Mały Szczebiot

Pory roku mijały niepostrzeżenie. Miesiące, lata. Zmieniłem postrzeganie czasu. Niczym okręt utkwiłem na mieliźnie w postaci  administracyjnego etatu. Stałem się urzędasem. Gdzieś po drodze zostawiłem marzenia, ambicje i plany. Towarzysko też gdzieś utkwiłem, chyba w ślepej uliczce. Kraina b…., kraina, która kiedyś definiowała moje jestestwo teraz przypominała lej po bombie. Pustą dziurę w ziemi, która poza tym, że jest, nie wnosi absolutnie nic. Dzień przemija za dniem, noc za nocą. W prawdzie nie budziłem się sam, ale czegoś w tej układance brakowało. Dzień za dniem, dni płodzą tygodnie, tygodnie zamieniają się w miesiące i tak bez końca.

Dotrwałem do kolejnych wakacyjnego czerwca. Sezon urlopowy, żółto-szary budynek administracji publicznej zaczyna pustoszeć. Coraz mniej ludzi, urlopy. Ja swój zostawiłem na wrzesień i tak nie mam co robić z tym czasem. Komfort ludzi zawieszonych w pustce – nam jest wszystko jedno.

Ten dzień też był zwyczajny, i miał taki pozostać. Fala gorąca zdawała przenikać wszystko. Mury, szyby, otwarte okna. Bezmyślnie stukałem w klawiaturę służbowego laptopa. Lato przestało mnie w jakikolwiek sposób inspirować. Popadłem w letarg. Kiedyś przeczytałem, że w życiu faceta liczą się pewne momenty – granicznie, ten po przekroczeniu dwudziestki, ten po przekroczeniu trzydziestki i kilka następnych. Tego po dwudziestce nie zauważyłem, byłem tak spragniony nowych doznań, że w tym  pędzie umknęło mi, kiedy skończyłem lat dwadzieścia. Trzydziestka minęła pod znakiem uporczywych myśli o przegranej.  Kiedy te myśli przeminęły zobojętniałem, po prostu było mi doskonale wszystko jedno.

   Niestety, wszystkiemu zawiniło jedzenie. Tak to już jest w różnej maści zakładach pracy. Gdzieś jest mały paśnik –  zakątek, gdzie ludzie jedzą. U nas taki zakątek był nieopodal mojego pokoju.

 Siedziałem z pustym wzrokiem utkwionym w komputer, mierząc się ze stertami dokumentów, które choć nikomu nie potrzebne musiały być. Usłyszałem charakterystyczne „klap” –  drzwi na korytarzu. Odgłos kilku kroków na podłogowych płytkach i skrzypnięcie szafki. No tak, kolejna osoba do paśnika – pomyślałem i na chwilę odwróciłem głowę. Nastroszona fryzura i letnia jasna sukienka, która umiejętnie podkreślała kobiecą figurę właścicielki. Schyliła się i włożyła talerz do mikrofali.

– Hmmmm – wyrwało mi niespodziewanie – odpowiedział mi perlisty śmiech.

– Oj dzieciaku, żeby tak zaczepiać starszą panią. – i znów radosny śmiech.

Kilka minut, które cząsteczki wody w jedzeniu potrzebowały do nabrania temperatury minęło na przyjemnym przekomarzaniu. Po chwili żegnał mnie radosny śmiech i wróciłem do swojej stery papierów. Co ciekawe, moje „hmm”, które zostało odebrane jako zaczepka, nie miało takiego podtekstu. Był to raczej sposób wyrażenia aprobaty dla jej gibkości. Większość ludzi, którzy przychodzili do naszego paśnika i to bez względu na wiek czy płeć niezdarnie się pochylało do mikrofali, stękając i sapiąc. Ona zrobiła to inaczej, z gracją godną gimnastyczki. I to właśnie tego dotyczyło moje „hmm”.

 Jeśli chodzi o pracę, miała jedną zaletę, jak każdy państwowy i urzędniczy moloch, gdzie przy odrobinie szczęścia można było pozostać anonimowym. I oto mi chodziło. Nie potrzebowałem i nie zamierzałem z nikim bratać się ponad służbowe potrzeby. Jeśli zaś chodzi o kobiety, to oddzieliłem się  emocjonalnym spiżowym murem. Moja towarzyska obecność w pracy zaczynała się i kończyła na kilku uprzejmościach względem mijanych ludzi. Tyle.

Po kilku dniach znowu spotkaliśmy się przy mikrofali i znowu przyjemna wymiana zdań. Tym razem nieco dłuższa. Nie mogę powiedzieć, ze nie sprawiła mi ta konwersacja przyjemności, było w tym coś sympatycznego. Po naszej drugiej rozmowie dotarło do mnie, że nie wiem jak ma na imię i czym się zajmuje. Przy kolejnej rozmowie zacząłem się jej bacznie przyglądać. My faceci, jeśli chodzi o weryfikację kobiecej  urody jesteśmy nieskomplikowani. Generalnie, niemal na każdej szerokości geograficznej obowiązuje tak zwany rating, skala od 1 do 10. Wiadomo, 6 – 7 to potocznie zwana średnia krajowa; 5 to nieco poniżej, ale jeszcze w polu zainteresowań (do puknięcia, jak mawia klasyk) 8 – 9, to kobiety wyróżniające się urodą, te, za którymi oglądamy się na ulicach. I w końcu 10, perfekcyjne 10 czyli piękności, kobiety poza zasięgiem przeciętnego faceta. Patrząc na nią starałem się ją sklasyfikować. Nie potrafiłem. Problem z nią był taki, że jej nie potrafiłem umieścić w żadnym rankingu. To mnie zaniepokoiło.

W końcu przypadkowo odkryłem, że pracuje piętro niżej, a tabliczka na drzwiach oświeciła mnie jej imieniem. Zupełnie nieoczekiwanie moja praca zaczęła wymagać wizyt na trzecim piętrze. Każda wizyta kończyła się w jej pokoju na miłej rozmowie. Cały czas w głowie miałem mentalny mur, który jasno określał granicę zwaną pracą. Granicę, którą sam sobie wyznaczyłem, granicę, której twardo strzegłem przez ostatnie dwa lata. Relacje w pracy były relacjami służbowymi, nic ponad to. Okłamałbym sam siebie twierdząc, że zachowywałem zimną obojętność i nie miałem żadnych emocji. Nie było tak. Polubiłem część ludzi. Część kobiet w pracy darzyłem szczerą sympatią i lubiłem z nimi rozmawiać, choć były to jedynie służbowe, sympatyczne relacje. W tym przypadku było inaczej. Nie mogłem udawać, że nasza relacja nie jest  flirtem. W pracy, ale flirtem. Cóż a banał –w myślach ganiłem sam siebie. I chociaż staram się e wszystkich sił unikać banału,  musiałem przyznać, że lubię przebywać w jej towarzystwie.  Wywoływała mój szczery śmiech. A to nie jest łatwe. Mam w sobie coś takiego, że zawsze posiadałem swój wewnętrzny świat, pewien filtr, który nader aktywnie działał w sytuacjach towarzyskich. Gdy poznaję kobietę, potrafię aktywnie rozmawiać, potrafię wyrazić zainteresowanie, sprawić by czuła, że jestem z nią. I choć może poczuć ciepło mojej skóry, może nawet odnieść wrażenie, że coś nas łączy, to w mojej głowie trwa nieprzerwana analiza. Ja już ją zakwalifikowałem. Już trafiła do odpowiedniej przegródki. Jeśli celem jest łóżko, to potrafię iluzje bliskości utrzymać wystarczająco długo. Z wiekiem dojrzałem, dotarło do mnie, że łóżko czasami  trzeba okupić ceną zbyt wysoką. Nie warto jej płacić. Wtedy znajomość zaczyna wkraczać na kurs koleżeństwa. Rozmawiając z nią starałem się zmusić do jakiejkolwiek kwalifikacji. Nie potrafiłem. Lubiłem z nią przebywać, sprawiało mi to  przyjemność. Podobała mi się, była zabawna, inteligentna i nieznośna w dokładnie takim stopniu, jakim powinna być.  Dodatkowo lubiła czytać, i nie poprzestała na Grey`u

 Zupełnie jakby pewne rzeczy działy się poza moim analitycznym umysłem.

Nie mogłem temu zaprzeczyć. Nasza relacja wyszło poza ramy flirtu w pracy. Uśmiechy, wpatrywanie się w oczy, przypadkowe odwiedziny na piętrach. Wszystko wskazywało na to, że chyba coś między nami iskrzy. Nie dowierzałem. Wydawało mi się, że świat uczuć i doznań spenetrowałem i wszystko mam pod kontrolą. A jednak, mała istota w okularach, nastroszonej fryzurze i szczebiotliwym głosem, który słychać było na pół piętra skradła mi rzeczywistość.

Kiedy wracałem, nad ranem, po pijaństwie zakończonym seksem w kiblu, z dziewczyną, której imienia nawet nie starałem się zapamiętać pomyślałem o Małym Szczebiocie  i poczułem jakiś niezidentyfikowany wyrzut. W myślach zadrwiłem sam z siebie  Po pierwsze, nie byliśmy w najmniejszym stopniu  w jakiejkolwiek relacji określanej słowem „razem”, po drugie, równie dobrze ona teraz mogła pojękiwać w innym klubie, po trzecie i po czwarte i tak dalej. Mimo to, nie ważne ile racjonalnych argumentów bym wynalazł czułem coś na kształt wyrzutu. Poczułem niemiłe ukłucie z odległej przeszłości. Zacząłem się zastanawiać, jaki scenariusz los przygotował dla mojej znajomości z Małym Szczebiotem. Czy jeśli jutro spotkałbym się z zimnym prysznicem obojętności, to przeszedłbym nad tym do porządku, czy w jakiś sposób poczułbym się źle. Czy jeśli…. Nowe pytania pojawiały się z minuty na minutę. Z głową pełną rozmyślań poszedłem spać. Ostatnią myślą było niedowierzanie jak wiele o niej myślę.

Następne dni niosły ze sobą ciąg dalszy towarzyskich podchodów. Niech się dzieje wola nieba – stwierdziłem za Fredrą. Z dziecinnym zaskoczeniem odkryłem, że mimo wytarzania się w niezliczonych doznaniach, zatopienia w pewnej, niewidocznej dla normalnych ludzi rzeczywistości wciąż jestem podatny na takie proste gesty, jak podłożenie na biurko babeczki, czy przelotny uścisk dłoni na korytarzu. Czyżby mimo wszelkich starań pewna część mojej osobowości nigdy nie obumarła? Dziwne, tak zwany czynnik ludzki zawsze sprawi, że temat relacji między ludźmi będzie się wymykał psychologom, pisarzom, poetom i wszelkiej maści badaczom.

Do mojego urlopu zostało niewiele ponad tydzień. Żeby móc z czystym sumieniem na dwa tygodnie opuścić moje miejsce pracy musiałem zostawać po godzinach. Nie narzekałem, taka jest rzeczywistość administracji publicznej. Mały Szczebiot skończył wcześniej pracę. Pozostał nam kontakt telefoniczny. Wymiana wiadomości tekstowych wypełniała mi godziny pracy. Pojawił się temat ukołysania do snu. Kolejna wiadomość zawierała jej adres. Stało się jasne, że tę noc spędzę u niej. Kiedy po pracy wsiadłem w autobus dotarło do mnie, że się denerwuje. Rozejrzałem się dokoła. Co się ze mną działo?  Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek się denerwował przed spotkaniem z kobietą. To była kolejna rzecz, która mnie zdziwiła w tej relacji. W jakiś przemyślny sposób wszystko było postawione na głowie, a ja nie umiałem nad tym zapanować. Po kilkudziesięciu minutach pukałem do jej drzwi. Otworzyła mi czarnej koszulce na ramiączkach i szortach. Typowy domowy strój nadawał jej nowego odcieniu, znowu nie potrafię jej zdefiniować – pomyślałem. Mimo uroczego podenerwowania czułem przy niej dziwne ukojnie. Kiedy zobaczyłem jej duże łóżko w sypialni przez głowę przemknęła mi myśl – ile przestrzeni potrzebuje ta mała istota… ���+���@

Na co komu GREY?

No co komu Grey?

No i mnie złamali. Za namową koleżanek obejrzałem ekranizację  kolejnej część „prowokującej, erotycznej, zrywającej tabu” książki. Nie muszę pisać tytułu, jak sądzę.

Gapiąc się w ekran, bo z pewnością  nie było to oglądanie dla przyjemności, a rodzaj masochistycznego dręczenia lub próby charakteru,  oczami wyobraźni widziałem ten kisiel w majtkach nastolatek, prawie dorosłych dwudziestokilkuletnich kobiet i mężatek, które oto dostały swoją nieco brudną bajkę o nowej odsłonie seksualnego kopciuszka, gdzie zamiast dyni przeobrażającej się w karocę są kajdanki, a zamiast pantofelka, książe ma w ręku szpicrutę.

Żeby nie było. Lubię i doceniam literaturę erotyczną. Klasyki tej literatury. Powiem więcej. Interesuje mnie literatura pornograficzna. Podana w odpowiedniej oprawie intelektualnej i fabularnej, może wiele nauczyć, skrzywić myślenie, albo otworzyć wrota, które już na zawsze pozostaną otwarte, bez względu na skutki. Klasyki pozostaną niezapomniane. A co nam zaserwowała autorka trylogii „najbardziej perwersyjnej książki dekady”? Wielkie nic. Powieść typu harlequin, której objętość napompowała w pierwszej części emailową korespondencją. Chcecie przepis na „skandaliczną powieść”. Służę. Kupcie za kilka złotych tanie romansidło w kiosku. Teraz dodajcie trochę klapsów, trochę scen ze skrępowanymi kończynami, no i jeszcze kilka rozterek życiowych i BĘC. Napisaliście powieść.  A przepraszam –  zapomniałem – minimum jeden z bohaterów musi być bardzo bogaty. Domy na różnych kontynentach, jacht i samolot. To ważne, przecież orgazm pojawia się tylko u tych, co mają minimum milion dolarów na koncie. Ci mniej majętni również i w tej materii są ubożsi. Jeśli miałbym krótko zrecenzować modne ostatnio pozycje erotyczne, to moja recenzja byłaby krótka: książki pisane przez kobiety z syndromem niedopchnięcia, dla kobiet z syndromem niedopchnięcia.

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego takie książki są popularne. Co takiego się dzieje w związkach (bo na pewno nie w książce), że kobiety sięgają po takie pozycje. Powiem wam. Każdy człowiek, czy to kobieta, czy mężczyzna, nigdy tak naprawdę nie wyrasta z etapu bajek. Nawet na starość po cichu liczymy na happyend. A sfera uczuć i seksu to sfera gdzie przez całe życie jesteśmy dziećmi. To taki ostatni listek figowy za którym skrywamy pewne tęsknoty, pragnienia i sny.  To, że kobiety lubią nową wersję Kopciuszka, świadczy o tym, że to faceci nieco pokpili sprawę. Stawiam, że z lenistwa.

Kilka lat temu spotkałem się ze znajomą, prawdziwą fanką Greya. W co trzecim zdaniu wzdychała, że wokół nie ma TAKICH FACETÓW. Sytuacja towarzysko-zawodowa spowodowała, że nasze spotkania odbywały się cyklicznie. Dosyć szybko odkryłem, że ta młoda żona i mama czuje się zaniedbana. Mąż daleko od domu pracował, na miejscu pozostało dwuletnie dziecko i szara rzeczywistość. Dla dwudziestoośmioletniej kobiety to faktycznie nie jest ciekawy scenariusz i nie potrzeba konsultacji u prof. Lwa Starowicza, żeby zobaczyć co tej relacji dolega.  

Wypadki tak się potoczyły, że kilka nocy spędziliśmy w łóżku. Przestała wzdychać o Greyu. Żeby nie było, nie uważam siebie, za Greya, ani za któregokolwiek książkowego, czy też filmowego amanta. Po prostu znalazłem się w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu. Uważam, że uratowałem ten związek. Obecnie mają drugie dziecko i według relacji wspólnych znajomych są szczęśliwi.

         Na koniec dobre słowo. Panowie, rozejrzyjcie się dookoła. Jeśli któraś z kobiet w waszym otoczeniu podoba się wam i do tej pory nic nie działaliście w temacie, to podejdźcie, powiedzcie, że ma ładną sukienkę i jakoś dalej pójdzie. Drogie panie, wiedzcie, że my faceci jesteśmy ograniczeni i trzeba nam łopatologicznie uzmysłowić, że mamy rozpocząć towarzyskie manewry. Przecież dobrze wiecie, że to WY tak naprawdę inicjujcie kontakt i rozgrywacie karty w tej pięknej towarzyskiej grze. Dajcie szanse i może wtedy, wspólnie powiemy: na co nam Grey? Mamy siebie.

Udanych wakacji dla wszystkich.

Seksualny padlinożerca cz. 2

Na drugim piętrze otworzyła drzwi obite jakąś sklejką. Po minucie w środku zorientowałem się, że jestem w mieszkaniu typowych dorobkiewiczów. Trzy pokoje, przedpokój z upchanymi na wieszaku kurtkami i bluzami. Na podłodze kilka par butów tworzy abstrakyjną mozaikę. Wchodzimy do największego pokoju. Rozścielone łóżko, porozrzucane ubrania, deska do prasowania, kilka opakowań DVD z babskimi serialami. Książki: horrory i tak zwane współczesne erotyki.  Jakie to przewidywalne. Całujemy się, nie namiętnie, nie zachłannie, ale całkowicie bez jakichkolwiek emocji. Całujemy się, bo tak robią w książkach, które czyta, bo to z pewnością widziała w serialach, które kupuje całymi seriami. Rozbieramy się. Ma przeciętną bieliznę, pasującą do niej. Kiedy patrzę na nią nagą, widzę obraz typowej polskiej kobiety. Zawalista figura, lekko odstający brzuch, spore uda, dorodne cycki z brodawkami pasującymi do tego typu urody. Dzieło zwieńcza jej łono po nieumiejętnie wykonanym zabiegu golenia okolic intymnych, zapewne tanią maszynką kupioną w dyskoncie albo żółtą, męską jednorazówką. Kładziemy się na łóżku, nasze ręce błądzą po ciałach. Alkohol, nagie kobiece ciało, wystarczają, żebym był gotowy do startu. To dobrze, bo ze zgrozą zauważam, że nie jestem już twardy jak skała zawsze i wszędzie. Patrzę na jej najintymniejsze okolice, Ogarnia mnie pusty wewnętrzny śmiech. Jej cipka jest typowa dla tego typu urody. Czyżbym naprawdę widział już wszystko? Na kilka godzin, cofnąłem się w czasie. Znów byłem herosem, znów żyłem seksem. Bzyknęliśmy się kilka razy, dopóki się nie skończyły gumki, mnie i jej. Ciekawostką było to, że po początkowej odmowie dała się namówić na niekonwencjonalny seks, za lubrykat posłużył nam olej spożywczy, a raczej jego resztka,  która stała w kuchni. Kiedy skosztowała tej zabawy nie chciała nic więcej. Kiedy skończyły się gumki zapadliśmy w półsen. Zawsze tak mam, na cudzej mecie, zwłaszcza przy takich przygodach nie zasypiam twardym snem, po prostu nie mogę. Kiedy słońce zaczęło z coraz większą natarczywością zaglądać przez szpary utworzone przez rolety w oknach, otworzyłem oczy, spojrzałem obok siebie i na pokój, w którym spędziłem ostatnie kilka godzin. Poza niesmakiem w związku z bałaganem na który patrzyłem, nie czułem nic. Nie znałem kobiety obok mnie, nie chciałem znać.

Pierwsze zdanie, jakie Bóg wypowiedział do człowieka brzmiało: bądźcie płodni i rozmnażajcie się. Są dwie szkoły katolickie, ta skostniała, najprawdopodobniej wywodząca się z ciemnych zakamarków dewocji wymachuje tym zdaniem, jako dowodem, na to, że „toto w toto” tylko w celu produkcyjnym inaczej nie wolno. Druga szkoła, nieco bardziej liberalna, nazwę ich za Tuwimem neokatolikami, pierwsze zdanie Boga tłumaczy sobie: idziecie uprawiać seks. Ale nie jest to przyzwolenie na wsadzanie gdzie popadnie i komu popadnie. Są pewne warunki, ogółem można je nazwać miłością. To drastyczne uproszczenie. W skrócie chodzi o to, że największą radość z seksu mamy wtedy, kiedy uprawiamy go z osobą, która fizycznie działa pobudzająco,a intelektualnie i osobowościowo jest magnesem. Kiedy mamy te składowe i seks jest kolejnym etapem, to taka relacja staje się czymś wręcz świętym. Są jeszcze inne teorie, wiele teorii. O tym kiedy indziej. W każdym razie leżąc w obcym łóżku zastanawiałem się, czy aby w dobrym kierunku zmierzam. Kolejną myślą było: czy mogę już sobie pójść.

Obce ciało obok mnie przebudziło się, spojrzało na mnie.

– Czemu jeszcze nie idziesz do domu? – Ufff – no szacuneczek za to pytanie.

– Już idę. – Ubrałem się i wyszedłem.

Kiedy obszedłem blok dookoła, wyszedłem na chodnik. Słońce było już całkiem wysoko. Lekko zmrużyłem oczy i ruszyłem przed siebie. Na chodniku mijałem ludzi, rodziny z dziećmi w drodze do kościoła albo na niedzielny rosołek do teściów.

Cofnąłem się w czasie, zawsze po takich jednorazówkach szedłem rano w dobrym humorze, z poczuciem, że oto ja – GRACZ – rozegrałem po mistrzowsku kolejną partię. Kiedyś przy piwie rozmawialiśmy z Miszą jaki moment napawa nas najmilszym uczuciem wprzygodnch kontaktach z kobietami. Obaj mieliśmy podobne spostrzeżenia. Największe wytchnienie ogarniało nas wtedy, gdy wracaliśmy po udanym podboju albo gdy ktoś opuszczał nasze łóżko i mogliśmy z poczuciem wygranej rozkoszować się całą przestrzenią w pościeli.

 Od dawna to uczucie gdzieś zniknęło, coś jakby się skończyło, zniknęło, wyparowało. Z każdym krokiem dopadało mnie uczucie przygnębienia. Przez chwilę pomyślałem o Małym Szczebiocie. Coś sobie wymarzyłem, czegoś chciałem, ale wydawało się to tak odległe, że nie śmiałem nawet tego nazwać. Chyba poczułem coś na kształt tęsknoty. Przecież wiesz, że nic z tego nie będzie –głos, znajomy głos z tyłu głowy przywołał mnie do porządku.  Niepokojące uczucie.

Znam swój organizm, znam siebie.  Znam ten schemat. Dziwne, fast sex, fast food, śmieciowy seks, śmieciowe jedzenie. Jakież to proste. Wszedłem do najbliższego centrum handlowego (o dzięki ci losie, że jestem w mieście, gdzie takich sanktuariów konsumpcji jest wiele). Strefa food zapraszała neonami. Zamówiłem porcję śmieciowego, choć teoretycznie zdrowego jedzenia. Przy pierwszym kęsie spotkało mnie zdumienie. Jedzenie rośnie mi w ustach, nie mogę przełknąć. Przeżuwam każdy kęs. Mozolnie, z wysiłkiem, jedzenie ma zapach i kolor, wygląda niemal tak wspaniale jak na świecących neonach. Jednak nie czuję smaku. Doznaję czegoś dziwnie znajomego – im bardziej zapycham żołądek, tym bardziej jestem pusty. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Rozglądam się wokół , dostrzegając tylko poste ludzkie skorupy. Międlenie w ustach i przełykanie zamówionego jedzenie zajmuje mi czas dwa razy dłuższy niż normalnie. Kończę, pustka, która mnie ogarnęła powiększyła się. Dziwne, jakby pustka mogła się powiększać. A jednak. Odchodzę od stolika, czuję niepokój i pustkę. Czuję się źle. Z nadzieją patrzę na kinową salę. Nie mija pięć minut, a już jestem w kasie i kupuję bilet. Z odcieniem leciutkiej zazdrości patrzę na ludzi kupujących dwa bilety. Czyżbym coś przegapił w życiu? Film, choć zapowiadana nowość mija szybko. Przez dwie godziny i dwadzieścia minut jestem widzem. Kiedy mrok kinowej Sali zamieniam na popołudniowe słońce w wielkim mieście znowu ogarnia mnie pustka, która wywołuje niepokój. Chciałem ten film obejrzeć z Małym Szczebiotem. Chciałem. Wracam do mieszkania. Jestem w próżni.

Wieczór, dzień dobiegł końca. Nareszcie. Stoję nad umywalką. Woda nabrana w dłonie ochlapuje twarz. Patrzę w lustro. Wpatruję się intensywnie. Bardzo chciałbym zobaczyć twarz dwudziestoletniego chłopaka. Chciałbym zobaczyć jego spojrzenie przepełnione ciekawością, pełne nadziei, uporu i niezachwianej wiary, że jego droga będzie drogą na szczyt.  Tak bardzo chciałbym zobaczyć na jego twarzy ten niegasnący głód. Głód poznania nowego, nowych doznań, głód dojścia odrobinę dalej niż wszyscy inni. Chciałbym mu powiedzieć co i jak. Podpowiedzieć, jak się sprawy mają. Ale nie, nie ma go tam. Zamiast tego, patrzę na trzydziestoparolatka o spojrzeniu przepełnionym pustką, która wzbudza trwogę.

Zrozumiałem jak, wciąż nie pojmuję dlaczego.

O porażce

Wstałem po trzynastej, w głowie odczuwam lekki szmer, pamiątka po wczorajszym piwie. Wszystko zaczęło się od jednego piwa, zawsze tak się zaczyna.

Poszedłem  do knajpki. Zwykła przeciętne knajpka, większość klientów to dwudziestoparolatkowie, tania wódka i piwo przyciąga niczym lep. Przez trzy pilznery obserwuję ludzi. Grupki znajomych żywiołowo dyskutujących o palących problemach, gdzieniegdzie pary: chłopiec – dziewczyna, jak na dłoni widać napiętą atmosferę pierwszego, wspólnego piwa. Czym się objawia? Nawzajem pochłaniają się wzrokiem i każdemu albo prawie słowu towarzyszy nerwowy uśmiech. Och, to urocze zdenerwowanie, świadczy o czystości intencji, a może nawet o pewnej niewinności. Jednopłciowe pary, też delektują się niezbyt drogimi trunkami. Babskie i męskie wieczory.

Po trzecim pilznerze przenoszę się do klubu nieopodal. Nie jest to żaden topowy klub, bliżej mu do tancbudy, ale jest klimatyczny, to z pewnością. Biorę whiskey, to mnie wyróżnia z tłumu, który bierze piwo lub najtańszy drink. Siadam na wysokim stołku pod ścianą. Mam ochotę obserwować, czy coś się zmieniło w dynamice takich miejsc, odkąd tam bywałem? Nic się nie zmieniło, grupki facetów, grupki dziewczyn o odwieczna gra w podchody. Nie staram się nawiązać z nikim kontaktu wzrokowego, właściwie, nie mam planów, co do pobytu tutaj. Po skończonym drinku, biorę jeszcze piwo, już zupełnie wtopiłem się w tłum. Wychodzę na papierosa. Obok mnie pali para, kobieta, brunetka, z urody podobna dziewczyny z teledysku Martyniuka, troszkę bardziej świecąca, ale wciąż podobna, na faceta nie zwracam uwagi. Brunetka podchodzi z pytaniem o ogień, podaje jej zapalniczkę. Kilka minut później znów pyta o zapalniczkę, w jej oczach widzę oczekiwanie. Może jestem zbyt pewny siebie, ale dostrzegam wyczekiwanie na ruch z mojej strony. Nie robię nic, ogarnia mnie bierność.

Po kolejnej wódce z energetykiem znowu palę. Tym razem uśmiecha się do mnie dziewczyna o urodzie chłopca. Oddaję uśmiech. Rozmawiamy. Jej wywód na temat tego, jak to w takich miejscach faceci szukają łatwych wsadów nudzi mnie – ja to znam. Nie daję tego po sobie poznać, idę to toalety. Kiedy rozmawiamy po raz kolejny, za jakiś czas w klubie, pada pytanie, czy wierzę w możliwość odnalezienia miłości w klubie. Aha, czyli muszę zadeklarować uczucie i mam szanse na obciąganko. Mówię, że nie, i żegnam się. Czas spadać. Na pożegnanie słyszę, że chętnie przyjmie zaproszenie na kawę. Nie odpowiadam. Wychodzę.

Zamiast iść spać, poszedłem do mrocznego klimatycznego klubu, dla prawdziwych zombie. Przez moment, po przekroczeniu progu czuję się nieswojo, w czymś takim jeszcze nie byłem. Zaczynam się zastanawiać, czy obciąganko nie poprawiłoby mi nastroju i nie wyrwało z marazmu. Szukam, w takim miejscu nie powinno być problemu ze znalezieniem odpowiednich ust. Robię rundę po tym mrocznym miejscu. Jednak, znalezienie druciary, może być problemem. Czuję na sobie czyjś wzrok, odwracam się, łysy spaślak, o głowę wyższy ode mnie. Może ochrona – myślę. Liczę się z tym, że mogą mnie wypierzyć stąd, bo faktycznie, trochę inny klimat i mogę nie być tu mile widziany. Zmieniam lokalizację, za chwilę pojawia się grubas. Mówi coś do mnie o piwie. Nosz kurwa, to są Himalaje ironii losu. Myślę po obciąganiu i zarywa do mnie gej. Nie mam nic przeciwko homo, ale czy ja mu, do chuja wafla, wysłałem jakiś sygnał, że do mnie podbił. Kręcę głową i odchodzę. Nie mija dziesięć minut, znowu grubas, tym razem zaczyna się bujać z nogi na nogę, coś na kształt tańca. Mam dość. Spieprzam stąd. Kiedy opuściłem klub i spojrzałem na zegarek było po ósmej rano. Ludzie od mniej więcej godziny pracują. Dobrze, że mam wolne. Wracam i myślę, o tym wszystkim, jak to się stało, że tyle rzeczy umknęło mi w życiu. Co raz częściej patrzę na swoje życie z perspektywy porażki.

O uczuciach ciąg dalszy

– A może to nie tak. Może źle na to patrzycie. Albo traktujecie kobietę jak szmatę albo pałacie romantyczną miłością. A to nie tak.  – Głos zabrał Adam. – Kto go tu w ogóle zaprosił? – Przemknęło mi przez głowę. Lubiłem Adama. Mimo, że pochodziliśmy z dwóch różnych światów, to szanowałem go za intelekt i twardy charakter. Byłem zdziwiony jego obecnością, bo po prostu nie pasował do tej zgrai i raczej nie bywał na pijackich posiedzeniach, gdzie z oparów piwa i wódki wyłaniał się nasz prymitywizm.

– Miłość, to nie jest magiczne „coś”, to ciężka robota. Nie ma sytuacji, gdzie ktoś jest ci pisany przez los, przeznaczenie, czy cokolwiek innego. – Zaczynał. Odkąd poznałem Adama, zawsze podziwiałem u niego ewangelizacyjny zapał. Kiedy rozpoczynał swoje przemówienia, było w tym coś z dobrego kazania. Nie chodziło o tani chwyt retoryczny. To nie była chęć zabłyśnięcia kąśliwą uwagą, czy błyskotliwym tekstem. To była przemowa, wygłaszana z przekonaniem, z wiarą mówiącego, że oto objawia prawdę. Nie było tu agresji, nutki szaleństwa – był przekaz. Szczery przekaz. Tak. Niewątpliwie Adam nadawał się na kaznodzieję.

– Poznajesz dziewczynę. Poznajecie się nawzajem, spotykacie się, chodzicie ze sobą, znajomość przeradza się w związek. I to wspólne wzloty i upadki umacniają wieź, tworzą miłość. Cementują na dobre i na złe.

– Ale, to takie gadanie, albo się zakochujesz albo nie. – Kapitan Planeta, lubiący lekkie dragi romantyk próbował przeforsować swoją filozofię towarzyską.

– Zakochać możesz się zawsze. – Adam był jednak nieugięty. Zmiażdżył oponenta zanim  tamten zdążył wystawić na retoryczny ring pierwsze argumenty. – To normalne, że ktoś się nam podoba, że kogoś pożądamy, że kogoś lubimy lub wręcz jesteśmy kimś zauroczeni, czy w kimś zakochani. Ale to nie jest miłość. Namiętność odchodzi, ale osoba zostaje. I co wtedy? Rozwód? Rozstanie? Tylko dojrzałe uczucie pozwoli dostrzec w drugiej połowie piękno ponadczasowe.

– A tam, pierdolisz. – To była licha obrona Miszy, przed płomiennym wystąpieniem. Znałem go zbyt długo. Wiedziałem, że taki tekst był oznaką intelektualnej bezradności i chęcią ukrycia tego, że nie ma kontrargumentów.

Wkrótce otwarte zostały kolejne piwa. Niedawna dyskusja został zepchnięta na boczny tor. Pojawiły się nowe tematy. Opary alkoholu zaczęły gęstnieć.

Wielokrotnie wracałem do tej rozmowy. Sam chciałem rozwiązać zagadkę albo raczej sklasyfikować, to, co nazywamy relacjami z kobietami. Co to jest miłość? Co to jest namiętność? Czy niezobowiązujący seks, zawsze niczym nie zobowiązuje?

Pytań było dużo. Rozwiązaniem było doświadczenie i wnioski. Z ochotą oddałem się towarzyskim manewrom, żeby pewnego dnia usiąść z lampką wina i stwierdzić: „Świat uczuć i doznań, nie ma przede mną tajemnic.” Czy to był młodzieńczy idiotyzm, czy stawałem się prorokiem własnej religii?

W przeciwieństwie do moich znajomych, ja miałem, niczym mickiewiczowski mędrzec, swoje szkiełko i oko. Burdelowo było szkiełkiem i okiem. Dzięki temu, że penetrowałem ten świat stałem się chłodniejszy emocjonalnie, to pozwalało mi, niczym naukowcowi w laboratorium, zabrać się do swoich pokręconych badań.

 

Moje plany zakładały eksploracje i celebrację, tego cudownego świata; świata kobiet, emocji i doznań. Miałem też nadzieję przeprowadzić choć jedną deflorację, czego niestety nie dokonałem…