te pieniądze masz tylko masaż w bieliźnie. – Słowa te wypowiadane były ostro, zniecierpliwienie mieszało się ze zdenerwowaniem. – Leż grzecznie, wymasuje ci członka. – Jej ton głosu uległ zmianie. Jednak byłem klientem. Sposób w jaki położyła nacisk na „cz” w wyrazie „członek”, rozbawił mnie nieco. Leżałem, nic już nie mówiąc. Jej dłonie zaczęły masować mojego członka.

– Zobaczysz, jak wymasuję ci członka. – Znowu zaakcentowała „cz”. Sekret jej masażu polegał na tym, że mnie brandzlowała. Powoli mnie brandzlowała, to był cały masaż członka. Nic nie mówiłem, po prostu leżałem. Nie wiem ile leżałem, z obrabianym fiutem. Minutę? Dziesięć minut? Nie wiem. Usłyszałem pukanie.

– No, misiu czas się skończył. – To mówiąc dwudziestokilkuletnia dziewczyna, zeszła z łóżka, zostawiając mnie na nim, ze stojącym drągiem.

Grzecznie ubrałem się i poszedłem do drzwi, przy drzwiach pożyczyliśmy sobie najlepszego w obecnym już roku. Diva, zniknęła w ciemnym korytarzu, ja poszedłem wprost przed siebie, do głównej sali. Dwóch łysych wciąż siedziało. Zapytałem dziewczynę, czy mogę napić się na drogę szampana.

– Jasne. – Podała mi kieliszek z figlującymi bąbelkami. Łysi się odwrócili. W moją stronę przesunięty został kieliszek czystej.

– Drug, napij się z nami. – Przed oczami miałem ich dłonie, uniesione, z kieliszkami, zachęcająco kołysząca się w nich  wódka, niemal hipnotyzowała. Podniosłem rękę, trzymającą kieliszek i wypiłem jednym haustem. Przepiłem szampanem. Nawiązała się między nami pewna nić porozumienia. Nić, która powstać mogła tylko w najbardziej nieprawdopodobnych okolicznościach. Staliśmy się kompanami od kieliszka. Przez chwilę, w mojej głowie przewinęła się pena wizualizacja. Przecież oni na pewno są szemranymi kolesiami, od szemranych interesów. Jestem na początku studiów, nikt nie gwarantuje mi, że osiągnę sukces. A przecież, to w takich sytuacjach, nawiązuje się kontakty, zaczyna się coś wielkiego. Wizja mnie, jako szemranego kolesia, może wręcz gangstera, owładnęła mną. Ale tylko na krótki czas. Zaraz przyszło pewne otrzeźwienie. Tak, odwiedziłem pewien świat, ale zawieranie szemranych znajomości w agencjach towarzyskich, było czymś „za dużo”, nawet na mnie.

Niemrawo mrok ustępował porannemu granatowi. Spokojnym krokiem szedłem. Bez celu, przed siebie. Miasto było puste. Sporadycznie widywałem pojedynczych niedobitków sylwestrowych szaleństw.  Było nad wyraz ciepło, to był jeden z pierwszych ciepłych Sylwestrów, później stało się to normą, ale wtedy, to też było nowe, jak niemal wszystko tej nocy.

Wróciłem do akademika. Był poranek nowego roku. Kiedy dotarłem na ósme piętro, po cichu odwiedziłem pokoje, gdzie spali znajomi. Wszyscy jeszcze smacznie chrapali. Dwie osoby zauważyły moją wizytę. Misza, który swoje zdziwienie ubrał w:

– Co kurwa? Nie śpisz już?

Drugą osobą była Judyta, która, wraz z Pzemem zajęła pokój jakiejś koleżanki z chemii.

– Co ty robisz ubrany? Która godzina?

Opuściłem pokój. Wyszedłem na korytarz. Podszedłem do okna, gdzie była prowizoryczna palarnia. Palarnią był słoik i porozrzucane wokół pety. Odpaliłem papierosa. Paliłem i przyglądałem się wszystkiemu za oknem i abstrakcyjnym figurom z petów. Wszystko zdało się jednakie. Wszystko to głupstwo – pomyślałem. Wydmuchując dym zrobiłem trzy kółka. Co właściwie się stało, o co w tym wszystkim chodzi? – Myśli turlały się w mojej głowie. Nagle poczułem głód. Nienasycenie, pustkę, przerażającą PUSTKĘ, KTÓRA, WRĘCZ WYŁA, ŻEBY JĄ ZAPEŁNIĆ.

Opuściłem akademik, był poranek. Zaczął się nowy rok. Wciąż niewielu ludzi było na ulicach, ale czuło się, że magiczny odór sylwestrowych wygibasów, osiadł, gdzieś z zaułkach miasta. Sięgnąłem do kieszeni, po telefon. Znowu byłem w transie. Wybierałem numer, za numerem. Potrzebowałem tego, nic nie mogło ukoić tego niegasnącego pragnienia. Jedna kraina, jedno słowo. Burdelowo. Pod wybieranymi numerami nikt się nie zgłaszał albo słychać było pocztę głosową No tak, to normalne – pomyślałem – nawet dziwki świętują. Nie zauważyłem, kiedy usłyszałem kobiecy głos. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. A jednak, bogini zmysłowości, patronka poszukiwaczy zaginionej szpary, czuwała nade mną. Kobiecy głos, powiedział, gdzie przyjmuje i czego mogę tam doznać. W końcu, nie ma uczuć, są tylko doznania.

Szedłem zaśmieconym chodnikiem. Plastykowe kubeczki, resztki petard i sztucznych ogni, butelki. Wszystko to, na szarych chodnikowych płytach zdawało się być pewnego rodzaju przygnębiającą dekoracją. Mętnym spojrzeniem omiotłem najbliższą okolicę. Jakaś para, kobieta w pogniecionym płaszczu i facet, z krawatem w ręku pakowali się do taksówki. Na przemian dziękowali kierowcy, że pracuje o tak nieludzkiej porze. Kilka metrów dalej, foliowa, jednorazowa reklamówka sunęła przy samym podłożu. Po kilku chwilach zawinęła się na rogu kiosku. Wszystko to zdawało się być uzupełnieniem pustki we mnie. Obserwacja otoczenia tak bardzo zajęła moje myśli, że nie zdążyłem załapać, że już jestem pod wskazanym adresem. Kolejne połączenie, dostałem numer mieszkania. Zmęczonym, powolnym krokiem wszedłem do klatki. Kiedy byłem już w mieszkaniu, ze zdziwieniem zobaczyłem Cyctkę. Uśmiechnąłem się sam do siebie – świat jednak jest mniejszy, niż sądzimy. A na pewno nasz mikrokosmos. Obok Cyctaki stała trzydziestokilkuletnia blondynka. Nie była powalająca piękna, nie była też brzydka. Określiłbym ją, jako w miarę ładną kobietę.

– Którą wybierasz? – Cycatka, rzeczowo zapytała.

– Poproszę panią, –  wskazałem blondynkę, jednocześnie posyłając Cycatce przepraszające spojrzenie.

Kiedy szliśmy do pokoju, zauważyłem butelkę po szampanie, stojącą na stole. Czyżby urządziły sobie Sylwestra tylko we dwie? Może.

Kiedy znaleźliśmy się sami. Przyjrzałem się nieco uważniej blondynce. Jej twarz nosiła ślady nałogowego palenia, ale nie straciła całej urody, raczej nieco jej oddała nałogowi. Nie był szczupła, miała dokładnie tyle tkanki tłuszczowej, ile przystoi mieć kobiecie w jej wieku. Miała na sobie czarną spódnicę, niesamowicie miękką i czarną bluzkę. Oboje usiedliśmy, a raczej znaleźliśmy się w pozycji półsiedzącej, półleżącej, zacząłem gładzić ręką jej udo. Nie wiedziałem, co jest milsze, jej skóra, czy materiał tej dziwnej spódnicy. Uśmiechnęła się, nic nie powiedziała. Zaczęła rozpinać guziki mojej koszuli. Nieco niecierpliwie przeniosłem rękę pod jej bluzkę. Odsunęła się, zdjęła bluzkę i czarny stanik. Miała średniej wielkości piersi, dziwnie do niej pasujące. Przyssałem się do nich łapczywie. Blond diva, dała mi chwilę, niczym dziecku, które zobaczyło nową zabawkę. W końcu zapytała:

– To co chcesz? Lodzik, seks?

– A może być wszystkiego po trochu? – Jej piersi obudziły we mnie chciwość kobiecego ciała.

– Jasne – popatrzyła z uśmiechem. – Połóż się i ściąg spodnie.

Nie minęła minuta, kiedy leżałem na plecach ze sterczącym prąciem. Blondynka, ułożyła się obok mnie, ujęła mojego druha w dłoń i włożyła sobie do ust, niczym marchew. Przyjemne ciepło jej ust rozleniwiało i pobudzało jednocześnie. Pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie, to trysnę w jej ustach i nici z eksploracji cipki. Umówieni byliśmy na jednorazową akcję.

– Czekaj, czekaj. – Delikatnie ująłem jej ramię i odsunąłem ją. – Rozbierz się, chcę zobaczyć cię nagą. – Mówiąc to zacząłem ściągać jej spódnicę. Moje dłonie napotkały na opór.

– Nie, daj spokój. – Jej głos był pełen prośby, ale wyczuwałem pewną stanowczość. – Mam na brzuchu okropną bliznę. Wstydzę się jej. Zostawię. To mówiąc podciągnęła spódniczkę na brzuch, i ściągnęła czarne majtki. Moje usta znowu znalazły się w okolicach jej piersi, język zaczął wirować wokół jej sutków. Jednocześnie moja ręka znalazła się na jej wargach. Miękkość jej cipki, sprawiła, że o mało nie trysnąłem. Wytrzymałem. Kilka chwil w tej konfiguracji i poprosiłem, żeby założyła condom. Wszedłem w nią delikatnie, miękko, zwyczajnie. Kilka minut zwyczajnego seksu. Doszedłem. W miłej atmosferze, opuściłem lokum, Cycatka z firmowym, figlarnym uśmiechem pomachała mi.

Styczniowe poranne powietrze, zdawało się unosić mnie. Moja pustka stała się na chwilę wypełniona. W połowie drogi do akademika, zobaczyłem Damiana, też, gdzieś przewinął się na imprezie.

– Co ty tu robisz, najlepszego na nowy rok, bo nie wiem, czy życzyliśmy sobie.

Podziękowałem, szedł po piwo, bo jak się okazało, wszyscy sylwestrowicze już wstali. Po wymianie kilku zdań, każdy poszedł przed siebie. W akademiku, wszyscy wstali, odbywało się wielkie smażenie jajecznicy, jajecznicy „na kaca”. Moje pojawienie się, wywołało niemałe poruszenie. Nawet nie wiedziałem, że jestem tak popularny.

– Gdzieś ty polazł, każdy się martwił o ciebie. No kurwa, po prostu zniknąłeś. – Judyta, była nad wyraz troskliwa.

– Jaka faza, co ty kwasa jakiegoś wziąłeś? – Przepity Aleks, patrzył z głupkowatym wyrazem twarzy.

– Co ty odpierdoliłeś? – Misza, jak zawsze nie przebierał w słowotwórstwie.

Pośmialiśmy się, upichciliśmy jajecznicę, zjedliśmy. Damian wrócił z piwami. Jeszcze kilka minut, moje towarzystwo poroztrząsało moje zniknięcie, później, zaczęliśmy sklejać, z oparów piwa, wspomnienia wczorajszej biby, następnie przyszedł czas na noworoczne postanowienia. Ja, patrzyłem na nich wszystkich i zastanawiałem się, w jaki sposób, wszyscy tak pijani, zauważyli, że opuściłem towarzystwo. Snuli różne przypuszczenia: naćpany wyprułem w miasto, usnąłem pijany, gdzieś na schodach w akademiku i wstydziłem się przyznać, spałem  u jakiejś brzydkiej panny. Nawet nie domyślali się prawdziwego przebiegu zdarzeń. Nie mogli wiedzieć.

  Nie myślałem, o tym, co zrobiłem. Nie myślałem o tej nocy. Jakby nic się nie stało. Nie miałem postanowień na obecny rok. Nie obiecałem sobie, że rzucę palenie, nie oszukiwałem się, że dopracuję na siłowni mięśnie brzucha, potocznie zwane kratą. Nic sobie nie obiecywałem. Jedno wiedziałem, mroki burdelowa, to coś, co z całą pewnością będzie mi towarzyszyć w tym roku i pewnie o wiele dłużej. Nie potrzebowałem postanowień, planów, czy czegokolwiek. Jakaś część, mnie, głęboko ukryta, wiedziała, że tak będzie, bo tak musi być.

****

Koniak przestał mi smakować. Kolejne łyki, zaczęły wywoływać torsje. Zacząłem go przepijać sokiem jabłkowym. Cóż za profanacja. Butelka, w której zostało mniej więcej jedna czwarta trunku, patrzyła na mnie smętnie. Popatrzyłem wokół. Ze ścian pustego pokoju, zaczęło wdzierać się we mnie poczucie przegranej. Uczucie, które od dłuższego czasu starałem się zamaskować, zignorować lub zamienić na inne, powróciło. Tak, przegrałem, przez złośliwość losu, a może na własne życzenie. To niech inni ocenią.

Zmusiłem się, żeby wypić jeszcze pół szklaneczki, szybko popiłem sokiem. Gdzieś w oddali słychać niedobitki domorosłych artylerzystów. Wstałem od stołu i podszedłem do okna. Zaraz zacznie świtać – pomyślałem. Zamglonymi oczami spojrzałem w szybę. Moje odbicie zmieszało się z panoramą za oknem. Jak mogłem tak bardzo przegrać? – Z tym pytaniem zwaliłem się na łóżko.